Tag Archives

113 Articles

dziennik pesymistyczny

Takie moje gorzkie żale

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Dostałem list, że: „dziękujemy za zainteresowanie! Niestety nie udało Ci się przejść kwalifikacji (…). Ilość zgłoszeń była bardzo duża, a wybór niezwykle ciężki”. Nic to dla mnie nowego. Przez tyle lat mego życia przyszło się przyzwyczaić to takich wieści. Przeważnie w ten deseń zaczynają się wszelkie listy, które dostaje, gdy tylko najdzie mnie ochota żeby się socjalizować.

Ale żal jest, że się na mnie nie poznali. Ja tu do nich ze szczerego serca, że od lat pisze mojego pesymistycznego bloga i mam wrażenie graniczące z pewnością, że teraz właśnie nadszedł ten właściwy moment, aby moje pisanie nie tylko przyciągało rzesze czytelników, czy też w jakimś sensie ewangelizowało społeczeństwo, ale także przyniosło wymierne korzyści finansowe. A Ci do mnie w odpowiedzi, że „dziękujemy za zainteresowanie! Niestety nie udało Ci się przejść kwalifikacji”. No i znów poczułem się jakby mnie wyrzucono z harcerstwa. Tam też nie za bardzo chciałem należeć, ale jak już mnie wyrzucono, to lekki żal był.

dziennik pesymistyczny

Siła w precyzyjnie równych chodnikach

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Byłem o włos od nieszczęścia. Niewiele brakowało a spacer, na który nabrałem ochoty, zakończyłby się dla mnie tragicznie. Co mnie tchnęło, coś mnie naszło. Nakłoniło mnie coś, i zachciałem, i wyszedłem z domu, aby spacerkiem, niespieszno przejść się do parku. Wlokłem się spokojnie, po maluśku chodnikami mojego prowincjonalnego miasta chłonąc uliczne życie.

Może ulica na prowincji, ale przecież miasto spore, prawie dwu stutysięczne. Nie jakiś tam zaścianek, nie pipidówa, ale gród starożytny prawie, z wiekowymi tradycjami. Ulica którą spacerowałem sobie w niespokojności tego wczesnego popołudnia też całkiem przyzwoita.

dziennik pesymistyczny

I ujrzałem wszystkie swoje grzechy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Tak, chyba już wiem, jaki jest mój największy grzech. Wygląda na to, że moją największą winą jest kompletny brak ambicji bycia najważniejszym czy najlepszym. Grzeszę tym, że nie staram się być najpiękniejszym, najdoskonalszym. No moja wina, że w żadnej z dziedzin nie jestem ten „naj”. Tak, wiem, moja wina, moja bardzo wielka wina.

Zawiniłem, i chociaż nie potrzebuje, to jednak robię taki malutki rachunek sumienia. Pieniądzu, tyś jest bogiem prawdziwym w tej krainie splendoru i biedy. Wybacz Panie, wybacz, że nie modle się nazbyt żarliwie do Ciebie każdego dnia, że za mało mi się chce i że za mało pragnę. O Panie nowej Polski, Mamono błogosławiona, wybacz, że nie składam Ci hołdów, że niedostatecznie się staram. Za mało chce mieć i nie chce za dużo posiadać. Ja wiem, że grzeszę tym, że chce tylko tyle mieć żeby starczyło i nic więcej mi nie potrzeba.

dziennik pesymistyczny

Zobojętnieć na politykę i polityków

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Życie staje się o wiele łatwiejsze, gdy pewne sprawy stają się obojętne. Nie żeby tam od razu absolutnie wszystko mieć w głębokim poważaniu, ale naprawdę warto sobie zrobić listę spraw, którymi nie ma potrzeby się przejmować i potem zwyczajnie na to co liście się znajduje zobojętnieć.

