Yearly Archives

49 Articles

dziennik pesymistyczny

„Bohaterem staje się błazen”

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Tradycyjnie w Polsce czas, w którym wierni rzymskokatolickiego kościoła świętują, lub świętować powinni narodziny Boga – Człowieka, jest dla hierarchów kościoła czasem wygłaszania umoralniających mów okolicznościowych. Całkowicie ich rozumiem, bo przynajmniej tej jednej nocy kościoły są pełne i jest, do kogo mówić. Tradycją stało się też przypominanie wiernym przez różne ekscelencje, że Kościół w Polsce jest obleganą twierdzą,  a siły zła czyhają tylko, aby zniszczyć tradycyjny model rodziny. Nie zdziwiło mnie więc szczególnie, że i w tym roku pewien arcybiskup, zwyczajowo przypomniał, że jesteśmy świadkami wyraźnego ataku na rodzinę i kościół. Ale też z radością zauważyłem, że z wielu jego wypowiedziami zgadzam się z pełni, choć chyba z innych pobudek.

– Błazen zajmuje miejsce mędrca, nauczyciela, kapłana. Błazen, wszystko mu wolno. Piana na ustach staje się wzorem niejednego działacza politycznego, któremu wszystko wolno, bezkarnie może obrażać innych ludzi. Myślę, że warto powiedzieć, zauważyć jak często paraliżuje lęk przed prawdą ludzi dzisiaj w świecie – powiadał metropolita. O i tu się zgadzam z dostojnikiem rzymskokatolickim.  Idąc za jego radą nie ulegam paraliżowi i nie odczuwam leku przed prawdą. Ale chyba inaczej pojmujemy tę prawdę. Chyba też inaczej widzimy  kto tu jest błaznem, który „zajmuje miejsce mędrca, nauczyciela, kapłana”. Posłużę się przykładem z miasta Torunia (nie piszę dokładnie, o kogo mi chodzi, bo i tak każdy wie, a po co robić reklamę). Mam nadzieję, że ekscelencja mówiąc o pianie na ustach błazna, o działaczach politycznych obrażających „innych ludzi” dostrzega, że to zjawisko w polityce powszechne i u tych, co stają często pod sztandarem rzymskiej wiary i u tych po stronie przeciwnej.  – Gadzina skórę zmienia, a przecież kąsa jednako – jak podobno mawiał Stańczyk.

– To jest też niekiedy historia nasza, naszej codzienności, że nie mamy odwagi, już się przyzwyczailiśmy i nie umiemy mówić prawdy. Kłamiemy nawet wtedy, kiedy usiłujemy mówić prawdę – zauważył patriarcha. I znów muszę się zgodzić, bo przecież to, co piszę wynika z mojego wewnętrznego przymusu mówienia prawdy.  Ekscelencja zauważa też, że ludzie, którzy chcą mówić prawdę są dyskwalifikowani. I jak się tu nie zgodzić. – Moje słowa – wyrwało mi się wewnętrznie, gdy przeczytałem o tym, że patriarcha uważa, że w Polsce jest demokracja sterowana oraz, że „można uzyskać wszystko, jeśli się ma duże pieniądze, jeśli się ma duży dostęp do grupy ludzi, wszystko wtedy staje się relatywne”. Mam też nadzieję, że obaj(jeszcze raz przepraszam że stawiam się na równi z ekscelencją, bo przecież jestem niegodny) nie kłamiemy nawet wtedy, kiedy usiłujemy mówić prawdę.

W jednym się nie zgadzam z purpuratem.  Zawsze mnie dziwiło, że te około dziewięćdziesiąt pięć procent naszego społeczeństwa, które przynajmniej według własnych deklaracji jest katolickie tak łatwo daje się oblegać też pozostałej mniejszości naszego społeczeństwa. I te marne „pięć procent „ znów zaatakowało skutecznie większość zamkniętą w kościelnej twierdzy. – Myślę, że dzisiaj (…) jest wyraźny atak na tradycyjny model rodziny, złożonej z jednego mężczyzny i z jednej kobiety, rodziny wielodzietnej – mówił arcybiskup.  Jak silna może być te „pięć procent”, że tak skutecznie atakuje „tradycyjny model rodziny”, że w tych dziewięćdziesięciu pięciu procentach Polaków zachwiała się wiara w to, że rodzina jest złożona z „z jednego mężczyzny i z jednej kobiety” otoczonej mrowiem przychówku.

– Niech mi pokaże którykolwiek z tych ludzi, którzy wymyślili to wielkie kłamstwo historyczne, w którym miejscu ewangelia mówi o przemocy? Gdzie Kościół zachęca do przemocy? To jest dramat zakłamywania – mówił hierarcha.  Proszę bardzo: „Z woli Bożej opanowali miasto i urządzili nieopisaną rzeź do tego stopnia, że leżące obok jezioro, szerokie na dwa stadia, wydawało się pełne krwi, która tam spłynęła”. Zajęło mi to minutę. To tylko jeden cytat.  Ale co ja tam wiem, ja jestem tylko maluczkim, daleko mi do mądrości ekscelencji i jego znajomości pisma. Gdzie Kościół zachęca do przemocy? Historia kościoła to chyba nie tylko nawoływanie do miłości i zrozumienia?  Było wielu takich wiernych, i chyba nadal jest, którzy uważają, że likwidacja niewiernych jest spełnieniem woli Bożej. Ale w jednym się z ekscelencją zgadzam, jest to „dramat zakłamywania”.

