Yearly Archives

49 Articles

dziennik pesymistyczny

Z dnia na dzień czyli codziennie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Cóż, żyjemy z kalendarzem w ręku – powiedziała pewna pani, dodając całkiem słusznie, że my ludzie, niestety nic na to nie możemy poradzić. Może i nie możemy,  ale przynajmniej jedno można zrobić w takiej sytuacji , a mianowicie po marudzić w sprawach, na które nie mam najmniejszego wpływu lub przynajmniej mam wpływ minimalny. A każdy kto w tym miejscu czyta co piszę,  wie doskonale  jak niezmiernie lubię sobie po marudzić. A czynię to niejednokrotnie tylko i wyłącznie z bezsilności. Jeśli nie mogę nic zmienić to jest to moja ostateczna linia obrony. – Przynajmniej sobie ponarzekam – mówię sobie, i innym,  i od razu mi z tym raźniej. Ale miało być o tym, że żyjemy zgodnie z kalendarzem.  Wiem, że jakoś ten czas musimy dzielić, ale mnie bardziej chodzi o to, że ja coraz bardziej żyję, czy raczej przeżywam,  coraz krótsze odcinki czasu. A już całkowicie prawie przestałem planować z wielkim wyprzedzeniem.  Tak, jest i jak ustaliliśmy niewiele można z  tym zrobić, ale w moim przypadku te terminy, czy jak kto woli okresy, przedziały czasowe, stają się coraz mniejsze. Dawniej czekałem na coś, co nadejdzie za kilka lub kilkanaście lat, potem czekałem już na to co będzie za kilka lat…termin coraz bardziej się szatkował. I coraz mniejszy był czas oczekiwania, ale też czas w którym coś planowałem.  Jesteśmy niewolnikami kalendarza. Rok,miesiąc, dzień, godzina, minuta… Gdy byłem mały to moje życie dzieliłem nalata. – Jak będę dorosły – mówiłem – to będę mógł, to i to… I tak bardzo chciałem żeby czas szybciej płynął. A on wlókł się niemiłosiernie.  Ten świat dorosłych wydawał mi się taki daleki i odległy. Potem, gdy zostałem objęty obowiązkiem szkolnym moje życie w sensie planów a potem realizacji,  zaczęło się dzielić na semestry oraz na czas między wakacjami czy feriami.  I to był pierwszy sygnał że mój czas wolności, czyli taki w którym nie ulegam jakiemukolwiek przymusowi jest coraz mniejszy. Potem była szkoła średnia i ten sam podział na czas wakacyjny i czas nauki. Potem studia, i znów czas zaczął dzielić się inaczej,ale zawsze na krótsze odcinki.  Teraz już nie planowałem na kilkanaście lat do przodu. Teraz moje plany ograniczały się do lat. A w zasadzie nawet mniejszych okresów. Nie mogłem z wielką pewnością zakładać co stanie się za kilkanaście lat, bo świat wokół mnie stawał się coraz bardziej nieprzewidywalny. A to wymuszało na mnie życie, ten podział na lata. – Nieważne co będzie za kilka lat, ważne jest to co się dzieje tu i teraz – powtarzałem sobie. I tak nie miałem wpływu na to co się wokół mnie zmieniało. Nie załapałem się na podział spadku po komunie, więc mogłem liczyć sam na siebie. Ale ten wrogi świat zmuszał mnie żebym nie planował, bo jak tu planować jeśli wszystko jest płynne i nieustanie się zmienia. Nie ma w Polsce jednego stałego prawa,jednych niezmiennych przepisów, podatków które są takie same przez dziesiątki lat. Dlatego też gdy podejmowałem pierwszą pracę, ale i kolejne, to zawsze myślałem tak mniej więcej na kilka miesięcy do przodu. Teraz moje plany skurczyły się do dnia, no może dni najwyżej… Teraz planuję… nadal tak,  ale to raczej w sensie marzeń, bo realnie nie mogę przecież przewidzieć co zdarzy się jutro. Może ktoś wpadnie na pomysł podatku vat w wysokości dwudziestu czterech czy pięciu procent? Może ktoś inny zmieni prawo tak,  że uniemożliwi mi to działalność zawodową? Jeśli nie mam wpływu na państwo w którym jestem tylko poddanym,  to jak mogę planować? – Boże,daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie.Daj mi siłę, bym zmieniał to co zmienić mogę – powiedział Marek Aureliusz i miał rację, ale chyba więcej jest wokół mnie spraw których zmienić się nie da,  niż tych które można.  A na dodatek jak byłem dzieckiem miałem wrażenie nieśmiertelności , teraz już nie jestem taki pewny swego. Też nie wiem, jak to będzie łykając codziennie rano kolejną porcję tabletek. Cieszę się każdym dniem, ale mam świadomość, że ten mój czas strasznie podzielił się na mniejsze odcinki. I choć każdy dzień jest dla mnie radością, to męczy mnie to,że nic nie można zaplanować. Teraźniejszość, ten właśnie dzień, który upływa,jest  dla mnie teraz wyznacznikiem mojego życie. –  Do jutra!  – że tak napiszę z nadzieją. Do widzenia.