Warto to zrobić przynajmniej dlatego, żeby żyło się prościej i mniej stresująco. Warto czasem po prostu odpuścić sobie pewne aspekty życia w społeczeństwie. Przecież jeśli nie możemy czegoś zmienić to nie warto się tym tak bardzo przejmować. Po co tracić nerwy.

dziennik pesymistyczny

Niewola miłości kontra wola suwerena

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Z szacunku do wiary i wierzących trzymam się od tego z daleka. Przynajmniej chciałbym zawsze zachować właśnie taka postawę. Jak już mam w tym uczestniczyć, to jako niezaangażowany obserwator. Ale są takie chwile, a teraz jest ich coraz więcej, że już po prostu nie trzymam ciśnienia i muszę dać upust moim emocjom. Jeśli bym tego nie zrobił to chwila mojego całkowitego szaleństwa stała by się niebezpiecznie bliska.

Nie wiem jak Państwo, ale ja mam wrażenie, że od ponad dwudziestu lat żyje w kościele. No może dotychczas mieszkałem tak na samym skraju świątyni, tak na progu, ale teraz wbrew mojej woli znalazłem się w samym jej centrum.  Ja, jako suweren, czyli cześć polskiego społeczeństwa – powołując się na słowa prezydenta oraz prezesa – mam chyba czasem prawo zapytać czy państwo i kościół to samo? A jak nie to samo to czy wzajemne się przenikanie tych dwóch instytucji nie zagraża mnie, jako jednostce? A warto zaznaczyć że jestem jednostką, która nie za bardzo dowierza, żeby nie użyć słowa nie wierzy.

dziennik pesymistyczny

Plany

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

 – Wierzymy w Twój plan – zapewniła mnie panienka z telewizyjnego okienka kojącym reklamowym głosem. Ucieszyłem się, bo to oznaczało, że gdzieś na tym w wielkim wrogim świecie istnieje ktoś, a może nawet grupa ludzi, która wierzy w mój plan. Nie zraziło mnie nawet to, że to wyznanie wiary było tylko reklamą firmy kredytowej.  Ważniejsze było to, że oni wierzyli w mój plan.

Nie przypominałem sobie abym od kilku latach robił jakieś plany. Nie planowałem ani dalekosiężnie, ani na krótka metę. Ot tak sobie żyłem i żyje z dnia na dzień życiem z mianem społecznego pasożyta. Co prawda, zawsze wiedziałam, bo mnie do tej roli państwo przygotowała od dziecka, że plan dla mnie jest taki żebym pracował, zarabiał i płacił podatki. Powinienem zaplanować potomstwo dla dobra przyszłości mojej ojczyzny im liczniejsze tym lepiej. Ogólnie planowana przyszłość aż do śmierci to najlepszy plan dla obywatela.

No niestety ja taki nie byłem. Trwało to wiele lat nim zrozumiałem, że nie chce i nie mogę być narzędziem. Dla mnie najlepszym wyjściem jest przestać żyć przyszłością, bo ona może się nawet nie wydarzyć. Dlatego tak miło mi dowiedzieć się, że ktoś pokłada wiarę w moje nieistniejące plany.

Nie mam planu na życie. Jestem przecież niepracujący w sensie takim, jakim postrzega to społeczeństwo. Nie płace podatków. Nie udzielam się. Nie uczestniczę. Czyli jestem nieprzystosowany społecznie. Nie planuje zakontraktowania dzieciaków po pięćset złotych za główkę. Nie planuje nowego wysokopłatnego stanowiska. Nie mam w planach kolejnego kredytu na dom, samochód, wakacje i ogródek z drzewkiem. No taki jestem codzienny  a nie planowy.

Po przebudzeniu, każdego wyrwanego rzeczywistości dnia istnieje sobie do zaśnięcia. Nie potrafię nadal racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego takie życie bez planów jest lepsze, ale tak wewnątrz siebie, tak podskórnie czuje, że postępuje właściwie. Niestety wyczerpałem wszelkie możliwości i nie mogę już więcej uciekać przed karą za społeczne nieposłuszeństwo . Czuje że już niedługo zostanę ukarany za to moje nieplanowanie.

