dziennik pesymistyczny

Zakotwiczenie w zwyczaju

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Państwowy sędzia, w imię państwowej sprawiedliwości, uzasadnił obecność krzyża w polskim sejmie jego zakotwiczeniem w zwyczaju, ukształtowanym przez ostatnie szesnaście lat. Sprawdziłem, że zwyczaj jest ustaloną formą zachowania się w określonych sytuacjach, przyjętą przez daną zbiorowość społeczną. Z czasem może przekształcić się w obyczaj, wejść w zakres moralności a nawet prawa. To najprostsza definicja, jaką możemy znaleźć w Encyklopedii Powszechnej. Czyli wystarczyło szesnaście lat, żeby narodził się nowy obyczaj. Nowy zwyczaj. Nowe prawo. Nowa moralność. Czy nawet tradycja.

Pewnej ciemnej nocy, szesnaście lat temu, dwaj posłowie zawiesili krzyż na sali posiedzeń sejmu. Zakotwiczając go tym samym w przestrzeni publicznej.  Podobno niewiele brakowało, aby przy tej zbożnej akcji doszło do prawdziwej tragedii. Jeden z posłów podczas mocowania krzyża, spadł z oparcia fotela marszałkowskiego, którego użyto, jako podestu, z powodu braku drabiny. Opatrzność jednak czuwała.  Posłowi nic się nie stało. I tak spontanicznie, z narażeniem zdrowia i być może życia posłów, pojawił się na ścianie sejmowej krzyż. Bezprawnie, ale co tam.  I tak narodziła się nowa (tym razem chyba nie świecka?)  tradycja. Zwyczaj taki. A może i prawo, bo jak twierdzi pani sędzia zwyczaj to element prawa cywilnego, którego sąd nie może zlekceważyć.

Było wielu malkontentów, którzy sądzili, że to tak nie wypada.  Że w „państwie prawa” nie można tak w nocy. Że nie wypada żeby w sali gdzie powstaje prawo ktoś działał po kryjomu, bezprawnie i pod osłoną nocy. Mijały lata, a krzyż nadal wisiał i stawał się zwyczajem.  A zwyczaj to przecież „element prawa cywilnego”.  I tak przyszedł dzień, w którym zwyczaj został uświęcony wyrokiem sądu. Nieusuwanie krzyża, zawieszonego bez wiedzy sejmie w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym roku, nie jest już bezprawne, bo ma to „zakotwiczenie w zwyczaju”, ukształtowane przez szesnaście lat jego obecności w sejmie.

Jest to szansa dla wielu, dla których zwyczaje są bardzo ważne. Teraz zwyczaj jest prawie prawem.  Jeśli czynimy coś bezprawnie, ale za to zwyczajowo, to możemy liczyć na pobłażliwość sądu, a co za tym idzie państwa. Bo to, co czynimy ma „zakotwiczenie w zwyczaju”. Nie lękaj się, więc łapowniku! Jeśli masz taki zwyczaj, że nie załatwisz niczego bez stosownej gratyfikacji, to możesz liczyć na to, że sędzia ci wybaczy, bo przecież ty masz taki zwyczaj i to już od przynajmniej szesnastu lat.  Nie lękajcie się mandatów ci, którzy gnacie setką na ograniczeniu do pięćdziesięciu. Fotoradar wam nie straszny.  Jeśli wasza nadmierna prędkość ma „zakotwiczenie w zwyczaju”, i udowodnicie, że robicie tak, co najmniej od szesnastu lat nic wam nie grozi. Wasze postępowanie nie jest bezprawne. Przykłady dobroczynności tego uzasadnienia wyroku można mnożyć w nieskończoność.  I mogę to spokojnie czynić, bo mam to zakotwiczone w zwyczaju. I wszyscy wiedzą, że czynię tak już nawet dłużej niż szesnaście lat. Taki mój krzyż.  –  „Wszyscy (są) wzruszeni faktem, że są świadkami narodzin nowej, świeckiej tradycji” – zacytuję na zakończenie, zakotwiczony w moim zwyczaju.

 

dziennik pesymistyczny

Analiza uzależnień

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jestem na tyle wolny, na ile pozwalają mi na to moje uzależnienia. Czyli tak naprawdę jestem powszednim niewolnikiem. Wstaję rano, bo tak wypada czynić z rana. Bo tak jestem zaprogramowany. Przedszkole, szkoła, praca. Ósma rano. Znak – nakaz.  Zniewolenie. Możesz się oczywiście uwolnić, ale spróbuj nie zarabiać. Bez tego nie można żyć. Jestem niewolnikiem pieniądza. Niewolnikiem czasu, który powinienem poświęcić na jego zarabianie. Jestem niewolnikiem banków.

