Tag Archives

113 Articles

dziennik pesymistyczny

Ostateczne rozwiązanie, czyli to wszystko nie jest takie proste

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– To nie jest karwatwarz takie proste – rzekł do mnie przyjaciel, gdy mu zwróciłem uwagę na fakt, że zgodnie z jego wcześniejszymi zapowiedziami został mu jeden tylko lub aż jeden dzień życia.  – Niby technicznie jestem przygotowany, wiem co i jak, wszystko sobie zaplanowałem, nabyłem sprzęt i takie tam inne, to jednak zostawiam tu kilka spraw nierozwiązanych i to mnie tu jeszcze trzyma – ciągnął opowieść – więc jak wspominałem, to wszystko nie jest takie proste.

Mój przyjaciel jest jak ta sójka co się wybiera za morze. Od przeszło dziesięciu lat nosi się z zamiarem opuszczenia tego łez padołu na zawsze, ale jakoś tak za każdym razem zostaje jeszcze na trochę. Jeden z naszych wspólnych znajomy wypomina mu w takich razach, że jest jak jego – tego znajomego – babcia, która będąc okazem zdrowia umierała przez ponad trzydzieści lat, zapowiadając swoje odejście przy każdej rodzinnej uroczystości słowami: to już jest nasze ostatnie spotkanie, następnego już nie doczekam.

Przyjaciel też tak ma jak ta sójka z wyprawą czy wspomniana babcia z umieraniem. On od prawie zawsze miał zamiar pożegnać się z tym światem. Ale zawsze mu coś w tym przeszkadzało. A to zakochał się wielce nieszczęśliwie i już, już miał nas opuścić w sposób nagły choć spodziewany, a tu nagle okazywało się, że radykalnie się odkochał i samoegzekucja została na pewien czas odroczona. A to szarość i marność życia kazała mu statecznie się pożegnać, a tu się nagle okazało, że ktoś go na wódeczkę zaprasza, więc nie może odmówić i znów nici z odejścia. Ciągle coś mu przeszkadzało.

Pretekstów to opuszczenia rzeczywistości miał mój przyjaciel bez liku. A to wspomniane kłopoty miłosne, a to chorobowe, a to finansowe, a to prawnofinansowe. Można by jeszcze długo wymieniać. Tak czy inaczej przyjaciel żegnał się z życie regularnie, co pewien czas, z tym tylko, że za każdym razem przekładał datę ostatecznego rozwiązania.

Teraz też wpadł w podobny nastrój. Opowiadał mi miedzy jednym a drugim polaniem i wypiciem wódeczki, że oto na tym świecie szary człeczyna, taki jak on czy ja, robi wciąż to samo. Je, śpi, wstaje i chodzi do roboty, wraca z niej i znów się kładzie na spoczynek. Opowiadał że to taki cholerny i wielce niesprawiedliwy automatyzm odmóżdżający. Każdego dnia to samo. Każdy dzień jest do siebie podobny. I on, ten mój przyjaciel, nie może tego dłużej wytrzymać. To już znałem. Bardzo dobrze to znałem. Słyszałem te jego narzekania na świat doczesny już tyle razy, że doznałem kolejnego efektu kaczki, czyli spłynęło to po mnie jak woda. Jednak tym razem dodał jeszcze jeden powód rozstania się z rzeczywistością, który wydał mi się ciekawy i niepokojąca zasadny.

Wspomniał mianowicie przyjaciel o tym, że w wyniku ogólnonarodowego spisku, w którym prawie wszyscy obywatele naszego państwa są obelgami skierowanymi bezpośrednio w niego, doznał ogromnej straty finansowej, z której już pewnie się nie podniesie. – Widzisz bez tych pieniędzy czy jak mówi nasz ukochany lud pracujący miast i wsi pieniążków żyć nie sposób. A że ja nie posiadam i nie zapowiada się na zmianę tego stanu, to z tej przyczyny zaczynam tracić grunt pod nogami w sensie dosłownym – żalił się skutecznie mój przyjaciel. Jak wiadomo powszechnie, w naszej odrodzonej po wiekach PRL-u ojczyźnie nowym bogiem stała się mamona i kto jej nie posiada i w jej posiadanie efektywnie  wejść nie potrafi z różnych względów musi żyć w nędzy albo po prostu opuścić doczesność i nie narażać państwa i społeczeństwa na straty i przykrości obcowania z takim nieudacznikiem.

– Nie stać mnie na życie – zawyrokował mój przyjaciel i zadysponował następną kolejkę lekarstwa na melancholie, które zdecydowanie tylko koiło a nie leczyło. – Jak wspomniałem, technicznie to ja jestem przygotowany, mam co potrzeba, wybrałem dogodne miejsce i stosowny czas, ale to nie jest takie proste, bo to widzisz nie wszystko przeczytałem, nie wszystko dożyłem do końca. Na przykład w styczniu ma w kinach lecieć ten film co to go chciałem obejrzeć a tak… no sam rozumiesz. Po za tym nie zdążyłem się jeszcze ze wszystkimi pożegnać… a tu termin goni – wyjaśniał.

Popiliśmy zdrowo i rozstaliśmy się z uściskach. I choć przyjaciel żałował, że to nasze ostatnie spotkanie, to coś mi mówi, że się jeszcze z pewnością zobaczymy. Bo on przecież już tyle lat odchodzi a wciąż trwa w tej nierównej walce z rzeczywistością. Samotny bohater doczesności. I tylko myśl mnie taka dręczy, że wszyscy żyjemy jak na dworcu w ciągłym oczekiwaniu na ostateczny wyjazd, nasz lub naszych przyjaciół.

dziennik pesymistyczny

Weźmy się i zróbcie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Przynieście polskie flagi w niedzielę, czeka was niespodzianka, będziecie musieli wziąć tę niespodziankę na siebie – tak ponad dwa lata temu w Rio de Janeiro kardynał, metropolita krakowski, mówił do zgromadzonych na papieskiej mszy Polaków. No i po dwóch latach okazało się, że faktycznie za zapowiadaną niespodziankę, czyli za Światowe Dni Młodzieży, które odbędą się w Krakowie w 2016 roku zapłacą wszyscy podatnicy.