I chyba nikt mi już nie powie, że jako ten, kto często dawany jest, jako przykład tych, co atakują i oblegają katolicko – narodową – tradycyjnie – rodzinną twierdzę, czasami nie zgadzam się z tymi, których jest tu około dziewięćdziesięciu pięciu procent oraz z tym, który przynajmniej teoretycznie powinien im przewodzić. I jeśli jestem błaznem? Trudno, nie jestem tu sam.

dziennik pesymistyczny

Władza z ludem przy wigilijnym stole

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jest taki dzień w całym roku jedyny, kiedy pan, wójt i pleban starają się być bliżej prostego ludu. Jest taki jeden dzień w roku, gdzie urządzana przez władze szopka nie jest tylko przenośnią. Przed urzędem staje w pełnej krasie świąteczna szopka z dziecinką w żłobku. A to niechybnie oznacza, że czas już na miejską wigilię. Tak od lat być musi, aby maluczcy mieli poczucie bliskości z władzą, a władza mogła pokazać swoją dobroć wobec ludu prostego. Takie spotkania stały się w moim szarym prowincjonalnym mieście swoistą tradycją. Majestat władzy wszelakiej, i tej magistrackiej, i tej ustawodawczej, i tej duchowej w osobie jego ekscelencji, z wysokości trybuny pochyla się nad swym biednym ludem pokazując swą z nim jedność w trudzie i znoju dnia codziennego.  Taki specjalny dzień jeden w roku.

W dniu tym, jak co roku, wójt ze swą urzędnicza świtą na środku deptaka miejskiego, przed okazałym gmachem gdzie niejedna władza urzędowała i urzęduje, ustawia symboliczny stół, białym suknem nakryty. A na nim wystawiła władza nasza, przez lud tak bardzo ukochana, jedynie chleb i napoje, bo „uboga była” i nadal przecież jest. A gdy już plac ludem się napełnił, ciasno i strategicznie ustawili się ludziska przy stole dobrem tym napełnionym. Gdy napięcie urosło do granic ludzkiej wytrzymałości, dano pozwolenie do szturmu na stoły i kto bliżej stał, i kto sprytniejszy i silniejszy w ramionach, ten mógł z pełną siatką napojów z pobojowiska przy stole do kotłów z jedzeniem się udać. I tak w kilka sekund zniknęło wszystko z wigilijnego stołu. Władza do stołu się nie pchała, z wysokości trybuny z rozczuleniem walce się przyglądając. Władza w swej dobroci dla wymarzniętego ludu miejskiego przygotowała ciepłe posiłki, wydawane z kuchni polowych. A że stan niższy wygłodniały i z musu i z zasady „darmowe zawsze lepsze”, to po dobro w postaci pierogów, bigosu czy barszczyku ustawiały się w długie kolejki.

Pan, wójt i pleban z podwyższenia do ludu prostego przemawiali.  Cieszył się wójt, że stan niższy, z roku na rok, coraz liczniej na plac przed siedzibą władzy przybywa. Radował się wójt, że w ten skromny, ale jakże wyrazisty sposób, władza może pokazać, że chce być razem ze swym umiłowanym ludem pracującym. Wójt życzył poddanym „szczęścia, radości, miłości i zdrowia”.  Pochylił się z troską i w słowach swych wyraził nadzieję, że  z „każdą niedolą damy sobie radę”. Do tych pięknych życzeń wójta dołączył się również pan, czyli przedstawiciel władzy ustawodawczej, który od wszystkich posłów prawych i sprawiedliwych życzył prostemu ludowi spokojnych, zdrowych i rodzinnych świąt. Do życzeń dołączył się też pleban, ekscelencja biskup, który zaprosił do wspólnego łamania się opłatkiem. Koniec uroczystości uświetniły kolędy w wykonaniu zespołów wokalnych ku uciesze zgromadzonych.

– A po co to wszystko? – zapyta ktoś zagubiony. – Po co ten wstyd i upokorzenie przy stole? Po co ten żenujący spektakl? – zapyta człek zagubiony w tej rzeczywistości. „ Otóż to! Nikt nie wie, po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Bo to „odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest (…) na skalę naszych możliwości. Ty wiesz, co my robimy (…)? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo i nikt nie ma prawa się przyczepić”. A w gazetach napiszą, że władza przygotowała i wydała dla ludu swego około osiem tysięcy porcji potraw. Ludzka taka nasza władza przy tym wigilijnym stole.

dziennik pesymistyczny

A wyburzyć, parkingi porobić

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jest pewien plac w naszym szarym prowincjonalnym mieście, o który toczy nieustanną walkę pani redaktor z pewnej gazety. Plac jest od lat pusty jak głowa urzędnika, a zaradni mieszkańcy wykorzystują tę wolną przestrzeń, aby parkować tam auta. Taki stan rzeczy, choć prosty, nie podoba się pani redaktor, która od wielu miesięcy, czy może już od lat walczy o to, aby plac nie był parkingiem. Jak przeczytałem w ostatnim raporcie z frontu walki z parkującymi na placu pani redaktor uznała w końcu zwycięstwo swych wrogów i oznajmiła, że plac jest parkingiem. „Dla wszystkich wygodnickich (…). I te zwyczaje wkrótce wejdą w nawyk ich dzieciom.” Czyli hańba nam i naszym dzieciom, jeśli się nie opanujemy.

Pani redaktor przypomina, że już „trzy tygodnie temu pisałam o tym, że plac (…) znów zmienił się w parking. Ktoś odsunął gazon stojący przy przejściu dla pieszych (…) tak, że można wjechać na plac bez obaw o zarysowanie karoserii.”  I znowu doszło do zgorszenia. Choć mieszkańcy wcielili przecież w czyn magistrackie hasło promocyjne, które brzmi ”Siła w Precyzji”. Jednak pani redaktor uznała to za akt wygodnictwa. Obywatele „ochoczo korzystają z darmowego parkingu. Przez te trzy tygodnie nic się nie zmieniło.” – denerwuje się pani redaktor.

