dziennik pesymistyczny

Rachunek za uratowane życie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Może warto pomyśleć o noszeniu w kieszeni czy na opasce na nadgarstku informacji, że nie życzymy sobie ratowania nam życia? No chyba, że uratują nas za darmo. Wiem, wydaje się to szokujące, ale w czasach, gdy wszystko ma swoją cenę, to i nasze uratowane przez szpital życie może nas słono kosztować. Tak, wydaje się to absurdalne, bo jak tu wybierać miedzy śmiercią bez długów a życiem z długami. Ale przecież żyjemy w świecie nonsensów, więc dlaczego nie mamy się nad tym zastanawiać?

Wiadomo, że wszystko kosztuje. Jak widać w Polsce można też wycenić ratowanie życia czy zdrowia. Taryfa, stawna, cennik. Człowiek, który jest biedny, bez pracy, czyli często bez ubezpieczenia jest narażony na to, że jeśli ulegnie wypadkowi to, gdy już go lekarze przywrócą do zdrowia to za ratowanie życia szpital, system, państwo wystawią mu słony rachunek.

Młody człowiek, który na początku września został brutalnie zaatakowany w lesie koło Grójca przez swoich zwyrodniałych pracodawców po tym jak upomniał się o wynagrodzenie, będzie musiał zapłacić szpitalowi nawet dwadzieścia tysięcy za leczenie. Mężczyzna nie był ubezpieczony ale zgodnie z procedurami narodowego funduszu zdrowia zaległa należność będzie musiała zostać uregulowana. Rodzina chłopaka przyznaje, że nie ma pieniędzy, aby spłacić zaległą kwotę. A do kosztów leczenia dojdą przecież jeszcze koszty rehabilitacji.

Pamiętam też inny przypadek nieubezpieczonej kobiety, której za jedną noc w szpitalu, kolację i śniadanie, założenie gipsu i podanie leku przeciwbólowego wystawiono przy wypisie ze szpitala rachunek na ponad tysiąc złotych. Czyli jak za noc w pięciogwiazdkowym hotelu. Wszystko to zgodnie z prawem i stosownymi przepisami.

Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że dla wielu to, co pisze wyda się herezją, ale w czasach kultu pieniądza, człowiek często po uratowaniu mu życia zostaje sam na sam z problemem rachunków za uratowanie życie. Bo życie nie jest jak widać bezcenne. Ma swoją cenę. Wymiernie z księgową dokładnością wypisaną na fakturze. Czasami tak wielką cenę, że nie do udźwignięcia dla zdrowego człowieka, a co dopiero dla chorego. Ale takie jest nasze prawo. Czy czasem się zatraciliśmy się w poszanowaniu litery prawa zapominając o jego duchu?

– Zagadnienie konfliktów pomiędzy literą a duchem prawa jest równie stare jak nasza cywilizacja. A jak przestawia się konflikt między literą a duchem prawa w dzisiejszej Polsce? Często niestety można usłyszeć, że urzędnicy, politycy czy sądy są bezduszne. Wbrew pozorom w tym dość kolokwialnym stwierdzeniu jest sporo prawdy, bo to właśnie brak zrozumienia ducha prawa jest przyczyną wielu krzywdzących decyzji – powiedział kiedyś były minister sprawiedliwości. I chyba po raz pierwszy jestem skłony przyznać racje politykowi.

dziennik pesymistyczny

Możliwe działania niepożądane

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Czy szanowny pan nie zechciałby brać jednej tabletki zamiast, dwóch co rano? – zapytała mnie młoda lekarka podczas mojej comiesięcznej wizyty w przychodni. – Jest pan jeszcze młody, po co zażywać, co rano tyle leków jak można tylko jeden czy dwa – dodała z uśmiechem. I jak tu się nie zgodzić z miło panią w lekarskim kitlu ze słuchawkami zawieszonymi na szyi.  – Jasne, że chciałbym – odparłem ucieszony żem taki młody. I trwałem taki cały zanurzony w tej swojej słodkiej radości młodego człowieka, który co rano może połykać tylko jedną tabletkę zamiast trzech. I potrwałoby to pewnie do tej chwili gdym nie przeczytał ulotki informacyjnej dołączonej do opakowania mojego nowego lekarstwa.

Tak wiem, już przecież z samych tylko nachalnych reklam farmaceutyków choćby, wiem że trzeba „zapoznać się z ulotką lub skonsultować z farmaceutą”, ale tak naprawdę któż z nas czyta ulotki informacyjne leków, które przepisał lekarz w przychodni. Ja to zrobiłem, bo akurat chwilowo nie miałem nic innego do lektury. Amatorom mocnych wrażeń w szczególności polecam rozdział ulotki zatytułowany „Możliwe działania niepożądane”. Już na wstąpię autor informuje czytelnika, że „jak każdy lek, (ten mój) może powodować działania niepożądane, chociaż nie u każdego one występują”. Czyli jak w filmach Hitchcocka przeważnie zaczynają się od trzęsienia ziemi. Potem napięcie już tylko rośnie. A więc jakie mogę mieć skutki uboczne: „Często: biegunka, zmęczenie, zapalenie błony śluzowej nosa i gardła, szumy (np. syczenie, brzęczenie) w uszach. Niezbyt często: niewyraźne widzenie, nudności, niestrawność, ból brzucha, zakażenia górnych dróg oddechowych, zakażenia układu moczowego, zakażenia wirusowe, katar (zapalenie błony śluzowej nosa), zmniejszenie stężenia potasu we krwi, zmniejszenie stężenia sodu we krwi, bóle kończyn, skręcenie stawów, zapalenia stawów, zawroty głowy, kaszel, zwiększenie częstości oddawania moczu, bóle w klatce piersiowej. Reakcje nadwrażliwości.  Występowanie po zastosowaniu leku takich działań niepożądanych jak np. zaburzenia widzenia, zawroty głowy, uczucie zmęczenia może niekorzystnie wpływać na zdolność prowadzenia pojazdów oraz obsługę maszyn.”