– To, co dotyczy Kościoła, liturgii, ołtarzy, spraw religijnych, Kościół bierze na siebie. Inne wydatki, miedzy innymi organizacja miejsc, inwestycje w drogi, to sprawa nie nasza, tylko samorządów – powiadomił społeczeństwo kardynał na dziesięć miesięcy przed planowaną przez kościół imprezą. I jak tu nie wierzyć w proroctwa hierarchów kościoła. Zapowiedział niespodziankę i niespodzianka jest. Zapowiadał, że za kościelną imprezę zapłacą wszyscy, wierzący i niewierzący? Zapowiadał i słowa dotrzymał. Strona kościelna załatwi co tam potrafi najlepiej, czyli śpiewy i modlitwy a inne wydatki to już nie oni, to już bardziej ci świeccy.

To tak jakbym zaprosił moich znajomych na imprezę, od razu zaznaczyć, że ja na siebie biorę tylko sprawy duchowe, to znaczy mogę dla nich zatańczyć i zaśpiewać a sprawy dojazdu, jedzenia i picia, ewentualnego noclegu, obsługi, sprzątania oraz transportu i wszystkiego co wiąże się z udaną i bezpieczną imprezą weźmie ma siebie jeden z przyjaciół, o czym go właśnie powiadamiam. Wiem, że moim porównaniem zapewne obrażam uczucia religijne, szkaluje i szydzę, ale nic na to nie poradzę, że ta sytuacja tak właśnie wygląda.

W połowie września odbyła się nadzwyczajna sesja rady miasta Krakowa. Na której radni usiłowali dowiedzieć się od urzędników miejskich oraz od reprezentującego stronę kościelną księdza, jaki jest przewidywany budżet Światowych Dni Młodzieży. Rajcy krakowscy starali się dociec ile na imprezę organizowaną przez kościół wyłoży Archidiecezja Krakowska, a ile będzie musiał dołożyć samorząd. Na zakończenie sesji ustalono jedynie, że pieniędzy na organizacje Światowych Dni Młodzieży jest za mało i że trzeba poprosił o pieniądze rząd.

Tak dokładnie to chyba nikt nie wie ile samorząd czy państwo ma dopłacić do kościelnej imprezy, bo szacunki są różne. Według doniesień prasowych brakująca kwota to około 80 milionów złotych. Zadziwia mnie po raz kolejny arogancja hierarchów kościoła, którzy organizując imprezę religijną kompletnie ignorują fakt, że ich na nią nie stać. Nie przejmują się wydatkami, bo wiedzą że nikt nie śmie się im przeciwstawić. Żaden polityk nie chce zadzierać z kościołem, więc urzędnicy sypną groszem, choćby nawet niechętnie.

– W krajach biednych nikt się nie pytał, ile będą kosztowały Światowe Dni Młodzieży. Tylko w krajach bogatych. Oznacza to, że Polska należy do krajów bogatych – rzekł kardynał, metropolita krakowski. Czyli stać nas, to znaczy ich na organizacje imprezy w myśl zasady: weźmy się i zróbcie.

dziennik pesymistyczny

Niewygodne pytania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

No i okazało się, że jestem faszystą, prawicowym ekstremistą, chamidłem, nieukiem, niemającym Boga w sercu samolubem, gimbopatriotą niezasługującym na miano człowieka, co to nie zna historii, pozbawiony jest wrażliwości, wychowania, ale też wiedzy, no i odwagi, zgniłym emocjonalnie, niemoralnym hejterem. Zostałem nawołującym do nienawiści na tle rasowym i religijnym skurwielem, podsycam nienawiść twórcą polskiego piekła. A wszystko, dlatego, że ośmieliłem się wyrazić swoją opinie w sprawie emigrantów na pewnym forum internetowym.

Cóż takiego napisałem, że naraziłem się na takie szykany ze strony zdrowego jądra naszego społeczeństwa? Otóż poważyłem się w bardzo spokojny i jak mi się wydawało zrównoważony sposób wyrazić wątpliwości, co do huraoptymistycznego i bezkrytycznego poparcia dla fali emigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki zalewających Europę.  Media i rządy mego państwa oraz państw zachodnich straszyły mnie przez lata islamskim ekstremizmem, więc naprawdę nie wiem, dlaczego z dnia na dzień mam stać się zwolennikiem integracji i współistnienia z wyznawcami Proroka we własnym państwie i mieście. Czym jest integracja emigrantów w Europejczykami poznałem dotkliwie w Paryżu i w Londynie. I choć może nie prowadziłem tam terenowych badań socjologicznych to znam osoby, które tam mieszkają od lat i wiele mi o tej sprawie opowiedziały. A to ukształtowało moje poglądy.

Dowiedziałem się od jednej pani, która napisała do mnie w komentarzu do mojego wpisu, że jestem pozbawiany podstawowych zasad moralnych, bo nie rozumiem, że jak jest wojna to ludzie uciekają przed wrogiem. Sprawdziłem profil wspomnianej pani na jednym z portali społecznościowych, jak to się ładnie zwykło nazywać, i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że pani jest wielce patriotycznie nastawiona i sądząc ze zdjęć i z wpisów przez nią tam zamieszczonych stawałaby dzielnie i mężnie przeciw nieprzyjacielowi, który odważyłby się zaatakować nasze granice. I nie tylko ona by stawała, lecz radziłaby wszystkim polskim mężczyzną oraz każdemu Polakowi z osobna walczyć dzielnie i z honorem aż do męczeńskiej śmierci w obronie ojczyzny i własnego domu. Wielce do szlachetne przyznaje, ale ta wojnolubna postawa zrodziła we mnie pytanie: dlaczego ta pani nam każe umierać za ojczyznę a nie razi jej, że większość emigrantów to mężczyźni w wieku poborowym którzy uciekli przed wojną? Z raportu Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców wynika, że aż 75 procent ludzi, którzy forsują granice państw europejskich to mężczyźni. Oni nie powinni bronić swojej ojczyzny? Czy jeśli wróg byłby w naszych granicach tak samo ochoczo pani ta poparłaby emigracje Polaków do Niemiec? Nie wydaje mi się. Może to okrutne, ale chyba jak najbardziej prawdziwe i pokazujące podwójną moralność niektórych ludzi. Jest zdecydowanie przyczyna takiej fali emigracji i jest przyczyna, dla której przerażająca większość emigrantów to mężczyźni w wieku poborowym.