I choć zawęziłem swoje postrzeganie przyszłości do kilkunastu następnych godzin to względem mnie inny zdecydowanie mają swoje długoterminowe plany. Ja tylko nie chciałem być narzędziem. Dlatego stałem się społecznie nieużyteczny. Niepasujący do państwowości. Nie postępowy i nierokujący. Taki nieplanowy. Zupełnie przypadkowy.

dziennik pesymistyczny

Gdybym miał zniesioną zdolność do rozpoznawania znaczenia swoich czynów?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Tyle mam na tym świecie spraw niezałatwionych. Tylu takich co bym chciał im dosadnie a czasem i ręcznie wytłumaczyć, że nie mają racji. Całe mrowie polityków, urzędników, ministrów i im podobnych, których jakbym dorwał w swoje ręce to… no sami wiecie. Ale, no właśnie nic z tego, bo to albo mi nie pozwala spełnić zamierzać moje dobre wychowanie albo też wizja spędzenia wielu lat w pasiakach skutecznie odstrasza mnie od zamierzeń.

Ale jest nadzieja w polskiej prokuraturze, która coraz częściej orzeka umorzenie sprawy za przyczynę podając to, że sprawca czynu zabronionego miał w chwili zdarzenia zniesioną zdolność do rozpoznawania znaczenia swoich czynów. Czyli dobra nasza, będę mógł przyłożyć temu i owemu, jeśli tylko zniosę w sobie tę zdolność do rozpoznawania znaczenia swoich czynów.

Nie tak dawno pisałem o pewnym panu prokuratorze, który buchnął dwa batoniki i krem w sklepie. Każdy zwyczajny szary człeczyna po czymś takim, jeśli nawet nie poszedłby pierdzieć w pasiaki, to przynajmniej załapałby surową grzywnę. No tak, każdy ale nie ten prokurator.  Pan prokurator nie poniesie dyscyplinarnej kary za swój czyn, bo prokuratura orzekła, że w chwili kradzieży był niepoczytalny.

– Można być poczytalnym w odniesieniu do pewnych zdarzeń, a do innych zdarzeń popełnionych w tym samym czasie i miejscu już nie – stwierdził wtedy pewien gość z Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku wypowiadając się w tej sprawie. Mam nadzieje, że będę mógł to wykorzystać i w mojej szarej i marnej egzystencji, choć żaden ze mnie prokurator.

Teraz wyczytałem w lokalnej prasie, że Prokuratura Rejonowa na dalekiej prowincji umorzyła postępowanie w sprawie zaatakowania przez nauczycielkę swojego ucznia, bo uznano, że w tym momencie miała zniesioną poczytalność. No ja rozumiem, że mogła się wnerwić. Fakt, że w polskich powiedzeniach znalazło się: „Obyś cudze dzieci uczył”, świadczy o tym, że od dawien dawna ludzie zdawali sobie sprawę, że praca nauczycielki nie jest łatwa. Ale mnie zainteresowało to, że tak można z chwili na chwile stracić poczytalność, a następnie ją tak zwyczajnie odzyskać. To daje mi ogromne możliwości wyładowanie swoich frustracji. Przecież, kto mi udowodni, że dając w twarz z liścia politykowi dla przykładu byłem poczytalny? Może właśnie wtedy, w tym momencie, gdy uskuteczniałem czynną napaść na organy państwa, miałem zniesioną poczytalność? Przecież to możliwe.

– Według biegłych nauczycielka miała w chwili zdarzenia zniesioną zdolność do rozpoznawania znaczenia swoich czynów – tłumaczy w gazecie, rzecznik Prokuratury Okręgowej. I słusznie! Jeśli kiedyś przez przypadek, z głupoty, czy z przymusu sytuacji zrobię coś zabronionego prawem, to zawsze będę mógł się wytłumaczyć, że miałem wtedy zniesioną zdolność do rozpoznawania znaczenia swoich czynów. No i mam nadzieje, że mnie nikt nie zamknie jako zbzikowanego i zawsze będę mógł się powołać na opinie biegłych, że: „Można być poczytalnym w odniesieniu do pewnych zdarzeń, a do innych zdarzeń popełnionych w tym samym czasie i miejscu już nie.” Tak jest chyba uczciwiej.

dziennik pesymistyczny

To idzie nowe, nowe, nowe…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Co tam Szanowny u Ciebie?  – spytałem, gdy tylko przysiadł na stołku barowym obok mojego miejsca. Uśmiechnął się w odpowiedzi. Wygładził niewidoczne zagniecenia na modnym garniturze. Poprawił krawat, pomachał kelnerce, popatrzył na sale i rzekł: Bardzo dobrze. Teraz gdy postanowiłem być prawym i sprawiedliwym, jest i będzie ze mną bardzo dobrze.

