dziennik pesymistyczny

Zawsze warto rozmawiać?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Pewnie że możemy o tym porozmawiać, ale to i tak nic nie zmieni,  bo ja już podjąłem decyzję i jej na pewno nie zmienię – zwykł mawiać mój pracodawca.  Już były pracodawca, między innymi z tego właśnie powodu, że miał w zwyczaju właśnie w taki sposób konsultować ze mną, oraz z innymi podwładnymi sprawy zawodowe. Gdy tak od pewnego czasu wsłuchuję się w doniesienia medialne w sprawie „konsultacji społecznych” dotyczących ACTA, to mam wrażenie, że znów słyszę te same słowa, które tak bardzo ukochał mój pracodawca o którym wspominałem na wstępie. – Polski rząd nie wycofa swojego podpisu z żadnego dokumentu, dlatego że jakaś grupa tego żąda – stwierdził nasz premier. Czyli rozumiem, że możemy sobie dyskutować do woli, ale to i tak nic już nie zmieni, bo rząd już podjął decyzję. – Zawsze warto rozmawiać – jak mawiał klasyk. Nie wiem, może ja jestem jakiś dziwny,  ale tego chyba nie można nazwać konsultacjami?  Na początku ktoś w moim imieniu coś podpisał, a potem praktycznie, post factum postanowił przeprowadzić „konsultacje społeczne”.  Raz premier przekonuje mnie, że zawiesza proces ratyfikacji umowy w sprawie ACTA, a następnie słyszę, że Polska (w sensie rząd) swojego podpisu pod umową nie wycofa. – Polski rząd nie wycofa swojego podpisu z żadnego dokumentu, dlatego że jakaś grupa tego żąda – mówi premier.Tak, to bardzo ciekawe. Mnie się zawsze wydawało, że jeśli społeczeństwo czegoś chce, przykład lekarze i aptekarze, to można coś zmienić. Ale widać w przypadku ACTA sprawa nie jest tak banalnie prosta, choć protesty trwają od dawna,premier twierdzi, że rząd nie wycofa podpisu, tylko dlatego „że jakaś grupa tego żąda”. Ciekawe dlaczego nie był takim twardzielem w przypadku lekarzy i ich niedawnych protestów? – Wolności w internecie jest za dużo – mówił pewien poseł Platformy. No cóż,  okazuje się że jak symbole polski walczącej,  tak i sama wolność jest zarezerwowana dla tych wybranych. Dla innych, takich internetowych szaraków,  wolność powinna być ograniczona, bo to po prostu idioci. – Dopóki nie wyjaśnimy sobie wszystkich wątpliwości – (…) – tak długo zawieszony będzie proces ratyfikacji ACTA i niemożna wykluczyć, że w finale będzie oznaczało to brak akceptacji dla tej umowy  – powiedział niedawno premier. A tego samego dnia słyszę w telewizji wypowiedź prawnika, który ze spokojem oświadcza, że jeśli sześć krajów unii europejskiej ratyfikuje umowę, to u nas obowiązywać będzie tak czy inaczej.Używając retoryki posła z platformy rzeczywiście to jakiś idiotyzm. No chyba że to świadome działanie, taka gra na zwłokę. A umowę Acta i tak przyjmiemy. Po roku, jak już ratyfikuje ją minimum sześć państw unii, polski parlament przegłosuje ją na nocnym posiedzeniu sejmu, gdzieś tak o trzeciej w nocy przy pustej Sali, przy okazji głosowania na przykład ustawy o rybołówstwie. Takie mam wrażenie graniczące z pewnością.

dziennik pesymistyczny

Zawsze warto rozmawiać?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Pewnie że możemy o tym porozmawiać, ale to i tak nic nie zmieni,  bo ja już podjąłem decyzję i jej na pewno nie zmienię – zwykł mawiać mój pracodawca.  Już były pracodawca, między innymi z tego właśnie powodu, że miał w zwyczaju właśnie w taki sposób konsultować ze mną, oraz z innymi podwładnymi sprawy zawodowe. Gdy tak od pewnego czasu wsłuchuję się w doniesienia medialne w sprawie „konsultacji społecznych” dotyczących ACTA, to mam wrażenie, że znów słyszę te same słowa, które tak bardzo ukochał mój pracodawca o którym wspominałem na wstępie. – Polski rząd nie wycofa swojego podpisu z żadnego dokumentu, dlatego że jakaś grupa tego żąda – stwierdził nasz premier. Czyli rozumiem, że możemy sobie dyskutować do woli, ale to i tak nic już nie zmieni, bo rząd już podjął decyzję. – Zawsze warto rozmawiać – jak mawiał klasyk. Nie wiem, może ja jestem jakiś dziwny,  ale tego chyba nie można nazwać konsultacjami?  Na początku ktoś w moim imieniu coś podpisał, a potem praktycznie, post factum postanowił przeprowadzić „konsultacje społeczne”.  Raz premier przekonuje mnie, że zawiesza proces ratyfikacji umowy w sprawie ACTA, a następnie słyszę, że Polska (w sensie rząd) swojego podpisu pod umową nie wycofa. – Polski rząd nie wycofa swojego podpisu z żadnego dokumentu, dlatego że jakaś grupa tego żąda – mówi premier.Tak, to bardzo ciekawe. Mnie się zawsze wydawało, że jeśli społeczeństwo czegoś chce, przykład lekarze i aptekarze, to można coś zmienić. Ale widać w przypadku ACTA sprawa nie jest tak banalnie prosta, choć protesty trwają od dawna,premier twierdzi, że rząd nie wycofa podpisu, tylko dlatego „że jakaś grupa tego żąda”. Ciekawe dlaczego nie był takim twardzielem w przypadku lekarzy i ich niedawnych protestów? – Wolności w internecie jest za dużo – mówił pewien poseł Platformy. No cóż,  okazuje się że jak symbole polski walczącej,  tak i sama wolność jest zarezerwowana dla tych wybranych. Dla innych, takich internetowych szaraków,  wolność powinna być ograniczona, bo to po prostu idioci. – Dopóki nie wyjaśnimy sobie wszystkich wątpliwości – (…) – tak długo zawieszony będzie proces ratyfikacji ACTA i niemożna wykluczyć, że w finale będzie oznaczało to brak akceptacji dla tej umowy  – powiedział niedawno premier. A tego samego dnia słyszę w telewizji wypowiedź prawnika, który ze spokojem oświadcza, że jeśli sześć krajów unii europejskiej ratyfikuje umowę, to u nas obowiązywać będzie tak czy inaczej.Używając retoryki posła z platformy rzeczywiście to jakiś idiotyzm. No chyba że to świadome działanie, taka gra na zwłokę. A umowę Acta i tak przyjmiemy. Po roku, jak już ratyfikuje ją minimum sześć państw unii, polski parlament przegłosuje ją na nocnym posiedzeniu sejmu, gdzieś tak o trzeciej w nocy przy pustej Sali, przy okazji głosowania na przykład ustawy o rybołówstwie. Takie mam wrażenie graniczące z pewnością.

