Yearly Archives

78 Articles

dziennik pesymistyczny

Sędzia Dredd po polsku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Nowe prawo drogowe dało oręż do walki z tymi, co w samochodach z nadmierną szybkością przemieszkają polską krainę.  Na drogach i ulicach polskich miast pojawili się policjanci niczym nowe wcielenia filmowego sędziego Dredda. Prawodawca broniąc się przed chaosem drogowego bezprawia ustanowił radykalny system wymierzania sprawiedliwości.  Piratów drogowych ścigają teraz Policjanci – Sędziowie. Kiedy kogoś dopadną, wolno im na miejscu go osądzić, wydać wyrok i wymierzyć karę.

W myśl nowych przepisów, gdy kierowca przekroczy w terenie zabudowanym prędkość o ponad 50 km/h lub gdy będzie przewoził nadmierną liczbę osób, to policjant w czasie kontroli drogowej zatrzyma kierowcy prawo jazdy. Czyli w praktyce oznacza to, że funkcjonariusz dopadnie przestępcę, na miejscu go osądzi, wyda na niego wyrok i wymierzy karę jaką będzie zabranie kierowcy uprawnień do prowadzenia pojazdu. Od wdrożenia nowych, zaostrzonych przepisów drogowych mijają zaledwie trzy dni a już policjanci zatrzymali w ten sposób 144 prawa jazdy.

Dodatkowo  policja nie dysponuje miernikami prędkości, które spełniają podstawowe wymogi prawa metrologicznego co sprawia, że pomiary prędkości wykonywane przez policjantów są bezprawne, a często też nieprawidłowe. Przede wszystkim urządzenia te nie rejestrują pomiarów, a sądy opierają się jedynie na zeznaniach funkcjonariuszy. Praktycznie zatem każdy policjant może zatrzymać prawo jazdy komu chce, a udowodnienia swojej niewinności jest bardzo trudne jak niemożliwe.

Co prawda policjant po zatrzymaniu prawka prześle dokument do właściwego starosty, który – wydając decyzję administracyjną – formalnie zatrzyma uprawnienia, ale to raczej będzie przyklepanie wyroku, który na kierowcę wydał jednoosobowo funkcjonariusz policji państwowej niż sprawdzenie poprawności postępowania mundurowego. Za pierwszym razem prawo jazdy zatrzymane zostanie na 3 miesiące.

Zgodnie z nowymi przepisami starosta może wydać decyzję o zatrzymaniu uprawnień do kierowania pojazdami nie tylko w sytuacji, kiedy prawo jazdy zostało fizycznie zatrzymane przez policjanta. Starosta – a w praktyce urzędnik starostwa – może to zrobić zawsze wtedy, gdy stwierdzi dopuszczenia się jednego z powyższych czynów. Czyli na przykład wtedy, gdy kierowca przekroczy w terenie zabudowanym prędkość o ponad 50 km/h i stwierdzone to zostanie na podstawie zdjęcia z fotoradaru. Wtedy starosta wyda decyzję o zatrzymaniu prawa jazdy pod rygorem natychmiastowej wykonalności oraz zobowiąże kierowcę do zwrotu prawa jazdy.

Oczywiście można powiedzieć, że to nie jest jednoosobowe oraz subiektywne orzekanie o winie i wydawanie wyroku przez urzędnika czy policjanta, bo ustawodawca w swej wspaniałomyślności przewidział tryb odwoławczy. I tak od orzeczenia policjanta czy starosty będzie się można odwołać do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, a następnie do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Ale znając szybkość działania polskich instytucji sprawiedliwości to takie pisanie jest jak pisanie na Berdyczów. Nie sądzę żeby tryb odwoławczy był krótszy od 3-miesięcznego okresu, na jaki zatrzymywane będzie prawo jazdy.