dziennik pesymistyczny

Nie mogę być członkiem tej wspólnoty…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Temperatura za oknem bliska zeru. Były minister sprawiedliwości podobno też jest zerem. Choć według ostatnich doniesień i to może być znacznie niedoszacowane.  Zimno. Klimat taki nieznośny. Za oknem śnieg. Po  chodnikach przemykają  przechodnie. Dzień zimowy jak co dzień. W zasadzie nic się nie zmieniło. A jednak wydaje mi się że to co obserwuję jest jakieś takie…  nie moje. Obce. Wrogie. Śnieg pada spokojnie tysiącami płatków. Teraz już wiem, że funkcjonariuszom państwowych służb specjalnych i prokuratorom nie grozi kara za manipulowanie dowodami. Nastąpiło przedawnienie. Co czuję? Nic nie czuję. Bo tak mnie nauczono. Zima w pełni. Spokojnie. Patrzę na swoje dłonie. – To tylko kolejna afera – uspokajam sam siebie. Taka aferka z tych telewizyjnych. Pojawiła się to i zniknie. Stopi się. Przyjdzie nowa, lepsza. Przyglądam się jak dzieci lepią bałwana ze śniegu.

Podczas odczytywania uzasadnienia wyroku w procesie pewnego lekarza – łapówkarza, sędzia państwowy ocenił taktykę organów ścigania jako „przerażającą”. Ale to nie ma znaczenia, bo się przedawniło. – Budzi to skojarzenia nawet nie z latami osiemdziesiątymi, ale z metodami z lat czterdziestych  i pięćdziesiątych, czasów największego stalinizmu – mówił sędzia. I co? I nic. Przecież nic nie było – jak chcą prawi i sprawiedliwi.  Nie było „przewinień dyscyplinarnych” ze strony funkcjonariuszy państwowych służb specjalnych i prokuratorów, którzy prowadzili nocne, następujące jedno po drugim,  wielogodzinne przesłuchania oskarżonych i świadków. Podobno zainteresowani sami tak chcieli. Nic się nie stało. – Sędzia przesadził – mówi poseł partii, której poparcie jest bliskie zeru. Sąd uznał za „fałszywy i zmanipulowany, sporządzony przez kiepskiego reżysera” emitowany w telewizjach materiał służb specjalnych z zatrzymania lekarza-łapówkarza.  Pamiętam też, na moje nieszczęście,  jak minister sprawiedliwości mówił, że już „nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”. I co, i nic… Nie mogę być już członkiem tej wspólnoty…

 

dziennik pesymistyczny

Polska – oto jest pytanie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W polskojęzycznej Wikipedii najczęściej wyszukiwanym hasłem okazała się być… Polska. Wychodzi na to, że najczęściej wpisujemy w wyszukiwarkę nazwę naszego kraju! Mam nadzieję, że nie jest to tylko przejaw tego, że Polacy zwyczajnie, co kilka dni sprawdzają, aby się upewnić, gdzie to, w jakim kraju i w jakim państwie żyją. – Co to jest Polska?  – czyżby to pytanie było tym, które najczęściej zadają w internecie mieszkańcy tej pięknej, acz jak widać zagadkowej, krainy? – Gdzie ja właściwie jestem? – pytają polscy internauci i szukają odpowiedzi w Wikipedii.

Może moje nadzieje, co do intencji rodaków szukających w internetowej bazie wiedzy, odpowiedzi na to, co to jest Polska są za bardzo naciągane. Tak, jest to możliwe. Ale również nie można wykluczyć takiej możliwości, że to wielbiciele myśli politycznej wodza prawych i sprawiedliwych, co kilka dni sprawdzają czy Polska to nadal kondominium rosyjsko-niemieckie?  A najłatwiej sprawdzić w internecie, który jest naszym oknem na świat – jak mawiał klasyk. I to zapewne, dlatego tak znakomity rezultat hasła „Polska”. Bo to zdecydowanie zdyscyplinowany elektorat.  Może się też wydawać, że tak dobry wynik w Wikipedii, to zasługa młodzieży z wszechpolskich ruchów narodowych. Przecież to niewykluczone, że ci patriotycznie nastawieni młodzi ludzie chcąc się dokształcić szukają informacji o Polsce. Poza tym, w naszym kraju z dużą regularnością prawdziwi Polacy demonstrują pod hasłem „Tu jest Polska”. Może wcześniej sprawdzają w Wikipedii gdzie to ich „Tu” jest obecnie.  Co roku, prawie w połowie listopada, nacjonaliści organizują swoje marsze ulicami polskich miast i miasteczek. Od zeszłego roku kroczą pod hasłem Marsz Niepodległości. Jest przecież możliwe, że tuż przed wyruszeniem z domu, kontrolnie sprawdzają w internetowym kompendium wiedzy pod hasłem „ Polska” czy aby od ostatniego ich protestu ojczyzna nasza, jest mniej, czy też już bardziej niepodległa.