dziennik pesymistyczny

Ptasia sprawa

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Jakiego mam pan ptaka– zapytała mnie nobliwa starsza pani okutana w piękne długie futro. Zaskoczyło mnie i zażenowało trochę to pytanie, bo nie wiem, a może wiem, dlaczego od razu pomyślałem, że pani zapytuje mnie o pewną, dość intymną część męskiego ciała. Chwilę zajęło mi, nim uświadomiłem sobie, że przecież pani ta nie jest zainteresowana szczegółami tego, co na miałem szczelnie ukryte w spodniach.Szanownej damie chodziło o to, jakiego ptaka dokarmiam karmą, którą kupowałem na straganie, przy którym obydwoje staliśmy. – Jakiego ma pan ptaka? –powtórzyła pani, sądząc pewnie, że nie dosłyszałem. – Nie, ja… ja tylko dokarmiam… mam na balkonie parę zaprzyjaźnionych gołębi, to dla nich ta karma –pospieszyłem z wyjaśnieniami, bo i ja chciałem sobie samemu wyjaśnić i się upewnić,że to chodzi o takie ptaki z piórami. Handlarka w tym czasie odważyła mieszanki ziaren tyle ile sobie życzyłem i wsypała do papierowej torby. – Ja to nienawidzę gołębi, wytrułabym je wszystkie, szkodniki przeklęte – usłyszałem wyznanie pani w futrze. Zaciekawiło mnie to, bo pani stojąca ze mną przy straganie tuliła do piersi – co prawda okrytej pięknym futrzanym płaszczem -ale zawsze jednak do piersi, małego białego pieska. Piesek spoglądał na mnie z dumą w oczach, a jego grzbiet pokrywał ciepły skafanderek w szkocką kratę.  – Nienawidzę tych latających szczurów.Powytruwałabym to całe towarzystwo –pani kontynuowała tymczasem swoje wynurzenia dotyczące gołębi. I choć starałem się uprzejmie dać znać, że niewiele mnie to interesuje, że się zdecydowanie spieszę, nic to nie dało, bo pani najwyraźniej chciała mnie przekonać, że moje zbożne dzieło dokarmiania zimą gołębi to największa zbrodnia w dziejach ludzkości. – Srają tylko i srają– rzuciła pani koronny argument przeciwko tym sympatycznym skądinąd ptakom. – A pan ich jeszcze dokarmia! – Dodała. Fakt, dokarmiam. Gołębie pojawiły się u mnie na balkonie, a w zasadzie na balkonie mojej sąsiadki ponad dwa lata temu.Założyły tam gniazdo, dochowały się młodych i teraz to właśnie te ptaki ukochały sobie wielką donicę stojącą na moim balkonie i w niej zamieszkały.Codziennie budzą mnie cichutkim gruchaniem, a ja, zimą, i tylko zimą je dokarmiam. Drugi fakt jest taki, że rzeczywiście, ptaki te zabrudziły odchodami okolice inie tylko okolice donicy, w której zamieszkały. Ale co mam zrobić? Przecież nie zaproszę ich do toalety. – Proszę pani ja zdaję sobie sprawę, że jak one coś zjedzą, dajmy na to karmę, którą im właśnie kupiłem, to siłą rzeczy, czy raczej natury, potem to wydalają – powiedziałem, choć wiedziałem, że źle robię zmieniając paniny monolog w dyskusję. – To szkodniki! Nie wolno ich dokarmiać!– Fuknęła na mnie pani, a jej piesek popatrzył na mnie jakby był, co najmniej krwiożerczym dobermanem a nie kudłatym kanapowcem.  – Ale przecież to też zwierzęta, szkoda ich,teraz im trudno o pożywienie – mianowałem się adwokatem gołębi.  – A że paskudzą odchodami, no cóż każde zwierzę tak robi, jak je to i wydala – dodałem. Nie przekonałem pani. Dowiedziałem się, że to wstrętne gadziny ze skrzydłami, że są wredne, że nie opiekują się młodymi i chorymi osobnikami i takie tam… – No i wszędzie srają! –Padło na koniec. – Szanowna Pani raczy zauważyć, że pani piesek też sra, za przeproszeniem – nie wytrzymałem obrażania moich kolegów z balkonu. – No wie pan! Jak tak można pieska do gołębia porównywać, co za ludzie! – Wrzasnęła dama z pieskiem na ręku, a że chciała moim rzekomym aroganctwem zainteresować handlarkę od karmy, skorzystałem z okazji, aby się pożegnać i odejść pospiesznie. Nie wiem, co ludzie mają do ptaków. Ja też nie przepadam jak mnie kolega gołąb budzi o świcie gruchaniem, ale przecież on też chce żyć. Każdy organizm ma prawo do życia, nie tylko psy czy ludzie, ale też gołębie. Co jest złego w tych ptakach?  A że srają – cytując panią – a niech tam srają… Każdy ma prawo, tak do życia jak i do srania…