Należy też wspomnieć, że kierowcom, którzy zdecydują się na jazdę mimo 3-miesięcznego zakazu, okres zatrzymania prawa jazdy zostanie wydłużony do 6 miesięcy. Jeśli mimo to będą prowadzić auto, zostaną im cofnięte uprawnienia do kierowania pojazdami. A wtedy odzyskanie prawa jazdy wiązać się będzie z koniecznością ponownego zdania egzaminu i spełnienia warunków przewidzianych dla osoby po raz pierwszy ubiegającej się o prawo jazdy. Czyli praktycznie można stracić prawo jazdy na zawsze w wyniku jednoosobowej subiektywnej opinii funkcjonariusza, który dopadną kierowcę za przekroczeniu prędkości, na miejscu go osądzi, wyda wyrok i wymierzyć karę. Tanie państwo prawa. Policjant i Sędzia w jednym.

dziennik pesymistyczny

Polski Harry Houdini

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Czy możliwe jest, aby mając ręce skute kajdankami za plecami wyjąć z kabury konwojującego policjanta pistolet, odbezpieczyć, przeładować a następnie oddać strzał?  Potrafiłbyś tego dokonać drogi czytelniku? A czy byłbyś na tyle sprytny aby zrobić to po pijaku, na tylnym siedzeniu samochodu, który właśnie pokonuje rondo?  Ja bym nie potrafił. Nie znam też nikogo, kto byłby tak uzdolniony. A jednak prokuratura znalazła biegłych, który uznali, że to możliwe.

– Ale nie uprzedzajmy faktów – jak mawiał klasyk.  W pewien wiosenny wieczór policjanci zatrzymali dwudziestotrzyletniego mężczyznę. Do aresztu konwojowało aresztanta dwóch funkcjonariuszy. Jeden prowadził auto, a drugi siedział z tyłu obok zatrzymanego. Podczas jazdy chłopak odebrał broń policjantowi siedzącemu obok niego a następnie śmiertelnie się z niej postrzelił.  Taka jest wersja policji i prokuratury która umorzyła śledztwo w tej sprawie.

Nikogo nie wzrusza fakt że taki czyn wymagał od tego chłopaka nadludzkiej wprost zręczności.  A może nawet umiejętności z pogranicza magii. Wielki Harry Houdini nie powstydziłby się takiej sztuczki. Według prokuratury żył w małej miejscowości na Mazowszu ktoś, kto był równie uzdolniony jak wielkim magik z Ameryki.  Dokonał tego co niemożliwe, jak się okazało na swoje nieszczęście.

Jak informuje prokuratura sekcja zwłok wykazała, że wlot pocisku znajdował się w bliskiej odległości od kręgosłupa, z tyłu, mniej więcej na wysokości paska od spodni. – Pocisk przemieszczał się przez ciało pod kątem 30 stopni, wylot pocisku był na brzuchu, po lewej stronie. W rezultacie utkwił w dachu pojazdu – informuje rzeczniczka tej instytucji.

Prokuratura powołała biegłych, którzy mieli wyjaśnić jak to się mogło zdarzyć, że pokrzywdzony mając skute ręce do tyłu kajdankami mógł wyjąć pistolet z kabury, przeładować go i strzelić sobie w plecy. W celu wyjaśnienia tej zagadki przeprowadzono eksperyment z udziałem pozorantów. Użyto tego samego samochodu, tych samych kajdanek oraz broni policjanta.

 I okazało się, że jest to możliwe. Podobno nie jest żadnym problemem to, że ma się ręce skute kajdankami na plecach, bo to dawało dużą manewrowość i można było swobodnie manipulować pistoletem w takiej pozycji. Również z opinii biegłych wynika, że w tej konkretnej sytuacji było możliwe wyjęcie z kabury pistoletu, przeładowanie go i oddanie strzału w swoją stronę.