A czym tu się denerwować. Wszystko na tym placu dzieje się zgodnie z miejską tradycją. Nawet na przełomie XIX i XX wieku, kiedy zakątek zwany był rajszulą. Nie wszystkim mieszkańcom Radomia podobały się organizowane tam targowiska. Ale furmanki i tak tam parkowały. W 1910 roku, dla uczczenia 500 rocznicy bitwy pod Grunwaldem, postanowiono nazwać plac Jagiellońskim. Targi odbywały się tam jednak nadal, także w czasie okupacji, gdy na kilka lat zmieniono nazwę na Reichplatz. Po wojnie nastąpiła kolejna przeróbka w nazwie – i pojawił się Plac Zwycięstwa. W jego centralnym punkcie, ówczesne władze miasta postanowiły postawić pomnik ku czci żołnierzy Armii Czerwonej. Ale na placu wciąż prowadzono handel i parkowało tam wszystko, czym przywożono produkty na targ, co w tamtych czasach wzbudzało też kontrowersje u niektórych. Po odzyskaniu „wolności”, po 1989 roku plac znów wrócił do nazwy Jagielloński. Zniknął za to pomnik ku czci żołnierzy Armii Czerwonej a powstał czy pozostał pusty plac pięknie otoczony zielenią, schodkami oraz murkiem. Pośrodku pojawiła się piaskownica w podstawie nieistniejącego już pomnika.

Od wyburzenia obelisku wszyscy ważni w tym mieście snuli plany, co zrobić z placem. Ktoś nawet chciał tam biurowca o jedenastu kondygnacjach. Na przełomie XX i XXI wieku władze miasta zamierzały dla odmiany zlokalizować tam nową siedzibę sądu rejonowego. Ostatnie lata to przede wszystkim dyskusje pro pomnikowe. Jedni chcieli wzniesienia na placu rzeźby ku czci królewicza Kazimierza. Konkurenci pomnikowi chcieli na placu zobaczyć rzeźbę poświęcona żołnierzom AK. Był też projekt pomnika – „Powiew”, czyli bramy z powiewająca nad nią kotarą. Pomnik miał symbolizować przejście między światami, otwarte podmuchem wolności. Tu też skończyło się na planach. A gdy tak dyskutowano nad kolejnymi koncepcjami, każdego lata plac zamieniał się budkę piwną z toaletami wokół, oraz boiskiem do gry w siatkówkę.

Mam kolegę, który podobnie jak ja uwielbia pewną scenę z filmu „Szczęśliwego Nowego Jorku”, w której główny bohater Serfer, co prawda tłumaczy coś zgoła innego słuchaczom, ale wypowiada piękne zdanie idealnie pasujące do tego, co tu opisuję. – A wyburzyć, parkingi porobić. Może by się wam w głowach rozpogodziło – mówi Serfer. No właśnie! A może szanowna pani redaktor, i wy włodarze miasta posłuchacie woli narodu, czy jak kto woli mieszkańców?  Jeśli po wyburzeniu tego, co tam było, i przy niechęci do nowych pomników wybrali obywatele parking, to niech ten parking tam z przyzwoleniem władz, kościoła i wolnej prasy pozostanie.

Może nie trzeba ambitnych planów przywrócenia świetności? Może ludzie już sami sobie wybrali, co tam chcą mieć na tym placu? Jeśli nie stać nas na nic innego, albo nie możemy się porozumieć, co tam na tym placu chcemy, to niech po nas przynajmniej parkingi pozostaną.

dziennik pesymistyczny

Złudzenia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Pewien mój znajomy przekonywał mnie kiedyś, że w naszym państwie, ba, we wszystkich państwach świata rządzą służby specjalne. Pewnie coś w tym jest? Ale ja wpadłem na prostsze rozwiązanie. Dotyczy to Polski, bo z wielu czynników jestem zmuszony ograniczyć moje badania nad tym problemem do kraju nadwiślańskiego. Nie jest to kolejna teoria spiskowa. Ale raczej myślenie o naszym państwie w sposób jak najbardziej uproszczony. – To nieprawda, że ludzie kochają pracować, oni raczej nienawidzą swojej pracy i uwielbiają lenistwo – powiedział mi kiedyś mój wykładowca. Oczywiście w zaufaniu, bo to myśli niezbyt poprawna w nowym systemie kultu nie tyle pracy, co zarabiania.