dziennik pesymistyczny

Totalna inwigilacja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Nie, tak dalej być nie będzie!  To jest totalna inwigilacja!- gorączkował się mój przyjaciel, gdy rozmawialiśmy o tym, co dziś najbardziej drażni Polaków, czyli o sprawach ACTA. Co dnia słyszę jak różni politycy i eksperci starają się przekonać społeczeństwo, że ci, którzy protestują na ulicach tak naprawdę nie wiedzą, przeciw czemu protestują. Ze zdziwieniem oglądam w telewizji twarze takich działaczy partyjnych, których nigdy bym nawet w snach nie podejrzewał, że z nich tacy wrażliwi i nieugięci bojownicy o swobody i prawa obywatelskie. A tu proszę, taka niespodzianka i jaka zmiana! Chyba jednak najważniejsze, co przy okazji spraw z ACTA wyszło na jaw, to sposób, w jaki my społeczeństwo, jesteśmy traktowani przez Państwo i tych, którzy w tym państwie spełniają rolę naszych nadzorców. Na początku słyszałem jak najwyżsi urzędnicy zapewniali mnie, że tak naprawdę nic się nie zmieni gdy podpiszemy umowę, bo przecież te same zapisy, co w ACTA obowiązują już w Polsce od dawna. Nie wiem,może ja jestem jakiś osobliwy, ale nie pojmuję jak można podpisać coś, co i tak nic nie zmienia, choć jak nie podpiszemy to się sporo zmieni, a jak podpiszemy to nic a nic się nie zmieni. – Jeśli nie widać różnicy, to, po co podpisywać –że pozwolę sobie sparafrazować hasło reklamowe pewnego proszku do prania. Teraz okazało się, że mimo tego, że podpisaliśmy to możliwe, że i tak nie wprowadzimy tego prawa w życie, bo możemy go nie ratyfikować w naszym parlamencie, choć rząd przekonuje, że wszystko wyjaśni niedoinformowanemu społeczeństwu i jednak prawo zostanie wprowadzone. – Będą konsultacje – przekonują mnie politycy i urzędnicy. A ja kilka dni temu słyszałem, że jak już podpisaliśmy to i tak nic nie możemy na tym etapie zmienić, bo jak podpisaliśmy to zmian żadnych nie będzie. Nic nie rozumiem! Przeczytałem gdzieś wypowiedź urzędnika, który przekonywał,że my umowę ACTA musimy podpisać, bo wszystkie kraje Unii Europejskiej ją podpiszą, a okazało się, że nie wszystkie podpisały. Znów nic z tego nie rozumiem. Jest rząd, czyli nadzorcy z wizją świetlanej przyszłości i my –społeczeństwo, które ma słuchać, płacić podatki i nie marudzić. System taki jest widać, że z państwem nie pogadasz.  I tak sobie rozmawialiśmy z kolegą przy okazji przekładając zasoby internetu, (bo jeszcze można czynić to bezkarnie) i tu nagle natrafiliśmy na informacje o INDECT, czyli INtelligent information systemsupporting observation, searching and DEteCTion for security of citizens inurban environment (w języku okupanta) a po naszemu znaczy to mniej więcej: inteligentnysystem informacyjny wspierający obserwację, wyszukiwanie i detekcję dla celów bezpieczeństwa obywateli w środowisku miejskim. INDECT będzie to – jak wyczytałem w internecie – ujednolicony systemem kontroli audio-wizualnej wzbogacony o możliwość kontrolowania forów dyskusyjnych, połączeń telefonicznych, ulic, chatów, mmsów, maili, smsów itp. a także naszych rozmów w świecie rzeczywistym poprzez szereg kamer i podsłuchów rozmieszczonych praktycznie wszędzie, czyli tam gdzie odbywa się wzmożony ruch publiczny,sklepy, firmy, przystanki, komunikacja miejska, ulice, domy prywatne. A wszystko to za pomocą kamer umieszczonych w naszych urządzeniach elektronicznych. System ma zadanie analizować słowa, ich brzmienie, gesty, ruch gałek ocznych, ust oraz mimikę twarzy. Co ciekawe system może również analizować te funkcje w naszym własnym domu lub za pomocą telefonu czy laptopa wyposażonego w kamerę. System, bowiem potrafi uruchomić każde urządzenie za pomocą zdalnych kodów pozyskiwanych od producentów urządzeń. Wbudowane kamery w telewizory, laptopy tworzą już idealną siatkę kontroli publicznej. Aż mi się zrobiło gorąco i zimno na zmianę. – Muszę poszukać książki 1984 i ponownie poczytać, trzeba się przygotować – wyrwało mi się a mój kolega zawsze skory do żartów tym razem nic nie powiedział śmiesznego. My tu o skromnym ACTA! A tu proszę, przez całkowity przypadek dowiaduję się, że ten projekt badawczy -zapewne ku zapewnienia  nam wszystkim lepszego jutra – finansuje od dawna w całości Unia Europejska. Prace nad nim zaczęły się w roku dwa tysiące dziewiątym, a powinien zostać zakończony w dwa tysiące trzynastym. Taki system totalnej inwigilacji a ja nic o tym nie wiedziałem?  I zapewne nie tylko ja.  Ale, po co ja mam wiedzieć? Pewnie dowiedziałbym się o tym, gdyby nie przypadek, jak już umowa w tej sprawie byłaby podpisana.Pewnie konsultacje w tej sprawie będą takie, jak były przy sprawie ACTA.  Znów będzie tak jak zawsze, według scenariusza, albo, jeśli państwo będzie mieć szczęście, to nikogo to nie zainteresuje i system zacznie działać ku radości rządzących. – Totalna inwigilacja –powtarzał jak mantrę mój kolega. I całkowicie się z nim zgadzam.