– III Rzeczpospolita jest szybko rozwijającym się państwem – czytamy w Wikipedii i od razu jaśniejszy staje się kolejny dzień. Nie wiem, co spowodowało, że tak wielu z nas, Polaków, szukało w roku dwa tysiące dwunastym wiedzy o tym państwie gdzie przyszło im się z wyroku losu lub Boga narodzić i być do niego przypisanym. Na szczęście w tym ciągłym ustalaniu i dowiadywaniu się, w jakim to kraju i państwie żyjemy nie jesteśmy osamotnieni. Podobnie problemy z ustaleniem – gdzie ja to aktualnie jestem? Co to za kraj? – mają Szwedzi. U naszych sąsiadów zza morza, podobnie jak u nas, nazwa ich kraju to najczęściej przeglądane hasło w Wikipedii.

Jeszcze większym zaskoczeniem jest drugie miejsce w zestawieniu. Znalazło się hasło: „zamek swobodny” oznaczające element broni strzeleckiej. I to jest dopiero informacja. Szczególnie bolesna, jeśli na pierwszym miejscu najczęściej wyszukiwanym hasłem w polskojęzycznej Wikipedii okazała się być „Polska”. Strach się bać.

 

Źródło badań: Wirtualnemedia.pl.

 

dziennik pesymistyczny

„Bohaterem staje się błazen”

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Tradycyjnie w Polsce czas, w którym wierni rzymskokatolickiego kościoła świętują, lub świętować powinni narodziny Boga – Człowieka, jest dla hierarchów kościoła czasem wygłaszania umoralniających mów okolicznościowych. Całkowicie ich rozumiem, bo przynajmniej tej jednej nocy kościoły są pełne i jest, do kogo mówić. Tradycją stało się też przypominanie wiernym przez różne ekscelencje, że Kościół w Polsce jest obleganą twierdzą,  a siły zła czyhają tylko, aby zniszczyć tradycyjny model rodziny. Nie zdziwiło mnie więc szczególnie, że i w tym roku pewien arcybiskup, zwyczajowo przypomniał, że jesteśmy świadkami wyraźnego ataku na rodzinę i kościół. Ale też z radością zauważyłem, że z wielu jego wypowiedziami zgadzam się z pełni, choć chyba z innych pobudek.

– Błazen zajmuje miejsce mędrca, nauczyciela, kapłana. Błazen, wszystko mu wolno. Piana na ustach staje się wzorem niejednego działacza politycznego, któremu wszystko wolno, bezkarnie może obrażać innych ludzi. Myślę, że warto powiedzieć, zauważyć jak często paraliżuje lęk przed prawdą ludzi dzisiaj w świecie – powiadał metropolita. O i tu się zgadzam z dostojnikiem rzymskokatolickim.  Idąc za jego radą nie ulegam paraliżowi i nie odczuwam leku przed prawdą. Ale chyba inaczej pojmujemy tę prawdę. Chyba też inaczej widzimy  kto tu jest błaznem, który „zajmuje miejsce mędrca, nauczyciela, kapłana”. Posłużę się przykładem z miasta Torunia (nie piszę dokładnie, o kogo mi chodzi, bo i tak każdy wie, a po co robić reklamę). Mam nadzieję, że ekscelencja mówiąc o pianie na ustach błazna, o działaczach politycznych obrażających „innych ludzi” dostrzega, że to zjawisko w polityce powszechne i u tych, co stają często pod sztandarem rzymskiej wiary i u tych po stronie przeciwnej.  – Gadzina skórę zmienia, a przecież kąsa jednako – jak podobno mawiał Stańczyk.

– To jest też niekiedy historia nasza, naszej codzienności, że nie mamy odwagi, już się przyzwyczailiśmy i nie umiemy mówić prawdy. Kłamiemy nawet wtedy, kiedy usiłujemy mówić prawdę – zauważył patriarcha. I znów muszę się zgodzić, bo przecież to, co piszę wynika z mojego wewnętrznego przymusu mówienia prawdy.  Ekscelencja zauważa też, że ludzie, którzy chcą mówić prawdę są dyskwalifikowani. I jak się tu nie zgodzić. – Moje słowa – wyrwało mi się wewnętrznie, gdy przeczytałem o tym, że patriarcha uważa, że w Polsce jest demokracja sterowana oraz, że „można uzyskać wszystko, jeśli się ma duże pieniądze, jeśli się ma duży dostęp do grupy ludzi, wszystko wtedy staje się relatywne”. Mam też nadzieję, że obaj(jeszcze raz przepraszam że stawiam się na równi z ekscelencją, bo przecież jestem niegodny) nie kłamiemy nawet wtedy, kiedy usiłujemy mówić prawdę.

