Yearly Archives

49 Articles

dziennik pesymistyczny

Dobra praca, bo z przywilejami

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Kiedy byłem małym chłopcem, to moim największym marzeniem było zostać żołnierzem. Ten piękny mundur. Lśniące buty, czołgi. Karabiny. Tak, w pierwszej kolejności chciałem do wojska, ale jeśli nie żołnierzem to chętnie widziałem się jako strażak czy policjant. Choć ci ostatni wtedy inaczej się nazywali. Chyba nie wyróżniałem się w swoich marzeniach spośród rówieśników. Wszyscy, no może większość moich znajomych z podwórka miała podobne pragnienia. Co tu ukrywać, gdy byłem mały pociągał nie mundur. Potem, gdy byłem starszy doszli nowi idole. Uwielbiałem filmy szpiegowskie i nie raz marzyłem,że jestem tajnym agentem wywiadu czy kontrwywiady i dzielnie służę swojej ojczyźnie. No małym chłopcem byłem , nie wiedziałem że to nie ta właściwa Polska jest. Gdy dorastałem, to już tak nie bardzo widziałem się  w mundurze. Wygląda na to, że czym bliżej miałem do zaszczytnego obowiązku wojskowego, tym moje chęci do służby malały.Tu też nie byłem odosobniony. Choć zauważyłem, że wielu moich kolegów ze szkoły, z podwórka, ze studiów nadal bardzo chciało zostać mundurowymi. Ale w odróżnieniu od moich dziecinnych marzeń, oni nie widzieli w wojsku czy policji romantycznej przygody,  ale dobrą pracę.Nie zazdrościłem im, nie podziwiałem, nie przekonywałem ich do zmiany decyzji,nie namawiali mnie też oni. Po prostu oni poszli w jedną stronę ja w drugą.  – Dlaczego idziesz do policji –pytałem.  Odpowiedź zawsze była uzasadniana względami ekonomicznym. – Trochę posłużę i na emeryturę – słyszałem wielokrotnie. Wtedy gdy byłem młody jakoś tak nie mogłem zrozumieć dlaczego oni tak do tych służb idą, nie z porywu serca, patriotycznych uniesień,  chęci służby odrodzonej ojczyźnie, tylko z powodu co tu ukrywać przywilejów. I tak mi zostało do dziś. Nie rozumiem tego.

Kiedyś, nie tak dawno,  spotkałem takiego emeryta w moim wieku. I tak od słowa do słowa, wyrwało mi się, że to takie niesprawiedliwe że żołnierze, czy policjanci, różni funkcjonariusze naszej odrodzonej ojczyzny,wiecznie pogrążonej w kryzysie, nie płacą składek na ZUS. No dobra, poniosło mnie trochę i przy wódeczce wygarnąłem mu wszystkie żale. Wspominałem, że nie podoba mi się ta nadmierne moim zdaniem uprzywilejowanie pewnej grupy społecznej.Bo tych służb jest taka mnogość. Te wszystkie ABWery, kontrwywiady, wywiady, CBŚ, CBA, BOR, straż graniczna, nawet strażacy – oni wszyscy  przechodzili i nadal będą przechodzić na emeryturę wcześniej. No poniosło mnie. W odpowiedzi usłyszałem, że „było iść do wojska a nie teraz marudzić”, że zazdroszczę, że to służba, że nie było łatwo, że to przesada, że słuszne są przywileje, bo tam praca niełatwa. No właśnie praca, ja też pracuję i jest mi niełatwo. Ja też nie na siłę pracę zawodową, tak jak on służbę mundurową, wybrałem.

Nie mam do moich kolegów z wojska, policji czy innych służb pretensji. Każdy, no prawie każdy,  wybiera zawód w którym znajduje korzyści.Tylko mam jedną jedyną prośbę, i tę samą miałem do kolegi emeryta przy wódeczce. Niech mi nie mówią, że to wszystko robili z patriotyzmu, porywu serca, wyższych idei… bo jakby tak było, to nie chcieliby specjalnych przywilejów.  Czy ta służba bez specjalnych przywilejów nadal byłaby tak atrakcyjna? Oni tam tylko pracowali ciężko, ale wiedzieli, że pracować tak będą stosunkowa krótko. Nie zazdroszczę,ale wnerwia mnie to, że nie potrafią się przyznać, że to ekonomia ,a nie porywy serca i dziecięce marzenia zdecydowały o wstąpieniu do elitarnych i uprzywilejowanych służb państwowych. Ja wiem, że to służby władzy służące ochronie państwa. I państwo nagradza tych co je chronią właśnie przywilejami w odróżnieniu  od tych, którzy mają tylko na państwo pracować i płacić podatki. Bo zawsze jest i był nadzorca. Ale dumy z tego, że się jest nadzorcą nie ma żadnej. To tylko chęć bycia uprzywilejowanym.

dziennik pesymistyczny

Trzyminutowy dyrektor

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ktoś tam kiedyś powiedział, że umiejętność rządzenia polega na umiejętności podejmowania szybkich decyzji.  Na mojej prowincji władający bardzo dbają o czas. Miejskim hasłem promocyjnym jest „siła w precyzji” więc jak tę precyzję, siłę i dbałość o czas, połączy się w jedno, to wychodzi na to, że tu nawet dyrektorską karierę można zrobić tak szybko, że niektórzy to pewnie tego nawet nie zauważyli. Precyzyjna władza naszego grodu,jak wynika z doniesień prasy lokalnej, specjalnym zarządzeniem prezydenta miasta, powierzyła stanowisko dyrektora młodzieżowego domu kultury pewnej pani. Władza uczyniła to precyzyjnie w piątek, 31 sierpnia, o godzinie 14.52. Czas jest tu ważny. Majestat municypalny ogłosił swe rozporządzenie w biuletynie informacji publicznej.Nowo mianowana pani dyrektor miała cieszyć się funkcją i ją sprawować przez następnych pięć lat szkolnych, to jest od pierwszego września 2012 roku, do trzydziestego pierwszego sierpnia 2017 roku. Jak to u nas wszystko było precyzyjnie zapisane. Ale radość nowo mianowanej była krótka.