To coś niesamowitego. Coś co mogłoby rozsławić Polaków na cały świat. Toż to przecież najprawdziwsza magia. I co ciekawsze okazuje się, że biegli wynajęci przez prokuraturą tą magie rozszyfrowali i potrafią ją, jak się domyślam, wielokrotnie powtórzyć. Wstyd, że się tego bardziej nie nagłaśnia. Przecież można by na taki pokaz prawdziwej magii bilety sprzedawać i duże pieniądze zarobić.

Jakoś nie mogę sobie wyobraził tego zdarzenia. Ale jak prokuratura i jej biegli tak ocenili to pozostaje mi wierzyć na słowo, choć bardzo chętnie zobaczyłbym taki eksperyment.

Ja bym na trzeźwo tak nie potrafił a co dopiero „pod znacznym wpływem alkoholu”. Trudno mi uwierzyć, że mocno pijany chłopak, ze skutymi na plecach rękoma, odbiera broń policjantowi, przeładowuje i następnie strzela do siebie. Jeśli tego nie zobaczę to nie uwierzę.  I choć nic nie sugeruje, to tak po prostu trudno mi w to uwierzyć. Ale możliwe przecież, że mieszkał w Polsce drugi Harry Houdini szkoda tylko, że zginał.

dziennik pesymistyczny

Rok nie wyrok, dwa lata w zawieszeniu też nie kara

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Wygląda na to, że w Polsce najlepszym narzędziem zbrodni stał się samochód. Za zabójstwo młotkiem, nożem, siekierą, za zastrzelenie z broni palnej czy za uduszenie swojej ofiary morderca niechybnie dostanie po schwytaniu i osądzeniu, jeśli nie najwyższą kare, to na pewno karę bezwzględnego pozbawiania wolności. Jeśli jednak zabije jadąc samochodem z prędkością ponad stu dziesięciu kilometrów na godzinę i nawet, jeśli dokona tego czynu na przejściu dla pieszych, to możesz liczyć jedynie na kare dwóch lat w zawieszeniu na pięć lat.

Ponad rok temu zawodowy kierowca Krzysztof I. pędził samochodem miejską ulicą z prędkością około 110 km/h. Wjechał na pełnej szybkości na przejście dla pieszych i na pasach potrącił dwie dziewczyny. Osiemnastolatka doznała ciężkich obrażeń ciała i zginęła na miejscu. Jej o rok młodsza koleżanka przeżyła, ale została ciężko poturbowana. Ponad tydzień spędziła w szpitalu i do dziś odczuwa zdrowotne skutki wypadku.

Prokuratura za czyn, którego dokonał Krzysztof I. zażądała dla niego dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na pięć lat, czyli za rozjechanie dwóch nastolatek na pasach zażądała drastycznie niskiej kary i do tego w zawieszeniu.

Sędzina Katarzyna Siczek w procesie karnym skazała oskarżonego na dwa lata pozbawienia wolności w zawieszeniu na pięć lat. Dodatkowo orzekła zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych przez pięć lat, wypłacenie po 10 tys. zł nawiązki dla każdego z rodziców zmarłej i 5 tys. dla dziewczyny która przeżyła potrącenie na pasach oraz dla obu rodzin pokrycie kosztów procesowych.

– Oskarżony przyznał się do stawianego mu zarzutu, w żaden sposób nie utrudniał postępowania – mówiła sędzia uzasadniając wyrok. – O taką karę prosił prokurator, a także sam oskarżony, który chciał dobrowolnie poddać się karze, choć rodzice, jako oskarżyciele posiłkowi żądali dla niego roku bezwzględnego więzienia.

Sędzina Katarzyna Siczek nie neguje faktu tragicznych skutków tego wydarzenia, jednak przyjęła wbrew stanowisku oskarżycieli posiłkowych, że czyn oskarżanego miał charakter nieumyślny. Mimo tego, że zawodowy kierowca pędził samochodem przez miasto ponad sto dziesięć kilometrów na godzinę, co już samo w sobie stanowiło naruszenie zasad ruchu drogowego przez oskarżonego i zdecydowanie było działaniem umyślnym, to jednak skutek, który spowodował, zdaniem sędziny, nie był objęty jego zamiarem.