Zacznijmy od głowy, czyli państwa, od konstytucyjnych organów państwa, co to na nie chciał zamachnąć się pewien pan z Krakowa. Z czym wam się kojarzy praca tych organów? No, jaka jest pierwsza myśl jak o nich myślicie? Nie, to nieprawda, że nic nie robią. Oni ciężko pracują nad pozorami pracy i nad zarabianiem. Pozorują to słowo klucz. Tam każdy coś pozoruje, najłatwiej to widać w sejmie. Od lewa do prawa samo pozorowanie służby Polsce. Ożywiają się tylko jak mowa jest o pieniądzach dla nich lub dla kolegów. Kolegów ma się różnych, więc na tym tle wybuchają sprzeczki i kłótnie. Ale gdy podział kasy się dokona wracają do działań pozorowanych. Kolega przyciął kontrakt na autostradę? Pozornie on ją zbuduje, ale tak naprawdę ma podwykonawcę, a ten podwykonawcę i ten ostatni buduje. Ale niewiele lub nic zarabia. Bo to pozoranci zarabiają. Wokół jest cała armia państwowych urzędników pozorujących pracę. Coś tam niby robią, bo czasem trzeba się dla premii wykazać. Ale w zasadzie to im się nie chce i tylko pozorują. I tak wszyscy urzędnicy dla wszystkich urzędników. Tak od czasu do czasu, trzeba zająć czymś obywateli i wtedy coś tam robi się nagłośnionego do granic możliwości i wychodzi, że oni tam jednak pracują. Że w pocie czoła, że się starają, że nie ustają w trudzie. Potem wszystko się uspokaja i następny urzędnik wykazuje się ku uciesze gawiedzi. Czasem trzeba kogoś poświęcić ze swojego grona, pokazać, że nierób jest i hultaj, ale i on nie zginie. Koledzy pomogą jak przycichnie.  Jedynym sprawnie działającym organem jest służba podatkowa. Oni tylko pozorują że to dla naszego dobra. Ale w pracy się przykładają, bo to dla nich przecież kasa i dla machiny pozorów. I tak to się kręci przez różne systemy polityczne. Zawsze wygrywa pozorowanie pracy przez urzędników dla dobra obywateli, a jak nie chcą płacić? To ich się postraszy kryzysem! Zauważyliście, że u nas kryzys jest permanentny. Zawsze jest jakiś kryzys, dla pozorów większych podatków, większych płatności na policję i wojsko, sądownictwo itd. A jak ktoś z obywateli zapyta, dlaczego na przykład służba zdrowia to tylko pozorowana opieka? Bo kryzys. Ale pozory wielkiej walki o lepsze jutro trwają w najlepsze. Rozejrzyjcie się wokół ile jest urzędniczego pozoranctwa, łatwo to dostrzec, słyszeliście kiedyś dyskusje nad czymś w sejmie? Słyszeliście przemówienia oficjeli? Tak, no to nie zapomnijcie opłacić podatków. Bo „tak dla wspólnej korzyści i dla dobra wspólnego, wszyscy muszą pracować, mój maleńki kolego”.

 

dziennik pesymistyczny

Czy to sen?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Miałem sen – rzekł pewien polski poseł, czym mnie bardzo zdziwił, bo nawet wiedziałem, kogo cytuje. Wielce zainspirowany tą wypowiedzią polskiego parlamentarzysty, też pozwoliłem sobie mieć sen. Proszę bardzo, oto ten sen, który pozwoliłem sobie mieć, bo każdy może śnić.

– Dobrze mówi – wyrwało się koledze, który akurat przebudził się z alkoholowego odrętwienia. – Dobrze mówi, dać mu wódki! – doprecyzował rozglądając się za flaszką, którą chciał dokonać tego, co obiecał. Przypatrywałem się i przysłuchiwałem innemu mówcy zastanawiając się, dlaczego tak jest, że podczas spożywania trunków umilających z zasady rzeczywistość, czasami Polaków nachodzi takie wielkie przekonanie o tym, że są narodem wybranym żyjącym w ciągłym ucisku i niewoli. Koleś, co to miał dostać wódki, bo „dobrze mówił” przemawiał z ekranu telewizora. Bo w naszych polskich domach nadal wiadomości płynące z telewizora są obowiązkowe nawet podczas biesiad.  – Kule powinny świstać, a mamy kabaret. Bo kolejny przesąd to wiara w pacyfizm. Wiara, że tu można cokolwiek załatwić, gdy nie zostanie w sposób nagły i drastyczny wyprawiony na tamten świat z tuzin redaktorów ”Wyborczej” i ze dwa tuziny drugiej gwiazdy śmierci mediów centralnych – TVN. Nie wspominam o etatowych zdrajcach ze starego reżimu. Jeśli się nie rozstrzela, co dziesiątego, to znaczy: hulaj, dusza, piekła nie ma. Jeżeli nie karze się śmiercią za zdradę, to, co? –  głosił gość na ekranie (oczywiście spisałem to później, bo wtedy tylko sens jego słów do mnie dotarł). I do tych nawoływań do rozstrzeliwania chciał przepijać mój znajomy. – Dać mu wódki! – wzywał przeszukując kolejną butelkę w poszukiwaniu czegoś, co tam zostało. Wiedziałem, że tego kieliszeczka bardziej dla siebie potrzebuję, ale zastanawiało mnie, co tak urzekło znajomego w tych słowach płynących z ekranu, że aż zapragnął podzielić się trunkiem z mówcą. A należy zaznaczyć, że panował już straszliwy Malinowski.