I już teraz sam nie wiem, czy ten przebadany i dopuszczony do obrotu lek to spowodował czy może mam tak po przeczytaniu tej ulotki? Poczułem od razu nudności, niestrawność i ból brzucha. Oraz bardzo poważnie zacząłem się zastanawiać czy nie za często oddaje mocz. Naprawdę można się nabawić nerwicy po czymś takim. Jest też w ulotce informacja o tym, że może być przyczyną reakcji alergicznych? Trochę dziwne, że mój lekarz nigdy mnie zapytał czy mam na coś alergie. Dopiero z małego druku ulotki dowiedziałem się, że nie powinienem spożywać alkoholu podczas kuracji tym lekiem. Żyjemy gdzie żyjemy, to chyba ważne przeciwskazanie!?

Powinno mnie zdziwić już to, że jakoś tak dziwnym trafem pani „doktorka” wypisała mi receptę długopisem z nazwą producenta leku, instrukcje o dawkowaniu dostałem na bloczku z nazwą a ze ściany gabinetu, jak mi się zdaje, spoglądała ma mnie uśmiechnięta rodzina na plakacie z logo firmy farmaceutycznej. Jak bardzo ufamy naszym lekarzom? Jak bardzo ufamy korporacją farmaceutycznym nastawionym przecież na zysk? Jak bardzo im ufasz? Czy wzmianka o tym, aby czytać ulotkę albo skonsultować się z lekarzem oraz o zawarte tam informacje o możliwości skutków ubocznych to nie jest tylko alibi? Tak na wszelki wypadek? Jakbyśmy jednak po połknięciu tabletki poczuli się gorzej niż lepiej? Zdecydowanie należy więcej czytać.

dziennik pesymistyczny

Dziś jest ważniejsze od jutra

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

Jest mnie za mało. Rozpuszczam się w idealnie krystalicznej wodzie, która daje życie, jest życiem, ale przecież także je odbiera.  Rozdrabniam się już nie na dni, ale na godziny, a na minuty. Sprawiają mi radość dobrze przeżyte chwile, nie jak dawniej całe tygodnie czy lata.  Rozpływam się w czasie, w rzeczywistości, w bycie dna codziennego. Żyje teraz, w tej jednej chwili. Dziś jest ważniejsze od jutra. Nie planuje, bo nie chce rozmieszać Boga. Jestem. Trwam. Egzystuje. Tu i teraz. W sensie czy bezsensie doczesności, codzienności. W szarej mgle bólu i strachu. Codziennie nasłuchuje kroków na schodach. Czy już idą po mnie? Czy to już dzisiaj? Czy trzeba zakończyć? Odnajduje spokój przy wyłączonym telefonie i zasłoniętych oknach.  W pustce, w półmroku, w zamknięciu. Odizolowany od świata cieszę się ulotnymi chwilami spokoju. Jakie to szczęście, że to jeszcze nie dzisiaj. Staram się wtłoczyć w umysł bezpieczeństwo, choć przecież wiem, że to niemożliwe.

Nadzieje wlewam kieliszkami z gardło i rozkoszuje się jej ciepłem rozchodzącym się po całym ciele. A jeśli niedostane swojej dawki płynnego optymizmu?  Lato, jesień, zima, wiosna, lato, kolejna jesień odliczam sezony, w których jeszcze się udało zachować stabilność. Istnieć. Być. Trwać. Przeciekałem, udało się. Przeszłość, choć jednostajna napawa mnie dumą z samego tylko faktu, że przecież była. Że znów się udało! Chciałbym zobaczyć zimę, mam nadzieje na kolejne lato. To nie są plany, to tylko takie marzenia.

Moje życie to tylko chwila jawy miedzy dwoma snami. A nawet sny są coraz krótsze, coraz bardziej niepewne, zajęczo strachliwe, płytkie, samotne. Zasypiam z nadzieją, lecz wybudzam się po kilku godzinach już bez niej. Czekam świtu w strachu. W panicznym lęku przed dniem. Żeby mniej myśleć uciekam w fikcje książek, w nierealną dla mnie rzeczywistość gazet, bezmiar i chaos internetu. Filmy, muzyka. Czytam i oglądam, byle tylko stłumić strach i niepewność. Byle dalej. Byle uciec.  Byle, choć na chwile zapomnieć. Byle tylko nie rozmyślać. Nie pamiętać. Byle mniej myśleć. Żyć tym, co na ekranie, co w gazecie, co na stronach książek. Wygłuszyć emocje. Zastąpić je czymś innym. Stworzyć hybrydę fikcji z samym sobą. Odrealnić się.

Przyglądam się sobie w lustrze pytając czy to wciąż jestem ja? Czy ten, kogo widzę nadal istnieje? Czy klasyczne filozoficzne twierdzenie – myślę, więc jestem – dotyczy też mnie? Czy może wyzerowałem licznik i teraz mniej jestem, bo dużo myślałem? Patrzę w brodatą twarz w lustrze i zastanawiam się, kogo mi przypomina. Jestem moim ojcem? Moim innym przodkiem? Jestem kolejny z pokolenia bez przyszłości? Z zagubionym celem? Nabieram pewności, że dobrze zrobiłem wytrwawszy w postanowieniu, że będę ostatni.  Może moje geny nie pasują do tego świata pospiechu, pazerności, pogoni za pieniądzem. Świata kłamstwa, głupoty, strachu o byt, kredytów, pożyczek, podatków, urzędników, polityków. Nie pasuje do niewolnictwa nowej ekonomii. Za mało jestem liberalny. Za mało uległy. Niedostosowany. Nierokujący. Nie wypłacalny. A społeczny. A polityczny.