dziennik pesymistyczny

O tym nam się nie mówi, byśmy byli w humorku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Gdy dowiedziałem się, że przestała działać strona internetowa premiera, jedyną reakcją jaką ten medialny nius u mnie wywołał to… przeciągłe ziewanie oznaczające poranną obojętność na kłopoty tych, którzy mną rządzą. Trudno, może to przykre, ale tak z rana trudno mi z siebie wykrzesać chociaż odrobinkę współczucia dla internetowych kłopotów władzy.   – Trudno mówić o ataku hakerów, bo żadna z zablokowanych stron nie została naruszona, nie było próby włamania na serwery czy próby zmiany treści tych stron. To zjawisko które obserwujemy, wynika z ogromnego zainteresowania tymi stronami – tak rzecznik prasowy rządu, jak przeczytałem w internecie,  skomentował zablokowanie strony premiera oraz sejmu. Jak widzicie, moja reakcja była całkowicie uzasadniona,  bo z tego oświadczenia jasno wynikało, że nie mam się czego obawiać, a wręcz mam się radować z rządowych sukcesów.  Jedno tylko mnie zastanowiło? Co tak bardzo zaciekawiło Polaków, oraz jak przypuszczam inne nacje, że tak masowo zaczęli oni wszyscy właśnie tego dnia odwiedzać strony naszego premiera i sejmu? Czy może znalazło się na nich jakieś dramatyczne, czy może wręcz przeciwnie, wesołe,wyznanie naszego przywódcy? Czy może rządzący ogłosili, że im już ta zabawa w rządzenie zbrzydła i zabierają się od jutra za inną, bardziej pożyteczną dla społeczeństwa, robotę? – No, co to do cholery mogło być? – nie mogłem wyjść z podziwu nad fenomenem popularności państwowych stron internetowych.  Sami przyznacie, że to wielce zastanawiające, co mogło skłonić miliony ludzi do odwiedzenia najnudniejszych, jak mi się dotychczas wydawało, stron w internecie? A wydawało się tak nie tylko mnie.  – To zjawisko, które obserwujemy wynika z ogromnego zainteresowania tymi stronami – wmawia mi rzecznik rządu i może bym nawet uwierzył, że wszystko zaczęło się od zwykłej awarii sejmowego serwera. Jestem w stanie nawet uwierzyć, że to wredne media zasugerowały społeczeństwu, że nastąpił atak hackerów na rządowe strony. Mogę też przyjąć do wiadomości, choć mnie to do końca nie przekonuje, że tylko ciekawość podkusiła wielu internautów do samodzielnego sprawdzenia, czy państwowe strony działają, co skutkowało zablokowaniem tychże witryn.  Ale wszystko wygląda inaczej w kontekście informacji, że zgodnie w wcześniejszymi ustaleniami polskie państwo ma, czy może miało, podpisać dokument o przystąpieniu do porozumienia ACTA w najbliższych dniach w Tokio, a ja nic o tym nie wiedziałem. Rząd przyjął już nawet  stosowną uchwałę o udzieleniu zgody na podpisanie dokumentu oraz o warunkach jego wykonania. – Okazało się jednak, że akt wywołuje takie kontrowersje w społeczeństwie, że sprawę trzeba jeszcze raz przedyskutować – przeczytałem w pewnym serwisie informacyjnym.  O jakże mi przykro… wyszło na to, że rząd już był w ogródku, już witał się z gąską… a tu proszę, nie udało się. I teraz trzeba konsultować. A prawie obyło się bez tego przykrego obowiązku. Jak dowiedziałem się z internetu, bo nadal jest taka możliwość, tajne prace nad ACTA trwały od dwa tysiące siódmego roku. Nie było żadnych konsultacji społecznych. Kompletna cisza. A tu proszę! Dowiedzieli się ludzie, że ktoś dla ich dobra tajnie pracuje  i teraz rząd ma kłopot. – Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy – śpiewał kiedyś Wojciech Młynarski. I tu właśnie, odnoszę takie wrażenie, zastosowano podobną metodę. To świadczy o tym z jakim szacunkiem i troską podchodzą do nas urzędnicy oraz politycy.