W jednym się nie zgadzam z purpuratem.  Zawsze mnie dziwiło, że te około dziewięćdziesiąt pięć procent naszego społeczeństwa, które przynajmniej według własnych deklaracji jest katolickie tak łatwo daje się oblegać też pozostałej mniejszości naszego społeczeństwa. I te marne „pięć procent „ znów zaatakowało skutecznie większość zamkniętą w kościelnej twierdzy. – Myślę, że dzisiaj (…) jest wyraźny atak na tradycyjny model rodziny, złożonej z jednego mężczyzny i z jednej kobiety, rodziny wielodzietnej – mówił arcybiskup.  Jak silna może być te „pięć procent”, że tak skutecznie atakuje „tradycyjny model rodziny”, że w tych dziewięćdziesięciu pięciu procentach Polaków zachwiała się wiara w to, że rodzina jest złożona z „z jednego mężczyzny i z jednej kobiety” otoczonej mrowiem przychówku.

– Niech mi pokaże którykolwiek z tych ludzi, którzy wymyślili to wielkie kłamstwo historyczne, w którym miejscu ewangelia mówi o przemocy? Gdzie Kościół zachęca do przemocy? To jest dramat zakłamywania – mówił hierarcha.  Proszę bardzo: „Z woli Bożej opanowali miasto i urządzili nieopisaną rzeź do tego stopnia, że leżące obok jezioro, szerokie na dwa stadia, wydawało się pełne krwi, która tam spłynęła”. Zajęło mi to minutę. To tylko jeden cytat.  Ale co ja tam wiem, ja jestem tylko maluczkim, daleko mi do mądrości ekscelencji i jego znajomości pisma. Gdzie Kościół zachęca do przemocy? Historia kościoła to chyba nie tylko nawoływanie do miłości i zrozumienia?  Było wielu takich wiernych, i chyba nadal jest, którzy uważają, że likwidacja niewiernych jest spełnieniem woli Bożej. Ale w jednym się z ekscelencją zgadzam, jest to „dramat zakłamywania”.

I chyba nikt mi już nie powie, że jako ten, kto często dawany jest, jako przykład tych, co atakują i oblegają katolicko – narodową – tradycyjnie – rodzinną twierdzę, czasami nie zgadzam się z tymi, których jest tu około dziewięćdziesięciu pięciu procent oraz z tym, który przynajmniej teoretycznie powinien im przewodzić. I jeśli jestem błaznem? Trudno, nie jestem tu sam.

dziennik pesymistyczny

Władza z ludem przy wigilijnym stole

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jest taki dzień w całym roku jedyny, kiedy pan, wójt i pleban starają się być bliżej prostego ludu. Jest taki jeden dzień w roku, gdzie urządzana przez władze szopka nie jest tylko przenośnią. Przed urzędem staje w pełnej krasie świąteczna szopka z dziecinką w żłobku. A to niechybnie oznacza, że czas już na miejską wigilię. Tak od lat być musi, aby maluczcy mieli poczucie bliskości z władzą, a władza mogła pokazać swoją dobroć wobec ludu prostego. Takie spotkania stały się w moim szarym prowincjonalnym mieście swoistą tradycją. Majestat władzy wszelakiej, i tej magistrackiej, i tej ustawodawczej, i tej duchowej w osobie jego ekscelencji, z wysokości trybuny pochyla się nad swym biednym ludem pokazując swą z nim jedność w trudzie i znoju dnia codziennego.  Taki specjalny dzień jeden w roku.

W dniu tym, jak co roku, wójt ze swą urzędnicza świtą na środku deptaka miejskiego, przed okazałym gmachem gdzie niejedna władza urzędowała i urzęduje, ustawia symboliczny stół, białym suknem nakryty. A na nim wystawiła władza nasza, przez lud tak bardzo ukochana, jedynie chleb i napoje, bo „uboga była” i nadal przecież jest. A gdy już plac ludem się napełnił, ciasno i strategicznie ustawili się ludziska przy stole dobrem tym napełnionym. Gdy napięcie urosło do granic ludzkiej wytrzymałości, dano pozwolenie do szturmu na stoły i kto bliżej stał, i kto sprytniejszy i silniejszy w ramionach, ten mógł z pełną siatką napojów z pobojowiska przy stole do kotłów z jedzeniem się udać. I tak w kilka sekund zniknęło wszystko z wigilijnego stołu. Władza do stołu się nie pchała, z wysokości trybuny z rozczuleniem walce się przyglądając. Władza w swej dobroci dla wymarzniętego ludu miejskiego przygotowała ciepłe posiłki, wydawane z kuchni polowych. A że stan niższy wygłodniały i z musu i z zasady „darmowe zawsze lepsze”, to po dobro w postaci pierogów, bigosu czy barszczyku ustawiały się w długie kolejki.