Przesuwam dłonie po łysej skórze mojej czaszki. Wplatam palce w włosy brody. Oglądam z ciekawością naukowca moja twarz. Moją a przecież tak bardzo nie moją. Derealizacja. Nie mogę w to uwierzyć, że przecież jeszcze tak nie dawno w tym samym lustrze widziałem ogoloną buźkę faceta w białej koszuli pod krawatem, w ciemnym garniturze ze znaczkiem korporacji w klapie marynarki. To takie dalekie, że aż nierealne. Uciekłem od tego. Wydostałem się z labiryntu. Odszczurzyłem się. Ale teraz moja ucieczka okazała się daremna. Bo od wszechobecności władców systemu wyzysku można uciec tylko w głąb siebie. Uciec można tylko wewnętrznie. Machina państwa wygrywa. Choć jestem wolny, to tylko na tyle na ile mi ona pozwala. Męka mnie swoimi istnieniem. Przenika przez ściany mojego schronienia trując mnie ciągłym upominaniem się o daninę. Pisma urzędowe, rachunki, upomnienia. Nie ma ucieczki od wszechobecności ich uporządkowania. Pozostaje czekać. Trwać. Istnieć. Choćby jeszcze nawet minutę, choćby tylko godzinę, chwile… Walczyć tym moim istnieniem. Pozostawanie w miejscu to też forma ucieczki. Forma walki.  Bo dziś jest ważniejsze od jutra.

dziennik pesymistyczny

Słomiane lotnisko

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Czy chciałbym mieć lotnisko o dwa kilometry od domu? Tak, zdecydowanie tak. Czy chciałbym tam dojechać w kilka minut miejskim autobusem? Pewnie. No i teraz będę mieć port lotniczy tuż za rogiem. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że się tak stanie.  Ale czy to, że lotnisko zostanie wybudowane, a nawet oddane do użytku, automatycznie oznacza, że ja i wielu innych gdzieś polecą samolotem, jeśli tego zapragną? Coś mi się wydaje, że tak nie będzie.

Trochę historii. Dawno, dawno temu, w pewnym mieście, ówczesne władze powołały spółkę, którego zasadniczym przedmiotem działalności była realizacja robót budowlanych na rzecz miasta. I jakoś się kręciło, ludzie zarabiali. Głównie ci we władzach.  Kilka lat później spółka ta została przekształcona i próbowała szczęścia w branży medialnej przez ponad dziesięć lat… „stopniowo wygaszając swoją działalność”. Znów miała miejska firma prezesów, radę nadzorczą, pracowników, którzy zarabiali. Znów interes się kręcił. Dobrze opłacani fachowcy wygasili w końcu działalność spółki, ale przecież zawsze jest tylu znajomych i przyjaciół władzy, którzy chętnie zagospodarują niemałe, państwowe, unijne, czy też miejskie pieniądze. Kolejna ówczesna władza przypominała sobie o „uśpionej” miejskiej spółce i podjęła decyzję w sprawie kolejnego przekształcenia śpiocha. Postanowiono wybudować lotnisko. I tak je budują długie lata.

Dlaczego o tym pisze? Bo tak mi się wydaje, jestem o tym przekonany, że czasem buduje się w Polsce coś wielkiego przez długie lata, za wielkie pieniądze, z armią prezesów, doradców, strategów, rzeczników, kolegów, tylko dla zarabiania pieniędzy i dla pokazania wyborcom możliwości władzy, która nie tylko ma gigantyczne wizje, ale dodatkowe je realizuje. A że przy tym ktoś przez lata bardzo dużo zarobi? Cóż, wszystko kosztuje. A wielkie inwestycje kosztują najwięcej.

I tak mamy tu, w moim mieście lotnisko. To znaczy mamy mieć, już niedługo, bo termin oddania inwestycji znów się trochę opóźnił. Ale przecież będziemy mieć. – Powiedz mi, po co jest ten miś? – zapytał kiedyś klasyk swojego przyjaciela od interesów. Gdy ten nie wiedział, padła odpowiedź: – Otóż to! Nikt nie wie, po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Parafrazując dalszą wypowiedz filmowego bohatera pytam: -Wiecie, co robi to lotnisko? Ono odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest port lotniczy na skalę naszych możliwości. My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo. I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest lotnisko społeczne, w oparciu o sześć instytucji… Podobne? To lotnisko to taki miś i „nikt nie wie, po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta.”

W Hiszpanii, która często jest przyrównywana do Polski jest czterdzieści dziewięć lotnisk. Na kilku z nich nigdy nie wystartował, ani nie wylądował żaden samolot. Teraz, jak gdzieś przeczytałem, planowane jest zamknięcie prawie trzydziestu z nich. Czy tak będzie z lotniskiem w moim mieście? Nie wiem, ale jeśli nikt nie wspomina o rozmowach z jednym chociaż operatorem lotniczym, który byłby zainteresowany lotami z tego lotniska, to zaczynam się martwić. Bardzo zaczynam się martwić, czy nie wybudowaliśmy słomianego misia. Bo nie można przyjąć założenia, jako przemyślanej strategii, że jak już wybudujemy sobie port lotniczy to ktoś pewnie zechce na nim wylądować, i z niego wystartować. Że pewnie jakiś samolot zabierze stąd pasażerów do Londynu, Dublina czy Paryża. Że jakoś to będzie. Port lotniczy, według szacunków, żeby nie przynosić strat musi obsługiwać, co najmniej milion pasażerów rocznie, minimalnie około trzystu tysięcy. Jak bez umów z tanimi przewoźnikami lotniczymi będzie to możliwe? Jeśli lotnisko będzie przynosiło straty to, co się wtedy zrobi? Za przykładem Misia – protokół zniszczenia?

