Yearly Archives

49 Articles

dziennik pesymistyczny

Bezpaństwowiec polski

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Kilka lat temu mój znajomy bardzo zdenerwował się na nasze państwo. To określenie chyba nie bardzo pasuje, bo „zdenerwował”  brzmi zbyt łagodnie.On, ten mój kolega, przypominał raczej tornado nerwów i wściekłości. Tę swoją furię na urzędników państwowych postanowił w jakiś spektakularny sposób zamanifestować, więc  niewiele myśląc (to określenie idealnie tu pasuje) postanowił zrezygnować z usług państwa tak w całości, generalnie.

W swej naiwności sądził, że może tak po prostu zrzec się polskiego obywatelstwa,  i z całymi tego konsekwencjami zostać  Polakiem z narodowości, ale bez polskiego obywatelstwa.  – Mam już dość! – pieklił się  – nie mogę być w jednym państwie z tymi urzędniczymi ignorantami. Tłumaczyłem jak komu dobremu, że on jest do naszego państwa przypisany jak chłop pańszczyźniany do ziemi i żadną siłą nie może dostać statusu bezpaństwowca. – Człowieku, tak czy inaczej, gdzieś musisz płacić podatki, jesteś cenny dla państwowości  – tłumaczyła mu nasza wspólna znajoma.  – Co najwyżej możesz zmienić to państwo na inne – mówiła. Ale on nie chciał zmienić, on chciał być niezależny od państwa. Żyć bez państwowej przynależności. Chciał być bezpaństwowcem.

– Piękna idea, ale niestety nierealna – tłumaczyli mu wszyscy. Ale przecież wszyscy wiemy, że jak Polak się uprze, to mu nie wytłumaczysz. Sam się musi przekonać. –  Obywatel polski nie może utracić obywatelstwa polskiego, chyba że sam się go zrzeknie – cytował konstytucję i właśnie na jej podstawie chciał się tego naszego polskiego obywatelstwa zrzec. No i się już po niedługim czasie okazało, że faktycznie, zgodnie z „najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej” zrzec się to on może, ale  teoretycznie i to pod pewnymi warunkami . Plus oczywiście musi mieć zgodę urzędnika i to najwyższej rangi. Bo zawsze przecież jest ktoś, kto w państwie na coś pozwala i czegoś zabrania. To drugie oczywiście częściej niż to pierwsze. – Prezydent Rzeczypospolitej nadaje obywatelstwo polskie i wyraża zgodę na zrzeczenie się obywatelstwa polskiego –znów cytując przepisy wskazywał drogę jaką chciał podążyć do celu. Co prawda miał już pewne wątpliwości na tym etapie, bo nie za bardzo wiedział dlaczego to prezydent ma wyrazić zgodę, na to żeby on przestał być obywatelem, skoro ma na to konstytucyjne przyrzeczenie? Ale postanowił mimo to sprawdzić. Od razu powiem, że naprawdę nie wiem, czy on wypełnił jakieś wnioski, i czy wysłał do prezydenta stosik potrzebnych dokumentów.

Spotkałem go kilka tygodniu później i spytałem czy już wyzbył się obywatelstwa i jest bezpaństwowcem. – Potrzebny jest dokument stwierdzający posiadanie obywatelstwa innego państwa lub przyrzeczenie jego nadania, wydany przez właściwy organ państwa, którego jest się obywatelem lub o którego obywatelstwo się występuje –rzekł jakby cytował przepisy. A że on nie chciał, jak wspominałem zamienić siekierki na kijek, to pewnie nie miał stosownych dokumentów. Urzędnicy podobno,nader życzliwie, wyjaśnili mu że przepisy państwowe uzależniają możliwość otrzymania zgody prezydenta na zrzeczenie się obywatelstwa polskiego od tego,czy ma się przyrzeczone inne obywatelstwo. Czyli można tylko zmienić drużynę,ale zawsze trzeba w jakiejś grać. Nie tyle decyduje nasza wolna wola, chęć, czy potrzeba przestania bycia obywatelem, ale konieczne jest spełnienie określonych przepisami warunków. Takich warunków, które w praktyce uniemożliwiają uzyskania przez polskiego obywatela statusu bezpaństwowca. I było po sprawie. – Jestem niewolnikiem zakutym w dyby państwowości – skonstatował smutno.

Teraz go już nie widuję.Nie wiem gdzie przebywa. Wspólni nasi znajomi twierdzą, że mieszka obecnie w Anglii i pragnie zostać Brytyjczykiem. A niedawno dowiedziałem się z telewizji, że pojawiła się nadzieja pomocy w załatwieniu tego jego dawnego problemu ze zrzekaniem się obywatelstwa.  – Panu Palikotowi możemy tylko, i wyłącznie wtedy pomóc, jak będzie chciał się zrzec obywatelstwa polskiego, wtedy mu pomożemy – rzekł pewien poseł. Gdy tylko usłyszałem te słowa od razu pomyślałem o moim znajomym! Przecież taki poseł mógłby mu pomóc! Jak wrogowi politycznemu chciał przy zrzekaniu się obywatelstwa służyć wszelką pomocą, to może załatwi też temu mojemu znajomemu zrzeczenie się obywatelstwa? Niepotrzebnie rezygnował i wyemigrował, zawsze można znaleźć w Polsce solidarnych, którzy pomogą.