Pan, wójt i pleban z podwyższenia do ludu prostego przemawiali.  Cieszył się wójt, że stan niższy, z roku na rok, coraz liczniej na plac przed siedzibą władzy przybywa. Radował się wójt, że w ten skromny, ale jakże wyrazisty sposób, władza może pokazać, że chce być razem ze swym umiłowanym ludem pracującym. Wójt życzył poddanym „szczęścia, radości, miłości i zdrowia”.  Pochylił się z troską i w słowach swych wyraził nadzieję, że  z „każdą niedolą damy sobie radę”. Do tych pięknych życzeń wójta dołączył się również pan, czyli przedstawiciel władzy ustawodawczej, który od wszystkich posłów prawych i sprawiedliwych życzył prostemu ludowi spokojnych, zdrowych i rodzinnych świąt. Do życzeń dołączył się też pleban, ekscelencja biskup, który zaprosił do wspólnego łamania się opłatkiem. Koniec uroczystości uświetniły kolędy w wykonaniu zespołów wokalnych ku uciesze zgromadzonych.

– A po co to wszystko? – zapyta ktoś zagubiony. – Po co ten wstyd i upokorzenie przy stole? Po co ten żenujący spektakl? – zapyta człek zagubiony w tej rzeczywistości. „ Otóż to! Nikt nie wie, po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Bo to „odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest (…) na skalę naszych możliwości. Ty wiesz, co my robimy (…)? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo i nikt nie ma prawa się przyczepić”. A w gazetach napiszą, że władza przygotowała i wydała dla ludu swego około osiem tysięcy porcji potraw. Ludzka taka nasza władza przy tym wigilijnym stole.

dziennik pesymistyczny

A wyburzyć, parkingi porobić

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jest pewien plac w naszym szarym prowincjonalnym mieście, o który toczy nieustanną walkę pani redaktor z pewnej gazety. Plac jest od lat pusty jak głowa urzędnika, a zaradni mieszkańcy wykorzystują tę wolną przestrzeń, aby parkować tam auta. Taki stan rzeczy, choć prosty, nie podoba się pani redaktor, która od wielu miesięcy, czy może już od lat walczy o to, aby plac nie był parkingiem. Jak przeczytałem w ostatnim raporcie z frontu walki z parkującymi na placu pani redaktor uznała w końcu zwycięstwo swych wrogów i oznajmiła, że plac jest parkingiem. „Dla wszystkich wygodnickich (…). I te zwyczaje wkrótce wejdą w nawyk ich dzieciom.” Czyli hańba nam i naszym dzieciom, jeśli się nie opanujemy.

Pani redaktor przypomina, że już „trzy tygodnie temu pisałam o tym, że plac (…) znów zmienił się w parking. Ktoś odsunął gazon stojący przy przejściu dla pieszych (…) tak, że można wjechać na plac bez obaw o zarysowanie karoserii.”  I znowu doszło do zgorszenia. Choć mieszkańcy wcielili przecież w czyn magistrackie hasło promocyjne, które brzmi ”Siła w Precyzji”. Jednak pani redaktor uznała to za akt wygodnictwa. Obywatele „ochoczo korzystają z darmowego parkingu. Przez te trzy tygodnie nic się nie zmieniło.” – denerwuje się pani redaktor.

A czym tu się denerwować. Wszystko na tym placu dzieje się zgodnie z miejską tradycją. Nawet na przełomie XIX i XX wieku, kiedy zakątek zwany był rajszulą. Nie wszystkim mieszkańcom Radomia podobały się organizowane tam targowiska. Ale furmanki i tak tam parkowały. W 1910 roku, dla uczczenia 500 rocznicy bitwy pod Grunwaldem, postanowiono nazwać plac Jagiellońskim. Targi odbywały się tam jednak nadal, także w czasie okupacji, gdy na kilka lat zmieniono nazwę na Reichplatz. Po wojnie nastąpiła kolejna przeróbka w nazwie – i pojawił się Plac Zwycięstwa. W jego centralnym punkcie, ówczesne władze miasta postanowiły postawić pomnik ku czci żołnierzy Armii Czerwonej. Ale na placu wciąż prowadzono handel i parkowało tam wszystko, czym przywożono produkty na targ, co w tamtych czasach wzbudzało też kontrowersje u niektórych. Po odzyskaniu „wolności”, po 1989 roku plac znów wrócił do nazwy Jagielloński. Zniknął za to pomnik ku czci żołnierzy Armii Czerwonej a powstał czy pozostał pusty plac pięknie otoczony zielenią, schodkami oraz murkiem. Pośrodku pojawiła się piaskownica w podstawie nieistniejącego już pomnika.