Czas płynie u nas z tak wielką siłą precyzji, i tak nieubłaganie, że już po chwili (może właśnie wyjaśniła się odwieczna zagadka ile trwa chwila), o godzinie 14.55, pojawiło się kolejne zarządzenie prezydenta. Tym razem w sprawie odwołania tej pani, co ją powołano na stanowisko dyrektora młodzieżowego domu kultury  trzy minuty wcześniej. Nowo powołana, a już odwołana dyrektorka, straciła zaufanie prezydenta miasta. Szybko, tak w trzy minuty straciła to zaufanie? To się nazywa precyzja w działaniu, połączona z siłą argumentu! Ale żeby nie było wakatu na tak ważnym dla miasta stanowisku, trzecim zarządzeniem opublikowanym o godzinie 15.03 prezydent od drugiego września powierzył pełnienie obowiązków dyrektora domu kultury pewnemu panu. I cała ta operacja trwała prawie jedenaście minut.

Trzeba też wyjaśnić, że prezydent powoływał i odwoływał w takim tempie , bo on to zaufanie do pani dyrektor to znacznie wcześniej utracił, bo już wiosną. Ale okoliczności nie pozwoliły mu na wykazanie się kto, dzieli stanowiskami i rządzi w mieście. Już kilka miesięcy temu, jak donosi lokalna prasa władze miasta rozpoczęły działania na rzecz przekształcenia tej instytucji z placówki oświatowej w placówkę kultury. Ale nie spodobało się to rodzicom. Następnie na stronie internetowej miejskiego domu kultury pojawił się link odsyłający do ankiety badającej nastroje mieszkańców naszego miasta przed ewentualnym rozpisaniem referendum w sprawie odwołania prezydenta. No i jak widać, to jest dostateczny powód do utraty zaufania.  Bo jak wszyscy wiemy,każda władza pochodzi od Boga i nie należy jej tak bezczelnie kwestionować. Już wtedy, wiosną, prezydent odwołał panią dyrektor z pełnionej funkcji argumentując to właśnie utratą zaufania. Żeby nie było że tak bezproduktywnie odwołano byłą szefową placówki i w kwietniu ogłoszono konkurs na nowego dyrektora placówki. No i ta pani, którą odwołać raczył prezydent miasta, jako jedyna kandydatka przystąpiła do niego i zwyciężyła. Powołano ją też wówczas na stanowisko, jednak nominacji odebrać nie mogła, gdyż do dwudziestego  sierpnia przebywała na zwolnieniu lekarskim. Jak wyzdrowiała, to nadano jej nominację… i po trzech minutach odwołano ze stanowiska. To jest siła precyzji! Rządzenie polega na umiejętności podejmowania szybkich decyzji, jak pisałem. Ale żeby aż tak szybko? Ja wiem ,że pani dyrektor utraciła zaufanie władzy już wiosną, ale może teraz gdyby dano jej porządzić dłużej niż trzy minuty mogło być inaczej? Przecież jakoś ten konkurs wiosenny wygrała, więc kwalifikacje ma. Tak to nigdy nie wiadomo jak długo przyjdzie nam rządzić, kiedy narazimy się władzy silniejszej.

dziennik pesymistyczny

Hazard w szpitalu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Każda władza degraduje człowieka – mawiał Oscar Wilde. I trudno się z nim nie zgodzić. Mam nawet wrażenie, że władza degraduje myślenie u osób ochoczo ją sprawujących . Czym bardziej ochoczo sprawuje… tym bardziej zdegradowany. Zależność taka. Wiem, że bardzo łatwo jest wskazać tych zdegradowanych umysłowo w klasie próżniaczej,tej wysokiego szczebla. Wystarczy pooglądać telewizję, posłuchać radia,przeczytać gazety, przejrzeć internet, aby wiedzieć, że coś tym pasibrzuchom się we łbach zdegradowało. Ale my tu na prowincji też nie gorsi i też swoich wielkich zdegradowanych mamy. Jak donosiły ostatnio lokalne media, nasza lokalna klasa próżniacza idąc zapewne za przykładem tych wielkich myślicieli i wizjonerów ze stolicy, postanowiła pokazać, że oni też potrafią być…kontrowersyjni – jak mawia moja koleżanka. Na sesji rady miejskiej część radnych sprzeciwiła się zdecydowanie propozycji otwarcia kasyna w naszym mieście. Jeden radny był łaskaw przytoczyć za pewną gazetą ogólnopolską opinię,iż hazard rujnuje nie tylko gracza, ale także jego rodzinę, a hazardzisty – w przeciwieństwie do alkoholika – nie można zmusić do leczenia. Fakt, niech już raczej pozostaną u nas tylko alkoholicy, po co nam jeszcze problem z hazardzistami.