dziennik pesymistyczny

Młody emeryt

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 22

– Cześć! Nie poznajesz kolegów? – usłyszałem za plecami. Odwróciłem się i zobaczyłem przed sobą jegomościa mniej więcej w moim wieku ,który jednak z twarzy, co stwierdziłem z przerażeniem,  był podobny zupełnie do nikogo.  Nawet się tym faktem niepoznawania uśmiechającego się do mnie oblicza specjalnie nie przejąłem, boja tak po prostu mam… przeważnie nikogo nie poznaję. To się chyba jakoś naukowo nazywa, jest to chyba nawet choroba. Prozopagnozja czy jakoś tak? Może mam jakąś  łagodną wersję? Albo to coś innego. Co by to nie było, to nie poradzę na to nic, że jak z kimś nie mam na co dzień kontaktu ,to go po kilku dniach nie rozpoznam na ulicy. – Nie poznajesz? – rzekł ze smutkiem ten, którego rzeczywiście nie poznawałem. Przeszukiwałem pamięć w celu dopasowania miejsca,sytuacji, okoliczności, zawodu, nazwiska lub imienia przynajmniej, do twarzy osobnika stojącego przede mną. Ale na próżno. Nic. No pustka zupełna. – Co tamu ciebie? Co słychać? – wypytywał koleś, a ja z głupawą pewnie miną odpowiadałem zdawkowo, wciąż się zastanawiając kto to jest.  Nie jest łatwo prowadzić rozmowę z nieznajomym, który okazuje się znajomym, a którego zupełnie się nie pamięta. –Pracujesz gdzie pracowałeś – pyta ten znajomy czy nieznajomy jak kto woli. I co takiemu odpowiedzieć? Przez całe moje zawodowe życie pracowałem już przecież w kilku miejscach, a za nic nie mogłem sobie przypomnieć w którym to etapie życia mieliśmy z tym jegomościem przyjemność się zapoznać. Uznałem, że najbezpieczniej jest podać aktualne miejsce pracy. – A co u ciebie? –zapytałem, aby uzyskać jakieś podpowiedzi. – Ja to już niedługo przechodzę na emeryturę – usłyszałem między innymi i to mnie najbardziej zastanowiło. Pan stojący przede mną wyglądał na mojego rówieśnika, a ja przecież nawet nie mam co marzyć o emeryturze, do której wiekowo mam jeszcze dekady, nawet bez zmian zafundowanych mi przez rządzących.  A tentu nagle na emeryturę się wybiera. – Albo się koleś tak dobrze trzyma albo może to mundurowy – pomyślałem i dzięki tej podpowiedzi mój krąg znajomych do identyfikacji znacznie się zawęził.  – A pamiętasz w szkole jak z N. kiedyś wybraliśmy się… – rozpoczął opowieść jegomość, a ja zdobyłem znów kolejną cząstkę układanki.  – Ze szkoły go muszę znać, czyli w moim wieku, ale z jakiej szkoły? – zastanawiałem się,  podczas gdy pan, prawie znajomy, ale nadal nierozpoznany snuł wspomnieniową opowieść o dawnych, wspólnie przeżytych czasach młodzieńczego buntu. Ale nie mogłem zrozumieć jak to jest, że on za niedługo na emeryturę a mnie więcej zostało niż mam za sobą lat pracy. Stał przede mną tryskający zdrowiem, wysportowany, pełen życia młody człowiek, a jednak w wieku przedemerytalnym jak wynikało z jego słów. – Niedługo, może oznaczać ,że za kilka miesięcy lub lat najwyżej, koleś zostanie emerytem.  Więc jak możemy mieć wspólne wspomnienia z dzieciństwa?  Jegomość musiałby być  ode mnie i od kolegów których jak się okazało wspólnie znaliśmy znacznie starszy. – Słuchaj, gdzie ty pracujesz? – zapytałem,bo mi ten wiek nie pasował do emeryta. W odpowiedzi usłyszałem że w służbach mundurowych. I nagle mnie olśniło. Nagle przypomniała mi się twarz i dopasowały sceny z młodych lat. – Arek! – wykrzyknąłem, choć po chwili zrozumiałem, że przecież rozmawiamy już kilka minut więc może on myślał, że ja wiem kim on jest.  – Nie poznawałeś – upewnił mnie w moim rozumowaniu. – Jakoś tak nie od razu skojarzyłem – starałem się wybrnąć. I tak sobie pogawędziliśmy chwilę jeszcze o tym gdzie pracuje, że już niedługo może zostać emerytem, że pewnie będzie łączył świadczenia emerytalne z inną pracą. Powspominaliśmy kolegów i znajomych. No i rozstaliśmy się przyrzekając sobie solennie że się zdzwonimy, choć pewnie każdy z nas wiedział że do tego niedojdzie. Gdy wracałem do domu przypomniało mi się, że ten właśnie Arek, ten mój nowo rozpoznany kolega, w szkole odpowiedział w ankiecie jakieś, czy innym wypracowaniu,że chciałby zostać emerytem. No takie miał marzenie i pomysł na życie. Nawiązywał tym do sceny z filmu Czterdziestolatek. Bardzo nas to wtedy, jego przyjaciół i kolegów ubawiło, bo wydawało nam się to wtedy takie nierealne ,że aż śmieszne.A tu proszę,  znów spotykam na swej drodze Arka, a ten jak najbardziej zrealizował, lub w najbliższym czasie zrealizuje marzenia z dzieciństwa!  Taki młody, no w moim wieku, a już emeryt prawie. Znów się przekonałem ,że źle wybrałem drogę życiową. Szkoły, studia, praktyki za półdarmo, praca od świtu do nocy… a do emerytury daleko, oj daleko… i to coraz dalej niż bliżej. – A trzeba było do służby mundurowej iść – pomyślałem. Ale człowiek nie chciał i teraz musi tyrać choć już zdrowie nie to co dawniej.