dziennik pesymistyczny

Dlaczego łysi nie mają swojej telewizji?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Mam kolegę, który będąc dziennikarzem publikował czasami artykuły w których tych złych, co to rozrabiają, kradną, chuliganią nazywał z lubością łysymi. Na początku mi to nie przeszkadzało, ale pewnego dnia gdy usłyszałem od kogoś ,że jestem łysy tak mi się te teksty z gazety, gdzie łysych przestawiano w bardzo niekorzystnym świetle przypomniały, i uznałem, że coś muszę z tym zrobić. – Słuchaj, dlaczego ty tak o tych, no nazwijmy ich chuliganami, czasami piszesz łysi, jakby to były słowa jednoznaczne – zapytałem go przy okazji naszego spotkania. – No bo mi się tak kojarzy – odpowiedział.  – Ale ja, spójrz na mnie – i tu nadstawiłem mu moją prawie łysą czaszkę pod nos – wcale nie jestem jakimś bandytą – stanowczo zaprotestowałem przeciw generalizowaniu, które mój kolega dziennikarz uprawiał w gazecie. – No tak, ale większość łysych to bandyci, taka jest opinia większości – przekonywał kolega. I tak trwała nasza dyskusja o kojarzeniu tych, co na głowie nie mają owłosienia z tymi, co nas biją i szkodzą, i nie mają przez to najlepszej opinii w społeczeństwie.  – Jak będziesz miał swoją gazetę, radio czy prywatną telewizję, to będziesz mógł tam pisać co chcesz i bronić sobie łysych do woli – odpowiedział mi, mniej więcej tak, na koniec naszej dyskusji. Pomyślałem sobie wtedy, że może to źle, że łysi nie mają swoich mediów. Ale traktowałem to w formie żartu, aż do chwili, gdy przeczytałem wypowiedź pewnego księdza i dyrektora w jednej osobie. – Jesteśmy dyskryminowani i wykluczani, tylko katolicy nie mają telewizji – mówił podczas posiedzenia senackiej komisji kultury i środków przekazu. – Uuuu, przepraszam – powiedziałem sam do siebie po przeczytaniu tych słów. To nieprawda, że „tylko katolicy nie mają telewizji”. Pomijam już to, że nawet ja mam gdzieś w mnogości moich kanałów telewizyjnych zapisaną TV trwam.  Nie wspomnę już, że w telewizji publicznej można znaleźć wielość audycji bardzo w swym wyrazie katolickich. Mnie się przypomniała ta moja trochę bezsensowna dyskusja z kolegą dziennikarzem sprzed lat. I teraz chciałbym odpowiedzieć księdzu dyrektorowi,że przesadą jest twierdzić, że „tylko katolicy nie mają telewizji”, bo jeszcze też łysi jej nie mają a stanowią znaczną część naszego społeczeństwa.  – Potrzeba dialogu, rozmowy i mediów. Również katolicy powinni mieć media – zaznaczył ksiądz – szef – dyrektor telewizji zdecydowanie polsko katolickiej. A mnie się przypomniało, że przecież gazety katolickie w naszym kraju też istnieją tak jak i radio, które ma chyba najlepszy zasięg w Polsce, a to wszystko to też media. No chyba że się mylę? Z jednym się zgadzam z księciem biznesmenem, tak  „również katolicy powinni mieć media”, no i takie mają. Mogą mieć ich nawet więcej, jeśli spełnią wszystkie przepisy i ich na to stać. Ale to nie może być tak, że ktoś, kto jest przekonany o własnym prześladowaniu wymusza na państwie jakieś specjalne traktowanie tylko dlatego, że jest katolikiem. Nie wiem, może się mylę, ale nie przypominam sobie aby własne stacje telewizji miały inne grupy religijne. – Jesteśmy dyskryminowani i wykluczani, tylko katolicy nie mają telewizji – mówił ksiądz, a ja pytam- co z łysymi?! Oni też są dyskryminowani i wykluczani i też decydowanie nie mijam się z prawdą – na pewno w Polsce nie mają swojej telewizji. I nie tylko oni, bo co z rudymi dla przykładu? Co oni mają powiedzieć? no nie mają rudzi swojej telewizji. 