Mnie jednak najbardziej spodobała się argumentacje innego człowieka władzy. Radnemu nie podobała się idea ustawienia stołów do ruletki i black jacka w budynku, gdzie kiedyś mieścił się szpital. Mam nadzieję, że to tylko takie przeinaczenie słów radnego przez media,bo jeśli to prawda, to zdegradowało go zupełnie. Jeśli argumentem przeciw temu żeby nie otwierać kasyna jest to, że kiedyś w tym samym budynku znajdował się szpital, to jest to początek całego szeregu wyprowadzek instytucji i firm z budynków, które kiedyś miały inne przeznaczenia… no bo przecież nie wypada …Dla przykładu – magistrat mieści się w budynku, który kiedyś był siedzibą rosyjskiego gubernatorstwa, potem mieściła się tam komenda milicji obywatelskiej… no czy to wypada, żeby w takim budynku teraz władza się sprawowała.  Jest też u nas kościół katolicki,który kiedyś był cerkwią. No nie wiem, czy to dobry pomysł. Jak nie można w byłym szpitali, który teraz jest hotelem, urządzić kasyna, bo był on kiedyś budynkiem szpitalnym, to jak można władzę; miejską co prawda, ale władzę;sprawować z dawnej komendy milicji obywatelskiej, a katolicką, naszą narodową mszę,odprawiać w byłej cerkwi? A wracając do kasyna planowego w budynku po szpitalu,to nie wiem, czy o to chodziło radnemu, ale może jego obawy dotyczą przypadku ,w którym chory gapcio wejdzie do kasyna sądząc ,że wchodzi do szpitala? I trafi nie na stół operacyjny tylko na taki do ruletki. I przegra wszystko co przyniósł ze sobą, co miało być wyrazem wdzięczności dla lekarzy… Fakt, trzeba ludzi chronić, oni tacy roztargnieni.

Dla radnych mojego prowincjonalnego miasta ważnym argumentem przeciwko nowemu kasynu jest też sąsiedztwo planowanej inwestycji. Budynek przyszłego kasyna  sąsiadowałby z Resursą Obywatelską, najstarszą placówką kulturalną w mieście. I jak to uzasadniał pewien radny „nie wypada, by miejsce, w którym uprawia się hazard, znajdowało się tuż obok instytucji, która zajmuje się kulturą na wysokim poziomie i sztuką, która przygotowuje ambitne propozycje dla mieszkańców i jest najprężniej (…) działającym ośrodkiem kultury”- cytuję za lokalną prasą. Zastanawiam się jak to jest, że w pewnej „placówce kultury” naszego miasta znajduje się, od zawsze prawie, lokal z wyszynkiem i tonie pierwszej kategorii. Ale jak to już pisałem co innego alkoholizm, a co innego hazard. Radny w swej łaskawości i mądrości uznał też, że „lokalizacje na obrzeżach miasta są znacznie odpowiedniejsze dla kasyna”. Fakt, takie Las Vegas z mnogością kasyn powstało na pustyni i teraz jest tam stolica hazardu. Można?Można! Po co zaraz się pchać do miasta i do budynku po szpitalu, przy placówce kultury i to w centrum miasta.


dziennik pesymistyczny

Propało…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Miałem w dawnych czasach, choć znów jeszcze nie tak odległych, koleżankę, no dobra znajomość to raczej była niż koleżeństwo. Ale wspominane z rozrzewnieniem. Panienka była zagraniczna, ale z tych terenów Europy pochodziła, co to nasi młodzi „wszechpolscy” mocarni , chętnie uważają za nasze ziemie odwieczne. Podobnie za swoje uważają tubylcy. Tak po prostu , bez metafor i porównań to ta koleżanka z Ukrainy była.Starodawnym, przedwiecznym zwyczajem tych ziem, wieczorową porą, postanowiliśmy coś wypić . „Na jeziorze wody glazur” – jak mówi poeta. Były piękne okoliczności przyrody, więc przysiedliśmy, przy aby oddać się spożywaniu i dysputom filozoficznym. Wiadomo, my faceci ze wschodu, (tego bliższego zachodowi),chcieliśmy pokazać,  że jesteśmy równie twardzi jak ci co byli tam u siebie , czyli jeszcze bardziej wschodni niż my. Piliśmy wódeczkę, bo jakżeby inaczej. Ichnią sklepową oraz tą nie sklepową. Kobiety,choć nie wszystkie co podkreślam z szacunkiem i podziwem, postanowiły tak bardziej z europejska wina czerwonego spróbować. I tu się narodził wielki problem: brak korkociągu. Klasyczny zważywszy na okoliczności. Jedna z dziewcząt zaoferowała ochoczo pomoc w rozwiązaniu tego przeszkadzającego w zabawie problemu.- Ja otworzę –rzekła chyba po polsku, bo w stanie spożycia w jakim przebywałem mógł być to dla mnie równie dobrze ukraiński czy rosyjski. Co dziwne, że po wódeczce, te języki zlewają mi się w jeden. Ale do sprawy.Dziewczę hożo chwyciło sporą butelczynę i w dosłownych podskokach zniknęło w bujnej ukraińskiej przyrodzie. My tam przy ognisku, w międzynarodowym towarzystwie nadal umacnialiśmy odwieczne przyjaźnie oraz wyjaśnialiśmy odwieczne spory. Tak mniej więcej po godzinie ktoś zainteresował się losem… nie będę ukrywał tej butelczyny z winem, co to uczynne dziewczę zabrało by je odkorkować. Ale i po dziewoi i po flaszce wina nie było ni widu, ni słychu. Wśród licznych toastów wróciliśmy do rozmów (zajęć) budujących przyjaźń między naszymi bratnimi narodami… Tak mniej więcej po godzinie, patrzę a tu wraca dziewczę, nasza krasawica z butelką w dłoniach. – Udało się otworzyć jak widzę – pytam bardziej aby zebranych poinformować o szczęśliwym powrocie tej, której powrotu tak oczekiwano. Panienka stanęła przed nami z lekka się kołysząc. W wyciągniętej do nas dłoni trzymała pustą, opróżniona butelką, teraz już po winie i rzekła do towarzystwa z rozbrajającym uśmiechem – propało… , wsjo propało, winko propało…

