– Postanowiłem dokonać aktu apostazja – rzekł przyjaciel siadając przy kawiarnianym stoliku. Czekałem na niego już od ponad trzydzieści minut wpatrując się w ścianę deszczu za oknem i przez to czekanie zamówiłem już dwie pięćdziesiątki, więc pomyślałem że najwidoczniej alkohol wpłynął na mnie bardziej niż się tego można było spodziewać po tak małej dawce. – Apostazji? – spytałem kontrolnie. – Tak, tak dokładnie – powiedział z entuzjazmem kolega i zajął się zamawianiem sporego co nieco u przybyłej właśnie kelnerki.
Nie czekając na wyjaśnienia, co skłoniło przyjaciela do tak nagłego opuszczenia łona kościoła katolickiego, postanowiłem przejść do sedna i zapytać dlaczego właśnie teraz. Mój rozmówca na początku zaordynował „po jednym” a następnie zaczął wyjaśniać, że jak mi wiadomo on od dawna był w konflikcie moralnym i duchowym z dostojnikami kościoła rzymskiego i po prostu teraz mu się to skumulowało, dojrzało w nim i przyniosło owoc w postaci decyzji o pożegnaniu się z kościołem. – No i właśnie chciałem Cię prosić o to żebyś został moim świadkiem – rzekł na zakończenie. Nawet nie zdążyłem zapytać, jakim świadkiem a już przyjaciel mi uprzejmie wyjaśnił. Chcąc wystąpić z katolickiej wspólnoty należy się udać do parafii chrztu. Tam przedstawiając świadectwo tegoż sakramentu w obecności dwóch świadków właśnie zażądać usunięcia swego nazwiska z wykazu osób należących do religijnej wspólnoty, czyli dokonać aktu apostazji.
– Paszport masz, dokonasz aktu apostaci, więc dokąd emigrujesz? – zapytałem przyjaciela, czym zaskoczyłem go tak bardzo, że prawie wylał na stolik to, co tam stało cennego. – A po cóż miałbym emigrować? A czy mi tu źle? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Dni nas przecież dzielą od zaprzysiężenia nowego prezydenta, a jak wiesz on jest najzagorzalszym wyznawcą, obrońcą wiary katolickiej, który nie bacząc na okoliczności ratował hostie, nie wiadomo jak będzie zapatrywał się na takich zaprzańców – uprzejmie wyjaśniłem. – Toż nie dalej jak dwa tygodnie temu niejaki Jarosław, zbawca Polski, mówił na Jasnej Górze do swoich wiernych oraz wiernych kościoła, że „nie ma Polski bez Kościoła” – kontynuowałem. – Nie pamiętasz, że wódz prawych i sprawiedliwych głosił, że „nie ma w Polsce innej nauki moralnej niż ta, którą głosi Kościół, a ty chcesz teraz dokonać apostazji? Naprawdę zły moment sobie przyjacielu wybrałeś – zakończyłem.
Mój rozmówca siedział blady i wpatrywał się we mnie oczami coraz większymi. – Myślisz, że będą wywozić i zaczną się pogromy? – zapytał, a ja zaproponowałem żebyśmy się napili, bo nie wyglądał dobrze. – No, wiesz jak jest, nie pamiętasz, że tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem, Polska jest Polską a Polak a Polakiem? Ja tam nie wiem, jak będzie ale – tu posiłkując się techniką zacytowałem – „nawet gdyby ktoś miał wątpliwości, nawet gdyby ktoś nie wierzył, ale był polskim patriotą, to musi to przyjąć. Musi przyjąć, że nie ma Polski bez Kościoła, nie ma Polski bez tego fundamentu, który trwa od przeszło tysiąca lat”. A to mówił Jarosław, a wiesz już z doświadczenia ich poprzednich lat rządów, że jak on coś mówi to już mówi – dodałem.
– No tak, chyba tego nie przemyślałem – przyznał przyjaciel – wygląda na to, że tylko katolik będzie po wyborach prawdziwym Polakiem. – Ty nie rób pochopnych kroków, pamiętaj że prezydent elekt nie raz wspominał, że tylko ludzie wierzący lepiej poradzą sobie z dziełem naprawy Rzeczypospolitej. I gdzie ty w nowej, wolnej Polsce prace znajdziesz jako jawnie niewierzący? – powiedziałem.
Siedział mój przyjaciel smutny i popijał po każdym moim wezwaniu, ale nie było w nim już tej radości co na początku naszego spotkania. Trochę mi było go żal, ale może przez to, że zrezygnował z jawnej apostazji ułatwiłem mu życie w nowej, powyborczej, wolnej, katolickiej, prawej i sprawiedliwej Polsce.