Ja tylko zapytałem, dlaczego Unia Europejska nie mogłaby w zdecydowany sposób zakończyć konfliktu zbrojnego w Syrii, czyli szybko rozwiązać problem u źródła doprowadzając do zakończenia wojny i powodów emigracji. Według danych Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców (UNHCR) już ponad 300 tysięcy imigrantów i uchodźców przedostało się przez Morze Śródziemne od początku bieżącego roku. A ocenia się, że kolejnych 600 tysięcy dotrze tu do końca roku. I choć wiem, że cześć uchodźców naprawdę ucieka przed wojną to nie wierze że jest tak w stu procentach. Dlatego warto zapytać:  kto organizuje logistycznie emigracje? Kto wspiera i przerzucą emigrantów przez kolejne granice aż do Unii? Ci uchodźcy twierdza że za przejazd o Europy muszą zapłacić po kilka tysięcy dolarów, jak biednych ludzi którzy wszystko stracili stać na wydanie takich pieniędzy?Jest tylko jeden zainteresowany dostarczeniem milionów muzułmanów do Europy tylko, że każdy boi się przyznać, kto za tym stoi. Przed kilkoma miesiącami władze Libii ostrzegały Europę, że terroryści Państwa Islamskiego wykorzystują transporty uchodźców dla przerzucania do Europy bojowników. Tu nie chodzi o tolerancje czy jej brak, tu chodzi o prawo zadawania czasem niewygodnych pytań.

dziennik pesymistyczny

Dominujące cechy narodowe, czyli jak o mało nie popełniłem samobójstwa

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

I choćbym nawet nie chciał, choć bym się przed tym bronił, to okazało się, że jestem prawdziwym Polakiem. Posiadam wiele cech przypisywanych mojej nacji i choć niektóre chciałbym zwalczyć, to moja polskość zawsze we mnie bierze górę nad zdrowym rozsądkiem. Teraz też tak było. Mimo strachu ruszyłem przeciw wrogim siłom przeważającym, aby walczyć o honor i o własne przekonania.

I choć nie tak jak dziadowie z szablą na wroga, nie tak jak ojciec antyrządowo, to i ja nie gorszy, i choć szans nie miałem to bez namysłu ruszyłem do walki. Bo choć nie było wojny i wróg nie stał w granicach, to jednak nawet drobna, a już jeśli wielka krzywda się dzieje Polakowi, gotów on rzucić się na nieprzyjaciela nie bacząc na swoje predyspozycje ani szanse na wygraną. I choć tak przy spokojnej rozmowie przysiągłbym, że ja nigdy nie szarżowałbym z szabelką za nic mają śmierć a honor ponad wszystko to stało się inaczej. Jak mnie krew zalała to stawałem się jak dziadowie, i choć wróg nie wart był mojego zaangażowania, a i sprawa przyziemna była a nie ojczyźniana, to rzuciłem się jak Dawid przeciw Goliatowi z tą tylko różnicą, że tym razem słabszy – czy ja – sromotnie przegrał starcie.

Ja tam jestem niespotykanie spokojny człowiek, ale jak mnie kto zeszli to najgorsze czy jak kto woli najlepsze cechy narodowe zamieniają mnie w wojownika, choć przyznaje bez umiejętności za to z zapałem. W imię obrony honoru niewiasty i w imię własnych przekonań rzuciłem się do starcia z neandertalczyka na sterydach, koksem karmionym chłopem. No, muszę przyznać, że matka ziemia, ojczyzna nasza ukochana, wykarmiła małorolnego na pokaz. Wielgachne było chłopisko, i na siłowni nie tylko kark wyhodował pokaźny i okazały, więc szanse na wygraną miałem marne jak nie żadne, ale to mnie przecież nie powstrzymało.

A ja? Cóż, ja to mizerota, no może nie ze względu na masę ciała, ale na pewno na siłę mięśni.  Tak to jest jak się ma genetycznie naznaczony wstręt do wysiłku fizycznego. Ja to bardziej taki podobny do Woody’ego Allena jestem, no dobrze bardziej z postury, więc sami rozumiecie, że żaden ze mnie komandos ani mistrz sztuk walki. Rozum podpowiadał – zostaw, nie warto – to jednak geny narodowe zwyciężyły i rozpocząłem szarże na wroga nie bacząc na niebezpieczeństwo.  Ostatni przebłysk zdrowego rozsądku kazał mi wyrównać szanse narzędziem zemsty, ale i tak na wiele nie to zdało. Gdy krwawa mgła zalała mi zmysły, gdy stawałem dzielnie, choć niezdarnie, to nie zastanawiałem się nad konsekwencjami, tylko walczyłem. I przegrałem.

Jak można się było się spodziewać nierówna walka zakończyła się dla mnie sromotną klęską. Teraz obolały mam czas na refleksje. Może i w duszy mam wojownika, ale to na nic. Predyspozycje ciała i umiejętności mam nieadekwatne do wizji swojej osoby. Ale czy zrobiłbym to jeszcze raz? No pewnie. Bo przecież jestem Polakiem, więc choćby dlatego. Dlatego jeśli trzeba to na śmierć, no jeśli nie na śmierć to przynajmniej nie zważając na urazy i złamania.