dziennik pesymistyczny

Równouprawnienie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Idziemy na piwo? –zapytałem kolegę z nadzieją, że tym razem wykaże zainteresowanie i znów powrócimy do dawnej, nieodżałowanej przeze mnie dobrej tradycji. Cóż myliłem się. Popełniam znów błąd w ocenie jego preferencji i czyniłem tak regularnie od pewnego czasu, to znaczy, od kiedy mój kolega postanowił że zostanie mężem idealnym. Nie powiem, ja choć nie jestem mężem, bo żyję sobie szczęśliwie w konkubinacie, też bardzo lubię to, co jeszcze mój ojciec nazywał damskimi zajęciami. – Nie, nie mogę się dziś spotkać, dziś idę z synem do kina –usłyszałem kilka dni temu od znajomego. Słyszę to bardzo często, w zasadzie on stale jest zajęty wychowywaniem syna. – To żona nie może się nim zająć? –walczyłem, bo to byłoby nasze pierwsze spotkanie od miesięcy. – Nie, nie może, wiesz ona pracuje do późna, pomagam jej – usłyszałem w odpowiedzi. – I słusznie! – jakby powiedział klasyk, dobrze że sobie pomagają. Kilka dni temu spotkaliśmy się w kilku facetów w supermarkecie. Wszyscy sami, bez swych kobiet, robiliśmy tam wielkie zakupy. Z drugiej strony mam kilka znajomych oraz koleżanek, które zajmują eksponowane stanowiska w dużych firmach oraz instytucjach samorządowych i zarabiają spore pieniądze. Znam też wiele kobiet, które z powodzeniem prowadzą własne przedsiębiorstwa. – Co się z wami porobiło! – usłyszałem od przyjaciela. – Kiedy zadzwonię, kiedy bym się chciał umówić, to słyszę tylko że nie, bo macie jakieś babskie zajęcia! – utyskiwał na swoją samotność przy kuflu piwa. To prawda, coś się chyba zmieniło. A może to tylko taki dziwny przypadek zniewieścienia? Chyba nie, bo jak już się w końcu spotkamy, to nasze gry, rozmowy oraz zachowanie jest jak najbardziej męskie. Tylko dlaczego tak rzadko się spotykamy? No bo my, żyjemy w czymś co dla wygody nazwałbym związkiem partnerskim. Mnie i moim znajomym nie przeszkadza, pranie, zmywanie, gotowanie, robienie zakupów i takie tam, że znów użyję słów ojca „damskie zajęcia”. Co ciekawsze ja znajduję w tym przyjemność. Ale to też nie oto chodzi, po prostu mnie i moim znajomym wydaje się to po prostu naturalne. Tak już jest, że jak się żyje razem to wszystko robimy razem. I taką filozofię jak przypuszczam wyznają też moi koledzy. Dlatego też niezmiernie mnie dziwią takie opowieści kobiet, głównie tych wysiadujących w programach telewizyjnych,  o tym jak to one są zapracowane i na nic nie znajdują czasu. Jak to po dziesięciu godzinach pracy przychodzą do domu, wcześniej robiąc zakupy, by tam zastać męża siedzącego na fotelu przed telewizorem z piwem w jednej ręce i pilotem w drugiej. I tak, co pewien czas czytam i oglądam w telewizji jak panie, których nigdy bym nie posądził o to, że dają się zapędzić do kuchni, opowiadają o tym, jaki to ciężki los mają kobiety, bo przecież one po pracy zawodowej tylko piorą, prasują, gotują a to wszystko z dwójką dzieci przy piersi. Ja wiem, pewnie są takie uciskane przez los kobiety i pewnie ja mam jakieś wybiórcze spojrzenie, bo na swej drodze spotykam jakichś dziwnych mężczyzn, ale może w tym morzu narzekania znajdzie się choć kropla pochwały dla tych facetów, którzy zajmują się domem w stopniu równym paniom lub nawet większym? Może dla tej mniejszości, która dzielnie dzieli się obowiązkami domowymi z kobietami, a wręcz mam wrażenie, że czasami je wręcz z tych obowiązków wyręczą, też zostanie ustanowione święto, i panie będą po pracy ganiać po sklepach, aby kupić swoim chłopakom oraz mężom… no nie, nie kwiatka, może butelkę piwa przynajmniej? Kieliszeczek zimniutkiej wódeczki? No dobrze, kończę bo jeszcze mam zrobić zakupy i ugotować obiad… no i przecież jutro ósmy marca… też należy się do tego dnia przygotować. I słusznie.