dziennik pesymistyczny

Pospolita zdrajców i pętaków?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Nie wiem czy to ma sens, bo przecież i tak nikt się tym, co napiszę nie przejmie. No bo i po co miałby się ktoś przejmować zwykłym pospolitym obywatelem. Kim ja jestem jak nie tylko marnością nad marnościami, lichym przedstawicielem anonimowej masy płacących podatki, szarym człowieczkiem żyjącym na prowincji, czyli krótko-nikim jestem, po prostu. Czy ja mam prawo pouczać tych wybrańców narodu? Pewnie nie mam takiego prawa, bo oni przecież naznaczeni przez wolę narodu, a ja im uwagę zwracam. Oni elita, a ja marność. Ale ja już zwyczajnie, tak po ludzku, nie mogę słuchać ich bredni. Sam przez to doznaję jakiegoś zobojętnienia na tragedię. Już nie pamiętam że ktoś stracił życie, bo przez to ich co dzienne ględzenie zobojętniałem. Gdy z zażenowaniem przysłuchuję się sporom polityków, to po prostu zapominam o ofiarach. Mam wrażenie, że to tylko pretekst do walki. Do walki o władzę. Jestem zmęczony tymi wciąż nowym,  i jeszcze wymyślniejszymi oskarżeniami. Bo tu dnia spokoju nie ma. Jeden ten, co mu się wydaje, że jest prawy i sprawiedliwy, coś tam ględzi o premierze, który znalazł się na liście hańby, a za chwilę słyszę odpowiedź z drugiej strony o tańcach na grobach. Czy oni nie mają umiaru? Dziś znów kolejny wybraniec narodu uświadamiał mnie, że na czele polskiego rządu mamy zucha w krótkich majtkach. -Putin odwdzięcza się teraz dziś Tuskowi, traktując go jak pętaka – mówił ten wybraniec narodu, poseł na sejm. Czyli nie dość, że w krótkich gaciach to jeszcze pętak. Rządzi w Polsce pętak  w krótkich gaciach, a ja na to płacę podatki. Nie wiem czy takiego obrazu mojego rządu oczekiwałem. Poseł chyba wie lepiej, ale ja rozliczając się z fikusem coraz bardziej zaczynam się zastanawiać czy ja mam ochotę to finansować. – Kolaborantem Moskwy i zdrajcą jest premier Donald Tusk – powiedział w telewizji poseł prawy i sprawiedliwy. Czyli nie dość , że w przykrótkich gaciach, pętak to jeszcze kolaborant i zdrajca. Naprawdę trudno mieć zaufanie do państwa polskiego. Bo nawet ludzie z opozycji są tu „zdrajcami i odwołują się do cara”. -Ja uważam, że dobrze, że słowo zdrada wraca do polskiego języka – ocenił z kolei prezes prawych i sprawiedliwych. – Kolaboracja i zdrada to w istocie jest to samo – dodał. Ja już nie mogę. Po prostu jest mi za nich wstyd. Nie umiem już utożsamiać się z tym państwem. Nie mogę go porzucić, ale też nie mogę uznać za swoje. Proszę panowie, opamiętajcie się. Bo jak tacy jak ja, szarzy nic nieznaczący,  uwierzą w wasze słowa o tym, że Polską rządzą kolaboranci, zdrajcy i pętaki w krótkich spodenkach, to  przestaniemy was finansować. No bo i po co?

dziennik pesymistyczny

Własne prawdy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

– Polska to dziwny kraj – powtarzał po wielokroć mój kolega  z zagranicy,który choć nauczył się języka polskiego nadal nie mógł nauczyć się polskości. Szczególnie ten jego brak zrozumienia dla naszej specyfiki narodowej był widoczny podczas rozmów o polityce. On, ten mój obcokrajowiec, nie uczestniczył aktywnie w dyskusji. On po prostu co pewien czas zadawał innym dyskutantom proste jak mu się zdawało pytanie:ale o co chodzi? I nie brało się to jego niezrozumienie z niedostatecznej znajomości języka polskiego,  ale z tego, że on po prostu nie mógł zrozumieć jak my, Polacy, możemy bez przerwy i z takimi emocjami rozprawiać o sprawach absurdalnych czy wręcz abstrakcyjnych.  Za nic nie mogłem mu wytłumaczyć dlaczego ktoś mógłby być przekonanym o ostrzelaniu ogniem artyleryjskim pewnego rządowego samolotu. Jak tu gościowi z zagranicy wytłumaczyć racjonalnie, że jest możliwe,iż ktoś kto zginął w wypadku lotniczym w umysłach wyznawców staje się tym, który poległ za ojczyznę i został zdradzony o świcie. Jakaś mgła rozpylana nad lotniskiem, jakieś rakiety, jakieś eksplozje na pokładzie, jakieś doniesienia o strzelaninie tuż po katastrofie samolotu, że brzoza za wątła by o nią mogło się urwać skrzydło, że zdrada i że hańba. – Nic nie rozumiem – zwykł mawiać gdy przez przypadek zobaczył w telewizji relacje z kolejnej miesięcznicy wypadku czy jak chcieli inny zamachu. – O co im chodzi? – pytał z nadzieją że ja znam odpowiedź, a ja choć tu się urodziłem  i żyję tu już długo, to i tak nie wszystko rozumiem. – O prawdę – mówię mu w końcu– o prawdę im chodzi. – Jaką prawdę – pyta ten mój zagraniczniak znowu. – O ich prawdę, bo w Polsce każdy ma swoją prawdę, taką mamy wolność – odpowiadam mu,choć wiem,  że znów usłyszę, że nic nie rozumie i że Polska to bardzo dziwny kraj. Staram się mu tłumaczyć, że tu tak czasem jest . Że jak ktoś w coś uwierzy to nic go nie przekona do zmiany zdania. A on mnie pyta, czy on dobrze pamięta ,że ten co przemawia do tłumu to ten sam co jest posłem, choć opozycyjnym, to jednak posłem na sejm. No to mu mówię że tak, że to były premier i że teraz jest posłem. – To dlaczego on się zachowuje tak jakby walczył z okupantem? – pyta mnie, a ja nie wiem jak mu odpowiedzieć, bo przecież niedawno słyszałem jak ten gość mówił że „ zostali zdradzeni o świcie” i że już prawie całkowicie utożsamia się z tezą o zamachu na swego brata. Nie wiem, co mu odpowiedzieć , gdy słyszę jak ten  prawy i sprawiedliwy w swym mniemaniu,starszy pan, wciąż oskarża legalnie wybrany rząd o wszystko co najgorsze.  Jak wyjaśnić, że w jednej Polsce kochają się dzielić na nienawidzące się wzajemnie sekty. Na dwa lub nawet więcej społeczeństw. Że choć w jedności narodowej niby jesteśmy, to ciągle uwielbiamy się nawzajem wyzywać od zdrajców. Że choć żyjemy w jednym kraju,  to jedni z nas czują się wolni, a drudzy wznoszą modły do najwyższego aby im „ojczyznę wolną” raczył zwrócić. Jak tu zagranicznikowi wyjaśnić, że w jednym tragicznym wydarzeniu,  niektórzy polegli za ojczyznę, a niektórzy w wypadku lotniczym. Ja choć nie jestem już najmłodszy, i choć się tu urodziłem,i żyję wśród Polaków od lat, to nadal miewam takie dni, że nic a nic nie rozumiem.  Nie dziwię się więc wcale, że on też nic nie rozumie.