Po co przytaczam tę awanturniczo– przygodową opowieść?  Dlatego że przypominała mi się ona wczoraj podczas obrad sejmu.  Debata nad prywatną spółką, która oszukała około trzy tysiące osób, które dobrowolnie powierzyły tej firmie pieniądze,które stracili, trwała ponad piętnaście godzin. Ja tym oszukanym, jeśli zapadnie wyrok skazujący, bardzo współczuję, ale chciałbym się doczekać tak burzliwej i tak długiej debaty w sejmie nad sprawami związanymi z większą ilością obywateli, taką idącą w miliony przynajmniej. Opowieść o ukraińskiej krasawicy przypomniała mi się dlatego, że przez piętnaście godzin, pojawiali się różni mówcy…i jedna co mogli tym pokrzywdzonym oświadczyć  z marsową miną ludzi władzy, lub z rozbrajającym uśmiechem ich pomagierów i rzeczników, to znane mi już słowa: propało…przepadło… I tyle. I nic więcej.


dziennik pesymistyczny

Ty polityku!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

-Ty to gadasz tak całkiem jakbyś był przynajmniej politykiem jakimś – usłyszałem jak starszy jegomość zwraca się do swojego kolegi wyraźnie nie zgadzając się z poglądami,które ten pierwszy był łaskaw zaprezentować. Zacne grono dyskutantów, jak co rano zasiadało na jednej z ławek w miejskim parku. Starsi panowie, w zdecydowanej większości, choć zdarzały się tez panie, omawiali w przyjemnych i nieprzyjemnych czasami okolicznościach przyrody ogólną sytuację polityczną w naszej ojczyźnie oraz poza jej granicami. Takie emeryckie kółko dyskusyjne jakich wiele. Wcale nie podsłuchiwałem, słyszałem tylko, bo trudno jest nie słyszeć jak ktoś prawie krzyczy. A że ławek nasza władza municypalna poskąpiła w tej części miasta, z konieczności  siedziałem blisko. – Ty to już naprawdę, gadasz takie bzdury jakbyś był politykiem czy innych urzędnikiem państwowym – kontynuował głosem oskarżycielskim jeden z panów dyskutantów. – A co zazdrościsz? –ripostował drugi – jakbym chciał to i ministrem mógłbym zostać . – Nawet premierem! – dodał. Myślałem, że usłyszę śmiech, wykpiwający tego ambitnego premiera z nizin społecznych, ale nic takiego się nie stało. Zamruczało,zahuczało towarzystwo i w końcu jeden z nich wyartykułował oburzenie które w nich narosło. – Słuchaj no ty, ty kłamiesz jak najprawdziwszy polityk! Ty jak nic w ministra, czy urzędnika możesz iść! – padło oskarżycielsko wypowiedziane słowo.– Ano mogę! – odparł ten, do którego inkryminacja się odnosiła. Po czym wstał…i poszedł. – Żegnam Panów! – rzucił na koniec w stronę kółka dyskutantów z parkowej ławki.  Po tym wybuchu złości, na ławce przycichło i parkowi sprawozdawcy i opisywacze rzeczywistości zabrali się za omawianie sytuacji w służbie zdrowia.

Mnie jednak wciąż nie dawał spokoju ten zasłyszany niedawno nowy epitet. Jak widać po reakcji tego, który wstał i poszedł, określenie go politykiem czy urzędnikiem państwowym miało bardzo pejoratywne znaczenie. Czyżby nasze nowe słowo obraźliwe? Już nie wystarczy: ty świnio, palancie, tłuku, złodzieju, kłamco… teraz doszło jeszcze: ty polityku? Z ławkowej dyskusji wynikało, że panowie utożsamiali kłamstwo z polityką. I pewnie dlatego jeden z panów nazwany politykiem tak bardzo się obraził. Ale czemu tu się dziwić jak sami politycy kłamstwo usprawiedliwiają.Przypominałem sobie, że kiedyś przeczytałem i zanotowałem pewną wypowiedź polityka, który myśli zapewne o sobie, że jest prawy i sprawiedliwy. Oto fragment: kłamstwo wyborcze w znaczeniu składania obietnic i deklaracji bez pokrycia, (…) takie obietnice i deklaracje składają wszystkie partie i wszyscy kandydaci, gdyż jest to pewien STANDARD kampanii wyborczej w systemie demokracji medialnej. Powiem więcej, Konstytucja RP oficjalnie przyzwala na kłamstwo, skoro poseł zawsze może powiedzieć swoim wyborcom (w jego okręgu), że nie spełni swojej obietnicy wyborczej, gdyż jest przedstawicielem całego suwerena, a w interesie narodu jest, by tej obietnicy nie spełnić. To samo może powiedzieć partia, a jedyną konsekwencją jest ewentualna przegrana w kolejnych wyborach.

Fajnie być takim suwerenem i w interesie narodu kłamać. Tylko potem chyba nie należy się dziwić,że lud, naród, społeczeństwo… czy jak to nazwać zaczyna się przyzwyczajać, że polityk to kłamca i te dwa słowa stanowią dla ludzi zwyczajny synonim. Jeśli kłamstwo jest dopuszczalne, to jak można wierzyć, że kiedykolwiek mówią prawdę? Czyli można założyć, i tak pewnie zrobiło parkowe towarzystwo dyskusyjne, że kogoś kto notorycznie mija się z prawą dla jakichś swych mitycznych, wyższych celów może być nazwany politykiem lub urzędnikiem. Może to jest uogólnienie. Ale nazwanie kogoś wariatem, też nie definiuje do końca i na stałe jego stanu umysłu. Tak kłamliwy jak polityk może być ten, kto dla swych prywatnych celów kłamią i obiecuje coś czego nie chce nawet dotrzymać. To ciekawe, że teraz nie trzeba już używać słowa kłamca, można powiedzieć: polityk. Tak przynajmniej uważa ławkowe koło dyskusyjne emerytów. A że starość , to jak mawiali w szkole,mądrość… to chyba coś w tym jest.