dziennik pesymistyczny

Precz z P- 4?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Ja też nie lubię życia w gąszczu przepisów. Nie cierpię jak ktoś mi coś nakazuje. Też czasami mam pewność, że wiem lepiej niż ten ktoś, kto ustanowił dla mnie jakieś prawa i nakazuje mi  je respektować. Taką już mam anarchistyczną i niepokorną naturę. Bardzo źle znoszę wszelką władzę i trudno mi zaakceptować zasady, przy których uchwalaniu nikt mnie nie pytał o zdanie.Ale mimo tych moich zastrzeżeniach co do praw i obowiązków obywatelskich zawsze jednak przestrzegam, a w zasadzie bardzo staram się przestrzegać, przepisów ruchu drogowego. – Trzeba walczyć z systemem! – wydarł się na mnie pewien mój znajomy, gdy mu zwróciłem uwagę, że niewłaściwe jest przechodzenie na czerwonym świetle przez jezdnię. Tak, warto walczyć z systemem, ale chyba nie kosztem własnego życia. – Tyle mówisz o pełnej wolności, a teraz mi zabraniasz drobnego złamania przepisów  – wypomniała mi kiedyś moja znajoma,  gdy ją skarciłem za ryzykowne i niezgodne z przepisami wyprzedzanie innych aut na drodze. Tak, może jestem jakiś niepełny, nieortodoksyjny i sprzeczny w swoich poglądach, ale przepisów ruchu drogowego staram się przestrzegać. Zadziwia mnie też konsekwencja innych uczestników ruchu drogowego, dla których łamanie przepisów jest w zasadzie codziennością. Co dnia, w drodze do pracy,  obserwuję jak kilka samochód zatrzymuje się na środku  drogi  w centrum miasta aby skręcić w lewo.  – Co w tym dziwnego – powie wielu. To jest w tym dziwne, że  samochody te stojąc na lewym pasie jezdni  tamują całkowicie ruch. Kierowcy stojąc z włączonymi kierunkowskazami  czekają, aż ruch z przeciwka,  na tyle się zmniejszy aby mogli wykonać skręt w lewo. A że ruch tuż przed godziną ósmą jest ogromny, to stoimy tak wszyscy długo i ci co skręcają w lewo i ci, którzy usiłują jechać prosto. Stoję tak, bo znów zapomniałem, że o tej porze jest wielu amatorów aby skręcić w lewo właśnie w tym miejscu. Stoję w kolejce aut,  i tak jak inni, którzy dostali się w tę pułapkę i chcą jechać na wprost,  próbuję zmienić pas ruchu, aby ominąć tych co skręcają w lewo. A że, jak mówiłem ruch po mojej prawej jest ogromny, to szanse mam marne. Stoję więc i przyglądam się jak kolejny  samochód z tych stojących przede mną z szaloną prędkością skręca w końcu w lewo cudem, unikając zderzenia z tymi autami, które jadą w przeciwnym kierunku do tego w którym ja bardzo chciałbym pojechać. I tak jest prawie każdego dnia roboczego. Siedzę tak w unieruchomionym w korku samochodzie i myślę czy ci wszyscy ludzie to też  tacy ”walczący z systemem” jak ten mój kolega przebiegający na czerwonym świetle w imię światowej rewolucji. Tak przypuszczając po dostojności pojazdów, które tamują ruch przede mną, to raczej wygląda na to,że prowadzą je prawomyślni obywatele o zasobnych kieszeniach. I tak sobie wszyscy czekamy, aż ci, którzy chcą skręcić w lewo przez podwójną ciągłą linię w końcu to uczynią. Jak ostatnio sprawdzałem to nadal znak P-4, czyli linia podwójnie ciągła rozdzielająca pasy ruchu o kierunkach przeciwnych  oznaczała zakaz przejeżdżania przez tę linię i najeżdżania na nią. Ale pewnie nie wszyscy o tym wiedzą. A może wiedzą i czynią tak z premedytacją? Czy naprawdę wszyscy ci kierowcy łamią ten przepis z powodów ideologiczny, bo tak nienawidzą systemu? Czy tylko tak, po prostu z głupoty?

dziennik pesymistyczny

Kto sieje wiatr…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

– Eeee tam, pani, co też tam pani opowiada, ja to wszystko wiem, czytałam… no i też  jedna pani mi też mówiła, to wszystko przez te żydy i masony – usłyszałem ja,  i z pewnością usłyszał te słowa mój kolega. To pewna pani przy stoliku obok przekonywała swoje koleżanki, że odkryła z niewielką pomocą swoich przyjaciół powód, a w zasadzie przyczynę,  dla którego ten nasz świat mówiąc łagodnie – nie jest doskonały . – No, ja też słyszałam ostatnio… ksiądz biskup podobno tak napisał w liście… i w kościele czytali. Ja nie słyszałam, ale moja koleżanka była w kościele, to i słyszała –poparła ją druga. Wiem, nieładnie podsłuchiwać, ale to nie nasza wina, że w tym lokalu właściciel tak ustawił stoliki, że wszyscy goście siedzą bardzo blisko siebie. A dodatkowo panie wcale nie szeptały między sobą, wręcz przeciwnie, nie kryły się ze swoimi opiniami. Rozmawiały głośno i z wielkim zaangażowaniem o polityce oraz ogólnie o sytuacji gospodarczej. Jak się szybko zorientowaliśmy z kolegą, z tego co słyszeliśmy, panie interesował okres od zakończenia pierwszej wojny światowej aż do współczesności. I choć nie wszystkie w równym stopniu posiadały dostateczne rozeznanie w tych sprawach, to zdecydowanie w większości kobiety  były przekonane, że odkryły zagadkę dlaczego to nasza ukochana ojczyzna targana jest co pewien czas kryzysami.  Winnych zbrodni na polskim bogobojnym narodzie panie jasno określiły i nazwały. Wróg czyhający na matkę ojczyznę został rozpoznany, choć jak panie przyznały działał on od wielu lat w wielkim ukryciu i w ścisłej tajemnicy.  Przypomniał mi się list pewnego biskupa, który instruował, kto odpowiada za skandaliczne ataki na kościół. On też znalazł i nazwał wroga w różnych środowiskach  libertyńskich, ateistycznych i masońskich.Przykład idzie jak widać z góry, choć panie w swej kawiarnianej dyskusji, do wyliczonych przez metropolitę przemyskiego wrogów narodu i kościoła, dodały tych, którzy są w Polsce wrogami tradycyjnymi. – Ja strasznie przepraszam szanowne panie, że tak obcesowo zagaduję, ale czy mogą mi panie powiedzieć kiedy to ostatnio spotkały na swej drodze masona,ja przepraszam, ale bardzo mnie zainteresował ten problem, a widzę, że panie posiadają ogromną wiedzę na ten temat – usłyszałem nagle głos kolegi zwracającego się do pań siedzących przy stoliku obok. Nie powiem, wprawił mnie tym swoim pytaniem w zdumienie, bo nie spodziewałem się, że on tak nagle ze słuchacza –  i to tajnego –  zapragnie przeistoczyć się w aktywnego dyskutanta. Panie dokumentnie zatkało. Przez dosłownie minutę trwała grobowa cisza. – Ja przepraszam jeszcze raz, że się ośmieliłem tak wtrącić, ale naprawdę, nie jestem młody a żyda spotkałem raz w życiu, masona nigdy ,chciałbym … no wiedzą panie… takie marzenie – ponownie przemówił mój kolega.Panie milczały. – To może chociaż przedstawiciela narodu wybranego, no żyda, po prostu panie znają tu w okolicy, bo przecież jak wynikało z pań wypowiedzi wszystko wkoło należy do nich… a ja już z tym moim izraelitą straciłem kontakt… a sam nijak się nie mogę połapać kto jest kim – kontynuował.  Choć panie wpatrywały się w niego w milczeniu,to w ich oczach widać było coraz wyraźniejsze oznaki zniecierpliwienia i oburzenia.  – Jak tak można! –wykrzyczała w końcu jedna z pań, ta co to najwięcej wiedziała o masonach i libertynach. – To skandal! Tak się nie podsłuchuje! Co za maniery! – panie najwyraźniej odzyskały wigor po chwilowym osłupieniu wywołanym przez pytania kolegi. – Ależ ja tak tylko pytam, bo chciałem poszerzyć horyzonty, a dziś trudno rozpoznać libertyna czy masona – wyjaśniał kolega, co w paniach wzbudziło jeszcze większą agresję. Musieliśmy salwować się ucieczką i nie dowiedzieliśmy się jak panie za przykładem swego biskupa rozpoznają wrogów kościoła i narodu. – Kto sieje wiatr, ten zbiera burze – rzucił na odchodne w stronę pań kolega, bo mu się widać przypomniało to przysłowie wywodzące się ze Starego Testamentu. – Jak na ateistę to całkiem nieźle –  pomyślałem.