Od wyburzenia obelisku wszyscy ważni w tym mieście snuli plany, co zrobić z placem. Ktoś nawet chciał tam biurowca o jedenastu kondygnacjach. Na przełomie XX i XXI wieku władze miasta zamierzały dla odmiany zlokalizować tam nową siedzibę sądu rejonowego. Ostatnie lata to przede wszystkim dyskusje pro pomnikowe. Jedni chcieli wzniesienia na placu rzeźby ku czci królewicza Kazimierza. Konkurenci pomnikowi chcieli na placu zobaczyć rzeźbę poświęcona żołnierzom AK. Był też projekt pomnika – „Powiew”, czyli bramy z powiewająca nad nią kotarą. Pomnik miał symbolizować przejście między światami, otwarte podmuchem wolności. Tu też skończyło się na planach. A gdy tak dyskutowano nad kolejnymi koncepcjami, każdego lata plac zamieniał się budkę piwną z toaletami wokół, oraz boiskiem do gry w siatkówkę.

Mam kolegę, który podobnie jak ja uwielbia pewną scenę z filmu „Szczęśliwego Nowego Jorku”, w której główny bohater Serfer, co prawda tłumaczy coś zgoła innego słuchaczom, ale wypowiada piękne zdanie idealnie pasujące do tego, co tu opisuję. – A wyburzyć, parkingi porobić. Może by się wam w głowach rozpogodziło – mówi Serfer. No właśnie! A może szanowna pani redaktor, i wy włodarze miasta posłuchacie woli narodu, czy jak kto woli mieszkańców?  Jeśli po wyburzeniu tego, co tam było, i przy niechęci do nowych pomników wybrali obywatele parking, to niech ten parking tam z przyzwoleniem władz, kościoła i wolnej prasy pozostanie.

Może nie trzeba ambitnych planów przywrócenia świetności? Może ludzie już sami sobie wybrali, co tam chcą mieć na tym placu? Jeśli nie stać nas na nic innego, albo nie możemy się porozumieć, co tam na tym placu chcemy, to niech po nas przynajmniej parkingi pozostaną.

dziennik pesymistyczny

Złudzenia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Pewien mój znajomy przekonywał mnie kiedyś, że w naszym państwie, ba, we wszystkich państwach świata rządzą służby specjalne. Pewnie coś w tym jest? Ale ja wpadłem na prostsze rozwiązanie. Dotyczy to Polski, bo z wielu czynników jestem zmuszony ograniczyć moje badania nad tym problemem do kraju nadwiślańskiego. Nie jest to kolejna teoria spiskowa. Ale raczej myślenie o naszym państwie w sposób jak najbardziej uproszczony. – To nieprawda, że ludzie kochają pracować, oni raczej nienawidzą swojej pracy i uwielbiają lenistwo – powiedział mi kiedyś mój wykładowca. Oczywiście w zaufaniu, bo to myśli niezbyt poprawna w nowym systemie kultu nie tyle pracy, co zarabiania.

Zacznijmy od głowy, czyli państwa, od konstytucyjnych organów państwa, co to na nie chciał zamachnąć się pewien pan z Krakowa. Z czym wam się kojarzy praca tych organów? No, jaka jest pierwsza myśl jak o nich myślicie? Nie, to nieprawda, że nic nie robią. Oni ciężko pracują nad pozorami pracy i nad zarabianiem. Pozorują to słowo klucz. Tam każdy coś pozoruje, najłatwiej to widać w sejmie. Od lewa do prawa samo pozorowanie służby Polsce. Ożywiają się tylko jak mowa jest o pieniądzach dla nich lub dla kolegów. Kolegów ma się różnych, więc na tym tle wybuchają sprzeczki i kłótnie. Ale gdy podział kasy się dokona wracają do działań pozorowanych. Kolega przyciął kontrakt na autostradę? Pozornie on ją zbuduje, ale tak naprawdę ma podwykonawcę, a ten podwykonawcę i ten ostatni buduje. Ale niewiele lub nic zarabia. Bo to pozoranci zarabiają. Wokół jest cała armia państwowych urzędników pozorujących pracę. Coś tam niby robią, bo czasem trzeba się dla premii wykazać. Ale w zasadzie to im się nie chce i tylko pozorują. I tak wszyscy urzędnicy dla wszystkich urzędników. Tak od czasu do czasu, trzeba zająć czymś obywateli i wtedy coś tam robi się nagłośnionego do granic możliwości i wychodzi, że oni tam jednak pracują. Że w pocie czoła, że się starają, że nie ustają w trudzie. Potem wszystko się uspokaja i następny urzędnik wykazuje się ku uciesze gawiedzi. Czasem trzeba kogoś poświęcić ze swojego grona, pokazać, że nierób jest i hultaj, ale i on nie zginie. Koledzy pomogą jak przycichnie.  Jedynym sprawnie działającym organem jest służba podatkowa. Oni tylko pozorują że to dla naszego dobra. Ale w pracy się przykładają, bo to dla nich przecież kasa i dla machiny pozorów. I tak to się kręci przez różne systemy polityczne. Zawsze wygrywa pozorowanie pracy przez urzędników dla dobra obywateli, a jak nie chcą płacić? To ich się postraszy kryzysem! Zauważyliście, że u nas kryzys jest permanentny. Zawsze jest jakiś kryzys, dla pozorów większych podatków, większych płatności na policję i wojsko, sądownictwo itd. A jak ktoś z obywateli zapyta, dlaczego na przykład służba zdrowia to tylko pozorowana opieka? Bo kryzys. Ale pozory wielkiej walki o lepsze jutro trwają w najlepsze. Rozejrzyjcie się wokół ile jest urzędniczego pozoranctwa, łatwo to dostrzec, słyszeliście kiedyś dyskusje nad czymś w sejmie? Słyszeliście przemówienia oficjeli? Tak, no to nie zapomnijcie opłacić podatków. Bo „tak dla wspólnej korzyści i dla dobra wspólnego, wszyscy muszą pracować, mój maleńki kolego”.