dziennik pesymistyczny

Nie nie stać mnie na Ciebie…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nie wiem czy mnie na ciebie stać? Zastanawiam czy nie za wiele ode mnie wymagasz. Ja, choć może nie wygląda na to,nie jestem aż tak zasobny, aby stać mnie było na twoje utrzymanie. A tych chcesz coraz więcej i więcej. Żebyś przynajmniej o mnie zadbała. Żebyś o mnie tak częściej niż raz na cztery lata przypominała sobie, o moim istnieniu, to może jeszcze bym cię mógł znieść. Ale tak? Mówisz tylko: daj, daj… A ja skąd ci wezmę jak nie ma. Piszesz do mnie tylko jak chcesz pieniędzy. A ja tak czasem chciałbym dostać od ciebie jakiś najmniejszy dowód tego, że moje skromne istnienie ma jakiekolwiek dla ciebie znaczenie poza tym finansowym oczywiście.Tak się tobie przyglądam i zastanawiam się czy ja jestem tyko dla ciebie poddanym ,czy ty też mnie tak kochasz jak wmawiasz mi żebym ja cię kochał i bezgranicznie ci wierzył. I ja, jak jakiś głupi ci wierzyłam. W szkole, na akademiach, w harcerstwie, w innych szalonych organizacjach… Wierzyłem w ciebie i ufałem ci. Miałaś się mną opiekować. A teraz, gdy tylko chcę coś od ciebie,gdy tylko coś wymagam za moje pieniądze i poświęcenia, ty od razu się obrażasz i zaczynasz do mnie pisać smutne i czasem wrogie listy.

Ja uczyłem się, potem pracowałem i płaciłem na twoje zachcianki. I przez całe moje życie słyszałem tylko, że jesteś w kryzysie i nie mamy pieniędzy. Bo to jest tak, że jak ty wydajesz toja nie mogę się sprzeciwić, ale jak zabraknie ci kasiorki na twoje liczne zachcianki to winni jesteśmy wszyscy. Wszyscy ci płacą, choć tak niewielu ma do ciebie dostęp. Nie, nie jestem zazdrosny. Ja rozumiem, że bardziej kochasz tych,co po trupach do celu. Takich, co to potrafią z powodzeniem trwać na posterunku,aby cię wspierać. I choć wiatry historii wciąż wieją z różnych kierunków oni zawsze jakoś tak potrafią się ustawić, że niosą flagę z twoim imieniem zawsze pod wiatr. Tyle lat ci się przyglądam i mam wrażenie, że przy tobie, tam w wielkich domach i pałacach wiąż ci sami są przy tobie adoratorzy. A ja, jak wielu, mam cię kochać tak raczej platonicznie, z daleka. Kochać i płacić. Bo twoje utrzymanie nie jest wcale takie tanie. No dobra, może bym jeszcze zniósł to,że muszę wykładać coraz większe pieniądze na twoje utrzymanie gdyby chodziło tylko o ciebie. Może jakoś bym przeżył tych, co są przy tobie najbliżej, którzy cię reprezentują. Ale naprawdę wnerwia mnie, że mam za swoje ciężko zarobione pieniądze utrzymywać armię pasibrzuchów, których jedyną kwalifikacją do tego żeby być blisko ciebie i twojego stołu jest to, że są kogoś wujkiem, stryjkiem,siostrą, bratem, szwagrem, pociotkiem, znajomym…

No naprawdę, czy ty nie przesadzasz w szastaniu pieniędzmi tych, którzy co miesiąc ci płacą ogromne pieniądze na twoje utrzymanie? A żebyś coś w zamian miała do zaoferowania? Alenie! Ty tylko każesz się brać do roboty, zaciskać zęby, zaciskać pasek… i robić, tyrać by płacić i tak do późnej starości. Nawet jak zachoruję,  to na początku wyciągasz do mnie rękę po pieniądze, a potem łaskawie coś tam zrobisz, by raczej podtrzymać moją egzystencję, a nie wyleczyć. Ja naprawdę nie rozumiem jak tak można. Wmawiasz mi od dzieciństwa, że ty jesteś dla mnie najważniejsza, a okazuje się, że jestem dla ciebie tylko płatnikiem. Tym, który zapewnia ci byt. Dobrym tylko do czasu aż przestanę płacić. Wtedy szybko stanę się wichrzycielem, przestępcą,może nawet terrorystą. Bo ty jesteś okrutna dla tych, co nie chcą płacić na twoje zachcianki. Ty jesteś pazerna, bo jakbyś inaczej utrzymała siebie i ten wielgachny dwór, który de facto jest częścią ciebie. I dlatego, gdy patrzę na ciebie Polsko, władzo moja państwowa, gdy patrzę na twoje barwy i symbole wyznaję ze smutkiem, że mnie na ciebie nie stać. Ja jestem za biedny a ty chcesz żyć za bogato. No po prostu mnie na ciebie nie stać, Polsko.