dziennik pesymistyczny

Bądź patriotą… umrzyj zaraz po przejściu na emeryturę

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 17

– Ten człowiek, w życiu słowa prawdy nie powiedział! – rzekł mój znajomy, i słowa które padły z jego ust wcale mnie nie zdziwiły, bo on już dawno  wyjaśnił mi, że ten cytat z pewnej polskiej komedii, jego zdaniem idealnie oddaje to, co ten mój znajomy myśli o politykach od prawej do lewej strony sceny politycznej. I choć generalnie to się zgadzam z taką opinią kolegi, to ostatnio zauważyłem, że coś się w podejściu do prawa w rządzie zmieniło. Ostatnio polscy politycy zaczęli mówić prawdę. Wiem jakie to szokujące. Ale to fakt! I choć to bardzo bolesna dla szarych ludzi prawda, to jednak jest to sama prawda. No oczywiście nie wszyscy tak od razu stali się prawdomówni, ale może to jakaś tendencja? Mało się nie udławiłem kanapką, gdy usłyszałem w telewizji wypowiedź premiera, no nie tego najważniejszego premiera,  ale zawsze premiera. – Ja nie za bardzo wierzę w państwowe emerytury, staram się zabezpieczyć tę przyszłość właśnie i przez oszczędności, i przez dobre relacje z moimi dziećmi, bo liczę, że to będzie pewniejsze niż te liczne, chimeryczne państwowe rozwiązania – rzekł do kamery premier, może i vice, ale zawsze premier, zapytany przez dziennikarkę, czy odkłada jakieś dodatkowe pieniądze na emeryturę. No proszę, cóż za odwaga! Co za prawdomówność! Nareszcie ktoś z rządu przyznał, że nie mam co liczyć na państwową emeryturę, choć przymusowo zbieram już na nią od wielu lat. – Oprócz państwa są jeszcze organizacje społeczne, są kościoły, są ludzie dobrej woli, którzy pokazują, że nie jesteśmy zakładnikami tylko takiej bezdusznej maszynerii państwowej – powiedział ten prawdomówny polityk. – Dwie rzeczy, które w życiu są pewne – głosi amerykańskie porzekadło – to śmierć i podatki. I teraz już wiem na pewno jak potraktuje mnie moje państwo. Mam pracować wydajnie, siedzieć cicho, nie podskakiwać, nie wywoływać awantur, nie strajkować, płacić sumiennie i na czas przez całe zawodowe życie… a po sześćdziesiątym siódmym roku życia liczyć na „organizacje społeczne, (…) kościoły” i ludzi dobrej woli.  Czyli wygląda na to, że jak nie mam co liczyć na państwową emeryturę, to zostało mi już tylko żebrać pod kościołem. No tak,premier też radzi bym oszczędzał, ale przy tym co zarabiam i przy tych rządowych podatkach jest to po prostu niewykonalne. – … no to niestety, mówmy o przykrych rzeczach, ale… eee… musi… przejście na emeryturę musi być na tyle późne, że oczekiwany przeciętny oczywiście, oczekiwana przeciętna długość życia nie była bardzo długa – powiedział kolejny polityk z rządu. Czyli ta prawdomówność jest zaraźliwa. Wygląda na to, że prawdziwy patriota to ten, kto po wydajnym,pracowitym życiu i zapłaceniu odpowiedniej sumy podatków przejdzie na emeryturę i bardzo szybko opuści ten padół łez. By nie przysparzać ukochanemu państwu kłopotów oczywiście. I nie mam co myśleć o leczeniu gdy podupadnę na zdrowiu! Bo jak wszyscy wiemy z wypowiedzi Pani minister,  którą obecnie wylosowano na zarządzanie sportem, nie ma sensu w robieniu operacji biodra u osiemdziesięciopięciolatka i w ogóle pani minister uważa, że starsi ludzie to kłopot, bo „chodzą do lekarza co dwa tygodnie dla rozrywki”.  Może od razu wprowadzić eutanazję po przejściu na emeryturę? Nie wiem co tym politykom się stało. Ale coraz trudniej mi uwierzyć że to państwo istnieje dla mnie. Mam przypuszczenie graniczące z pewnością, że to ja jestem dla niego. Mam jak najdłużej pracować.  Broń Boże nie chorować! Z płaconych podatków utrzymywać  państwo i jego urzędników, a potem na emeryturze szybko umrzeć. Taki nowoczesny, propaństwowy patriotyczny model życia.