 

dziennik pesymistyczny

Bo naklejka była za duża …

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 20

Tak się czasem zdarza,że nie mam innego wyjścia jak udać się na pocztę. Piszę tak dlatego, że staramsię unikać takich wizyt jak ognia, bo wiem, że choć wybieram różne pory dnia,to zawszę trafię na kolejkę. Tak już po prostu mam. I zdecydowanie winny jestmój pech, bo przecież nie instytucja państwowa z takim dorobkiem i z takimitradycjami. Jak już wspomniałem tak się czasem dzieje, że zacytuję klasyka, że choćbardzo nie chcę, to jednak muszę…  bywaćna poczcie. Jak tylko otworzyłem drzwi, oczywiście z głośnym skrzypnięciem, odrazu moim oczom ukazała się ogromna kolejka. Miałem już list w kopercie, a żemusiałem wysłać go poleconym nie pozostało mi nic innego jak grzecznie ustawićsię w ogonku do okienka. – A co to znowu? Co to jest?! – usłyszałem jakniewidoczna dla mnie jeszcze pani z pocztowego okienka prawie krzyczy nakulącego się po przeciwnej do niej stronie lady klienta. – Przecież już panukiedyś mówiłam, żeby nie takimi wołami adresować listy! – usłyszałem od paniukrytej za ladą. – Przepraszam, ja tu tylko przynoszę te listy, ja ich nieadresuję, ja im mówiłem, że trzeba teraz inaczej, ale nie słuchają – bronił sięklient. – Gdzie to teraz mam przykleić, no gdzie?! – grzmiała pani. Po wielujeszcze marudzeniach pani z okienka, spocony klient uciekł. A przed okienkiempocztowym stanął kolejny petent. – No proszę! Znów to samo – usłyszałem głosniewidocznej nadal dla mnie pracownicy poczty. – Przecież jak tak panizaadresowała to nie mam gdzie tego przykleić – usłyszałem. Zaintrygowało mnieto, bo zastanawiałem się czy ja aby dobrze wszystko napisałem, i nie bardzowiedziałem czego też takiego ta pani pocztowiec, nie może z braku miejscanakleić. – Nie wiedziałem, że teraz tak trzeba – bronił się kolejny klient. –poprawię się – przyrzekał. A ja, w coraz większym napięciu czekałem na swojąkolej przyglądając się trzymanej w dłoniach kopercie. – Może znaczki jakieświększe teraz zrobili? – zastanawiałem się. – No proszę! Na całej kopercie,nawet trochę miejsca nie zostało! – usłyszałem jak kolejny klient poczty obrywapo uszach.  – Jeszcze trzy osoby –dotarło do mnie i poczułem lekką niepewność jak przed egzaminem w szkole. –Ciekawe czy ja też coś mam nie tak – zastanawiałem się. Pani, która w tejchwili była pierwsza w kolejce miała szczęście, kupiła tylko kilka znaczków.Potem był pan co chciał wysłać paczkę, ale okazało się, że nie może, bo byłazabezpieczona zszywkami, a jak się dowiedział, a przy okazji ja i wszyscy wkolejce „ od dawna wiadomo, że zszywek nie można”. Moja kolej. Z bijącym sercempodałem list i blankiet poleconego pani z okienka – No i znów to samo! – rzekłagłośno, nawet nie podnosząc na mnie wzroku. – No, no, no… gdzie ja mam nakleić „ erkę” – powiedziała zdecydowanie zagłośno. Fakt, może za bardzo zamaszyście wypełniłem miejsce na kopercie adresemodbiorcy zostawiając tylko miejsce na znaczek. Pani z poczty trzymała w rękunaklejkę, która zdecydowanie była za dużo do tej mojej małej, acz standardowejkoperty. – No, gdzie według pana mam to przykleić – rzekła pani już raczejrozpaczliwie, następnie oderwała na początek część naklejki z kodem kreskowym i umieściła go na moim potwierdzeniunadania. To było proste, bo to niewielki paseczek, ale musiałem przyznać niewiedziałem gdzie przykleić wielką naklejkę z „ erką” jak się pani o niejwyraziła. – Może z tyłu – szukałem rozwiązania, bo nie chciało mi sięprzepisywać adresu na nową kopertę. W odpowiedzi, pani tylko westchnęła ipokiwała znacząco głową. W końcu po wielu przymierzaniach naklejka zostałaumieszczona ryzykownie w górnej części koperty, ale jej część i tak musiałazostać zawinięta na tyle koperty. – Udało się – powiedziałem do pani z okienka radośnie. Zapłaciłem i uciekłem. Miałemwrażenie, że udało mi się zdać trudny egzamin do którego nie byłemprzygotowany. Wracając do domu zastanawiałem się nad logiką produkowania takwielkich naklejek,  gdy wszyscy od latużywają standardowych kopert i na nich wypisują adres tak, aby był duży iczytelny. – Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta – Lądyn! JestLądek, Lądek Zdrój… – nagle przypomniała mi się scena z pewnego polskiegofilmu i już wszystko stało się jasne.  Cotradycja… to tradycja, na poczcie nie może być inaczej – pomyślałem.

 