dziennik pesymistyczny

Euro ocenianie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

– Najlepiej do euro 2012 przygotowane są lotniska, kolej – dobrze, a transport drogowy – dostatecznie- ocenił w telewizji minister transportu. Tak go słuchałem i przypominałem sobie siebie z czasów szkolnych. – Jak tam w szkole? – słyszałem pytanie rodziców jak tylko wróciłem do domu. Jak nie zaspokoiłem ich ciekawości standardowymi odpowiedziami w stylu: normalnie , lub wszystko w porządku,  to niestety musiałem się pochwalić swoimi osiągnięciami w nauce. – Z polskiego dostałem piątkę, z historii czwórkę, z matmy dostatecznie – recytowałem w nadziei, że tą piątką zatrę złe wrażenie z oceny na matematyce. Ale oczywiście nic z tego! Ojciec zawsze zaczynał kazanie o tym, że powinienem przynosić ze szkoły same oceny bardzo dobre. – To żadne tłumaczenie, że z polskiego masz piątkę, jak zawsze z matematyki najwyżej trójkę – słyszałem. Miałem też kiedyś przełożonego w firmie w której pracowałem, który też ukochał prawić nam kazania w stylu mojego ojca.– To nie szkoła, tu wszystko mam być zrobione na piątkę. Co to za uczniowskie tłumaczenie, że choć z matmy jest trójka ledwo, to za to z historii mamy same piątki – mawiał. – To nie podstawówka! Nie można się tak tłumaczyć. No proszę,jednak można! Dawno już nie widziałem mojego ówczesnego przełożonego, ale teraz bym mu powiedział: – No widzi pan, można! Jak najbardziej można się tak tłumaczyć. Jeśli minister, powtarzam minister tak się tłumaczy ,to i ja mogę.  – Niezbędne przygotowania do euro 2012 zostały wykonane w stu procentach – powiedział premier. Ale za chwilę dodał , że „Polska jest jeszcze daleko od finału”. Czyli w zasadzie jest  gotowa,  ale jednocześnie nie jest gotowe. Przyznaję, to jeszcze lepsza logika niż te wyliczanki z ocenami jak w szkole. Boże, żebym ja mógł się tak tłumaczyć w pracy jak premier czy jego minister. – Co prawda miałem dla pana wykonać to co pan zamówił, mam to w stu procentach, ale nie dziś tylko za kilka dni, bo jeszcze nie skończyłem –mawiałbym. Pięknie by było, ale niestety nie mogę ja nie jestem politykiem,nikt nie byłby dla mnie tak wyrozumiały.


dziennik pesymistyczny

Zastępczo doręczona niesprawiedliwość

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 8

Czy można zostać skazanym prawomocnym wyrokiem o spłatę długu, o którym się nawet nie wiedziało, że istniał? Czy można nawet nie wiedzieć że odbywa się nad tobą sąd?  Ależ można, i to w majestacie prawa. Procesuje nad d tobą tym e-sąd, na wniosek firmy windykacyjnej, która kupiła dług, o którym nie wiedziałeś lub o nim zapominałeś. Potem z mocy prawa następuje doręczenie zastępcze. No i płacisz dług z gigantycznymi odsetkami z mocy obowiązującego w Polsce prawa.

A oto przykład, opowieść o Janku Przeciętniaku. Jan miał żonę, ale rozwiódł się już przeszło dziewięć lat temu. Wtedy też zaczęły się jego kłopoty, ale on o tym przez te lata nie wiedział.  Bo nic mu nikt nie powiedział. Nikt do niego nie napisał. Nikt nie zadzwonił. Nikt go nie szukał,  aby mu powiedzieć , że jest coś komuś winny. Wręczyć mu pismo z sądu czy od windykatora. Wręcz przeciwnie, on żył w radości nowych związków. Nowej pracy. Nowego miejsca zamieszkania. Żyło mu się zdecydowanie lepiej, bo się uwolnił. Jan żył w pełnej i radosnej nieświadomości. Nawet nie podejrzewając, że gdzieś tam daleko ktoś czyha na jego pieniądze. Ale przecież państwo z jego prawem o nim nie zapomniało. Kapitalizm nie zapomina o tych, na których można zarobić. Tam gdzieś za jego plecami od lat rozrastały się jego długi, o których nic a nic nie wiedział. Rosły sobie i pęczniały z miesiąca na miesiąc i z roku na rok odsetkami, aby to co kiedyś było zaległością w niewielkich abonamentowych płatnościach np. za telewizję, czy za telefon, teraz stało się poważnym kilkutysięcznym długiem. Widać wszyscy czekali aż dług dojrzeje. Będzie wielki i dorodny. Aby go potem wyrwać od nieuświadomionych.

Jan mieszkał z żoną przy ulicy X, ale wraz z rozwodem zmienił miejsce zamieszkania i oczywiście zameldowania. Teraz mieszka w innym mieście i przy innej ulicy zgodnie z tym co ma wpisane w dowód osobisty.  Zgodnie z polskim dziwnym, ale obowiązującym prawem meldował się za każdym razem gdy się przeprowadzał. No i na ten ostatni jego domowy adres któregoś dnia przyszła gruba koperta informująca go, że ma oddać poważną sumę zaległości . Było to brutalne w swej wymowie pismo od komornika sądowego, który ostrzegał, że jak nie spełni się jego żądań, to zajmie panu wszystko. Wejdzie do jego domu wyłamując drzwi, a nawet przeszuka czy nie chowa gdzieś po kieszeniach gotówki.  – Jakie długi – zastanawiał się pan Janek. – Co to za firma mnie pozwała – dociekał, choć z pisma od komornika nie wynikało wiele. Ot tyle, że ma płacić i to szybko, bo jak nie to… Pan Jan przeprowadził śledztwo, a nie było to łatwe. Z prywatnego dochodzenia  wynikało i owszem miał zaległość za telefon,  którego używał dziewięć lat temu. Jego ex żona była tą odpowiedzialną w ich podstawowej komórce społecznej za opłaty, ale widać jakoś tak tych akurat nie zapłaciła. Umowa była na niego. Zrezygnował z usług operatora dziewięć lat temu, ale widać dług pozostał. Potem kupiła go firma windykacyjna, a gdy dług obrósł odsetkami zażądała pieniędzy.