dziennik pesymistyczny

Co by pani/pan zmienił?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Co by pan chciał zmienić? – zapytał ankieter obywatela. –  W kraju? – zapytał z lękiem w głosie zapytany.  – W mieszkaniu – do precyzował ankieter. – Też nic – zapewnił szybko i z wielkim przekonaniem obywatel. Przypomniała mi się ta scena z polskiej komedii, gdy tak słuchałem kolejnego polityka który przekonywał panią dziennikarkę oraz tych co ich oglądali na ekranach telewizorów, że referendum to nie jest najlepszy pomysł w naszej polskiej rzeczywistości. Od pewnego czasu mam takie wrażenie, że politycy oraz urzędnicy w naszej demokratycznej ojczyźnie dostali szczególnej alergii na słowo referendum.– Jeśli pan premier mówi, że nie jest za tym, żeby referendum miało miejsce, to ja wierzę premierowi, że tak właśnie jest. Pan premier nie jest zwolennikiem referendum, zarówno tego, organizowanego przez Solidarność, jak i przez nas – powiedział lider lewicowej partii po spotkaniu z premierem.  Szef rządu nie chce referendum w sprawie reformy emerytalnej. Nie tak dawno słyszałem, że niektórzy politycy partii rządzącej nie są zwolennikami referendum w sprawie ACTA.  Co jest? Pytam sam siebie, bo i tak choć konsultacje trwają, to i tak nikt mnie pewnie nie zapyta wprost co ja o tym myślę.  – Najwyższą formą demokracji jest referendum – mawiał mój nauczyciel w czasach, kiedy nasza demokracje z państwowego nadania była ludowa. I jak widać to w czasach wolności, bardzo się mylił w swojej ocenie. Okazało się, że to nie jest dobrze, aby obywatel państwa bez jakichkolwiek przedstawicieli czy pośredników podejmował decyzje. Brzmi to mniej więcej tak, jakby ktoś się bał, że będzie po prostu niepotrzebny. Bo jak tu mają działać politycy jeśli i tak decyzje podejmie najbardziej nieprzewidywalny w państwie element czyli zwykli ludzie.-  Po co w ogóle uprawiać politykę? Politycy, partie, cały ten nadęty cyrk byłby niepotrzebny, gdyby o wszystko pytać bezpośrednio –  powiedział mój znajomy gdy go zapytałem co o tym myśli. Oczywiście, jak większość polityków tak i on wytoczył przeciwko referendum ulubiony argument – finanse. – Wiesz ile to by kosztowało? – zapytał. Tak, wiem, dużo. Ale to chyba nie jest najlepszy pomysł aby  oszczędzać na demokracji. Może jakbyśmy korzystali częściej z demokracji bezpośredniej mniej by było ustaw, które w dniu ogłoszenia już są bublami. Dlaczego jest taki strach przez bezpośrednim pytaniem co myślą obywatele? Może wynika to z tego, że politycy i urzędnicy obawiają się, że zwykli ludzie na pytanie co by pan/pani zmienił, odpowiedzą, że wszystko.