dziennik pesymistyczny

Chrystus zmartwychwstał

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Chrystus zmartwychwstał! – takie powitanie słyszałem w domu moich dziadków gdy byłem jeszcze dzieckiem. I już w wtedy, czyli odkąd tylko pamiętam, zawsze gdy te słowa do mnie docierały w myślach dodawałem do tego świątecznego powitania swoje pytanie, znak zapytania właściwie. Za młodu, w odświętnej i uroczystej atmosferze domu moich dziadków czułem jeszcze że na moje wątpliwości jest też odpowiedz: Tak, zaiste zmartwychwstał! Ale kiedyś, któregoś dnia, który trudno mi jednoznacznie określić datą, na to odwieczne pytanie już nie znalazłem tak jednoznacznej i przekonującej mnie odpowiedzi. – Chrystus zmartwychwstał – słyszałem na powitanie i nie potrafiłem z wiarą potwierdzić ani temu zaprzeczyć z równie silną wiarą. Od tej chwili czuje się podczas tych świąt jak złodziej, bo wciąż nie mogę wraz z innymi uwierzyć i głośno zawołać: tak,  Chrystus zmartwychwstał!  Bo zawsze nasuwa się na końcu tych dwóch słów powitania czy wyznania wiary czy nadziei raczej, ten mój znak zapytania. Czuje się zdrajcą idei która jednoczyła moich dziadków, mojego ojca, jego braci, ich synów i córki czyli rodzinę. Ja zatraciłem zdolność wiary i zaufania,  i ta świadomość że tego właśnie jednego dnia nie mogę z całą stanowczościom zawołać na cały świat – Chrystus zmartwychwstał!  – bardzo mi ciąży. Bo choć mam wątpliwości, to jednak bardzo bym chciał zawołać, uwierzyć, przestać wątpić… Widząc drugiego człowieka z pełną mocą i wielkim przekonaniem witać go słowami: Chrystus zmartwychwstał! Bo mimo wszystko przecież, mimo tego wciąż powracającego znaku zapytania, oraz tego co przecież wiem, co poznałem, o czym jestem wręcz przekonany… ja do wciąż mam wątpliwości. – Chrystus  zmartwychwstał? – na nowo zadaje sobie to pytanie i nie znajduje odpowiedzi. Wciąż szukam odpowiedzi.

 

dziennik pesymistyczny

Ambicja to twoja szalona religia…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 15

Dlaczego mam być lepszy? Doskonalszy? – Gdzie pracujesz – to najczęściej zadawane pytanie przez tych, których spotykam każdego dnia. Tak jakby to, co wykonuję zawodowo mnie określało. – A ile zarabiasz? – pytają, bo przecież to ile masz w kieszeni, czy w portfelu jest dla nich najważniejsze. – Biznesmen z płótnem w kieszeni –mówią, bo oczekują, że będę jeszcze lepszy, bo sami też chcą być lepsi. Więcej! Lepiej Szybciej! Najlepszy w klasie. Najlepsze oceny. Najlepsze wypracowanie. Najładniej powiedziany wierszyk u cioci na imieninach. Najszybszy na bieżni. Najlepszy w kopaniu piłki. Zawsze w ataku.  Choć przecież też najlepszy w obronie. Najlepsze stopnie z języka obcego, choć okazało się, że język nie ten, co trzeba, bo świat się zmienił.

– On jest taki ambitny! Pierwsza nagroda w konkursie recytatorskim. Książka z dedykacją od prezydenta. Najlepszy, wybitny. Czasami zdolny, choć leniwy. Ale jak się zabierze porządnie do roboty to jest szansa, że będzie tym najlepszym. Najładniejsza dziewczyna. Najmodniejsze spodnie. Najnowsza płyta. – Te buty są najmodniejsze w tym sezonie – mówi pani sprzedawczyni. Tak książka to bestseller. Jak to nie zna pan  angielskiego? W dzisiejszych czasach w Polsce to podstawa.