Potem był e-sąd, ale całkiem realny wyrok i komornik.  O procesie nie wiedział pan Janek, bo wszelka korespondencja sądowa wysyłana była na jego stary adres. Dlatego cała procedura odbyła się bez jego udziału i wiedzy. Teraz może się odwołać, to prawda, ale komornik i tak zrobi swoje. A jak wygra, to się zobaczy. Bo komornik przecież bez problemu znalazł nowy adres pana Janka, firma telekomunikacyjna, potem windykacyjna, potem sąd, nie mógł sobie z tym poradzić, a komornik mógł. Ale ci pierwszy nie musieli dzięki doręczeniu zastępczemu.  To prawne „coś” polega na tym, że jeżeli listonosz nie zastawszy adresata w mieszkaniu (a jak miał pana Janka zastać, skoro on tam nie mieszkał od lat) zostawia w skrzynce pocztowej awizo ze wskazaniem, gdzie i kiedy sądowe pismo pozostawiono. Ale pan Janek nie dowiedział się o tym, bo tam nie mieszkał. Listonosz czynność zawiadomienia powtórzył z przewidywalnym skutkiem, bo pan Janek nie mógł być tam gdzie nie bywał od lat. Pan Jan pisma nie odebrał, ale dzięki tej sprytnej procedurze, doręczenie sąd uważał się za dokonane. I potem, już wyrok i komornik, który skutecznie w kilka dni, jak wynika z pisma, namierzył nieukrywającego się bynajmniej Janka. I tak na mocy prawa  możne odbyć się nad kimś sąd całkowicie bez jego wiedzy. – A najśmieszniejsze jest, że on to wszystko robi legalnie…–  to zdanie z komedii Stanisława Barei idealnie ilustruje działania firm windykacyjnych oraz e-sądów.

 

dziennik pesymistyczny

Poziom marzeń Adolfa

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Kiedy myślę o państwie do którego jestem przynależny, to pierwszym uczuciem jakie mnie ogarnia jest wstyd. Nie mogę spokojnie patrzeć na te igrzyska nienawiści, zacietrzewionej walki, obłudy, kłamstwa, pazerności oraz zwykłej głupoty. I choć jestem z tego narodu, choć czuję się z nim bardzo związany, choćby językiem czy historią, to  jednocześnie nie potrafię traktować państwa, ludzi w niektórych jego instytucjach, jako swoich, jako ze mną związanych, dla mnie pracujących. Nie czuję się częścią państwa, jestem, choć z przymusu w nim, to jednak staram się być od niego jak najdalej. – Ten poziom nieprawdopodobnego grubiaństwa to pańska zasługa, jeśli chodzi o polskie życie publiczne. Ten poziom nieprawdopodobnego chamstwa na poziomie marzeń Adolfa Hitlera o Polakach, o losie Polaków. To jesteście wy – mówił jeden prominentny polityk do drugiego równie wielkiego stanowiskiem w państwie polityka z sejmowej mównicy. Poziom grubiaństwa? Jaki poziom, tu już nikt nie trzyma poziomu. Wszyscy się raczej taplają w błocie nienawiści. A jak który wylezie na bardziej suche miejsce, czyli ma usta ponad błotem to od razu mówi o narodzie machając sztandarem z napisem hańba. I od razu dzieli na MY i ONI.  Wszyscy, którzy tam siedzą są winni. Niejedna, dwie osoby polityczne,  ale wszyscy. Winni poziomu w jakim odbywają się debaty nad losem tych, którzy są w tym państwie w zastraszającej większości. Jeśli tak ma wyglądać elita, to ja jej nie chcę. Nie wiem czy, i w ten sposób Adolf myślał o Polakach? Ale widać są tacy co wiedzą i doskonale znają miarę, przy której ktoś zasługuje na miano prawdziwego Polaka.  Już sama wiara tych maluczkich ludzików w drogich garniturach, że nadejdą jeszcze czasy, gdy to oni prawdziwi Polacy w odróżnieniu od tych mniej prawdziwych, dojdą do władzy jest przerażająca, ohydna i odstraszająca. Zawsze było źle w naszej polityce, ale przynajmniej miałem nadzieję, że będzie lepiej. Teraz już takiej nadziei nie mam. – Ja rozumiem, że człowiek, który był gotów wysłać własnego brata na śmierć do Smoleńska oraz zachęcał do stosowania aresztów wydobywczych jest gotów do każdej podłości – powiedział kolejny polityk na sali sejmowej.  I choć dyskusja w sejmie dotyczyła spraw bardzo ważnych dla wszystkich, dla tej niepolitycznej i w części niepaństwowej masy narodu, to jednak znów skończyło się na tym starym temacie ciągłej walki i mojego męczeństwa, gdy na to patrzę. Panowie, posłowie, panie posłanki, wysoki sejmie… ja nie mogę być z wami, nie mogę się do was przyznawać, ja choć jestem nikim, to w swej małości jednak nie mogę się stać częścią tego wielkiego państwa, bo mi je zohydziliście. Jesteście jego przedstawicielami, w większości zawodowo się tym zajmujecie, a przyzwalacie na coś takiego? No jak ja mogę brać was za swych przedstawicieli? Jakby to był incydent, to może bym zrozumiał, ale to jest dwudziestoletnia stała rozwoju. Jestem z tego miejsca, jestem częścią polskiej wspólnoty, ale coraz mniej jestem związany z polskim państwem rozumianym jako instytucja. Moje myślenie nie jest propaństwowe, ale bardziej pro narodowe, pro ludzkie, prospołeczne. Polityka, państwo… nie chcę z nim mieć nic wspólnego.  Ale jak wszyscy wiemy to niemożliwe. Dlatego chcę mieć z nim jak najmniej do czynienia, tylko tyle ile ono ode mnie wymaga. Potraktuję je jak zło konieczne, ale nie będzie już przeze mnie szanowane. I tego czasami najbardziej żałuję.