Nie wiem co tworzy świadomość narodowości. Na pewno nie przypadkowość miejsca urodzenia, więc może wychowanie, presja społeczna, historyczne oddziaływanie szkoły? A może to genetyka? Może Polak zachowuje się jak Polak, bo ma specyficzne, właściwe tylko tej narodowości cechy charakteru. Ja tak się zachowałem. Choć zdroworozsądkowo wiedziałem, że przegram i narażam się na dotkliwe pobicie to jak straciłem nad sobą kontrole, to jak prawdziwy Polak, nie zważałem na nic i rzuciłem się bronić przekonań i honoru. No i jak to często u nas bywa przegrałem. Ale przecież jak prawdziwy Polak czuje, że jednak jestem moralnym zwycięzcą.

dziennik pesymistyczny

Koniec bez nagłych zmian

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Co byś zrobił gdybyś dowiedział się, że pozostało Ci tylko dwa tygodnie życia – zapytał mnie przyjaciel odrywając się od czytania gazety. Pytanie miało związek z artykułem, a ja odpowiedziałem mu coś zdawkowego w stylu: chciałbym przeżyć ostatnie chwile jak najbardziej intensywnie. Pytanie powróciło do mnie, gdy leżałem bezsennie czekając na świt. No i teraz już wiedziałem jak przeżyłbym te ostatnie dwa tygodnie życia. Po prostu, nie zrobiłbym nic innego niż to co robiłem i robię do tej pory. Nic bym nie zmienił i to nie tylko, dlatego, że mnie na zmiany nie stać w sensie finansowym, lecz także, dlatego że nie widzę takiej potrzeby.

Żyje z dnia na dzień i nie bardzo chciałoby mi się coś zmieniać w obliczy ostateczności. Trochę z wrodzonego lenistwa, a trochę z poczucia beznadziejności takich zmian. To moje istnienie powolne, bez pośpiechu, chaotycznie, bez planów na przyszłość jest w zasadzie dość miłe. Stres już prawie wyparłem i tylko czasami przypływa do mnie z kolejnymi listami czy telefonami. Każdy dzień jest inny i zaskakujący, i choć w zasadzie bardzo podobny do poprzedniego to przecież nie dokładnie taki sam. Mam swoje książki, swoje zwierzątko, swoje pisanie, swój własny realny i nierealny świat i chciałbym żeby taki pozostał do końca.

Nie mam potrzeby nagłych zmian tylko, dlatego że raptownie pojawiłaby się granica mojej egzystencji. Nie pojadę w podróż dookoła świata, żeby nadrobić stracony czas, żeby zaliczyć to co nie widziałem. Nie zrobię czegoś ryzykownego, czego nie zrobiłem do tej pory. Pomijając fakt, że to absolutna abstrakcja, bo i tak nie mam funduszy na wypad choćby nad najbliższą rzekę a co dopiero nad polskie morze lub nad ocean. Nie mam potrzeby zmian. I choć rozważam czysto teoretycznie, to jednak taka diagnoza mojego myślenia przynosi mi ulgę i spokój.

Gdyby pozostało mi tylko dwa tygodnie życia to zapewne tak jak każdego dla wstałbym rano by zrobić to co robiłem do tej pory przez ostatnie trzy lata. Nie spieszyłbym się. Nie starałbym się opóźniać nadchodzącego kresu, tylko trwałbym w bierności i żył jak dotychczas. Nie odczuwam potrzeby celebry własnego końca. Koniec do koniec i nic więcej. A że każdy dzień może być przecież ostatnim, to nie mam potrzeby czegoś zmieniać tylko, dlatego że koniec jest bliski.

dziennik pesymistyczny

Nieprzystawalny

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ja się zdecydowanie nie nadaje do współczesności. Ja po prostu tu nie pasuje. Jestem nieprzystający tak do społeczeństwa jak i do tego państwa. Może urodziłem za późno albo może za wcześnie. Ta kapota utkana z praw i obowiązków obywatela jest dla mnie w rękawach za krótka w barach za szeroka i jakoś tak ogólnie mi nie leży. Czuje, że na siłę zostałem w nią ubrany jak w kaftan bezpieczeństwa.

Mnie nie interesuje rywalizacja, która dla moich współplemieńców stała się świętą wiarą którą wyznają i której składają ofiary. I choć nie wyznaje kultu posiadania, to też nie jestem ascetą, lubię mieć to, co ułatwia mi życie. Ale nie mam potrzeby własności czegoś za cenę poddania się innym. Nie mam, to nie mam. Mam to mam. Nie będę mieć dziś, to może znajdę to jutro. Nie odczuwam presji posiadania.

Nie czuje potrzeby kłamania dla uzyskania tak władzy jak i wszelkich stanowisk. Nie chce władać za wszelką cenę.  I choć nie mogę powiedzieć, że mam udane życie to nie udaje się „na zmywak” do Londynu lub Dublina – parafrazując wypowiedz pewnej politycznej belki.  Wole zostać, tu nad Wisłą, bo gdzie mi będzie tak żle jak tutaj. „Wolę polskie gówno w polu, niż fijołki w Neapolu” – jak pisał poeta.

No i jeszcze mam jedno poważne niedopasowanie społeczne. Mam w głębokim poszanowaniu wszelkie gry zespołowe.  Nie kibicuje tym, co spoceni biegają po trawniku za piłeczką, więc „nie ma we mnie uczyć patriotycznych” – jak mnie określił pewien znajomy.

Większość tego, co ważne dla innych, ja nie zauważam, albo ignoruje. Nie mogę się wpasować w ogólnie przyjęte normy społeczne. Nawet tak banalne sprawy jak ogólnonarodowa tendencja do bycia wybieganym, wychudzonym, czerstwy i żylastym, z płaskim umięśnionym brzuszkiem jest dla mnie niekompatybilna.