– Michałku, kolego mój, a dlaczego ty chciałbyś tak tych panów z „wyborczej” i z TVN w sposób nagły, drastyczny wyprawiać na tamten świat? – zapytałem, bo jeśli „dobrze mówi” w jego mniemaniu pan z ekranu to pewnie i on ma podobne radykalne poglądy.  – Bo to wszystko ruscy! – wyjaśnił mi nie przerywając poszukiwań trunku.   – Agenci służb specjalnych wszyscy! Na służbie u ruskich są – doprecyzował. – To już nie żydzi? – zapytałem, bo to tej pory za wszystkie zło świata odpowiedzialna była według kolegi ta właśnie nacja. Zaprzestał na chwilę poszukiwań, poparzył na mnie i rzekł: Tak, ci też oczywiście. Oczywiste to było tak wielce, że jeszcze kilku zebranych przy stole przytaknęło jakby naprawdę wiedziało o tym wiele. A tymczasem poszukiwacz znalazł pełną butelkę i z racji tego, że ten, któremu chciał dać wódki, bo dobrze mówił zniknął z ekranu i zastąpiła go pani pogodynka, polał sobie i współbiesiadnikom. – No to cyk, za wolną ojczyznę! – wzniósł toast. – Za naród! – dodał kolejny z towarzystwa. – Za jedną niepodzielną narodowo jednolitą Polskę od morza do morza – ryknąłem uniesiony pijacką odmianą patriotyzmu. Wypiliśmy. A już po kilku minutach mój kolega będący w fazie „ rozumiesz mnie, ale rozumisz mnie” przekonywał mnie, że on tak naprawdę to mnie lubi. I choć widzi, że nos mam taki jakiś za długi i te moje poglądy to mógłbym też zmienić… to jednak od mnie szanuje… nas szanuje… choć lepiej o tym nikomu nie mówić. Bo po co mówić.  Mnie on mówi, bo mnie szanuje. I wtedy po raz kolejny przekonałem się, że jako Polak, nie katolik, ale za to wywodzący się z ultra katolickiej rodziny, z nosem większym troszeczkę przez kaprys natury, ale nie przez geny, z przekonaniami, jakie mam i ze współobywatelami z jakimi przebywam, dobrze, że czasem wydaje mi się, że to tylko sen. Że miałem tylko sen.

 

dziennik pesymistyczny

Czterech tajnych na siedmiu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

A tym, co się stało? – zapytał mnie kilka dni temu kolega, gdy przystanęliśmy przed witryną sklepu z gazetami. Przed naszymi oczami defilowały okładki tygodników potępiające narodowych radykałów, przy nich dziarsko kroczyły tytuły dzienników, informujące o kolejnych odkrywczych wynurzeniach panów prawicowców. Taki marsz polemiczny z narodowcami w tle.  – W telewizji i w internecie jest to samo – zwróciłem się do kolegi, bo faktycznie miałem wrażenie, że wszyscy jakby z dnia na dzień odkryli, że w Polsce są skrajne organizacje prawicowe. Nie mogłem pojąć, dlaczego tak nagle i tak intensywnie mówi się i pisze o tym, co jakby nie istniało przez ostatnie lata. Miałem wrażenie, że przyglądam się przygotowaniu do czegoś, co będzie jeszcze bardziej spektakularne. I nie pomyliłem się. Kilka dni później, obudziłem się rano i natychmiast dowiedziałem się, że dzielni agenci naszej tajnej policji, przepraszam agenci bezpieczeństwa narodowego, w wyniku ciężkiej pracy operacyjnej wykryli spisek i udaremnili planowany zamach na Sejm, rząd i prezydenta. Już myślałem, że mam paranoje, a tu proszę dopasowałem kolejny kawałek układanki. Brakowało mi tu takiego pojedynczego winnego, co to zostanie aresztowany. Takiego wroga publicznego numer jeden. Takiego, co to w tajnym laboratorium planował zamach w celu przejęcia władzy nad światem. W tym przypadku uwolnienia świata oczywiście od pewnej zarazy którą sobie roił.  I jeszcze nim prokuratorzy i przedstawiciele tajnej policji poinformowali na konferencji prasowej, kim jest ów niedoszły zamachowiec, ja już miałem pewność, że okaże się nim prawicowy ekstremista. Nie pomyliłem się. Prokurator wyjawił dziennikarzom, że aresztowanym kierowały „motywy o charakterze nacjonalistycznym, ksenofobicznym i antysemickim”.-  Czyli było jeden, teraz jest plus jeden… a gdzie wynik dodawania? – zastanawiałem się. Nie musiałem długo czekać. – Trzeba gruntownie przemyśleć działania ustawowe w tym zakresie – nawoływał szef krakowskiej prokuratury apelacyjnej już na konferencji prasowej. Nie upłynęło wiele wody w Wiśle, a już członek komisji sejmowej do spraw służb, po zbesztaniu prokuratora z Krakowa za wychodzenie przed szereg, twierdził, że potrzebne będą zmiany w prawie, które nadadzą tajniakom „upoważnienia procesowe, abyśmy sprawniej na takie zagrożenia reagowali”.

Przeczytałem gdzieś, że na siedmiu spiskowców dwóch to zwykli niegroźni zapaleńcy, czterech to agenci tajnych służb a tylko jeden spiskowiec to ten… niebezpieczny osobnik. Takie to zapatrywania, jeśli dobrze pamiętam, autor przeczytanej przeze mnie książki przypisywał pewnemu agentowi Ochrany, czyli tajnej carskiej policji. Przypomniałem to sobie podczas słuchania konferencji prasowej gdzie nasi agenci, naszych dzielnych państwowych tajnych służb oraz nasi państwowi prokuratorzy informowali zatroskany o losy najwyższych władz państwowych obywateli o likwidacji w toku działań operacyjnych terrorystycznej siatki. Przypominałem to sobie też, bo dziwnym zbiegiem okoliczności liczby się zgadzały. Jeden siedzi – ten niebezpieczny, dwóch to podobno mniej groźni kolekcjonerzy broni… a czterech chodzi po wolności. Czy tych pozostałych czterech to agenci tajnych służb? A kto to może wiedzieć!? Przecież tajne służby z natury rzeczy działają tajnie i musi to pozostać tajne – jak powiedział pewien polityk.