– Ten krawat jest z jedwabiu, jest najdroższy, te też są ładne, ale niestety bardzo tanie. Najlepszy na roku. Najlepszy student. Najlepsza praca. Dobra praca. Wielkie zarobki. Przykładać się, starać się, żeby być docenionym, bo przełożony patrzy i ocenia. Bo jak zauważą to nagrodzą. Awans. Najmłodszy kierownik sprzedaży w regionie! Najmłodszy menager od promocji. – Wiesz kolego, nie zawsze tak szybko dopuszczamy tak młodych pracowników do tak ważnych spraw– mówi grubas zza wielkiego biurka. Staraj się! Szczeble korporacji. Zasoby ludzkie. Praca po nocach. – Wiesz nie spałem już trzy doby – mówię i widzę podziw w ich oczach.  Jak się pracuje to się zarabia. Może dobry samochód? – No tak, ty to się dobrze wżeniłeś.

– Czynie pomyślałbyś nad zmianą pracy na lepiej płatną. Nowy samochód, nowy większy telewizor. Nowe meble. Większe mieszkanie. Znów mnie ktoś mnie popycha. Szybciej. Biegnij. Zdobywaj.  Realizacja. Może polityka? W tym też może być pan najlepszy. Pierwsze miejsce na liście. Dobre miejsce. Wybory. Nawet jak pan przegrał nie należy się zrażać, niech pan będzie ambitny.  – Sprzedawaj albo giń –czytam napis nad biurkiem, wycięty starannie z gazety i przyszpilony do tablicy korkowej. Poranki, osiem godzin, dziesięć, dwanaście. – Czy ja wysłałem sprawozdanie? – pytam sam siebie o trzeciej dwanaście jeden nad ranem. Bezsenność. Myślenie. Myślenie o tym będzie. A nie założyłby pan własnej firmy? Szkolenia, kursy, pierwsze lokaty. Trochę szczęścia, więcej walki. Cały tydzień pracy to za mało. Cała noc nieprzespana. Zdobyć, sprzedać, zarobić. Sprzedawaj! Boże podatki! Czy ja się rozliczyłem? Księgowa, klienci, kontrahenci. Naprzód, szybciej. No musisz być najlepszy. – Wie pan, taki jest biznes, jest bezwzględny – uśmiecha się do mnie nieszczerze. Przetrwają tylko najlepsi. Najwytrwalsi. Dobór naturalny. Poniedziałek, wtorek… co już piątek.

– Czy pana firma jest najlepsza? Tak, oczywiście. Mamy najlepsze ceny. Już kwiecień? Przecież tak niedawno był grudzień. Ile zarobiłeś? Czy uda ci się to sprzedać? Ile na tym możesz zarobić? Plany! Zaplanować! Tak, znów jesteś dobry! Bezsenność. Ambicja. Sprzedawaj albo zgiń. Może w garniturze? Jak cię widzą tak o tobie mówią. Szybko, tanio, solidnie. Biegnij na spotkanie. Nie zwalniaj. Tabletki! Czy ja zażyłem dziś lekarstwa? Dla pieniędzy, bo bez nich nie da się żyć. Aby zarabiać musisz być najlepszy. Jestem dobry? Ale czy dostatecznie dobry? Ile pan zarabia miesięcznie? Promować! Reklamować! Czy to się nadaje na fejsa? Czym nie na to stać? Czy nie da się z tego więcej wyciągnąć?  Ile sprzedałeś w tym tygodniu? Na ile wystawić fakturę? Najlepszy, doskonały, wybitny.

Ile to ja ma lat? Leżę i nawet nie wiem, która to godzina. Czuję bardziej niż widzę morze. Czuję, że o mój policzek opiera się książka. Wiersze. Co poezja? Tak! Wiersze! Czuję ciepło. Spokój. Cisza. Bardzo przyjemna lekkość bytu. Mała senność. Słyszę w głośników: twoja ambicja zabija ciebie, ambicja to twój wróg, ja nie gram, ja nie przegram, bo nie mam żadnej ambicji, ambicja to twoja szalona religia… ambicja- szalona religia… Spałem.

dziennik pesymistyczny

Brama wspomnień

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Podobno życie to wieczna tęsknota za czymś, co trudno nazwać. Pamiętam i tęsknie za niewielką uliczką, przy której stało moje przedszkole. Gdy byłem jeszcze małym dzieckiem uliczkę zalewały tłumy z regularnością poranka i popołudnia. Ruch aut i ludzi wyznaczały pory dnia, w których mieszkańcy miasta szli do pracy a następnie z niej wracali. O innych porach maszerowały po uliczce setki przechodniów udających się do pobliskich biur w celach urzędowych. Kiedyś uliczka była tłumna, teraz jest senna.

Uliczka jest mi znana od zawsze. Mała uliczka zagubioną gdzieś na tyłach wielkich secesyjnych kamienic. Poznawałem ją dawno temu, gdy wychodziłem o poranku z domu holowany za rękę przez rodzica drepcząc w zaspaniu w stronę przedszkola. Pamiętam szary budynek. Gdy wspominam widzę go jak z czarnobiałej fotografii. To moje przedszkole przy ulicy Staszica. Moje a przecież nie moje w sensie posiadania. Raczej moje miejsce w tym czasie. Miejsce we wspomnieniach zakotwiczone w przestrzeni czasu.