Bardziej pociągają mnie sprawy i rzeczy które zdecydowanie są nie do przyjęcia przez zdrowe jądro naszego społeczeństwa. „Lubię pić, jestem leniwy, nie mam boga, polityki, idei ani zasad. Jestem mocno osadzony w nicości, w swego rodzaju niebycie, i akceptuję to w pełni”.

dziennik pesymistyczny

Domniemamy bruderszaft z mundurowym

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Wracałem ci ja nieborak do domu z przyjęcia gdzie wypiłem, no nie powiem, wypiłem, nawet nie wiem ile, bo kto by tam liczył w przyjemnym towarzyskie. Wracałem dla przyjemności piechotą, bo postanowiłem się przejść w uroczych, choć mroźnych, okolicznościach przyrody. A tu nagle wyrasta mi na drodze dwóch nieułomków, co to za twarz bez wyroku od razu pięć lat. Przyjemniaczki od razy zaczynają się spowiadać jak to często w takich razach bywa, że wszystko przegrali w pokera i teraz groszem nie śmierdzą, a pić się im chce. Opowiadają jak to wczoraj wyszli z więzienia, a do domu mają daleko. Wspominają też, że żony ich rzuciły, a temu mniejszemu pies zdechł przed tygodniem, obaj też co najmniej od osiemdziesiątego dziewiątego nic nie jedli. Ogólnie dramat.  Ja już wtedy wiedziałem jak to się skończy, bo przecież zawsze jakimś dziwnym trafem właśnie takich osobników przyciągam jak magnes. No i się nie pomyliłem, niestety.  Już po chwili prosili mnie o piętnaście złotych na bilet, o papierosa i o możliwość zadzwonienia z twojej komórki do umierającej babci w Zakopanym itd. Klasycznie chcieli wsparcia finansowego lub rzeczowego. Tłumaczyłem im – jak komu dobremu – że nie mam ani grosza, że nie pale a telefon zostawiłem w domu. Panowie byli jednak dość nieustępliwi i koniecznie chcieli sprawdzić czy aby na pewno nie posiadam przy sobie środków płatniczych, tytoniu oraz telefonu. „Wnet zakipiałem cały z tych moralnych strat, chciałem od razu jego rąbnąć w głupią pałę”, ale jak raz przypadkowym szczęściem w nieszczęściu pojawił się patrol mundurowych, więc panowie, co to chcieli usilnie coś pożyczyć nagle zniknęli jak pod wpływem magii.

Ja zostałem, bo to mnie napadnięto. To ja czułem się o ofiarą. – Wyliśmy? – zapytał mnie pan w mundurze przerywając w pół zdania moja oracje na temat  krzywd moralnych doznałem i możliwych strat majątkowych, których mogłem doznać. – Co się włóczysz po nocach nawalony? – dopytywał drugi funkcjonariusz.  Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że jestem z oficerami po imieniu. Ja nic takiego sobie nie przypominałem, ale jednak oni uparcie mówili mi per Ty.

Innym razem wracałem do domu ze spotkania, na której oprócz dobrego jedzenia był też alkohol. Wypiłem na przyjęciu kilka drinków, co skłoniło mnie oraz jeszcze kilku moich współbiesiadników do spaceru w drodze powrotnej do domu. Liczyłem, że w ten sposób pozbędę się z organizmu tych alkoholowych procentów. Podczas wieczornej przechadzki staraliśmy się przemknąć ulicami mojego prowincjonalnego miasta w ten sposób, aby nie rzucać się w oczy wystającym w bramach kamienic osobnikom. Szła sobie tak nasza wesoła gromadka spokojnie i choć zdarzało się, że któryś z nas zbyt głośno dyskutował ze swym towarzyszem spaceru, to w trosce o nasze bezpieczeństwo i spokój w mieście wzajemnie się uciszaliśmy. Faktycznie byłem w stanie, który służby mundurowe zakwalifikowałyby, jako wskazujący na spożycie, ale przecież daleko mi było do kroków nieskładnych.

Zbliżałem się do domu, więc pożegnałem się ze znajomymi, i pustawą o tej porze ulicą podążałem dalej do celu. Krok miałem zdecydowany, a że było mi raczej zimno to i tak nie miałem ochoty na śpiewy i głośna rozmowę z samym sobą. Nie śledziłem węża, nie tropiłem z nosem przy ziemi, nie zataczałem się tanecznie od krawężnika do krawężnika – po prostu zdecydowanie podążałem tam gdzie czekało na mnie ciepłe łóżeczko. Skręciłem za róg ulicy i tu nagle wyrosło przede mną jak spod ziemi dwóch panów w czarnych ubrankach oraz w jaskrawych kamizelkach z napisem wskazującym, że to oni tu strzegą porządku o nocnej porze. Starałem się ich grzecznie wyminąć, ale usłyszałem, że mam się zatrzymać oraz natychmiast wylegitymować. Zmroziło mnie, bo mam taką traumę z dawnych czasów i na widok munduru dostaję dreszczy, ale przypomniałem sobie, że przecież teraz to oni nam obywatelom wolnego państwa służą i nas bronią, więc poczułem się pewniej. I to mnie zgubiło. Odniosłem wrażenie, że powinienem zapytać o powód zatrzymania mojej skromnej osoby przez patrol umundurowany. A na dodatek jakoś tak mi się zebrało na wywód na temat wolności i praw obywatelskich. W tak zwanym „międzyczasie” z trudem, bo jakoś zaplątałem się we własnej garderobie, znalazłem jednak dowód osobisty, który przedstawiłem do wglądu organom porządku publicznego w liczbie dwóch Panów w czerni z jaskrawymi akcentami.

 I tu nagle mój nastrój radości nagle się zmienił radykalnie. Zdziwiło mnie, że jestem z tymi panami po imieniu. To znaczy oni ze mną są zaprzyjaźnieni, bo zwracali się do mnie per – Ty. Gdy bardzo grzesznie zapytałem czy ja też mogę poznać ich imiona, bo jak domniemywałem znamy się, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć okoliczności poznania. To nagle zrobiło się nie bardzo przyjemnie. Ja nagle z osoby po kilku drinkach awansowałem na pijaka, co to nie powinien się odzywać. Po chwili dowiedziałem się też, że jak się zaraz nie zamknę to wyląduję na dołku szybciej niż zdążę to nawet zauważyć. Panowie w mundurach dali mi jasno do zrozumienia, że jak się nie zamilknę to oni już będą wiedzieć, co ze mną, pijakiem zrobić. Oczywiście nie obyło się tu bez kilku grubszych słów w stosunku do mnie, których nie przytoczę, ale każdy pewnie je zna.