dziennik pesymistyczny

Zniewolony przez czas

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Czuję się niewolnikiemczasu. Wiem, że to takie bezsensowne utyskiwanie. Co można zrobić, no nic niemożna zrobić, trzeba jakoś z tym żyć. Czas jest i nieubłaganie upływa i nic nato nie poradzę, bo go nie zatrzymam.  Alechyba mogę sobie pomarudzić, jak już taki jestem bezradny?  Jak już wspomniałem czas mnie szalenie denerwuje.Bo jest ze mną od świtu do późnej nocy i w zasadzie zostaje ze mną na noc.Dlaczego ja nie mogę sobie pospać do chwili, aż będę miał snu całkowicie dość?No nie mogę, bo trzeba wstać na czas, bo przecież jest już późno. Bo czeka dzień,a w nim wiele zajęć o określonym czasie. – Zobacz, która godzina! – strofujęsam siebie próbując zwlec się z łóżka. Wskazówki zegara nieubłaganie biegną do przodu a ja się stresuję, żejest już tak późno. Potem wstaję i znów wszystko robię w pośpiechu. No, bopraca a w niej spotkanie, potem następne. O tej godzinie jeszcze mam zadzwonić,potem do innej godziny mam termin na wysłanie ważnego i zaległego raportu. – Jakidziś dzień – pytam sam siebie i nerwowo spoglądam na kalendarz. No tak! Miałemdo wczoraj termin na wizytę w urzędzie. Spoglądam na zegarek, to już tagodzina! Niesłychane! A ja jeszcze nic w zasadzie nie zrobiłem, choć pracuję jużponad osiem godzin.  – O której mam się spotkaćz moją dziewczyną? – znów kolejne auto pytanie kontrolujące czas.  Nie mogę się spóźnić. Czy ja już jadłem? A czyja mogę tak dużo zjeść o tej porze? No już jestem w domu. Boże! O tej godzinie!Przecież zostało tylko kilka godzin i trzeba będzie iść spać, aby znów ranopowtarzać ten codzienny rytuał pogoni za uciekającym czasem. A tu nagle docierado mnie, że jest już piątek. Lubię ten dzień w tygodniu, bo mam wrażenie, żeczas w tym dniu, choć trochę zwalnia. Weekend, odpocznę – myślę sobie – alegdzie tam. Od razu zaczynam zastanawiać się, dlaczego wolne dni tak szybkomijają, że już jest sobota… Oj już sobotni wieczór! No nie, jeszcze tylkokilka godzin wolnego od pracy. Niedziela, dlaczego ona tak szybo mija?… no iznów poniedziałek. Tak, zgadza się… Nienawidzę poniedziałków! I znów kieratpogoni za czasem, który wciąż ucieka. Mijają lata. Po co ja je liczę? – zastanawiamsię. – Pan tak bardzo młodo wygląda jak na swój wiek – pociesza mnie panienka,której w urzędzie podałem moją datę urodzin. Ale ja czuję, że mój czas ucieka. Patrzęna swoją twarz w lustrze i wiem, że nie jestem już taki jak byłem kiedyś. – Mammałe zużycie biologiczne – lubię powtarzać. Ale czas zniszczył i postarzył mniewewnętrznie.  Dni zlewają się w pasmo. Biegnąlata, a ja ciągle gonię za uciekającymi godzinami, dniami, miesiącami. Nienawidzębyć niewolnikiem kalendarza. Nie cierpię patrzeć jak przeskakują na zegarzekolejne minuty. Jestem, żyję w zamkniętym kręgu przymusu czasu. Żyję na czas! Czujęjak on mnie dusi, jak mi wykręca ręce, jak wykrzywia mi twarz, jak podcina minogi, jak niszczy mi skórę na dłoniach. On mnie prześladuje. Torturuje. Ciąglejest ze mną i udowadnia mi, że mam coraz mniej… czasu właśnie. Nie wiem, poco ktoś wymyślił to odliczanie do końca. Ponad dwa tysiące lat temu rzymskiwładca wynalazł kalendarz, którego używamy do dzisiaj. Od tamtej pory kalendarzprawie w ogóle się nie zmienił. A ponad siedemset lat wcześniej w Chinach jużistniały urządzenia mierzące upływ czasu. Może warto coś zmienić, bo właśniejuż chyba czas, żeby trochę zwolnić. Przynajmniej ja mam takie poczucie, bo ztym życiem według zegarka nie mam na nic czasu, a najbardziej dla siebie i dlabliskiej mi osoby. Nie mam czasu na prawdziwe życie.

 