Często się zastanawiałem, dlaczego wciąż, mimo upływu tylu lat, ciągle przechodząc tą uliczką przy tym właśnie gmachu doznaje takiego dziwnego uczucia. Nie wiem jak to uczucie nazwać. Coś między tęsknotą a niepokojem. Radością a smutkiem. Zawsze jak mijałem moje dawne przedszkole przypominałem sobie pewne zdarzenia, o którym zazwyczaj nie pamiętam, a tu na tej uliczce, przy tym budynku doznaje olśnienia a przed oczami odżywają radości i smutki małego człowieka.

To miejsce to katalizator czy raczej wywoływacz wspomnień. Zawsze, gdy myślę o przedszkolu czas w mych wspomnieniach jest jesienny. Szary budynek, przedwojenna przebudowywana wielokrotnie willa. Wielkie sale, jadalnia, szafki na ubrania, zabawki, leżanki, kuchnia z jej zapachem. Pamiętam. Tak to zapamiętałem. Tak to wspominam. I za tym tęsknie.

Chyba najbardziej i najsilniej pamiętam plac zabaw. A ścisłej to, co było za nim, czyli siatkowe ogrodzenie przedszkola. Pamiętam siebie stojącego przy tym płocie. Słyszę dzieci bawiące się na placu za mną. Stoję tam z dłońmi wplecionymi w oczka parkanu. Stoję wśród zwiędłych liści, z których z każda chwilą przybywa. W powietrzu zapach jesieni.  Tkwię tam i patrzę przed siebie. W bramę budynku sąsiadującego z przedszkolem. Za bramą jest ulica. Na niej samochody. Jest też chodnik a na nim przechodnie. Jak sobie to przypominam to zawsze wraca do mnie to uczucie z dzieciństwa. Dziwny niepokój o to, że tak naprawdę nie bardzo wiem, gdzie jest ta ulica za bramą i czy jest tam naprawdę.

Moja znajomość topografii miasta nie była wtedy najlepsza. I przez to odnosiłem wrażenie, że ta ciemna brama, jest swoistym przejściem do innego wymiaru. Ba, jest innym wymiarem. Te pokazujące się w prześwicie bramy kształty pojazdów, ludzie zjawiający się i znikający po chwili, obrazy jak w kalejdoskopie, dźwięki spotęgowane przez czeluść bramy, zapachy. Wszystko to na chwile. Takie kino jednorazowe. Ulotne. Rówieśnicy oddawali się zabawie, a ja stałem patrząc w głębię bramy na to, co było za nią.

Potem pani przedszkolanka opowiedziała rodzicom o moim zachowaniu. Uznano, że jestem dziwny, bo tak samotnie stoję i nie chcę się bawić z innymi dziećmi. Nastąpiła interwencja dorosłych i już nie mogłem tam stać wpatrując się w bramę. Dopiero po kilkutygodniowym zakazie znów wróciłem na moje miejsce przy przedszkolnym płocie. To, że mnie tam zostawiono samemu sobie zawdzięczam pewnej pani z tego przedszkola, której szczerze wyznałem, na co patrzę.

Wczoraj wchodząc na moją uliczkę znów pomyślałem, że spojrzę przez mój kalejdoskop wspomnień, a tu… no nie… niema budynku mojego przedszkola! Wielka koparka rozwala ostatnie ocalałe ściany. Teraz tylko cegły, pył, robotnicy i ta pusta przestrzeń! Jak wielka rana we wspomnieniach. Wszystko się zmieniło. I choć brama za płotem nadal tam była, to już ten budynek będący odniesieniem do wspomnień, i do spojrzenia w przeszłość, przepadł na zawsze. Znika powoli mój świat, mój własny świat. Będę tęsknił.