– Dlatego to zdarzenie pozostaje tylko spowodowaniem wypadku o określonych skutkach w sposób nieumyślny – tłumaczyła pani sędzina. Czy to nie jest sygnał dla kierowców, że na ulicach miasta kierowcy łamiący ograniczenia prędkości i rozjeżdżający pieszych na pasach pozostaną prawie bezkarni? No niech nawet będzie, że kara jest, ale co to za kara w zawieszeniu, to sygnał, że rozjechanie kogoś nawet jadąc z nadmierną prędkością nie jest zabójstwem tylko tragicznym wypadkiem.

Wyrok w zawieszeniu tak naprawdę będzie dla sprawcy nieodczuwalny. Ten kto wsiada do samochodu i jedzie przez miasto z prędkością prawie 120 km/h musiał wiedzieć, że łamie przepisy i że może spodziewać się pieszych na przejściach. Musiał wiedzieć, że zderzenie z pieszym na przejściu będzie dla tego ostatniego śmiertelne. Musiał wiedzieć, że jeśli samochody stoją przed przejściem to stoją tam w określonym celu i omijanie ich jest śmiertelnym zagrożeniem dla przechodzących przez pasy. I dlatego ktoś taki bezwzględnie powinien mieć zarzut umyślności. Jednak polskie sądy często wydają w takich sprawach łagodne wyroki chociaż w żadnym innym europejskim kraju nie ginie tylu pieszych, co w Polsce.  To wynika z pobłażania kierowcom. Z niskich wyroków, ale też retoryki policji, która ostrzega tylko pieszych, tak jakby tylko oni byli winni tego, że giną na przejściach dla pieszych.

Może nadszedł czas żeby wzorem innych krajów zacząć traktować samochód jako niebezpieczne narzędzie? A kierowca będzie musiał pamiętać, że posiadając takie niebezpieczne narzędzie i używając go w zagrażający innym sposób ma zdecydowaną przewagę nad tymi, którzy takiego narzędzia nie posiadają. Prowadzący samochody muszą być świadomi faktu, że jadąc z nadmierną prędkością narażają na śmierć pieszych. A taką świadomość wymusi na nich tylko nieuchronność  kary pozbawienia wolności i to nie w zawieszeniu.

dziennik pesymistyczny

„roztropną troską o wspólne dobro”

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Było kilka minut przed świtem. Za oknem szarzało. Latarnie świeciły więdnącym blaskiem. To była ta właśnie magiczna chwila, ten właściwy moment w którym powinny kończyć się nocne Polaków rozmowy. Tak się jednak się nie stało.

– Będziesz głosował w wyborach prezydenckich – spytał przyjaciel nagle i jak najbardziej niespodziewanie z niedopasowaniem do chwili i nastroju. – Zdecydowanie nie – odparłem, próbując powrócić do atmosfery leniwego poranka. – A widzisz, popełniasz  błąd. Bo dobrowolna rezygnacja z udziału w wyborach jest grzechem zaniedbania, ponieważ jest odrzuceniem odpowiedzialności za losy Ojczyzny – wyrecytował szybko przyjaciel składając i odkładając  na stolik gazetą którą dotychczas czytał. – Dobrze się Szanowny Pan czuje? – zaniepokoiłem się stanem zdrowia  mojego partnera w rozmowie – Może wody podać dla odmiany? – wykazałem jak najbardziej logiczną troskę.