dziennik pesymistyczny

Zawsze warto rozmawiać?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Pewnie że możemy o tym porozmawiać, ale to i tak nic nie zmieni,  bo ja już podjąłem decyzję i jej na pewno nie zmienię – zwykł mawiać mój pracodawca.  Już były pracodawca, między innymi z tego właśnie powodu, że miał w zwyczaju właśnie w taki sposób konsultować ze mną, oraz z innymi podwładnymi sprawy zawodowe. Gdy tak od pewnego czasu wsłuchuję się w doniesienia medialne w sprawie „konsultacji społecznych” dotyczących ACTA, to mam wrażenie, że znów słyszę te same słowa, które tak bardzo ukochał mój pracodawca o którym wspominałem na wstępie. – Polski rząd nie wycofa swojego podpisu z żadnego dokumentu, dlatego że jakaś grupa tego żąda – stwierdził nasz premier. Czyli rozumiem, że możemy sobie dyskutować do woli, ale to i tak nic już nie zmieni, bo rząd już podjął decyzję. – Zawsze warto rozmawiać – jak mawiał klasyk. Nie wiem, może ja jestem jakiś dziwny,  ale tego chyba nie można nazwać konsultacjami?  Na początku ktoś w moim imieniu coś podpisał, a potem praktycznie, post factum postanowił przeprowadzić „konsultacje społeczne”.  Raz premier przekonuje mnie, że zawiesza proces ratyfikacji umowy w sprawie ACTA, a następnie słyszę, że Polska (w sensie rząd) swojego podpisu pod umową nie wycofa. – Polski rząd nie wycofa swojego podpisu z żadnego dokumentu, dlatego że jakaś grupa tego żąda – mówi premier.Tak, to bardzo ciekawe. Mnie się zawsze wydawało, że jeśli społeczeństwo czegoś chce, przykład lekarze i aptekarze, to można coś zmienić. Ale widać w przypadku ACTA sprawa nie jest tak banalnie prosta, choć protesty trwają od dawna,premier twierdzi, że rząd nie wycofa podpisu, tylko dlatego „że jakaś grupa tego żąda”. Ciekawe dlaczego nie był takim twardzielem w przypadku lekarzy i ich niedawnych protestów? – Wolności w internecie jest za dużo – mówił pewien poseł Platformy. No cóż,  okazuje się że jak symbole polski walczącej,  tak i sama wolność jest zarezerwowana dla tych wybranych. Dla innych, takich internetowych szaraków,  wolność powinna być ograniczona, bo to po prostu idioci. – Dopóki nie wyjaśnimy sobie wszystkich wątpliwości – (…) – tak długo zawieszony będzie proces ratyfikacji ACTA i niemożna wykluczyć, że w finale będzie oznaczało to brak akceptacji dla tej umowy  – powiedział niedawno premier. A tego samego dnia słyszę w telewizji wypowiedź prawnika, który ze spokojem oświadcza, że jeśli sześć krajów unii europejskiej ratyfikuje umowę, to u nas obowiązywać będzie tak czy inaczej.Używając retoryki posła z platformy rzeczywiście to jakiś idiotyzm. No chyba że to świadome działanie, taka gra na zwłokę. A umowę Acta i tak przyjmiemy. Po roku, jak już ratyfikuje ją minimum sześć państw unii, polski parlament przegłosuje ją na nocnym posiedzeniu sejmu, gdzieś tak o trzeciej w nocy przy pustej Sali, przy okazji głosowania na przykład ustawy o rybołówstwie. Takie mam wrażenie graniczące z pewnością.

dziennik pesymistyczny

Zawsze warto rozmawiać?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Pewnie że możemy o tym porozmawiać, ale to i tak nic nie zmieni,  bo ja już podjąłem decyzję i jej na pewno nie zmienię – zwykł mawiać mój pracodawca.  Już były pracodawca, między innymi z tego właśnie powodu, że miał w zwyczaju właśnie w taki sposób konsultować ze mną, oraz z innymi podwładnymi sprawy zawodowe. Gdy tak od pewnego czasu wsłuchuję się w doniesienia medialne w sprawie „konsultacji społecznych” dotyczących ACTA, to mam wrażenie, że znów słyszę te same słowa, które tak bardzo ukochał mój pracodawca o którym wspominałem na wstępie. – Polski rząd nie wycofa swojego podpisu z żadnego dokumentu, dlatego że jakaś grupa tego żąda – stwierdził nasz premier. Czyli rozumiem, że możemy sobie dyskutować do woli, ale to i tak nic już nie zmieni, bo rząd już podjął decyzję. – Zawsze warto rozmawiać – jak mawiał klasyk. Nie wiem, może ja jestem jakiś dziwny,  ale tego chyba nie można nazwać konsultacjami?  Na początku ktoś w moim imieniu coś podpisał, a potem praktycznie, post factum postanowił przeprowadzić „konsultacje społeczne”.  Raz premier przekonuje mnie, że zawiesza proces ratyfikacji umowy w sprawie ACTA, a następnie słyszę, że Polska (w sensie rząd) swojego podpisu pod umową nie wycofa. – Polski rząd nie wycofa swojego podpisu z żadnego dokumentu, dlatego że jakaś grupa tego żąda – mówi premier.Tak, to bardzo ciekawe. Mnie się zawsze wydawało, że jeśli społeczeństwo czegoś chce, przykład lekarze i aptekarze, to można coś zmienić. Ale widać w przypadku ACTA sprawa nie jest tak banalnie prosta, choć protesty trwają od dawna,premier twierdzi, że rząd nie wycofa podpisu, tylko dlatego „że jakaś grupa tego żąda”. Ciekawe dlaczego nie był takim twardzielem w przypadku lekarzy i ich niedawnych protestów? – Wolności w internecie jest za dużo – mówił pewien poseł Platformy. No cóż,  okazuje się że jak symbole polski walczącej,  tak i sama wolność jest zarezerwowana dla tych wybranych. Dla innych, takich internetowych szaraków,  wolność powinna być ograniczona, bo to po prostu idioci. – Dopóki nie wyjaśnimy sobie wszystkich wątpliwości – (…) – tak długo zawieszony będzie proces ratyfikacji ACTA i niemożna wykluczyć, że w finale będzie oznaczało to brak akceptacji dla tej umowy  – powiedział niedawno premier. A tego samego dnia słyszę w telewizji wypowiedź prawnika, który ze spokojem oświadcza, że jeśli sześć krajów unii europejskiej ratyfikuje umowę, to u nas obowiązywać będzie tak czy inaczej.Używając retoryki posła z platformy rzeczywiście to jakiś idiotyzm. No chyba że to świadome działanie, taka gra na zwłokę. A umowę Acta i tak przyjmiemy. Po roku, jak już ratyfikuje ją minimum sześć państw unii, polski parlament przegłosuje ją na nocnym posiedzeniu sejmu, gdzieś tak o trzeciej w nocy przy pustej Sali, przy okazji głosowania na przykład ustawy o rybołówstwie. Takie mam wrażenie graniczące z pewnością.