dziennik pesymistyczny

Bo przecież nic się nie stało

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Obracam w palcach mój dowód – materiał dowodowy na to, że jestem Polakiem.  Tak, mam plastikowy dowód na to, że jestem z tego narodu, bo przecież sama moja świadomość i chęć przynależności mojemu państwu nie wystarczała. Ono musiało mi , w swej urzędniczej mądrości, wydać dokument,który potwierdzi to, że jestem tym kim w rzeczywistości jestem i co najważniejsze potwierdzi , że należę do tego właśnie państwa. Tak mnie jakoś naszło na oglądanie tego kawałka plastiku, który jest bardzo ważny, bo bez niego moja ojczyzna przecież by mnie prawdopodobnie w żaden sposób nie potrafiła rozpoznać. Urzędnik nadał mi numer, ba nawet dwa numery i oto jestem Polakiem z nadania i z dożywotniej już chyba państwowej przynależności. Obracałem w palcach mój dowód, a z włączonego telewizora słyszę głos prezentera wiadomości, który informuje, że  były szef polskiej czyli też i mojej w pewnym sensie, agencji wywiadu to na razie jedyny polityk, który dostał zarzuty w tajnym śledztwie prowadzonym przez państwową prokuraturę, dotyczącym więzień CIA w Polsce. Polityk ten miał organizować na Mazurach ośrodek, w którym centralna agencja wywiadowcza Stanów Zjednoczonych od dwa tysiące drugiego roku do dwa tysiące trzeciego przetrzymywała i torturowała jeńców podejrzewanych o terroryzm. No i po chwili dowiedziałem się też z rozmowy dziennikarza z prawnikiem zaproszonym do studia, że tak naprawdę to trudno będzie coś temu jedynemu politykowi, któremu postanowiono zarzuty w tajnym śledztwie, coś  udowodnić, bo przecież mógł nie wiedzieć że tam torturują. Mógł też działać z czyjegoś polecenia , no i najważniejsze-przecież sam tego nie robił tylko ci agenci z CIA to robili,więc może spać spokojnie. Oni tak sobie rozmawiają, a mnie się zdaje, że słyszę chóralne wykonanie  naszego nowego zawołania narodowego: chłopaki nic się nie stało! Ci tam o tym, że przecież nie trzeba o tym mówić, bo czym ciszej tym lepiej,  a ja słyszę znów i to coraz głośniej: chłopaki nic się nie stało! chłopaki nic się nie stało! – Żadnych więzień CIA w Polsce nie było. To temat zastępczy – mówił były premier w mediach a ja się zastanawiam czy, i kto, mnie tu oszukuje. Jeden ma zarzutu w tajnym śledztwie,drugi mówi  że więzień nie było, trzeci czyli inspektor generalny CIA potwierdza, że więzienia istniały a prokuratura kolejny rok prowadzi śledztwo. Tajne ,ze względu na ważny interes państwa,to śledztwo  oczywiście. – Jeśli prokuratura twierdzi, że śledztwo jest ściśle tajne, a o jego szczegółach można przeczytać w gazecie kupionej w kiosku za dwa złote, to jest to dowód na degrengoladę instytucji państwa polskiego – mówi były premier . Tak to skandal, że ja wiem,że się dowiedziałem, i to z tak taniej,  i tak dostępnej dla każdego gazety, przecież powinienem nie wiedzieć co urzędnicy i politycy robią jeśli uznają że coś jest w interesie państwa i to utajnią. Czyli nawet jak były te więzienia i były tortury to w zasadzie i tak… chłopaki nic się nie stało!   – Prawa wojny są prawami brutalnymi, ale te sprawy muszą być przedmiotem wyjaśnień. Mam nadzieję, że prokuratura i sądy nie znajdą potwierdzenia tak daleko idących oskarżeń wobec indywidualnych osób, ale co tu dużo mówić, także i państwa polskiego – mówił nasz państwowy obecny prezydent i wspomniał coś też o dążeniu do skuteczności w wojnie z terroryzmem. No tak, w interesie państwa niepoprawnie politycznie byłoby , żeby państwowa prokuratura oskarżyła najwyższych przedstawicieli państwowej władzy o sprzyjanie torturom. Nadal  przy tym oglądaniu telewizji trzymałem w dłoni mój dowód na to, że jestem Polakiem.  – Dowód osobisty, Rzeczpospolita Polska – czytam – imię i nazwisko, imiona rodziców, adres, dotykam miejsca gdzie znajduje się godło… i myślę jak to jest możliwe że to, niby też i moje,  państwo pozwoliło obcemu wywiadowi na tortury i łamanie praw człowieka w Polsce.  Także w mojej Polsce jak chociażby wynikało z tego dokumentu.  Coraz trudniej mi być Polakiem, raczej w sensie przynależności do państwa niż narodu.  Ja tu jestem tylko poddanym, dla którego większość spraw musi pozostać tajnymi.  A jak już się czegoś dowiem, to wszyscy mi powtarzają że nic się nie stało.

 

dziennik pesymistyczny

W wyniku fatalnej pomyłki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Przyznaję, żaden ze mnie bohater, tak jestem strachliwy, no i co z tego, ale przynajmniej mam odwagę się do tego przyznać. Teraz do spraw, ludzi, zdarzeń, rzeczy, zwierząt ,których się obawiam spokojnie mogę dodać antyterrorystów z policji. I choć trudno moją marną osobę nazwać terrorystą to przecież nic nie stoi na przeszkodzie, aby nasza dzielna policja nasłała na mnie ciężko zbrojnych policjantów, którzy wjadą do mojego mieszkania wraz z drzwiami… tak, po prostu… w wyniku fatalnej pomyłki – jak mówił rzecznik mundurowych. Zaczynam się bać policjantów choć nic nie mam na sumieniu. Bo przecież mnie może spotkać to samo, co mieszkańców jednego z osiedli w Katowicach, do których mieszkania antyterroryści wpadli z samego rana i brutalnie pobili kobietę i mężczyznę. Potem  – jak donoszą media – okazało się, że policja pomyliła piętra. Ja rozumiem, że można się pomylić raz, ale dwa? A policjanci jak doszło do nich że się pomylili, i to fatalnie,  to jeszcze raz się pomylili fatalnie ,na innym piętrze, i dopiero za trzecim razem trafili pod właściwy adres.  – Do trzech razy sztuka, dobrze że tylko trzy razy, bo przecież pewnie było tam więcej mieszkań – skomentował to znajomy,któremu opowiadałem o tej fatalnej pomyłce. No naprawdę, ja rozumiem że im jest ciężko, że służba w znoju i chłodzie, że praca taka bardzo niewdzięczna, ale to przypomina mi strzelanie na oślep, a potem sprawdzanie, czy ktoś z tych,których trafiliśmy, to nie jest przypadkiem ten którego szukaliśmy.  Rzecznik prasowy śląskiej policji tłumaczył,  że mundurowi (w tym przypadku zamaskowani)zapukali do drzwi, a że nikt nie otwierał i nie odzywał się, no to nie mieli przecież innego wyjścia jak siłą wejść do mieszkania i przystąpić do akcji. No i w wyniku tych ciężkich walk z zaciekle broniącymi się lokatorami, policjanci nie odnieśli ran za to lokatorzy i owszem. Jak wynika  z ich relacji pięciu antyterrorystów rzuciło się na nich, przygnietli ich do podłogi, kopali po twarzy, po nogach, złapali za włosy i przeciągnęli po podłodze. – Strach się bać – jak mawia moja koleżanka. Ja tam się boję, nawet nie wiem czy dobrze robię pisząc to, bo przecież oni też do mnie tak mogą przez pomyłkę. Ciekawe jak ja bym się zachował widząc z wizjerze w drzwiach zamaskowanego faceta drącego się na mnie,że mam otwierać. Pewnie, też całkowicie odruchowo bym się bronił. Ciekawe czy też stwarzałbym zagrożenie leżąc na ziemi przygnieciony kolanem? Boże, strach pomyśleć za co by mnie złapali, bo kobietę ciągnęli za włosy, a ja ich nie mam!- Spytaj milicjanta, on ci prawdę powie! – śpiewa Dezerter, a ja jak słyszę wyjaśnienia policjantów mam wrażenie że niekoniecznie dowiem się prawdy. Już mam wrażenie, że ktoś tu mnie przekonuje, że to tak naprawdę wina tych pobitych w wyniku, że znów się posłużę ulubionym dziś zdaniem „ fatalnej pomyłki”. – To było coś w rodzaju oporu państwa, którzy byli w tym mieszkaniu. Nie było woli współpracy, nie było momentu wpuszczenia, otwarcia drzwi, by policjanci mogli wejść i sprawdzić dokładnie, czy nie przebywa tam ten niebezpieczny poszukiwany przestępca – mówi w telewizji rzecznik śląskiej.  Czyli jak do mnie przyjdą w wyniku fatalnej pomyłki, i kiedy rzucą przed siebie grom, kiedy runą żelaznym wojskiem ( w tym przypadku grupą antyterrorystyczną) i pod drzwiami staną, i nocą (czy rankiem)kolbami w drzwi załomocą – ja, ze snu podnosząc skroń, stanę u drzwi… i według rzecznika spokojnie powinienem uzbrojonym i zamaskowanym panom otworzyć drzwi  z nadzieją w sercu,  że to tylko policjanci, którzy przyszli do mnie w wyniku fatalnej pomyłki.