Czy naprawdę nie wygląda to na zarabianie przez lata na interesie, który miał znikome szanse powodzenia?  Ten, kto miał zarobić zarobił! –  Prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach – jak powiedział pewien prezes.

dziennik pesymistyczny

Przeczuwam inny świat

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

System to wszystko, co mnie otacza. Jest tak wielki, że aż nieodgadniony. Mam poczucie, czy bardziej przeczucie, że wszystko, co o nim powiem nie w pełni odda jego złożoność. On jest po prostu nie do opowiedzenia. To jego siła a moje (nas) zniewolenie.  Przez tą fragmentaryczność mojego poznania, przez to, że nie mogę w pełni pojąc zależności i układów. Przez to, że patrzę z zewnątrz na zamknięty, potężny gmach. Przez to, że ten system jest taki przedwieczny. Przez to właśnie nie mogę go w pełni zrozumieć. A jak w pełni nie pojmuje to trudno mi tłumaczyć moją niechęć do niego. Moja odraza jest taka bardziej „niewytłumaczalna”. Czasem próbuje zrozumieć, wyjaśnić, bo to moja obrona. Moje wyzwolenie. Pamiętam siebie, jako małego chłopca stojącego na przedszkolnym podwórku. Przez szpary w płocie oglądałem godzinami świat próbując go poukładać, dopasować, wpasować w niego siebie. Pamiętam tą niemoc. Pamiętam taką swoistą złość, że to, co widzę, to, co zmuszony jestem oglądać nie jest pełne. Jest tylko małym, przeznaczonym dla mnie fragmentem większej całości. To dla mnie jest system. To przekonanie, że siła masy, społeczeństwa, nakazów, zakazów, praw i obowiązków kształtuje we mnie, poczucie – nakaz pogodzenia się z tym małym fragmentem rzeczywistości. Wpasowanie się w ten fragmencik. Wtłoczenia się w niego i życia w nim i z nim.

Dopasuj się. Nic nie zmienisz. Świat już taki jest. Zawsze tak było i tak będzie. Słyszę to przez całe życie. Czym jestem starszy tym niej jest wokół mnie takich, którzy zadają pytanie: po co? Otaczają mnie ludzie dopasowani. Pogodzeni. Usystematyzowani. Do przedszkola! Po co? – pytam. Bo tak trzeba. Zabawa na rozkaz. Sen na rozkaz. Szkoła. Do szkoły! Lekcje. Mundurki. Zasady. Oceny. Rywalizacja. Praca. Do pracy! Rywalizacja. Rano. Wieczór. Praca. Kariera. Zarabianie. Wydawanie.  Bo tak trzeba. Bo świat taki jest. Bo nic się nie zmienia. Bo nic nie możesz zmienić. Poznałeś już swoje miejsce w szeregu? Dopasowałeś się. Nie wychylaj się. Nie wyróżniaj się. Szarość to bezpieczeństwo. Praca i kariera. Rutyna jest dobra. Staraj się. Niech Cię docenią. Zarabiaj. Nic za darmo.  Pieniądze. Wyznaczaj cel. Twoi rodzice też pracowali od świtu do zmierzchu. Do pracy garnitur. Praca, jakakolwiek praca. Bez pracy niema kołaczy. Bądź lepszy. Do szkoły! Na studia! Dyplom. Cenzurka. Ocena. Pierwszy w klasie. Najlepszy na roku. Doskonały pracownik. Jak niedziela to do kościoła? Na siódmą. Na ósmą. Na dziesiątą. Do pracy. Jestem tym, co mam, co posiadam. Do szkoły. Idę już spać, bo jutro do pracy.  Do kościoła. Kredyt na dom. Bo nie starcza, choć pracujesz. Na samochód. Na benzynę. Pieniądze.  Na telewizor. Bezrobocie, bo ktoś daje prace. Szukaj. Znajdź. Nic za darmo.  Nie zmienisz tego. Praca. Za tysiąc. Za tysiąc dwieście. Za sześćset. Miesięcznie. Tygodniowo. Raty. Opłaty. Pożyczanie i oddawanie.   Zawsze tak było i tak będzie.

Znów samotnie, przez szpary w płocie obserwuje rzeczywistość. Czym jest system? Tym właśnie jest system? Choć nadal to tylko zwykłe słowo. To rzeczywistością, która nas otacza. Można nazwać ją dowolnie. System równie dobrze może być nazwany… trąbką. Bo jak nazwać zniewolenie? Jak odczucie marazmów i przerażenia nazwać jednym słowem?

Przerasta mnie to. Przygniata mnie. Krępuje. To tysiącgębne: tak już jest, zawsze tak było, nic nie zmienisz. Zależność. Nakaz dopasowania. To pytanie: co zrobisz? I odpowiedz: przecież nic nie można z tym zrobić. Bo tak to już jest. Czy to system? Nie wiem. Ale wiem, że to nie jest dobre. I choć pewnie tego nie zmienię, to mam przeczucie. To przeczuwam inny świat. I to czasami mnie wyzwala. Pozwala mi oddychać. Budzić się, co rano. Warto, choć przez chwile być wolnym.

System (stgr. σύστημα systema – rzecz złożona) – obiekt fizyczny lub abstrakcyjny, w którym można wyodrębnić zespół lub zespoły elementów wzajemnie powiązanych w układy.

dziennik pesymistyczny

Azyl? (sprawdzić czy nie Amerykanin)

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Polska jest krajem gościnnym. Z tą oczywista oczywistość (jak mawiał klasyk) zgodzi każdy Polak. Zgodnie z wykutą w szkołach wersja naszej historii oraz z państwowym utrwalanym mitem, Rzeczpospolita to kraj, w którym zawsze najwyżej ceniona była wolność osobista. U nas bojownicy o prawdę i wolność cieszyli się większą tolerancją, niż na Zachodzie czy Wschodzie. Często cudzoziemcy prześladowani w swoich krajach za przekonania, znajdowali azyl właśnie w nas, w Polsce. Ale jak to mówią nic nie trwa wiecznie. Teraz, gdy od ponad dwudziestu lat państwo polskie dołączyło to elity krajów „demokratycznych”, teraz już azyl w Polsce nie dostanie ten, kto walczy o wolność.