 

dziennik pesymistyczny

Czy to sen?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Miałem sen – rzekł pewien polski poseł, czym mnie bardzo zdziwił, bo nawet wiedziałem, kogo cytuje. Wielce zainspirowany tą wypowiedzią polskiego parlamentarzysty, też pozwoliłem sobie mieć sen. Proszę bardzo, oto ten sen, który pozwoliłem sobie mieć, bo każdy może śnić.

– Dobrze mówi – wyrwało się koledze, który akurat przebudził się z alkoholowego odrętwienia. – Dobrze mówi, dać mu wódki! – doprecyzował rozglądając się za flaszką, którą chciał dokonać tego, co obiecał. Przypatrywałem się i przysłuchiwałem innemu mówcy zastanawiając się, dlaczego tak jest, że podczas spożywania trunków umilających z zasady rzeczywistość, czasami Polaków nachodzi takie wielkie przekonanie o tym, że są narodem wybranym żyjącym w ciągłym ucisku i niewoli. Koleś, co to miał dostać wódki, bo „dobrze mówił” przemawiał z ekranu telewizora. Bo w naszych polskich domach nadal wiadomości płynące z telewizora są obowiązkowe nawet podczas biesiad.  – Kule powinny świstać, a mamy kabaret. Bo kolejny przesąd to wiara w pacyfizm. Wiara, że tu można cokolwiek załatwić, gdy nie zostanie w sposób nagły i drastyczny wyprawiony na tamten świat z tuzin redaktorów ”Wyborczej” i ze dwa tuziny drugiej gwiazdy śmierci mediów centralnych – TVN. Nie wspominam o etatowych zdrajcach ze starego reżimu. Jeśli się nie rozstrzela, co dziesiątego, to znaczy: hulaj, dusza, piekła nie ma. Jeżeli nie karze się śmiercią za zdradę, to, co? –  głosił gość na ekranie (oczywiście spisałem to później, bo wtedy tylko sens jego słów do mnie dotarł). I do tych nawoływań do rozstrzeliwania chciał przepijać mój znajomy. – Dać mu wódki! – wzywał przeszukując kolejną butelkę w poszukiwaniu czegoś, co tam zostało. Wiedziałem, że tego kieliszeczka bardziej dla siebie potrzebuję, ale zastanawiało mnie, co tak urzekło znajomego w tych słowach płynących z ekranu, że aż zapragnął podzielić się trunkiem z mówcą. A należy zaznaczyć, że panował już straszliwy Malinowski.

– Michałku, kolego mój, a dlaczego ty chciałbyś tak tych panów z „wyborczej” i z TVN w sposób nagły, drastyczny wyprawiać na tamten świat? – zapytałem, bo jeśli „dobrze mówi” w jego mniemaniu pan z ekranu to pewnie i on ma podobne radykalne poglądy.  – Bo to wszystko ruscy! – wyjaśnił mi nie przerywając poszukiwań trunku.   – Agenci służb specjalnych wszyscy! Na służbie u ruskich są – doprecyzował. – To już nie żydzi? – zapytałem, bo to tej pory za wszystkie zło świata odpowiedzialna była według kolegi ta właśnie nacja. Zaprzestał na chwilę poszukiwań, poparzył na mnie i rzekł: Tak, ci też oczywiście. Oczywiste to było tak wielce, że jeszcze kilku zebranych przy stole przytaknęło jakby naprawdę wiedziało o tym wiele. A tymczasem poszukiwacz znalazł pełną butelkę i z racji tego, że ten, któremu chciał dać wódki, bo dobrze mówił zniknął z ekranu i zastąpiła go pani pogodynka, polał sobie i współbiesiadnikom. – No to cyk, za wolną ojczyznę! – wzniósł toast. – Za naród! – dodał kolejny z towarzystwa. – Za jedną niepodzielną narodowo jednolitą Polskę od morza do morza – ryknąłem uniesiony pijacką odmianą patriotyzmu. Wypiliśmy. A już po kilku minutach mój kolega będący w fazie „ rozumiesz mnie, ale rozumisz mnie” przekonywał mnie, że on tak naprawdę to mnie lubi. I choć widzi, że nos mam taki jakiś za długi i te moje poglądy to mógłbym też zmienić… to jednak od mnie szanuje… nas szanuje… choć lepiej o tym nikomu nie mówić. Bo po co mówić.  Mnie on mówi, bo mnie szanuje. I wtedy po raz kolejny przekonałem się, że jako Polak, nie katolik, ale za to wywodzący się z ultra katolickiej rodziny, z nosem większym troszeczkę przez kaprys natury, ale nie przez geny, z przekonaniami, jakie mam i ze współobywatelami z jakimi przebywam, dobrze, że czasem wydaje mi się, że to tylko sen. Że miałem tylko sen.