dziennik pesymistyczny

W gorącej wodzie kąpani?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zrobiło się ciepło. Zazieleniło się wkoło. Nie było już powodów oraz chęci siedzieć w domu. Postanowiliśmy wybrać się za miasto, nad wodę. – Tylko niedaleko – usłyszałem ,gdy brałem do ręki urządzenie do wyznaczania trasy, a w wyobraźni słyszałem już głos panienki z pudełeczka – za sto kilometrów skręć w prawo. Planowałem coś większego, ale fakt, ze względów ekonomicznych może lepiej jest wybrać jakieś mniej oddalone od domu miejsce potencjalnego wypoczynku? Przypomniałem sobie o urokliwym zakątku nad wodą. Kilka kilometrów za miastem, nad niewielką rzeką wśród pól uprawnych z łatwym dojazdem. Jeździliśmy tam w kolegami rowerami w dzieciństwie. Jest tam stara tama, pamiątka, po dawno już rozpadłym się młynie wodnym. – Ładne miejsce – oceniłem i pojechaliśmy. Miejsce było z daleka takiej jak je zapamiętałem, ale gdy już zaparkowałem samochód w stosownym miejscu, gdy stałem nad rzeką wszystko było podobne ale jednak inne. Tama, która przecinała kiedyś rzekę teraz była już tylko kupą kamieni. Wielkie drewniane bale wbite w dno, zamieniły się w niewielkie pieńki. – Czas upływa- pomyślałem. Wybraliśmy najmniej zaśmiecone pozostałościami po wielu imprezach przy grillach i ogniskach miejsce. I zaczęliśmy odpoczynek. Strumyk płynął z wolna, szumiały zioła, las. Siedziałem na kamieniu zanurzonym w wodzie i obserwowałem zaskoczony tym widokiem jaszczurki, wybiegające na kamienie aby tam wygrzewać się w słońcu. Szumiały pobliskie drzewa, szumiała woda opływająca kamienie w wodzie. Śpiewały ptaki. Kumkały żaby. Sielanka. Przyroda. I w to wszystko wjechał mi samochód wypełniony ludzikami młodymi, a jak wiadomo młodzież lubi się wyszumieć, więc ci bardzo szumieli. Ich auto powoli lecz systematycznie, przedzierało się w stronę rzeki po bezdrożach, które w zasadzie powinna pokonać dobra terenówka, a nie leciwy, lecz w dobrym stanie, wymuskany,  i od bajerowany, czarny , i sportowy w założeniach producenta i posiadacza też zapewne – samochód. Z za otwartych szyb łomotało coś, co przy znacznych chęciach można by nazwać muzyką. Z wnętrza pojazdu słychać było też, jak drużyna młodych wojów plus jedna dziewica(?) zachęcali się wzajemnie do podjechania jak najbliżej rzeki. No i się udało, ich dzielny czarny rumak, zwielokrotniony liczbą koni mechanicznych pod maską, mógł, gdyby tylko chciał, chłeptać wodę prosto z rzeki. Auto zatrzymało się na plaży. Muzę podkręcili. Wypadli młodzi wojowie z wnętrza pojazdu tak, jakby był to koń trojański. – Jaka woda – zawołali jeden, do tego, który pierwszy dotarł do rzeki.  – Eeeee, zimna – odparł ten wysłany na zwiady.  – Nie jest taka zimna– stwierdziła panieneczka zamaczając koniuszek palca w wodzie. – No, co ty jest zima – odparł ten pierwszy. – Pierdolisz, nawet ciepła – rzekł kolejny tester odmętów. – Ty się znasz!? No co ty,  zimna jest  jak lód – zdecydował kolejny. – Ja to bym się jednak wykąpała – znów przemówiła złotowłosa. -Eeeee kurewsko zimna woda – wypowiedział się kolejny. I tak trwało to ocenianie temperatury  wody w rzece dobre dziesięć minut. I gdy tak ich słuchałem z konieczności, bo przecież wcale im nie przyszło do głowy że mi przeszkadzają, naszła mnie refleksja. Doszło do mnie, że ja takie pytania słyszę od zawsze. Że to pytanie, nadwodne tradycyjne Polaków pytanie. – I co ciepła woda? – Słyszę po raz sto tysiączny i może w końcu choć raz bym się zdecydował na odpowiedź tym zbiorowym pytaczom. – A jaka ma być? GORĄCA??!!!! Taka jak w kranie w domu? Jak w wannie? Jak pod prysznicem? A może z pianką do kąpieli?! – cisnęło mi się w odpowiedzi na ich pytania bez sensu. No przynajmniej dla mnie bez sensu.  Ale jak zawsze przemilczałem z rozsądku. Nie wiem jak to jest, że jak na zewnątrz ponad trzydzieści stopni, słońce świeci jak oszalałe, wydaje się rozsądnym, że woda w rzece ma ochłodzić to Polaków, to  zawsze ogarnia ich wątpliwość i pytają. -Zimna woda czy ciepła? – z nadzieją że będzie ciepła oczywiście. – Panie, panie GORĄCA, WRZĄTEK, NIE WŁAŹ PAN! – powinno się odpowiedzieć. A może nie, bo to pytanie – zimna woda? –to taki nadwodny polski rytuał,  a ja się wyśmiewam i złoszczę bez potrzeby?