Edward Snowden wystąpił o azyl w Polsce. Ale nasz premier, dawny bohater narodowej walki o wolność z totalitarnym reżimem, bardzo szybko oświadczył w publikatorach, że nawet gdyby wiosek Snowdena spełniałby wszelkie wymogi formalne, Polska nie wyraża zainteresowania udzieleniem mu azylu.

Człowiek ten, pracownik firmy komputerowej współpracującej z amerykańską Agencją Bezpieczeństwa Narodowego, który ujawnił, że amerykańskie służby na masową skalę inwigilują internautów prosi w Polsce o azyl. A premier nie jest zainteresowany. Faceta obawia się, że po powrocie do Stanów czeka go „ryzyko prześladowań a nie sprawiedliwy proces” a premier nie jest zainteresowany.

– Nie bądźcie natrętni! Natrętny pasażer… O! A gdyby tu wasz synek z grupą stuosobową odlatywał i każdy z rodziców chciałby wejść, to, jaki byłby tłok, sami widzicie i nie mówcie, że nie macie synka, bo w każdej chwili mieć możecie (sprawdzić, czy nie ksiądz) – kiedyś tak właśnie w pewnej polskiej komedii urzędnik sprawdzał w odpowiedniej instrukcji jak postępować z natrętnym pasażerem. Teraz pewnie przyszła do państwowych urzędników nowa instrukcja jak postępować w tymi, co występują o azyl polityczny w Polsce. – Nie bądźcie natrętni! Natrętny azylant… O! A gdyby tak każdy, kogo władze jego kraju oskarżyły o ujawnienie tajnych danych dotyczących inwigilacji elektronicznej chciałby prosić o azyl, to, jaki byłby tłok, sami widzicie… (sprawdzić, czy nie Amerykanin) – tak zapewne wygląda nowa instrukcja w sprawie azylu dla prześladowanych.

– … nie dam pozytywnej rekomendacji – oświadczył minister od praw zagranicznych w sprawie azylu dla Snowdena. – Azylu udziela się, gdy przemawia za tym ważny interes RP. Pan minister nie uważa, że przemawia ważny interes Rzeczpospolitej za udzieleniem takiego azylu, gdyby taki formalny wniosek wpłynął – wtórował swemu szefowi rzecznik MSZ.

Edward Snowden przekazał prasie dokumenty, z których wynika jasno, że amerykańska agencję wywiadu i inne służby specjalne monitorowały i gromadziły dane dotyczące rozmów telefonicznych i aktywności w internecie nie tylko obywateli USA, ale też cudzoziemców, w tym Polaków. Każdy rząd obowiązują pewne niezmienne zasady, a jeśli jakakolwiek władza te zasady łamie, to trzeba tę władzę za wszelką cenę powstrzymać.

Chciałby, aby ci, co samozwańczo nazywają się moimi przedstawicielami uszanowali to, co zrobił ten człowiek. Przynajmniej w imię wielowiekowej tradycji naszego narodu. Dlatego jeśli ktoś nadal chce nazywać się moim przedstawicielem to powinien udzielić azylu Snowdenu. I dlatego Polska powinna być zainteresowana udzieleniem azylu Amerykaninowi. Zdecydowanie za tym „przemawia ważny interes Rzeczpospolitej”. Bo czasem trzeba wstać z kolan…

dziennik pesymistyczny

Mam już dość,czyli TV Reklama

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Bardzo lubię oglądać telewizję. Po prostu kocham się gapić na filmy czy seriale i słuchać gadania, nawet polityków. Jednak to właśnie telewizja postanowiła mnie do siebie zniechęcić. I w tej walce, ze mną – widzem, odnosi coraz większe sukcesy.

Niewątpliwie to nadal moje ulubione okienko na świat. Choć są inne jak internet, starodawna książka czy gazeta, to jednak telewizor jest dla mnie ważny. Wiem, że to niemodne, wsteczne i niepostępowe, ale mnie chyba nie warto już zmieniać.

Jednak telewizja postanowiła mnie do siebie zniechęcić i zamęczyć reklamami. Tak, tak, rozumiem, że „zarabianie…”, że „bez pieniędzy się nie da…” i tak dalej. Ale tego reklamowania telewizyjnego jest już tyle, że czasami mam wrażenie, że nie oglądam już konkretnej stacji, tylko jedną wielką TV Reklama. Wszechkanałową, dwudziestoczterogodzinną, totalną telewizję nadająca reklamy przerywane tylko innymi programami.

Zasiadam przed telewizorem w nadziei zapoznania się z tym, co nowego i ważnego wydarzyło się „w świecie i naszym powiecie”, a tu reklama za reklamą. Maszerują przed moimi oczami dezodoranty, staniki, wykałaczki, chińskie zupki, samochody, podpaski, sukienki, kredyty… i wreszcie mogę obejrzeć wiadomości. Ale przecież, jeszcze przed wiadomościami króciutko dowiem się, kto dostąpił zaszczytu sponsorowania tego, co z rosnącym zniecierpliwieniem chciałbym zobaczyć. I znów słyszę, że sponsorem audycji jest… i sponsoruje dla Państwa taka a taka, z takim a takim.

Uff, myślę w końcu się doczekałem, mogę wchłonąć, oglądać, zaznajamiać się i podziwiać. Ale przez chwilę, bo potem znów te same reklamy. Ten sam najlepszy samochód za najlepszy kredyt, szampon, pomadka, garnek, tampon i soczek dla dziecka, a za nim pieluchy i tablecik. Nie wytrzymuję i zmieniam stację, są tam reklamy to oczywiste, ale może zaraz się skończą – sam siebie mamię lichą nadzieją.

No i jest serial. Doczekałem się. Przebrnąłem przez reklamy. Oglądam, dzielny detektyw już ma wpaść na trop przestępcy… gdy nagle bez większej potrzeby, sensu czy zgodności z fabułą filmu, zaczyna się on zastanawiać, czy aby nie skorzystać z bardzo atrakcyjnej propozycji firmy ubezpieczeniowej wymienionej konkretnie z nazwy.