A ja przecież tylko grzecznie zapytałem o powód protekcjonalności i fraternizacji funkcjonariuszy w stosunku do mojej osoby. Bardzo daleki jestem od tego żeby nie doceniać pożytecznej pracy mundurowych, co to muszą się użerać, co noc z nietrzeźwymi. Naprawdę doceniam ich zaangażowanie, ich trud i ciężką służbę. Ale mam tylko taką maluteńka prośbę o to, żeby traktować nawet pijanego, lub tak jak w moim przypadku leciuchno zaprawionego z szacunkiem. Bo przecież, choć po kilku głębszych to jednak nadal mam swoje prawa. I zasługuję nie na tego Pana Pawła, a nie od razu pijaka. Bo przecież spożyłem alkohol za cenę zawierająca wysoką akcyzę, kupiłem go w legalnym sklepie, zapłaciłem za niego podatek VAT, więc w jakieś tam części sfinansowałem istnienie państwa zatrudniającego funkcjonariuszy w mundurach. Więc proszę z większym szacunkiem do mnie oraz do innych pijących.

dziennik pesymistyczny

Weź się w garść

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

– Musisz się zebrać w sobie. Prawdziwy mężczyzna musi być silny. Nie trzeba się mazać, tylko sprężyć, zebrać w sobie i ruszać się do roboty. Bo nic nie jest za darmo! Musisz porzucić smutne myśli. Więcej optymizmu! Musisz myśleć bardziej pozytywnie! – słucham tej motywacyjnej wyliczanki, no bo tak mam, że jak ktoś do mnie dzwoni to z grzeczności odbiegam telefon.

Obudziłem się o trzeciej trzydzieści jeden rano, więc zwyczajowo miałem niechciany czas na przemyślenia. Ta sama godzina od wielu miesięcy z dokładnością, co do dziesięciu minut. Nie mogę spać, więc mój mózg mimo mojej niechęci co do tej jego czynności i tak analizuje moje życie. Nie powiem, nawet nieźle się czułem. Nie żebym tam znów tryskał radością, bo takiego uczucia nie pamiętam od lat. Po prostu, zwyczajnie prawie nic nie czułem. Byłem pusty. Byłem wyjałowiony. Czyli jak na mnie czułem się dobrze. Byłem trochę ociężały. Chciało mi się pić, dlatego wstałem z łóżka. Znalazłem powód, bo przecież chęci do tego heroicznego czynu nie miałem. Czułem jeszcze pewne odrętwienie, lecz nie był to kac. Wstałem. Czułem w całym ciele mrowienie. Wiedziałem, że to zupełnie normalne. Zawsze tak jest przed tym jak odliczę kolejny dzień wyciskają tabletki z opakowań. Łazienka. Okno. Kuchnia. Okno. Telewizor. Okno. Łazienka. Łóżko. Poleżę. Posiedzę. Powtarzam.  Dzwoni telefon.

– Jakbyś się trochę ruszył z domu to od razu by Ci przeszło. Poszukaj czegoś, jakiegoś zajęcie, nie trzeba się tak kurwa zadręczać. Postaw się, do chuja, w końcu do pionu. Jakbyś wyszedł do ludzi, to by Ci, kurwa, od razu przeszło – to kolejny telefon od kolejnego światłego kolegi. Słucham, bo z natury nie odmawiam nikomu prawa do własnego zdania.

Dawno już przestałem wychodzić z domu bez bardzo, ale to bardzo wyraźnego powodu. Jak już wychodzę to staram się spotykać jak najmniej ludzi. Lubię puste sklepy. Miejsca gdzie jestem sam, lub prawie sam. Nienawidzę tłumu. Ograniczam kontakt z drugim człowiekiem do minimum. Nie cierpię spotykać się z ludźmi. Mam kilku akceptowanych przyjaciół i kolegów, reszta świata mogłaby dla mnie nie istnieć. Zamykałem się w sobie. Zakupy, potem szybko do domu. Jak najszybciej do bezpiecznych czterech ścian. Aby ich nie widzieć. Nie czuć ich w przenośni i dosłownie.

– Słuchaj widziałem ogłoszenie o pracy. No, nie możesz przecież tak cały dzień w domu. Musisz iść do ludzi… Trzeba się wziąć w garść, nie załamywać, tylko to w sobie przezwyciężyć. Tak, praca wśród ludzi to by Cię od razu odmieniła, dałaby Ci siłę do życia – słucham i słucham, a głos w słuchawce mówi i mówi…

Dom. Tu jedynie czuje się dobrze. Czytam książki, oglądam filmy, patrzę w telewizor. Nic szczególnego. Bezpieczna monotonia kolejnego dnia, który udało się wyrwać przeznaczeniu. Tylko ten siedzący we mnie smutek. To wieczne przygnębienie. Nic mnie już nie cieszy. Nic nie sprawia radości. Wszystko wokół mnie tak jakby działało na zwolnionych obrotach. Czas wlecze się niemiłosiernie a ja z nim. Czekam. Czytam gazetę i już po chwili nie czytam tylko myślę. Odpływam w abstrakcyjne rozmyślanie.  To “życie jest główną przyczyną depresji”.

– Na co ty narzekasz, masz dwie ręce, dwie nogi… inni to dopiero mają. A Ty? Zdrowy chłop… no przestań się nad sobą użalać, weź się wreszcie za siebie, zrób coś ze swoim życiem, jak się postarasz to dasz radę, tylko musisz tego chcieć – telefon zadzwonił po raz kolejny, potem jeszcze raz.  – Dzień dobry! A jak u Ciebie? Tak samo? No, bo Ty nie umiesz sobie wytłumaczyć… no nie można tak żyć.  No, weź się w końcu w garść, zadbaj o siebie i o swoje życie.  Postaraj się skupić na tym, co dla ciebie najlepsze. Działaj, nie siedź tak… zrób coś – znów podniosłem na moje nieszczęście słuchawkę i odebrałem telefon. Teraz słucham dobrych rad. – Taaaa – powiedział skrzeczący głos. – Życzę Ci wszystkiego najlepszego. Pamiętaj: trzymaj się i nie daj się! Bądź silny! Do widzenia. – Do widzenia – powiedziałem na zakończenie i odłożyłem telefon.