Nawet się ucieszyłem, choć ta droga polityczna jest mi mówiąc najładniej obca. Wyglądał lepiej, a to przecież dobrze. Prezentował się wspaniale. Nowy garnitur z czystej wełny, zegarek dobrej firmy, modny krawat, biała koszula dobrej jakości, spinki do niej też niczego sobie. Płaszcz, buty, ba, nawet parasol, wszystko nowe i świadczące o nowo nabytej zamożności. Cały był taki rozpromieniony i władczy. Zamówił wódeczkę jak zawsze, to prawda, ale za to najdroższą jaka była w lokalu. Zakąski też wybierał ze znawstwem. Dopytywał kelnerkę o szczegóły, grymasił, zastanawiał się, namyślał. No, panisko jednym słowem.

– Poprawiło się – zapytałem, gdy już zaprzestał epatowania dobrobytem na prawo i lewo.  – Ano, poprawiło – odparł. – Teraz służę, i należę, kolega kolegi mnie wciągnął. Doradzam. Teraz za mną prawo, to i sprawiedliwie muszę przyznać, mam się teraz lepiej – wyznał. – No to chwalić Pana – skwitowałem i zasugerowałem gestem żebyśmy wypili, na co przystał z wyższością wielmoży. Zaczęliśmy się gościć, choć raczej ja tu byłem w gościnie, on był fundatorem i dobrodziejem moim o czym nie dawał mi zapomnieć.

– A co tam z twoim mandatem za „usiłowanie spożycia alkoholu w miejscu objętym zakazem” – wypaliłem w połowie naszej biesiady, po czym zrozumiałem, że zbłądziłem i chyba przesadziłem. Nie powinienem pytać a tym samym przywoływać mroczne czasy jego opozycyjnego życia w niedostatku. – Zastanowimy się i przyjrzymy wszystkim szczegółom tego mandatu. Po za tym to nie żaden mandat lecz tylko opinia – powiedział spokojnie, całkiem jak taki pan, co to objaśnia narodowi co prezydent miał na myśli, gdy naród ma trudności z właściwym zrozumieniem.

– Ten mandat ma przede wszystkim walor historyczny, odnosi się bowiem do sytuacji, która w ostatnich dniach uległa zasadniczej zmianie – ocenił strzepując z rękawa marynarki niewidoczny pyłki. Zasugerował także, że cała ta „przygoda”, która skończyła się mandatem to wynik uzależnienia organów i ich przedstawicieli od wpływów politycznych.

Potem pijąc i zakąszając ocenił, że tamte zaprzeszłe wydarzenia wskazują, że nadszedł czas na głęboką refleksję nad modelem funkcjonowania pewnych instytucji. Według niego konieczne będą szeroko idące zmiany, które powinny zmierzać w kierunku stworzenia mechanizmów gwarantujących swobodę pewnych postępowań w sytuacjach skrajnych. – Apeluję do wszystkich sił politycznych o współpracę i wsparcie inicjatyw realizujących powyższe założenia – oświadczył patrząc na mnie, choć ze mnie żadna siła polityczna.

– Ten mandat wywołuje niesmak i zniechęcenie do tej szanowanej instytucji, przypuszczam, że tak jak u większości Polaków – to rzekłszy zapadł w milczenie, jak to miał w zwyczaju. A wiatr historii wionął od Warszawy, niosąc zmiany, zmiany, zmiany.

dziennik pesymistyczny

Nasze jesienne rozmowy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Codziennie budzę się coraz bardziej zdumiony tym, że muszę przeżyć jeszcze jeden dzień na tym zasranym świecie – rzekł mój przyjaciel opadając ciężko w czeluści wygodnego fotela w jednym z naszych ulubionych lokali z wyszynkiem.