W pamięci mam jeszcze straszliwą zbrodnię, której sprawców miał ujawnić serialowy detektyw, a on tym czasem rozsiada się wygodnie w fotelu i zaczyna rozprawiać na temat zbawianego wpływu na młode organizmy soczków marki, której butelkę pcha mi bezczelnie przed oczy. I tak, co chwila – to zasiada w fotelach znanej marki i gaworzy o ich nadzwyczajnej miękkości, to znów jedzie samochodem tak bardzo popularnej marki, to znów robi zakupy, a operator kamery na dziesięć sekund zatrzymuje się na logo, abym przypadkiem nie przeoczył tak ważnego szczegółu.

Kiedyś nawet zastanawiałem się, czy soczek pomarańczowy z fikuśnie otwieranym kapselkiem ma tak wielkie znaczenie dla fabuły, dla śledztwa, że trzeba mu poświecić aż tyle uwagi, ale przestałem się dziwić, bo przecież „product placement” jest już polskich serialach niemal obowiązkowy.

Kto ma pilota, ten ma władzę, więc zmieniam kanał na inną stacje, a tam panienka rozmawia ze znanym projektantem o jego nowej kolekcji odzieży, którą ten przecież nie rozdaje bezdomnym, tylko sprzedaje za ciężkie pieniądze. Czyli reklama.

Po reklamowym wywiadzie czas na zwykły blok reklamowy. Po kilkunastu minutach jeszcze tylko informacja, że w audycji dojdzie do lokowania produktu i można w dwóch zdaniach zaprosić na prognozę pogody, przed która dowiem się, jakie firmy ją sponsorują. Po porcji wiadomości o deszczu lub słońcu dowiem się, że sukienkę pogodynce zafundowała bardzo znana marka, podobnie jak makijaż czy buty.

Po tym wszystkim można posłuchać kolejnej rozmowy, ze znanym producentem. Potem reklama i już serial z „product placement” przerywany klasycznymi spotami reklamowymi.

Dlaczego marudzę? Bo kiedyś naprawdę lubiłem reklamy w telewizji. Od czasu do czasu. Spokojne, nienachalne i nieprzytłaczające. Teraz jednak mam wrażenie, że ktoś mnie nabiera. Ktoś mnie oszukuje. Ktoś chce jak najwięcej zarobić. Jestem zapchany reklamami pod korek. Odczuwam przesyt. Tęsknię za serialami bez „product placement”, filmami nieprzerywanymi reklamami, rozmowami w studio, które nie są reklamami. Tęsknię za telewizją i mam serdecznie dość TV Reklama.

dziennik pesymistyczny

Jak się nazywasz, czyli 115 dowodów na 47 nazwisk

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Każdy obywatel naszej pięknej rzeczpospolitej wie jak ważny jest w jego życiu dowód osobisty. Dla przeciętnego człowieka życie w polskich strukturach państwowych i społecznych bez tej plastikowej karty identyfikującej byłoby zupełnie niemożliwe. Są takie kraje, gdzie osobisty dowód tożsamości wydawany przez uprawnione organy władzy jest nieznany, ale to zapewne stan przejściowy w ich nieudolnych cywilizacjach. Ten nienaturalny dla biurokracji stan bezdowodowy zapewne niedługo się u nich zmieni na ten właściwy. Ci zacofani innostrancy bez dowodu przyłączą się do nas oświeconych i posiadających osobisty, potwierdzony państwowo, dowód na własne istnienie.

Bo przecież nie ma życia bez osobistego dowodu. Każdy, kto próbował odebrać list polecony na poczcie, zareklamować towar w sklepie, udał się na badania lekarskie, każdy musiał się urzędnikowi pocztowemu, pani w sklepie czy recepcjoniście w przychodni wylegitymować dokumentem tożsamości. Bez tego kawałka plastiku ze zdjęciem nikt by mi tak na słowo nie uwierzył, że ja to ja, a nie ktoś zupełnie inny.

Powiem nawet więcej, to dowód osobisty określa, kim jesteśmy. Nie tylko możemy się w każdej chwili z tego dokumentu państwowego dowiedzieć dokładnie gdzie mieszkamy (pod warunkiem, że mieszkamy tam gdzie jesteśmy zameldowani), możemy się szybko upewnić ile mamy wzrostu, jaki mamy kolor oczu oraz kiedy przyszliśmy na ten świat. Szybko i sprawnie możemy sobie przypomnieć, pod jakim numerem identyfikacyjnym zostaliśmy zapisami w państwowych ewidencjach. Bez problemu i w każdej wybranej przez nas chwili możemy sprawdzić naszą narodowość, oraz do jakiego państwa jesteśmy przypisani. I co najważniejsze, z dowodu osobistego możemy się oczywiście dowiedzieć jakie nam nadano oficjalne imię i nazwisko.

Wydaje wam się, że każdy już o dziecka wie jak się nazywa i nie jest mu do tego potrzebny dowód tożsamości? Otóż nie jest tak do końca, o czym przekonali się świętokrzyscy policjanci, którzy zatrzymali czterdziestojednoletniego mężczyznę z miasta Gdynia. Jak donoszą media, osobnik ten, posiadał piętnaście dowodów osobistych na czterdzieści siedem nazwisk. Gdy funkcjonariusze zapytali go o jego imię i nazwisko, biedaczyna nie potrafił powiedzieć jak się nazywa. No poplątało się chłopinie z nadmiaru osobistych dowodów tożsamości. No jak miał się zorientować jak ma na imię czy nazwisko, jak miał tak wiele dowodów na swoją tożsamość. To przecież absolutnie niewykonalne. Czterdzieści siedem imion i nazwisk do wyboru. Przy czym każdy, choć podrobiony, to jednak prawie państwowy dowód twierdzi, co innego. Czterdzieści siedem różnych numerów identyfikacyjnych, czterdzieści siedem wersji wzrostów i koloru oczu. Prawdziwy koszmar. Na znalezionych u zatrzymanego przez policję dokumentach był wizerunek czterdziestojednolatka, lecz różne dane. – No, jak żyć! – chciałoby się zawołać za klasykiem. Zastanawia mnie, dlaczego miał ten pan sto piętnaście dowodów osobistych, ale tylko na czterdzieści siedem nazwisk i imion? Czyżby miał też wersje z powtarzającymi się nazwiskami lub imionami, ale innymi danymi dotyczącymi na przykład miejsca zamieszkania czy daty urodzenia? To jeszcze bardziej komplikowałoby życie mężczyzny z miasta Gdyni, ale też tłumaczyło jego dezorientację co do właściwego nazwiska czy imienia.