Nim zdążyłem odetchnąć po kolejnej porcji dobrych rad, już rozmyślania przerwał mi ostry, natrętny dzwonek telefonu. Podszedłem, podniosłem aparat i powiedział nieswoim głosem: – Słucham. – Jak się masz? Dzień dobry! Wszystko u ciebie dobrze? – usłyszałem kolejnego radosnego. – W jak najlepszym porządku – odpowiedziałem szybko. – Ejże, coś kręcisz – powiedział z niedowierzaniem głos w słuchawce. – Jak się czujesz? No wiem, że nie najlepiej. Ale musisz być silny. A jak tam z pracą?  – Świetnie – wyrwało mi się nim pomyślałem, co mówię. – Dobra, dobra… mnie nie oszukasz, pamiętaj weź się za siebie.  A swoją drogą to ta twoja ma z tobą krzyż pański.

Nie zdążyłem nawet wyjść z pokoju, gdy telefon zadzwonił po raz kolejny. Wróciłem i podniosłem słuchawkę. Nie zdążyłem nawet powiedzieć słowa, bo głos człowieka z drugiej strony był znacznie szybszy.  – To ty? Co tam u ciebie? – W porządku – odpowiedziałem beznamiętnie. – Tak wiem, wcale nie w porządku, tak tylko mówisz, ja wiem, wiem, wiem… – terkotał głos w słuchawce. – No, kochany nie możesz się tak zamykać, co to za pesymizm? Wmawiasz sobie, że jesteś chory. Wyjdź z domu, zrób coś… nie można mieć takich czarnych myśli. Pamiętaj, że masz przyjaciół. Powodzenia, słyszysz? – mówił głos w telefonie. Tak, słyszałem. Słyszałem to już tyle razy, że nawet gdybym nie słuchał to i tak wiedziałbym, co mówią. Kolejny dzień upływa w przyjaznej atmosferze wzajemnego zrozumienia.

dziennik pesymistyczny

Ostateczne rozliczenie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jestem już gotowy do drogi. Ostatecznie spakowany. Ostatecznie uporządkowany. Przyglądam się walizom, zawiniątkom, pakunkom. Po raz kolejny i wciąż od nowa przestawiam je i układam w coraz to nowsze konfiguracje. To mój cały dobytek.  To co udało mi się zgromadzić przez całe życie. To moje „ja” zapisane w dokumentach i zaklęte w bliskich mi przedmiotach. Pewno tu mnie na wiele sposobów. Pełno niespełnienia. Nienapisane książki. Niezapłacone rachunki. Niezrealizowane marzenia. Niedopowiedzenia. Niedomówienia. Jakieś papiery. Jakiś płyty, kasety, patyki. Motyl, znaczek, temperówka.  W szufladach pełno wspomnień. Kamyczków, sznurków, zdjęć, biletów do i z. Mały żołnierzyk. Miś. Pluszowy prosiaczek. Szkiełko. Długopis.  Książeczka wojskowa. To moje życie zaklęte w przedmiotach. Stosy ulubionych i po prostu przeczytanych książek. Tu pismo z jakieś wszechwładnej instytucji. A tam ponaglenie w sprawie płatności od panów prądu i wody. List z bardzo ważnego urzędu. Dokumenty potwierdzające moje istnienie.

Jestem już spakowany. Gotowy do drogi. Uporządkowałem co mogłem. Poukładałem w małe i większe stosiki zapisane na papierze moje życie. Jest tego tak mało i tak dużo jednocześnie. Jestem już gotowy. Mogę odejść w każdej chwili. Choć nie bardzo wiem dokąd konkretnie się wybieram, bo to wielka niewiadoma.  Jakżeż przeogromna, jakżeż nadęta jest ta nuda oczekiwania na ostateczność. Ta bezgraniczna pustka. Ta niechęć i niemoc do przebywania wśród ludzi. Spaceruje a właściwie człapie, sam nie wiem, gdzie i po co. Czekam na otchłań, na wieczność, na ostateczność.

Odliczam dni wyciskając kolejne tabletki przed śniadaniem i po kolacji. Beznamiętnie czytam kolejną zerwana kartkę z kalendarza. Czekam. Żyje na kredyt. Dzień za dniem przechodząc obok spakowanych bagaży wspomnień. Żegnam się z roślinką na parapecie. Głaszczę czule na do widzenia moje ukochane książki.  Przeglądam po raz kolejny stosy gazet z moich kolekcji. – A może dziś posiedzę w zepsutym od roku, ale przecież i tak nadal moim, samochodzie? – wymyślam sobie zajęcia na następne godziny oczekiwania . Czekam na impuls. Na znak. Na sygnał. Żyje jak na dworcu. Wyczekując pociągu który, na szczęście dla mnie, znów się spóźnia. Bo choć musze wyjechać, to bardzo chciałbym zostać. Spaceruje po peronie codziennych zdarzeń wyczekując na przybycie ostateczności. Coś kupuje, wydaję pieniądze, ale wcale mnie to nie rozwesela. Coś wypije, coś zakąszę aby zapomnieć, że czekam.  Rano znów czekam ze zdwojoną siłą w jeszcze większym napięciu i zdenerwowaniu.

Spaceruje wśród walizek i kartonów pełnych niezrealizowanych spraw i pomysłów. Przeskakuje nad tobołkami z uczuciami. Krążę wśród  paczek z pragnieniami. Coś zjem w kuchennej stołówce. Trwam sobie w mojej domowej poczekalni. Przysiądę przy stole jak na dworcowej ławce. Poczytam w oczekiwanie ma przybycie transportu do wieczności. Pooglądam. Posłucham. Poczekam.  Przecież wcale mi się nie spieszy. Jestem tu, bo wiem że musze wyjechać. Ale chęci ku temu we mnie żadnych. Wszystko wydaje mi się takie nie wartę zainteresowanie. Takie banalnie puste. Takie skretyniałe. Skarlałe. Godzinami wpatruje się z ludzi biegających jak mrówki i tak ich owadzio właśnie postrzegam. To wszystko jest takie martwe i powiędłe jeszcze za życia. Takie nieistotne. Takie przyziemne. Powtarzalne. Przewidywalne. Smutne i nudne.