dziennik pesymistyczny

Ptasia sprawa

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Jakiego mam pan ptaka– zapytała mnie nobliwa starsza pani okutana w piękne długie futro. Zaskoczyło mnie i zażenowało trochę to pytanie, bo nie wiem, a może wiem, dlaczego od razu pomyślałem, że pani zapytuje mnie o pewną, dość intymną część męskiego ciała. Chwilę zajęło mi, nim uświadomiłem sobie, że przecież pani ta nie jest zainteresowana szczegółami tego, co na miałem szczelnie ukryte w spodniach.Szanownej damie chodziło o to, jakiego ptaka dokarmiam karmą, którą kupowałem na straganie, przy którym obydwoje staliśmy. – Jakiego ma pan ptaka? –powtórzyła pani, sądząc pewnie, że nie dosłyszałem. – Nie, ja… ja tylko dokarmiam… mam na balkonie parę zaprzyjaźnionych gołębi, to dla nich ta karma –pospieszyłem z wyjaśnieniami, bo i ja chciałem sobie samemu wyjaśnić i się upewnić,że to chodzi o takie ptaki z piórami. Handlarka w tym czasie odważyła mieszanki ziaren tyle ile sobie życzyłem i wsypała do papierowej torby. – Ja to nienawidzę gołębi, wytrułabym je wszystkie, szkodniki przeklęte – usłyszałem wyznanie pani w futrze. Zaciekawiło mnie to, bo pani stojąca ze mną przy straganie tuliła do piersi – co prawda okrytej pięknym futrzanym płaszczem -ale zawsze jednak do piersi, małego białego pieska. Piesek spoglądał na mnie z dumą w oczach, a jego grzbiet pokrywał ciepły skafanderek w szkocką kratę.  – Nienawidzę tych latających szczurów.Powytruwałabym to całe towarzystwo –pani kontynuowała tymczasem swoje wynurzenia dotyczące gołębi. I choć starałem się uprzejmie dać znać, że niewiele mnie to interesuje, że się zdecydowanie spieszę, nic to nie dało, bo pani najwyraźniej chciała mnie przekonać, że moje zbożne dzieło dokarmiania zimą gołębi to największa zbrodnia w dziejach ludzkości. – Srają tylko i srają– rzuciła pani koronny argument przeciwko tym sympatycznym skądinąd ptakom. – A pan ich jeszcze dokarmia! – Dodała. Fakt, dokarmiam. Gołębie pojawiły się u mnie na balkonie, a w zasadzie na balkonie mojej sąsiadki ponad dwa lata temu.Założyły tam gniazdo, dochowały się młodych i teraz to właśnie te ptaki ukochały sobie wielką donicę stojącą na moim balkonie i w niej zamieszkały.Codziennie budzą mnie cichutkim gruchaniem, a ja, zimą, i tylko zimą je dokarmiam. Drugi fakt jest taki, że rzeczywiście, ptaki te zabrudziły odchodami okolice inie tylko okolice donicy, w której zamieszkały. Ale co mam zrobić? Przecież nie zaproszę ich do toalety. – Proszę pani ja zdaję sobie sprawę, że jak one coś zjedzą, dajmy na to karmę, którą im właśnie kupiłem, to siłą rzeczy, czy raczej natury, potem to wydalają – powiedziałem, choć wiedziałem, że źle robię zmieniając paniny monolog w dyskusję. – To szkodniki! Nie wolno ich dokarmiać!– Fuknęła na mnie pani, a jej piesek popatrzył na mnie jakby był, co najmniej krwiożerczym dobermanem a nie kudłatym kanapowcem.  – Ale przecież to też zwierzęta, szkoda ich,teraz im trudno o pożywienie – mianowałem się adwokatem gołębi.  – A że paskudzą odchodami, no cóż każde zwierzę tak robi, jak je to i wydala – dodałem. Nie przekonałem pani. Dowiedziałem się, że to wstrętne gadziny ze skrzydłami, że są wredne, że nie opiekują się młodymi i chorymi osobnikami i takie tam… – No i wszędzie srają! –Padło na koniec. – Szanowna Pani raczy zauważyć, że pani piesek też sra, za przeproszeniem – nie wytrzymałem obrażania moich kolegów z balkonu. – No wie pan! Jak tak można pieska do gołębia porównywać, co za ludzie! – Wrzasnęła dama z pieskiem na ręku, a że chciała moim rzekomym aroganctwem zainteresować handlarkę od karmy, skorzystałem z okazji, aby się pożegnać i odejść pospiesznie. Nie wiem, co ludzie mają do ptaków. Ja też nie przepadam jak mnie kolega gołąb budzi o świcie gruchaniem, ale przecież on też chce żyć. Każdy organizm ma prawo do życia, nie tylko psy czy ludzie, ale też gołębie. Co jest złego w tych ptakach?  A że srają – cytując panią – a niech tam srają… Każdy ma prawo, tak do życia jak i do srania…