W tym miejscu chciałbym zaapelować do moich współobywateli. Kochani, starajcie się posiadać jeden dowód. Nie kombinujcie. Jeden dowód na jedno imię i nazwisko w zupełności wam wystarczy. Posiadanie większej liczby dowodów może was tak zamroczyć, że stracicie zupełnie kontakt z rzeczywistością. Taka mnogość dokumentów osobistych spowoduje u was kompletą dezorientację co do waszych danych personalnych. A może nawet osobowość mnogą? Nie idźcie za przykładem przestępcy z Gdyni. Jeden dowód zapewni wam zawsze wiedzę, kim jesteście i jak macie na imię. Tylko posiadając jeden dowód osobisty, zawsze i wszędzie, o każdej porze dnia i nocy, w każdych okolicznościach, nawet pytani przez świętokrzyskich funkcjonariuszy, będziecie mogli szybko i sprawnie, bez zaskoczenia powiedzieć jak się nazywacie.

dziennik pesymistyczny

Bezmyślenie osobnicze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Cały czas myślę i to jest moje największe przekleństwo. Bo gdybym nie myślał lub myślał mniej, choć trochę, to może łatwiej bym się dopasowywał, uspołeczniał. Bez myślenia byłbym szczęśliwszy, pracowitszy, bardziej uporządkowany. Nie zastanawiałbym się, dlaczego co rano muszę wstać do pracy. Bo praca byłaby dla mnie czymś najzupełniej naturalnym. Żył bym spokojniej bez ciągłej potrzeby dociekań. Czy jakbym ograniczył narkotyczną wręcz potrzebę myślenia nie zadawałbym sobie tak społecznie bezsensownych pytań jak: dlaczego? Po co? Wykonywałbym polecenia i czułbym się szczęśliwszy. Stałbym się cennym członkiem społeczeństwa. Co dnia stawałbym przy maszynie. Siadał przy biurku. Stawałbym na stanowisku. Służyłbym pomocą. Skrzętnie bym pracował i zarabiał. Tak po prostu. Bez myślenia łatwiej by mi było znaleźć prace. Byłbym bardziej atrakcyjny dla wolnym rynku. Byłoby na mnie zapotrzebowanie. Stałbym się  społecznie kompatybilny. Byłym lepiej opłacany. Adekwatny. Taki swój. Masz. Kumpel. Byłbym wypłacalny. Miałbym zdolność kredytową. Byłbym wiarygodny dla banków. Gdybym tylko mniej myślał. Choć ociupinkę. Mniej analizował. Gdybym nie szukał dziury w całym. Byłbym szczęśliwszy. Bardziej lubiany. Miałbym więcej kolegów, no bo z pracy. Miałbym więcej przyjaciół, bo by mnie było stać na przyjaźnie. Miałbym lepszą opinie w środowisku.  Miałbym większy dom. Większe mieszkanie. Może nawet w wieku sześćdziesięciu trzech lat spłaciłbym w końcu hipotekę?  Mógłbym pracować wydajniej. Dosłownie wszędzie. Robić wszystko co się ode mnie by wymagało. Mógłbym bez problemów wyjechać za pracą. Żyć bez lęku. Bez nadmiernego myślenia byłoby łatwiej i sprawniej. Wydajniej.

Gdybym nie myślał tak wiele, mniej bym się denerwował. Wiadomości telewizyjne, nagłówki w gazetach napawałyby mnie tylko optymizmem. Zwiększałyby moją potrzebę bardziej wytężonej pracy dla dobra nas wszystkich. Gdybym tak, choć na chwile przestał się zastanawiać, dlaczego jest tak jak jest, a nie jest inaczej, byłbym o wiele szczęśliwszy. Gdybym nie czytał, nie oglądał, nie bawił się, nie przyglądał się, nie rozmyślał w nadmiarze… gdybym zwyczajnie nie chciał wszystkiego zrozumieć, świat tak bardzo by mnie nie przerażał. Lepiej bym sypiał gdybym w nocy nie myślał o dniu następnym. Może nie brałbym leków? Może byłbym bardziej realny. Mniej oddalony. Teraźniejszy. Nie denerwował się. Jakżeż ja byłbym spokojny bez nadmiernego myślenia. Może nawet byłbym bardziej wolny, bo przecież nawet nie zastanawiałbym się nad zniewoleniem. Ale chyba najważniejsze, że byłbym bardziej przystosowany do tego świata. Nie chciałbym nic zmieniać. Nie stawałbym niewygodnych pytań. Wiedziałbym przecież, że nic nie zmienię. Gdyby się tak dało nie myśleć. Wyłączyć pokrętłem, aż do kliknięcia oznaczającego koniec myślenie.  Jeśli nie wyłączyć całkowicie, to przynajmniej przyciszyć, stłumić myślenie.