 

 

dziennik pesymistyczny

Życie ważne i ważniejsze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Myślę, że pasibrzuchy z politycznej klasy próżniaczej oraz państwowi urzędnicy od sprawiedliwości jednego dnia dokonali w Polsce odkrycia prawdy, o zagadnieniu, które dręczyło ludzkość od wielu wieków. Dowiedziałem się mianowicie jakie życie jest ważniejsze. Jednego dnia, w odstępie kilku minut, na jednym kanale telewizyjnym usłyszałem,  że  bogobojni posłowie opowiedzieli się  za dalszymi pracami nad projektem ustawy zaostrzającym przepisy dotyczące aborcji autorstwabyłych prawych i sprawiedliwych, a obecnie solidarnie polskichparlamentarzystów. Ale już po, dosłownie paru minutach, pan redaktor ztelewizji oznajmił, że urzędnicy od sprawiedliwości  odebrali dziecko matce, bo jestniepełnosprawna. Jeden dzień, dwa wydarzenia. Niby inne, ale dla mnie wyraźniepokazujące co dzieje się  tam, gdzieideologia i fundamentalizm religijny wyznacza standardy prawne i wpływa naludzkie losy. I teraz już wiem, że nienarodzone życie jest ważniejsze od tegojuż po narodzeniu.

Pewni panowie posłowie natchnieni przez najwyższego (prawdopodobnie, bonie można tego jednoznacznie ustalić) spłodzili projekt nowelizacji ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płoduludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. Proponują zaostrzyć itak już bardzo restrykcyjne prawo, wprowadzając zakaz przerywania ciąży wprzypadkach, gdy występuje duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnegoupośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. Czylimówiąc językiem posłów wyznawców, są przeciw zabijaniu nienarodzonych dzieci,które są dotknięte chorobą, są niepełnosprawne.

Dość często się zdarza, że polityczne pasibrzuchy uchwalają prawo zgodniez ich wyznawanym światopoglądem całkowicie ignorując fakt, że to co tworzą,wpływać będzie też na losy ludzi którzy ich wizji świata nie podzielają.Zgodnie z odwieczną zasadą wyznawców, że oni wiedzą lepiej co jest dla ludzidobre, bo po prostu mają zdecydowanie lepszy kontakt ze stwórcą, a on to jużwie najlepiej. Dla mnie nowością jest to, że te dwa wydarzenia o których piszęwyraźnie wskazują, co jest dla tych natchnionych przez najwyższego, ważniejsze.Embrion w łonie matki, która też jest przecież człowiekiem a nie inkubatorem,jest ważniejszy od losu dziecka czy nawet matki które oddychają już powietrzemna tym naszym łez padole. Państwowi urzędnicy od sprawiedliwości odebralidziecko matce, bo ta jest niepełnosprawna. Czy dobrze rozumiem? Matkaniepełnosprawna jest dobra by urodzić, i wtedy należy dziecko chronić, ale gdyjuż urodzi to jej niepełnosprawność jest przeszkodą do wychowania dziecka inależy je odebrać. Posłowie uchwalają prawo, w którym chroni sięniepełnosprawne dzieci i tego samego dnia aparat państwa odbieraniepełnosprawnej dziecko. Takie rozwiązanie prawne popierane przez niektórych świątobliwychposłów  zakłada, że ważniejsze jest rodzeniedzieci przez kobiety, niż ich przez kobiety wychowywanie.  Jeśli to nie pokazuje co jest ważniejsze dlapaństwa i jego wierzących funkcjonariuszy, to już naprawdę nie wiem co bardziejmoże unaocznić, jak wielka jest obłuda tego systemu. Ale dobrze jest wiedzieć któreżycie jest ważniejsze i gdzie jest miejsce kobiety w systemie, gdzie prawostanowią  wyznawcy.


dziennik pesymistyczny

Między mitingiem a debatą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Za czasów, gdy miałem wątpliwą przyjemność pracować dla międzynarodowej korporacji, jedną z wielu spraw,które mnie tam wnerwiały były bezustanne zebrania. Do uczestnictwa w nich byłem nieustanie przymuszany.  Zgodnie z ukochaną przez kierownictwo tej firm zasadą, że dzień bez zebrania to dzień stracony, co kilka dni przesiadywaliśmy godzinami na kolejnych spotkaniach w kolejnej lub tej samej sprawie. Armia zarządców, co chwila wymyślała inny powód, aby się spotkać i podyskutować. – Możesz przyjechać do centrali? Musimy się spotkać, bo wyniki sprzedaży są niezadowalające. Będzie miting w tej sprawie – usłyszałem któregoś ranka w słuchawce telefonu. Mój ówczesny przełożony, jak wielu jemu podobnych ofiar tej metody zarządzania, uwielbiał zebrania. No i znówspotkaliśmy się na kolejnej nasiadówce, gdzie przez prawie osiem godzin omawialiśmy,dlaczego tak nam źle idzie sprzedaż produktów firmy. I było to pierwsze z serii spotkań. Bo potem spotkali się ważni szefowie z tymi mniej ważnymi w firmowej hierarchii kierownikami. Potem, ci kierownicy z podwładnymi. Potem znów ci szefowie ważniejsi z tymi z zarządu. Potem znów w swoim gronie. Następnie spotkaliśmy się by przedyskutować wnioski tych, co na górze. Potem oni się spotkali namitingu, bo my doły firmowe mieliśmy swoje pomysły i oni musieli się z nimi zapoznać. I znów był miting, bo podejmowali decyzje.  Kolejne spotkanie, bo trzeba było przekazać nowe wytyczne. I tak w kółko. Mijały kolejne dni.  A ja, co kilka, dni przesiadywałem godzinę za godziną na zebraniu w sprawie kłopotów ze sprzedażą. Miting gonił kolejne zabranie i to kolejny miting. Gdy już doskonale wszystko omówiliśmy, dlaczego to spotykają nas te kłopoty… zabrakło nam czasu na realizację, bo skończył się miesiąc tego o czym tak zawzięcie dyskutowaliśmy. I co? Tak! Zgadliście! Wezwali mnie namiting w sprawie fatalnej sprzedaży w mijającym miesiącu.  Dla mnie zawsze pozostanie zagadką, kto tam w zasadzie coś sprzedawał jak wszystkich prawie, co kilka dni spotykałem na kolejnych mitingach, czy raczej meetingach, bo tam wszyscy uwielbiali język okupanta.  I tak przesiadywałem sobie na tych naradach kolejne miesiące. – A może byśmy się tak kiedyś zabrali za pracę ,anie tylko dyskutowali o tym jak pracować? – zapytałem kiedyś nieśmiało na kolejnym zebraniu. Popatrzyli na mnie dziwnie… i po miesiącu zwolnili, bo podobno byłem nieprzystosowany do pracy w grupie.