Nasłuchuje kroków na schodach.  Każde uderzenie w poręcz, każde szurniecie butów o kamienne schody to może być dla mnie znak, że już czas się zbierać. Że nadszedł mój czas. Że mój czas się wypełnił.  – Czy to już? Czy to po mnie ? – pytam sam siebie. Nie mam żalu, jeśli znów to tylko pomyłka. Czekam, bo wiem, że to nadejdzie ale tego nie oczekuje. „Przygnębienie jakieś dziwne mną owładnęło – chcę czegoś chcieć, ale wszystko mi jest obojętne. Pojutrze wyjeżdżam – tym lepiej. Zupełnie jestem sam”.

dziennik pesymistyczny

Lotnisko w przyszłości

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– A gdyby tu było nagle przedszkole w przyszłości i wasz synek mały tędy przechodził w przyszłości – takie słowa wypowiada milicjant w komedii Stanisława Barei. Właśnie to słynne i pamiętne „w przyszłości” powinno stać się mottem dla władz mojego miasta, głównego inwestora miejskiego portu lotniczego.

Tu bowiem właśnie, od wielu lat, w znoju i trudzie, władza miejska buduje dla obywateli zaznających życia doczesnego, ale i dla przyszłych pokoleń lotnisko. Po co się tak trudzi? Po co buduje? Po co staje naprzeciw tak wielu przeciwnością losu – zapyta nie jeden niedowiarek i pesymista. Ano, dlatego – odpowie władza – bo lotnisko „odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa”. A kiedy ten cud miejskiej inwestycji zostanie otwarty? Ano w przyszłości – odpowiadają urzędnicy. A kiedy jakieśkolwiek tanie linie lotnicze będą regularnie latać z lotniska? – pytają zainteresowani. – Niestety nie możemy opowiedzieć. O wszystkich faktach poinformują nas wszystkich w odpowiednim czasie zarządzający Portem Lotniczym. Czyli w przyszłości– odpowiada władza. W odpowiednim czasie, to się stanie. W przyszłości bliżej nieustalonej.  – Reszta faktów poznamy pewnie w odpowiednim czasie – zapewniają urzędnicy.

I tak mamy tu, w moim mieście lotnisko cywilne. To znaczy mamy mieć, już niedługo, bo termin oddania inwestycji znów się trochę opóźnił. Coś tam stoi na przeszkodzie. Trzeba jeszcze kilku pieczątek i kilku pozwoleń brakuje. Ale w przyszłości się wszystko załatwi i wyprostuje.  Teraz dowiaduje się z mediów, że miejski port lotniczy uzyskał certyfikat lotniska cywilnego. – To oznacza, że w niedalekiej przyszłości nasze lotnisko zacznie w pełni funkcjonować – podkreślają urzędnicy. I kluczowe jest tu „w przyszłości”.

– Lotnisko cywilne to jedna z najważniejszych inwestycji prorozwojowych naszego miasta i regionu radomskiego. Budowa lotniska to trudny proces,(…). Sam proces rozpoczął się w 2006 roku jeszcze za czasów moich poprzedników – mówił prezydent miasta skromnie zapominając, że miejska spółka buduje sobie lotnisko już od roku 1989 roku.

– Głównymi problemami lotniska są teraz m.in. montaż radiolatarni, który miał rozpocząć się w maju, ale wiemy przecież, że ten termin został przesunięty na wrzesień. Trzeba również przedłużyć pas startowy o 500 m oraz dobudować płytę postojową. Ale to przyszłość. Przed nami wiele lat rozwoju lotniska. Miasto musi być przygotowane na wsparcie finansowe portu. O samofinansowaniu się możemy mówić dopiero za jakieś 10-11 lat od momentu funkcjonowania lotniska – uściślił prezydent.

W Hiszpanii, która często jest przyrównywana do Polski jest czterdzieści dziewięć lotnisk. Na kilku z nich nigdy nie wystartował, ani nie wylądował żaden samolot. Teraz, jak gdzieś przeczytałem, planowane jest zamknięcie prawie trzydziestu z nich. Czy tak będzie z lotniskiem w moim mieście? Nie wiem. Ale umowy z operatorem lotniczym, który byłby zainteresowany lotami z tego lotniska to przyszłość a nie teraźniejszość. Bardzo zaczynam się martwić, czy nie wybudowaliśmy słomianego misia? Bo nie można przyjąć założenia, jako przemyślanej strategii, że jak już wybudujemy sobie port lotniczy to ktoś pewnie zechce na nim wylądować, i z niego wystartować. Nie można zakładać, że jakoś tam będzie, że pewnie jakiś samolot zabierze stąd pasażerów do Londynu, Dublina czy Paryża. Port lotniczy, według szacunków, żeby nie przynosić strat musi obsługiwać, co najmniej milion pasażerów rocznie, minimalnie około trzystu tysięcy. Jak bez umów z tanimi przewoźnikami lotniczymi będzie to możliwe? Jeśli lotnisko będzie przynosiło straty to, co się wtedy zrobi? Za przykładem z „Misia” – protokół zniszczenia?

– Kiedy i przy jakiej liczbie pasażerów loty będą opłacalne? – pyta opozycja magistrat i prezydenta. – To największy projekt od czasu doprowadzenia do (miasta) kolei. Czas, by zrealizować (…) pewien sen. Pieniądze nie przyjdą od razu, będziemy dokładać do tej spółki długo. Ale to w końcu przyniesie efekt – mówił prezydent.  I radził, że lepiej czasem „nie mówić wcale, niż mówić źle”.

„W przyszłości” to słowa kluczowe przy tej inwestycji. – Kiedy ktoś zapyta: kiedy uruchomienie lotniska? Kiedy będą się odbywać tam regularne loty? Kiedy dowiemy się, który z poważnych operatorów lotniczych jest zainteresowany obsługą lotniska?  Kiedy lotnisko będzie na siebie zarabiać? Kiedy przestanie żyć na dotacjach i dofinasowaniu?  Wtedy odpowiedz jest zawsze jedna: w przyszłości.