Nie zagrażałbym sobie i innym, gdybym mniej myślał. Nie poszukiwałbym praw. Bo bym znał prawdy tak z boskiego nadania. Nie dociekałbym, nie pragnąłbym, bo wiedziałbym, że jest jak jest. Byłbym bardziej propaństwowy, prospołeczny, patriotyczny, bo przecież za pewnik bym przyjmował prawa i obowiązki. Gdybym nie myślał tak wiele, to pewnie doszedłbym do czegoś. Stałbym się posiadaczem. Miałbym i byłoby mnie stać. Byłbym wzorowym obywatelem każdego państwa. Czasem chce tego, chciałbym przestać być inny. Być zwyczajny. Szary. Uporządkowany.  Porachowany. Usystematyzowany. Może nawet bez natręctwa myślenia stałbym się lepszym, bo bym zapewniał i zaspokajał.  A to wszystko bym miał gdybym tak nadmiernie, tak pazernie nie starał się zrozumieć. Pojąc. Ogarnąć. Jakbym przestał myśleć, choć na czas jakiś. Do czasu aż bym się dorobił. Zapewnił sobie byt. Obrósł materialnie. Pewnie przed to moje wciąż myślenie, przez ten potok całego dociekania mam poczucie nierealności. W zasadzie, tak teoretycznie to wszystko wokół mnie nic, a nic mnie to obchodzi. No, może przynajmniej niewiele. Praktycznie jednak cały czas o tym myślę i to mnie osamotnia. Gdybym mniej myślał to byłbym szczęśliwszy?

dziennik pesymistyczny

Wiedział, nie powiedział, a to było tak

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 6

Wiem, ale nie powiem. To jest motto tych politycznych, wierzących. Tych święcie przekonanych. Badaczy ukrytych prawd. Tych, co doznają objawień. Tych, co posiedli wiedzę o faktach i zjawiskach ukrytych. Teraz oni wiedzą, znają prawdę, ale nie mogą o niej powiedzieć. Nie mają dowodów, ale wierzą, są przekonani. Znają dowody, ale nie mogą ich ujawnić. Odkryli nagle coś nieznanego ogółowi, ale nie ujawnią szczegółów dla dobra ogółu oczywiście. Posiadają wiedzę tajemną, która wyzwoli nas, Polskę całą, piękną, żyzną i niemałą… Prawda została im objawiona, ale nie mogą o niej teraz mówić. Oni coś wiedzą, ale konkretnie, co wiedzą, tego już nie powiedzą.

Dziecięce przekomarzanie było dla mnie wspomnieniem bardzo odległym w czasie, ale teraz to „ wiem, ale nie powiem” powróciło i bynajmniej nie za sprawą dziecięcych zabaw. Teraz to dokazywanie dla dorosłych. A nawet bardzo dorosłych. Teraz to sprawa polityczna. Teraz to sprawa wiary i przekonań. Całkiem niedawno pewien poseł powiedział, że są dowody na to, że trzy osoby przeżyły katastrofę smoleńską. Nie zdradził jednak, kto przeżył. – Po blisko trzech latach badań mogę powiedzieć z olbrzymią dozą pewności czy prawdopodobieństwa, że relacje o tym, że trzy osoby przeżyły (katastrofę), są wiarygodne – mówił ten szef zespołu do spraw. Jak dla mnie, powiedział tyle, że wie, ale nie powie skąd to wie. Czyli znów to dręczące dziecinne stwierdzenie powróciło, tym razem, w dorosłej politycznej formie. – Możemy powiedzieć na pewno. Tak, samolot został zniszczony przez eksplozję. A jak do tego doszło, w jakim zakresie i kto był autorem tej straszliwej zbrodni to jest rzecz, którą będziemy analizowali w przyszłości. Na razie stwierdzamy fakt – powiedział poseł. Czyli tradycyjne już: wiem, ale nie powiem.

Ten swoisty detektyw parlamentarny jest jak ten święty Antoni, patron osób i rzeczy zaginionych oraz spraw beznadziejnych. On doszedł do prawdy. Została mu objawiona. „Po blisko trzech latach badań” On już wie, On „z olbrzymią dozą pewności czy prawdopodobieństwa” zna prawdę, ale całej prawdy, tak wprost, tak zwyczajnie, bez owijania w bawełnę, nie może powiedzieć. – (…) nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy trzy osoby przeżyły. Ale są wiarygodne informacje z trzech źródeł, że tak było. Obowiązkiem polskiej prokuratury jest to sprawdzić – wtóruje mu rzecznik prawych i sprawiedliwych. I znów to denerwujące: wiem, że to prawda, ale nie powiem wszystkiego. Ten polityk mówi, a ja słyszę, że: ktoś coś tam wie, że On słyszał tylko, ale On w to wierzy. Bo On, jest przekonany, że ten, co mu powiedział, ten posiadacz prawdy, jest dla niego wiarygodny, ale na wszelki wypadek niech ktoś tę prawdę objawioną sprawdzi.

– Przy obecnej wiedzy jedyną teorią, która wszystko wyjaśnia, porządkuje wiedzę, i daje konkluzje, jest teoria zamachu. Natomiast z całą pewnością jeszcze trzeba te sprawy bardzo pogłębić – powiedział pan prezes, odwieczny i niespełniony zbawca Polski. Znów, no znów słyszę to: wiem, ale nie powiem.  Znów ktoś posiada wiedzę, jest przekonany o prawdzie, ale żebym ja mógł poznać prawdę, to trzeba tę wiedzę o prawdzie dla mnie specjalnie pogłębić.  Wszyscy coś wiedzą, ale nam nie powiedzą.  Dla naszego dobra oczywiście, bo prawda byłaby dla mnie, dla nas, tak bolesna, że chyba by nas zabiła… i kto by opłacał zabawę w ten cyrk? Kto by płacił podatki?

Konkretnie, no błagam… Panowie! Konkretnie!, Raz! No błagam! Raz powiedzcie całą prawdę, niech i ja doznam objawienia. Raz, choć raz powiedzcie: Kto? Jak? I dlaczego? I co najważniejsze: po co? A nie tylko: ja wiem, ale wam nie powiem.