Na tyle znałem przyjaciela żeby wiedzieć, że jego pesymizm jest jakby wdrukowany w jego geny. On po prostu nie widział dobrych stron egzystencji. Wszystko go denerwowało. Cały świat traktował w ten sposób jakby był on stworzony tylko po to żeby jego, mego przyjaciela, osobiście urazić.  Dlatego to powitanie nie wzbudziło we mnie większego zainteresowania. Zwyczajnie uznałem to za swoiste „dzień dobry”. – Co tam u Ciebie po za tym? – spytałem.

– Ja, proszę ja Ciebie, to tak żyje bez przekonania.  Tak właściwie z przymusu, bo jak wiesz nie jestem zbyt odważny, więc nie skończę z tym. No to sobie tak żyje. Z dnia na dzień. Jak ktoś nie ma przyszłości to stara się doceniać dzień dzisiejszy i żyć nim – powiedział i zaczął się melancholijnie rozglądać po sali jakby kogoś szukał, czy na coś czekał.

Z racji tego że przeważnie nie spotykaliśmy się tylko po to żeby szczerze porozmawiać, ale też coś wypić postanowiłem zamówić u przecudnej urody kelnerki. Dawałem znaki, że chce złożyć zamówienie i już po kilku minutach tego mojego machania łapkami panienka zwróciła ma mnie ocząt swych błękity. Zamówiłem conieco i odprowadziliśmy kelnerkę wzrokiem. – Ładna – zapytałem i stwierdziłem fakt jednocześnie.

– Ładna. Nawet piękna.  No i co z tego. Wszystko przemija – usłyszałem od przyjaciela to co mogłem się od niego spodziewać usłyszeć. Kelnerka mimo swojej eterycznego wygładu dość sprawie i szybko przydźwigała kubełek z lodem, w nim większe conieco, szklanki, kieliszki i ustawiła to przed nami na stoliku. – Jakieś nowości? – zapytałem nalewając „po pięćdziesiątce”.

– Jestem potwornie zmęczony. Nie żebym tam od razu się przepracowywał. W tym sensie to nic nie robię, albo robię niewiele. Zmęczony jestem tym, że cały czas ktoś coś ode mnie chce. Banki, instytucje, urzędy… czuje się osaczony. Jak zwierzę podczas pogoni. Słyszę za plecami ciągłe ujadanie. Tylko daj, daj, zapłać, opłać, wyjaśnij, odpowiedz…. no kurwa, nie zostawią człowieka w spokoju, choćby na chwile. Ciągle czegoś chcą – wyrecytował jednym tchem przyjaciel i dał znak abym nalał, co uczyniłem. Wypiliśmy.

– Nie masz wrażenia, że wszystko co jest wokół nas zmusza człowieka do zarabiania. Po prostu, aby przeżyć, musisz podporządkować się przymusowi uczestniczenia w łańcuchu pokarmowym kapitalizmu. Musisz zarabiać. Pracować. Każde odstępstwo jest karane. Bo jak się sprzeciwisz, to będą cię tak długo nękać, że albo spadniesz po za margines tego co się nazywa społeczeństwem albo się podporządkujesz regułą panującym w społeczeństwie – mówił.

– No ja wiem, że wszystko kosztuje i trzeba na to mieć pieniądze. Trzeba pieniądze zarabiać. No i to czyniłem przez dziesięciolecia. Ale wiesz, ja mam dość. Zwyczajnie przestało mi się chcieć. Nie z próżniactwa, ale z wyczerpania i zniechęcenia. Wiesz, musisz być kimś. Coś mieć. Posiadać. Być. Bywać. A jak tego nie chcesz, lub zwyczajnie już nie możesz tego chcieć, uważają cię za leniwego nieroba i pasożyta – powiedział i zapadł się głęboko w fotel. Oboje lubiliśmy jesień. Te nasze rozmowy. To picie. Dlatego piliśmy i rozmawialiśmy. Po kilku godzinach zapłaciłem rachunek zastanawiając się ile jeszcze razy zarobię wystarczająco dużo żeby móc pić i rozmawiać.