– Ludzie wierzący winni oddać głos na te osoby, których postawa i poglądy są im bliskie, a przynajmniej nie sprzeciwiają się wierze katolickiej i katolickim wartościom oraz zasadom moralnym – powiedział przyjaciel spoglądając na gazetę. – Musisz zagłosować oczywiście „właściwie”, czyli zgodnie ze swoimi przekonaniami moralnymi, pamiętając oczywiście jako Polak i katolik, że jest tylko jedna wykładnia moralności w tym kraju – dodał. Przypomniałem mojemu rozmówcy, że po pierwsze: ja nie głosuje z przyczyn które są mu znane od dawna. Po drugie: nawet jakbym zagłosował, to raczej nie brałbym pod uwagę wartości wyznawanych przez hierarchów kościoła katolickiego. A po trzecie: ten teatrzyk z czasową wymianą świń (z całym szacunkiem do świnek) przy korycie kompletnie mnie interesuje.

– Ja przecież tylko wskazuję ci właściwą drogę. Ja nie namawiam. Nie ograniczam sumienia.  Ja nie uzurpacje sobie prawa do nakazywania Ci czegokolwiek, ale moim obowiązkiem duchowym jest prowadzenie Cię właściwą ścieżką i przypominanie na każdym kroku o wyższości prawa bożego nad stanowionym przez ludzi oraz o tym kto ma monopol na interpretacje tegoż prawa bożego. Ja tylko przedstawiam Ci – jako Polakowi i katolikowi od niemowlęctwa – etyczne kryteria dotyczące twoich obowiązkowych przecież wyborów. A te kryteria nie podlegają żadnym kompromisom  – niezrażony moimi słowami przyjaciel kontynuował tyradę zerkając  co chwila na leżącą na stole gazetę.

– Czy mógłbyś przestać agitować mnie z samego rana? Do tego jeszcze nie swoimi poglądami i słowami – starałem się po raz kolejny przerwać jego męczące poranne wywody. – Nie jesteś księdzem biskupem.

– Nie jestem, ale przemawiam do Ciebie jego słowami, pamiętając przy tym, że duchowni nie powinni angażować się w kampanię wyborczą po żadnej ze stron, lecz respektować dojrzałość ludzi świeckich i „przez formację ich sumień pomagać im taką dojrzałość osiągnąć” – rzekł przyjaciel.

– Ale to co mówiłeś to typowa wyborcza agitka! – przypomniałem. – Powinieneś jeszcze dla kompletu wspomnieć o obronie ludzkiego życia od poczęcia do naturalnej śmierci, rodzinie opartej na trwałym małżeństwie mężczyzny i kobiety i o obronie wiary oraz o głosowanie na takich kandydatów którzy głoszą powyższe wartości. – Nie, nie mogę tego zrobić używając słów biskupa, bo przecież on jako kapłan nie jest ustanowiony dla polityki, ale dla formacji sumień tak, aby były one zdolne do podejmowania samodzielnych decyzji – powiedział przyjaciel po czym wstał, podszedł do kosza na śmiecie i ostentacyjnie wrzucił tam gazetę.  Świt poczerwieniał pierwszymi promieniami słońca.

dziennik pesymistyczny

Tyle mi zostało, co mi nakapało

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Super rząd w Brukseli oraz krajowy rząd w Warszawie mają wspólne plany jak na siłę uszczęśliwić Polaków wprowadzając, w trosce o ich zdrowie i czystość dusz, podwyżki cen alkoholu.  Wszak Polak, szarak i pracownik musi być trzeźwy każdego ranka gdy przystępuje do pracy. Polak nie powinien przynosić strat pracodawcy oraz państwu swym trwaniem w skacowaniu. Tą samą logiką kierowali się zapewne politycy w czasach słusznie minionych, gdy wprowadzali zakaz sprzedaży alkoholu do godziny trzynastej. Ale tak jak drzewiej, tak i teraz jest sposób, aby sobie z zakazami i podwyżkami poradzić. Przecież od zawsze wiadomo, że Polak potrafi… pędzić bimber.