 

dziennik pesymistyczny

Czterech tajnych na siedmiu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

A tym, co się stało? – zapytał mnie kilka dni temu kolega, gdy przystanęliśmy przed witryną sklepu z gazetami. Przed naszymi oczami defilowały okładki tygodników potępiające narodowych radykałów, przy nich dziarsko kroczyły tytuły dzienników, informujące o kolejnych odkrywczych wynurzeniach panów prawicowców. Taki marsz polemiczny z narodowcami w tle.  – W telewizji i w internecie jest to samo – zwróciłem się do kolegi, bo faktycznie miałem wrażenie, że wszyscy jakby z dnia na dzień odkryli, że w Polsce są skrajne organizacje prawicowe. Nie mogłem pojąć, dlaczego tak nagle i tak intensywnie mówi się i pisze o tym, co jakby nie istniało przez ostatnie lata. Miałem wrażenie, że przyglądam się przygotowaniu do czegoś, co będzie jeszcze bardziej spektakularne. I nie pomyliłem się. Kilka dni później, obudziłem się rano i natychmiast dowiedziałem się, że dzielni agenci naszej tajnej policji, przepraszam agenci bezpieczeństwa narodowego, w wyniku ciężkiej pracy operacyjnej wykryli spisek i udaremnili planowany zamach na Sejm, rząd i prezydenta. Już myślałem, że mam paranoje, a tu proszę dopasowałem kolejny kawałek układanki. Brakowało mi tu takiego pojedynczego winnego, co to zostanie aresztowany. Takiego wroga publicznego numer jeden. Takiego, co to w tajnym laboratorium planował zamach w celu przejęcia władzy nad światem. W tym przypadku uwolnienia świata oczywiście od pewnej zarazy którą sobie roił.  I jeszcze nim prokuratorzy i przedstawiciele tajnej policji poinformowali na konferencji prasowej, kim jest ów niedoszły zamachowiec, ja już miałem pewność, że okaże się nim prawicowy ekstremista. Nie pomyliłem się. Prokurator wyjawił dziennikarzom, że aresztowanym kierowały „motywy o charakterze nacjonalistycznym, ksenofobicznym i antysemickim”.-  Czyli było jeden, teraz jest plus jeden… a gdzie wynik dodawania? – zastanawiałem się. Nie musiałem długo czekać. – Trzeba gruntownie przemyśleć działania ustawowe w tym zakresie – nawoływał szef krakowskiej prokuratury apelacyjnej już na konferencji prasowej. Nie upłynęło wiele wody w Wiśle, a już członek komisji sejmowej do spraw służb, po zbesztaniu prokuratora z Krakowa za wychodzenie przed szereg, twierdził, że potrzebne będą zmiany w prawie, które nadadzą tajniakom „upoważnienia procesowe, abyśmy sprawniej na takie zagrożenia reagowali”.

Przeczytałem gdzieś, że na siedmiu spiskowców dwóch to zwykli niegroźni zapaleńcy, czterech to agenci tajnych służb a tylko jeden spiskowiec to ten… niebezpieczny osobnik. Takie to zapatrywania, jeśli dobrze pamiętam, autor przeczytanej przeze mnie książki przypisywał pewnemu agentowi Ochrany, czyli tajnej carskiej policji. Przypomniałem to sobie podczas słuchania konferencji prasowej gdzie nasi agenci, naszych dzielnych państwowych tajnych służb oraz nasi państwowi prokuratorzy informowali zatroskany o losy najwyższych władz państwowych obywateli o likwidacji w toku działań operacyjnych terrorystycznej siatki. Przypominałem to sobie też, bo dziwnym zbiegiem okoliczności liczby się zgadzały. Jeden siedzi – ten niebezpieczny, dwóch to podobno mniej groźni kolekcjonerzy broni… a czterech chodzi po wolności. Czy tych pozostałych czterech to agenci tajnych służb? A kto to może wiedzieć!? Przecież tajne służby z natury rzeczy działają tajnie i musi to pozostać tajne – jak powiedział pewien polityk.