dziennik pesymistyczny

Kunkordat i kunkordat

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Jest tyle ważnych spraw,  a wy tylko ten kunkordat i kunkordat – powtarzała pewna pani, która z denerwującą regularnością odwiedzała lokalne redakcje. Kobieta wpadała z wizytą przeważnie  wczesnym rankiem i zamęczała dyżurnych dziennikarzy swoimi opowieściami. Czytelniczka, choć wielu sądziło, że to nazwa bardzo na wyrost, twierdziła że dziennikarze zamiast zajmować się poważnymi sprawami ciągle tylko piszą o jednym i tym samym czyli o kościele katolickim. Tak,trzeba to otwarcie przyznać  pani ta,która zamęczała lokalne redakcje,  miała lekkie fiksum dyrdum. Mnie osobiście najbardziej zaintrygowała opowieść o tym ,że już od wielu lat była ona podglądana i podsłuchiwana przez służby specjalne,które nie wiedząc  czemu, zapragnęły zdobywać informacje o jej życiu intymnym instalując w nodze kobiety, co było niespotykaną wprost perfidią, podsłuch oraz kamerę. I choć czytelniczka informowała bardzo wylewnie media na każdy temat, to zawsze jak mantrę powtarzała swoje: wy tylko ten kunkordat i kunkordat! Otwarcie trzeba przyznać ,że pani z tej opowieści miała lekkiego hopla,  ale jedno wiedziała na pewno, jedno było w jej słowach prorocze. Minęło prawie dziewiętnaście lat  a tu znowu ten konkordat, czy jak pani ta wolała – kunkordat. Tyle lat minęło, nawet nie wiem czy czytelniczka nadal nawiedza redakcje, a ja znów słyszę w telewizji, w radiu, czytam w gazecie,  wiem od polityków, dziennikarzy, ekspertów i urzędników o konkordacie.  Teraz, gdy rząd zaproponował by kościoły i związki wyznaniowe samodzielnie opłacały składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne duchownych znów politycy przypomnieli sobie o konkordacie. Mnie osobiście pomysł nadzorców z rządu, by obywatele mogli przeznaczać 0,3 procenta należnego podatku rocznego na działalność dowolnie wybranego kościoła w zamian za likwidację funduszu kościelnego bardzo się podoba. Chyba po raz pierwszy w historii naszego katolickiego narodu będziemy mogli się przekonać ,ile z nas naprawdę poświęci własne pieniądze w imię religii której wyznawanie deklaruje.Krótko mówiąc, będziemy mogli  się przekonać ile naprawdę jest nas Polaków – katolików. Lata płyną a my ciągle otym samym.  Chyba miała rację ta pani z podsłuchem w nodze, my chyba uwielbiamy rozmawiać w nieskończoności o tym samym czyli o kościele. To jest nasze narodowe hobby. Naprawdę nie może być tak, że sprawa kościoła zniknie z mediów i z wypowiedzi polityków choćby na chwilę? Zawsze jest powód ,by ktoś stanął w obronie wartości chrześcijańskich, którym ktoś inny zagraża i znów jest o czym pisać.  Pewna posłanka prawych i sprawiedliwych nie wytrzymała i tradycyjnie, to muszę pani poseł przyznać, zarzuciła polskiemu związkowi piłkarskiemu że dyskryminuje katolików. Jak dowiedziałem się z telewizji parlamentarzystka napisała w tej sprawie do minister (ministry)sportu i do marszałek Sejmu. Chce zmiany przepisów bo uważa, że zgodnie z tymi przypisami ochroniarze będą kibicom odbierać krzyżyki i medaliki. Przy tej okazji też słyszałem, że ktoś wspomniało konkordacie. Miała czytelniczka z podsłuchem w nodze rację, nic tylko ten kunkordat i kunkordat.