dziennik pesymistyczny

Dni bezalkoholowe

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– No proszę, co się okazało,nie jest ze mną aż tak źle jak sam o sobie myślałem – wyjaśnił nam kolegaodkładając na stolik swój telefon, na którym dotychczas czytał w ciszy i zwielkim zainteresowaniem jakiś tekst na portalu internetowym. Siedzieliśmy wkilka osób przy kawiarnianym stoliku i wcale nie piliśmy kawy jakby na towskazywała nazwa lokalu. Kolega, choć to może nieładnie, to jednak jak sięokazało czytał artykuł całkowicie a propos tego, czym nasze towarzystwozajmowało się od ponad godziny. Siedzieliśmy i piliśmy. Piliśmy i gadaliśmy. Ijak się okazało niektórzy nawet oddawali się lekturze.  – Ile razy w tygodniu pijecie – padło pytanieskierowane do wszystkich. Od razu pomyślałem, że nasz kolega pyta nie bezpowodu, a powodem może być to, co przeczytał.  Przy stoliku siedziało nas siedem osób i jaksię okazało prawie każdy z nas pił alkohol przynajmniej pięć dni w tygodniu. -Nie żebym tam od razu szklankami gorzałkę w siebie wlewał – powiedział pierwszyz biesiadników. – Tak jeden dwa drinki po pracy, dla wyluzowania mięśni twarzy- dodał. – O to, to… to tak jak ja – poparła go koleżanka i to nas wielce zaskoczyło,bo ona jak zawsze, tak i teraz siedziała od godziny nad jednym drinkiem. A tunagle takie wyznanie, że ona kilka drinków po pracy. Ciekawe to było, bo nieznaliśmy jej z tej strony. – A ja tam nie piję w tygodniu ani grama alkoholu,ale za to jak przyjdzie weekend… – powiedział kolejny dyskutant, ale niepozwoliliśmy mu dokończyć, bo wszyscy doskonale wiedzieliśmy, co on w te dniwolne od pracy wyprawia. Kolejni, którzy się wypowiadali też przyznawali się dokontaktu z procentami tak, co dwa, trzy dni. – Ale nie jesteśmy alkoholikami? -padło pytanie kolejnego dyskutanta. – Oczywiście, że nie jesteśmy odpowiedzieliwszyscy chórem. – Nie, nie jesteście – powiedział ten pierwszy, który czytał iwiedział już, że nie jest z nim, no i z nami tak źle. – Brytyjscy naukowcy uznali,że ich krajanie by chronić swoje zdrowie, powinni unikać alkoholu przynajmniejdwa dni w tygodniu. Tak twierdzą członkowie brytyjskiego parlamentu –powiedział nasz kolega, który posiadł dogłębną wiedzę w tym temacie dziękiinternetowi dostępnemu w każdym miejscu. Wyjaśnił mam też, że w raporcieopublikowanym przez parlamentarną komisję można znaleźć informację, że należysobie zrobić dwa wolne od alkoholu dni w tygodniu. Ja oraz inni współbiesiadnicytrzymający w tym czasie w swoich dłoniach szklanki i kieliszki z alkoholem, powitaliśmyz zadowoleniem inicjatywę zmian w istniejących wytycznych – o czym uprzejmiedonoszę. Bo jak się okazało nie jest z nami tak tragicznie, i choć pijemy różnie,jeden wyczynowo, drugi spokojnie, acz systematycznie, inny sporadycznie odczasu do czasu, to wszyscy trzymamy się w brytyjskiej normie, bo mamy dwa dni bezalkoholowe.Dzięki Bogu za Brytyjczyków, oni zawsze wszystko potrafią racjonalniewytłumaczyć. A jakby tak zostać wegetarianinem tyle, żeby mieć dwa dni mięsne?- przeleciało mi przez myśl. – Za dużo myślisz – zganiłem sam siebie. Są inniod myślenia. I napiłem się. Na zdrowie. Policzyłem oczywiście, że dziś jeszczemogę. Bo to piąty dzień w tygodniu.

dziennik pesymistyczny

Gdy odejdę za daleko…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

I jak tu nie wierzyć,że równolegle z naszym światem istnieje jeszcze wiele innych takich bardziejnaszych, osobistych, przez nas samych tworzonych co dnia i każdej nocy światów.Dziś tak bardzo pochłonął mnie świat moich własnych myśli… tak dalece się wnim zagubiłem, że w tym realnym świecie, w którym własną osobą przebywam, żesię tak wyrażę – fizycznie, nagle zawędrowałem ulicami mojego miasta tam, gdziewcale nie chciałem dojść. – Gdzie ja jestem? – zapytałem sam siebie, borzeczywiście potrzebowałem dłuższej chwili, żeby do mnie dotarło gdzie to mnieponiosły moje własne nogi. A niosły mnie same tak z siebie , bo na tylewyłączyłem się ze świadomości, że nie kierowałem ich w określonymkierunku.  – Która to jest godzina? -kontynuowałem przesłuchanie samego siebie. Okazało się, że od ponad godzinybezwolnie wędrowałem całkowicie nie zdając sobie sprawy gdzie idę. Znalazłemsię w dzielnicy którą oczywiście znałem, ale zdecydowanie się zgubiłem. Takbardzo pochłonięty byłem swymi myślami, że bezwolnie, całkowicie bezwolniewędrowałem ulicami i to gdzie dotarłem było przypadkowe. Nie zdarza mi się toco dnia. Fakt, jak teraz o tym myślę, to przypominam sobie, że zdarzało się takjuż kilka razy, że tak bardzo zagubiłem się we własnych rozmyślaniach, że tenmaterialny, realny świat wokół mnie tak jakby nagle przestał istnieć. Bezwspomagania środkami prawnie zabronionymi nagle przestałem istnieć w świecierealnym, bo przeniosłem się do tego który sam stworzyłem. Nie użalam się nadsobą, tylko jestem na siebie wściekły, że czasami sprawy  które mnie przytłaczają, tak bardzo mnieoblepiają, że przestaję widzieć ludzi na ulicach. – Znów mnie nie zauważyłeś -mówi mi koleżanka, którą spotkałem. – Idziesz z nosem przy ziemi i nic niewidzisz dookoła – dodała. To prawda, ja czasami tak bardzo się z tego świata „oddalę”,  że mijani ludzie na ulicach, chodnik poktórym idę, samochody, budynki – wszystko tak jakby przestawało istnieć. Tak bardzo skupiam się nawewnętrznym świecie i na własnych przemyśleniach, że idę tylko odruchowo.Dokładnie to mnie dziś spotkało. Choć zdawałem sobie sprawę, że gdzieś idę, totak bardzo skupiłem się na własnych myślach, że całkowicie zatraciłem poczucieczasu i przestrzeni. Wolałbym czasem mieć tylko jeden świat, a przynajmniejbardziej zakotwiczyć się w tym, który dla mnie i nie tylko dla mnie jestrzeczywisty. Bo dziś do moich lęków dołączył jeszcze jeden, że podczas moichwewnętrznych podróży w realnym świecie zajdę za daleko i nie będę mógł jużwrócić.