dziennik pesymistyczny

Totalna inwigilacja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Nie, tak dalej być nie będzie!  To jest totalna inwigilacja!- gorączkował się mój przyjaciel, gdy rozmawialiśmy o tym, co dziś najbardziej drażni Polaków, czyli o sprawach ACTA. Co dnia słyszę jak różni politycy i eksperci starają się przekonać społeczeństwo, że ci, którzy protestują na ulicach tak naprawdę nie wiedzą, przeciw czemu protestują. Ze zdziwieniem oglądam w telewizji twarze takich działaczy partyjnych, których nigdy bym nawet w snach nie podejrzewał, że z nich tacy wrażliwi i nieugięci bojownicy o swobody i prawa obywatelskie. A tu proszę, taka niespodzianka i jaka zmiana! Chyba jednak najważniejsze, co przy okazji spraw z ACTA wyszło na jaw, to sposób, w jaki my społeczeństwo, jesteśmy traktowani przez Państwo i tych, którzy w tym państwie spełniają rolę naszych nadzorców. Na początku słyszałem jak najwyżsi urzędnicy zapewniali mnie, że tak naprawdę nic się nie zmieni gdy podpiszemy umowę, bo przecież te same zapisy, co w ACTA obowiązują już w Polsce od dawna. Nie wiem,może ja jestem jakiś osobliwy, ale nie pojmuję jak można podpisać coś, co i tak nic nie zmienia, choć jak nie podpiszemy to się sporo zmieni, a jak podpiszemy to nic a nic się nie zmieni. – Jeśli nie widać różnicy, to, po co podpisywać –że pozwolę sobie sparafrazować hasło reklamowe pewnego proszku do prania. Teraz okazało się, że mimo tego, że podpisaliśmy to możliwe, że i tak nie wprowadzimy tego prawa w życie, bo możemy go nie ratyfikować w naszym parlamencie, choć rząd przekonuje, że wszystko wyjaśni niedoinformowanemu społeczeństwu i jednak prawo zostanie wprowadzone. – Będą konsultacje – przekonują mnie politycy i urzędnicy. A ja kilka dni temu słyszałem, że jak już podpisaliśmy to i tak nic nie możemy na tym etapie zmienić, bo jak podpisaliśmy to zmian żadnych nie będzie. Nic nie rozumiem! Przeczytałem gdzieś wypowiedź urzędnika, który przekonywał,że my umowę ACTA musimy podpisać, bo wszystkie kraje Unii Europejskiej ją podpiszą, a okazało się, że nie wszystkie podpisały. Znów nic z tego nie rozumiem. Jest rząd, czyli nadzorcy z wizją świetlanej przyszłości i my –społeczeństwo, które ma słuchać, płacić podatki i nie marudzić. System taki jest widać, że z państwem nie pogadasz.  I tak sobie rozmawialiśmy z kolegą przy okazji przekładając zasoby internetu, (bo jeszcze można czynić to bezkarnie) i tu nagle natrafiliśmy na informacje o INDECT, czyli INtelligent information systemsupporting observation, searching and DEteCTion for security of citizens inurban environment (w języku okupanta) a po naszemu znaczy to mniej więcej: inteligentnysystem informacyjny wspierający obserwację, wyszukiwanie i detekcję dla celów bezpieczeństwa obywateli w środowisku miejskim. INDECT będzie to – jak wyczytałem w internecie – ujednolicony systemem kontroli audio-wizualnej wzbogacony o możliwość kontrolowania forów dyskusyjnych, połączeń telefonicznych, ulic, chatów, mmsów, maili, smsów itp. a także naszych rozmów w świecie rzeczywistym poprzez szereg kamer i podsłuchów rozmieszczonych praktycznie wszędzie, czyli tam gdzie odbywa się wzmożony ruch publiczny,sklepy, firmy, przystanki, komunikacja miejska, ulice, domy prywatne. A wszystko to za pomocą kamer umieszczonych w naszych urządzeniach elektronicznych. System ma zadanie analizować słowa, ich brzmienie, gesty, ruch gałek ocznych, ust oraz mimikę twarzy. Co ciekawe system może również analizować te funkcje w naszym własnym domu lub za pomocą telefonu czy laptopa wyposażonego w kamerę. System, bowiem potrafi uruchomić każde urządzenie za pomocą zdalnych kodów pozyskiwanych od producentów urządzeń. Wbudowane kamery w telewizory, laptopy tworzą już idealną siatkę kontroli publicznej. Aż mi się zrobiło gorąco i zimno na zmianę. – Muszę poszukać książki 1984 i ponownie poczytać, trzeba się przygotować – wyrwało mi się a mój kolega zawsze skory do żartów tym razem nic nie powiedział śmiesznego. My tu o skromnym ACTA! A tu proszę, przez całkowity przypadek dowiaduję się, że ten projekt badawczy -zapewne ku zapewnienia  nam wszystkim lepszego jutra – finansuje od dawna w całości Unia Europejska. Prace nad nim zaczęły się w roku dwa tysiące dziewiątym, a powinien zostać zakończony w dwa tysiące trzynastym. Taki system totalnej inwigilacji a ja nic o tym nie wiedziałem?  I zapewne nie tylko ja.  Ale, po co ja mam wiedzieć? Pewnie dowiedziałbym się o tym, gdyby nie przypadek, jak już umowa w tej sprawie byłaby podpisana.Pewnie konsultacje w tej sprawie będą takie, jak były przy sprawie ACTA.  Znów będzie tak jak zawsze, według scenariusza, albo, jeśli państwo będzie mieć szczęście, to nikogo to nie zainteresuje i system zacznie działać ku radości rządzących. – Totalna inwigilacja –powtarzał jak mantrę mój kolega. I całkowicie się z nim zgadzam.