Od kilku tygodniprzyglądam się poczynaniom opozycyjnej partii, której działacze zapraszająbardzo ważnych i uczonych ludzi na kolejne debaty. A to spotkali się ci prawi isprawiedliwi, aby podyskutować o ekonomii, a to znów odbył się kolejny panel oproblemach służby zdrowia. I tam mówiono, i mówiono… i znów mówiono. Wiele słówpadło, jak donoszą w obszernych relacjach media. Zapewne będzie jeszcze wieletakich debat, bo i tematów do omówienia pozostało wiele. Może teraz oszkolnictwie? O demokracji? O bezrobociu? Tematów jest bez liku. Można sięspotykać i dyskutować jeszcze przez wiele, wiele miesięcy. Ta ostatnia debata ozdrowiu, jak wyczytałem w prasie, zdaniem wielu jej uczestników byłazdecydowania za krótka, choć trwała trzy godziny. Pozostał niedosyt.  Czyli można się spodziewać powtórki. I to nie jestzapewne ich ostatnie słowo. Żeby była jasność, ta przypadłość do zebrań niejest nowa. Państwo uwielbia spotkania. System kocha mitingi. Za złego peerelumówiło się w żartach, że jak Oni mają coś zrobić to na początku zrobią naradę egzekutywy.  Teraz nie jest lepiej. Teraz też panujewszechobecny kult narad i wszelkiego rodzaju debat. Sam kiedyś byłem zaproszonyna spotkanie w celu omówienia kolejnego spotkania. Dlatego mnie kompletnie jużnie dziwią zapowiedzi kolejnej debaty. Przecież na tym opiera się ten systemkłapania dziobami po próżnicy. Na wiecznym gadaniu o tym, że trzeba w końcu cośzrobić. I najwcześniej jedynym efektem tych debat jest szum medialny oraz przekaz,że trzeba się w końcu spotkać jeszcze raz, ale już teraz poważnie porozmawiać otych problemach, bo jak nic nie zrobimy to będzie źle. Gdy usłyszałem o pomyślekolejnej debaty przypomniało mi się jak na którymś tam z rzędu mitingupowiedziałem moim współuczestnikom, że te nasze spotkania przypominają mizebrania pcheł, mieszkających na psie, dyskutujących o tym, w którą stronęzwierzak ma machać ogonem.

dziennik pesymistyczny

Ta dzisiejsza młodzież

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Dawno, dawno temu… gdy byłem jeszcze młodym chłopcem przeczytałem w bardzo poczytnej lokalnej gazecie,bardzo „wnikliwą” analizę ówczesnych ruchów młodzieżowych. Bardzo znana, choć tylko lokalnie, pani redaktor rozmawiała z bardzo znanym, choć też lokalnie,uczonym o tym, co dla naszego państwa i narodu jest najważniejsze, czyli o młodym pokoleniu. Pamiętam ten tekst do dziś, bo był to najzabawniejszy,najgłupszy, najbardziej wyśmiewany przez moich znajomych artykuł z gazet w tamtych czasach. Po prostu arcydzieło dziennikarskiego, psychologicznego bicia piany. I oto proszę znów natrafiłem na ciekawy raport o młodzieży na jednym z portali internetowych. Tym razem naukowcy pochylili się z troską, i stworzyli raport o używaniu alkoholu i narkotyków przez młodzież. Sama młódź szkolna mojego miasta, w ankietach, wyraziła opinie o sobie. A naukowcy to zebrali poddali analizie. Potem raport trafił do mediów. A one doniosły o tym opinii publicznej.

Co jest odwiecznym zagrożeniem dla młodzieży? Papierosy. Dlatego nie zaskoczyło mnie to, gdy przeczytałem, że ponad sześćdziesiąt procent gimnazjalistów i prawie siedemdziesiąt procent uczniów szkół ponadgimnazjalnych przynajmniej raz w życiu już spróbowało palenia tytoniu. Nic nowego, choć zabrakło mi tu naukowej analizy jak to jest, że papierosów nie wolno sprzedawać osobom nieletnim a jednak aż tylu swobodnie je może nabyć. Czyżby tak wielu dorosłych, w tym rodziców, popełniało przestępstwo? – Jest to o tyle niepokojące, że od dłuższego czasu przepisy unijne starają się zwalczać palenie. A mimo wszystko systematycznie wzrasta spożycie wyrobów tytoniowych wśród młodych ludzi – wyjaśnia naukowiec cytowany w tekście. Fakt, niewiarygodne! Przepisy tak dobre i tak liczne, a ta młodzież jak paliła tak pali!