dziennik pesymistyczny

Życie po proroczym śnie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Pewnej nocy miałem sen. Koszmar w zasadzie to był jakich miewam wiele gdy tylko uda mi się na chwile zasnąć – wyznał mi przyjaciel. Staliśmy w naszym ulubionym miejscu. Zieleń przyrody walczyła tu, ze zmiennym szczęściem, z industrialnymi zapędami człowieka. Ale miejsce nadal było przyjemne i nadawało się do spokojnego i przyjemnego konsumowanie małego conieco. A jak wiadomo w wolnej Polsce jest coraz mniej takich miejsc gdzie spokojny człowiek może się spokojnie napić na świeżym powietrzu. Taka to już widać różnica miedzy czasami minionej dyktatury a teraźniejszością wolności.

– Sen miałem – kontynuował opowieść przyjaciel. – Sen taki, zupełnie taki jaki miał ten znany murzyn z Ameryki co też miał sen i przez ten sen był bardzo znany. – Miałem sen, a w nim bardzo realistycznie ujrzałem własne pożegnanie z doczesnością pośród grzmoty donośnych i błyskawic oraz śpiewów anielskich – wyznał przyjaciel. Na takie dictum nie miałem sensownej odpowiedzi, więc zaproponowałem żebyśmy się napili, bo to zawsze pomaga.  No i wypiliśmy.

– Nie żebym wierzył w sny – snuł dalej opowieść przyjaciel – zasadniczo to wiem, że to tylko projekcje mózgu działającego na wolnych obrotach, ale że sen był taki sugestywny… to tak wyszło, że niechcący jednak uwierzyłem. A że zgodnie z moją wizją proroczą miałem opuścić ten ziemski łez padół za dwa tygodnie od sennej wizji to postanowiłem odliczać do wspomnianej daty.

Tak było w istocie. Już od pewnego czasu, czyli jak się właśnie okazało od dwóch tygodni mój przyjaciel odliczał upływające dni wysyłając informacje o tym urbi et orbi poprzez media społecznościowe. Nawet miałem go zapytać do czego odlicza, ale że mniej więcej wiedziałem choć wiedzieć nie chciałem, więc nie pytałem.

– Moje przekonanie, co do prawdziwości mojego proroctwa i do słuszności wyboru dnia ostatecznego pożegnania z doczesnością potwierdził dodatkowo list, którym odebrałem na poczcie. Napisała do mnie bardzo ważna instytucja państwowa. Straszyła mnie ona przez swego urzędnika, że jeśli w przeciągu dwóch tygodni nie rozliczę się z władzą ostatecznie to ona mnie ostatecznie… no już ta instytucja pokaże mi co potrafi – ciągnął opowieść przyjaciel.  – Jakby tego było mało to okazało się, że pewna religijna grupa z Filadelfii w Stanach Zjednoczonych przewiduje, że tego właśnie dnia nastąpi koniec świata – dodał.

– I jak tu było nie odliczać, gdy takie znaki we śnie i na jawie? – zapytał zasadnie przyjaciel. Musze przyznać mu racje, że po takich widomych znakach sam zacząłbym odliczać. Znów wypiliśmy, a on wyznał, że takie odliczanie do tej chwili niewiadomej, te jego dni ostatnich, to wszystko zmieniło w nim perspektywę postrzegania świata. Dostał on – jak mówił – możliwość dostrzeżenia w doczesności, w każdym dniu, czegoś ważnego. Dało mu to nadnaturalny dystans do jego emocji i do kłopotów, które go osaczają. – Widocznie, gdy się już wie, że coś jest nieuniknione to można się bardziej skupić na tu i teraz. Doznaje dwóch sprzecznych uczuć, strachu przed życiem i zachwytu nad życiem, jak powiedział pewien klasyk  – zakończył. Piliśmy spokojnie, rozmawiając o pięknie, literaturze, sztuce, filmie, polityce lub w milczeniu cieszyliśmy się tym, co tu robimy w tak pięknych okolicznościach przyrody.