Jak papieros to i alkohol.Tu wyszło z analiz, że aż osiemdziesiąt pięć  procent gimnazjalistów i dziewięćdziesiąt procent uczniów szkół ponadgimnazjalnych spożywało alkohol chociaż raz w życiu, a prawie dwadzieścia procent gimnazjalistów pije w każdy weekend. Czyli prawie wszyscy piją. Boże! A przecież przepisy takie restrykcyjne! Albo sami młodzi pędzą bimber, albo ktoś im ten alkohol sprzedaje. Czy nie dorośli? Mamusie i tatusiowie? No może nie własnym milusińskim ale cudzym to już chyba tak. Teraz czas na narkotyki. Okazało się, co mnie też nie zaskoczyło, że marihuana to najpopularniejszy narkotyk.Czyli mamy sporo potencjalnych przestępców, bo jak wiadomo u nas za posiadanie grozi surowa kara. A jak palą to przecież posiadają. A przyznał się do tego co drugi licealista. Są też pozytywy. Jak się dowiedziałem z tekstu i z raportu twarde narkotyki nie są popularne wśród młodzieży z mojego miasta. Dziwne? Od lat słyszę, że jeden nawet joint prowadzi do ciężkiego uzależnienia od narkotyków.  A tu maryśka taka popularna, a ciężkie narkotyki już nie? Nie uzależnili się czy co? Wbrew naukowym dowodom?

Oczywiście nie mogło zabraknąć przy takim tekście opisu dyskusji, w którym wzięli udział dyrektorzy szkół, nauczyciele, psycholodzy szkolni, służby mundurowe, przedstawiciele ośrodków społecznych i oczywiście władza, tym razem ta miejska. – Brakuje prostych przepisów, dlatego wielu rzeczy nie możemy egzekwować. To my dorośli jesteśmy odpowiedzialni za świadomość młodych ludzi, to my musimy mówić im o zagrożeniach, jakie niesie spożywanie alkoholu, palenie marihuany i inne rzeczy. Profilaktyka powinna być wprowadzana, jak religia – od przedszkola –wypowiedziała się władza w osobie wiceprezydenta mojego miasta. Jak ja kocham takie bicie piany! Tak, oczywiście za mało przepisów. Tak, oczywiście, nie może niczego egzekwować. Ale on jest odpowiedzialny, i o zagrożeniach to on, jak o religii, będzie tym dzieciaczkom nawijał,od przedszkola. Ogólnie profilaktyka, profilaktyka i jeszcze raz profilaktyka.Przepisy, przepisy i przepisy. Egzekwować i egzekwować. Tyle lat czytam podobne rzeczy. Już nawet nie liczę ile powstało o młodzieży analiz i tekstów w gazetach. I co? I nic. Jak piją i palą, tak będą pić i palić.. Czekam na następny tekst o problemach młodzieży, tej żyjące za dziesięć lat. I już teraz wiem że przepisy… że egzekwować… że profilaktyka…Bicie piany.

Ps. Na pytanie którepewnie zada przynajmniej jeden mój czytelnik: przeciw komu jest ten tekst?Odpowiadam,  przeciw nikomu…

dziennik pesymistyczny

Nie z tego świata

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Już od dawna podejrzewałem, że część polityków jest nie z tego świata. Te ich dziwne zachowania zdradzały, że mamy do czynienia z osobami nie z tego świata. – Skąd on jest? Skąd on się urwał – kilka dni temu tak mój znajomy komentował słowa pewnego bardzo znanego polityka. Czyli nie tylko ja mam wątpliwości co do ziemskiej natury niektórych polityków. To, co do nas mówią, bardzo często można uznać za przejaw życia w całkiem innej rzeczywistości. – On wygląda jak nie z tego świata – często mawia moja koleżanka o pewnym polityku. Faktycznie, też mam pewne podejrzenia jak tak mu się przyglądam… ale przecież to nieładnie tak osądzać po wyglądzie. Dlatego nie osądzam, ale przecież tak jak moja koleżanka,podejrzenia mieć można. Prawda?

Co pewien czas media donoszą o dziwnych zachowanych polityków. A tu kogoś przyłapano na dziwnych tańcach. A tam znów innego wybrańca narodu przyłapano na bełkoczącej mowie jakby był pod wpływem czegoś mocniejszego. A przecież jak zapewnia, że nie był,to nie był, a w ten stan wprowadziły go leki, choroba lub chwilowa niedyspozycja. Dziwne, że politycy są na to, co nas szaraków też spotyka, tak jakby bardziej podatni i ciężej to przechodzą. Może oni po prostu są jacyś inni.Czyli, że znów przypomnę opinie mojej znajomej – politycy są nie z tego świata.Tak zaprawdę, dziwny i czasem przerażający jest ten świat polityki. Te blade oblicza, posępne spojrzenia. Można dojść do wniosku, że politycy są na tym naszym łez padole bardziej obecni duchem niż ciałem.

– Oni są kosmitami –twierdzi kolejny mój znajomy. No każdy może mieć swoje zdanie na ten temat.Mnie jednak najbardziej zmroziło wyznanie pewnej byłej pani minister, a obecnie poseł. Myślałem że już wszystko widziałem, i naprawdę nie spodziewałem się tak upiornego, ale trzeba przyznać bardzo szczerego jak na polityka wyznania. Już samo miejsce było niesamowite, bo to tej chwili szczerości doszło w nocy przed cmentarzem. Pani poseł – jak donoszą media – podczas przepychanek z policją broniącą jej dostępu do cmentarza na, którym odbywała się ekshumacja twierdziła,że tam mieszka! Co mam powiedzieć. Coś tak podejrzewałem. Ja tam od dzieciństwa słyszałem, że na cmentarzach mieszkają duchy. I choć do teraz nie wierzyłem, to po tym wyznaniu już mam pewność. Jak mówi wybraniec narodu że tam mieszka… to tam mieszka.