Pewnego dnia, gdy po raz kolejny porządkowałem domowe archiwum, wpadł mi w ręce plan budowy domowej destylarni alkoholu. Pięknie wyrysowany ołówkiem schemat pokazywał jak w prosty i tani sposób, korzystając z ogólnie dostępnych materiałów, zbudować aparaturę do pędzenia bimbru.

Teraz, gdy oblepiona państwową akcyzą butelka wódki będzie kosztować co najmniej trzydzieści dwa złote, a pół litra piwa cztery złote nadszedł czas, aby przypomnieć sobie stare sprawdzone metody walki i oporu przed głupotą rządzących jakie stosowali nasi ojcowie i dziadowie.  Nadchodzi czas księżycówki.

Zastanawiam się coraz częściej czy nie warto upędzić trochę samogonu? Tak w ramach protestu oczywiście i dla kultywowania rodzinnych tradycji. Ale zaraz przychodzi – nomen omen – otrzeźwienie i przypominam sobie, że żyje w Polsce, a w tym kraju z zasady wszystko jest zabronione.

W wielu krajach wytwarzanie samogonu jest dozwolone. Ale w Polsce nadal nie wolno tego robić nawet na własny użytek. W kraju nadwiślańskim produkcja alkoholu etylowego jest dozwolona jedynie po uzyskaniu setki jak nie tysięcy zezwoleń. Jak się człowiek uprze, zostanie przedsiębiorcą, uzyska wpis do rejestru prowadzonego przez ministerstwo rolnictwa, spełni całe mnóstwo skomplikowanych warunków dotyczących bezpieczeństwa, spraw fiskalnych związanych z akcyzą oraz załatwi poprawnie sprawy kontroli jakości i produkcji  to, w tzw. składzie podatkowym pod ścisłą kontrolą celników, może zacząć produkcje alkoholu.

Ale jak każdy kto próbował uzyskać coś od urzędów wie, że łatwiej zostać neurochirurgiem niż legalnym gorzelnikiem. Czyli praktycznie oznacza to, że produkcja bimbru na własny użytek jest przez prawo całkowicie zabroniona i podlega karze do roku pozbawienia wolności, a w przypadku produkcji znacznych ilości, które tylko sugerują zamiar pokątnej sprzedaży, grozi kara do dwóch lat pozbawienia wolności.

Nasz prawodawca i państwowy nadzorca nadal uznają że Polakowi, który wyprodukuje na własne potrzeby litr bimbru należy się kara lub więzienie.  Bimber w majestacie prawa można produkować na terenie Czech. Tam roczny limit dla jednej rodziny został ustalony na poziomie trzydziestu litrów, których nie można wprowadzać do sprzedaży. Podobnie domowa produkcja jest dopuszczona m.in. w Austrii, Włoszech, Chorwacji oraz Niemczech. W Polsce nadal jednak obowiązują totalitarne regulacje prawne, bo przecież Polak to nie Włoch czy Chorwat. Temu kogo nie stać na wciąż drożejący alkohol w państwowo regulowanej cenie pozostaje zejść do głębokiego podziemia i w konspiracji produkować bimber na własne potrzeby, ciągle pamiętając słowa klasyka: „Tyle mi zostało, co mi nakapało. Jak przyjdzie milicja, będzie prohibicja”.

dziennik pesymistyczny

Kara za darmowe leki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Rozdawanie leków za darmo to prosta droga do urzędniczej kary.  Pewien lokalny polityk przekazał emerytom lekarstwa o wartości czterdziestu tysięcy złotych. Za ten czyn dostał od państwowej instytucji dwadzieścia tysięcy kary.

We wrześniu 2014 roku pewien pan działający z ramienia Fundacji Jana Pawła II postanowił pod jedną z pionkowskich aptek rozdać emerytom lekarstwa. Po darmowe leki przyszło – co jest sprawą jak najbardziej oczywistą zwarzywszy ceny medykamentów – bardzo dużo emerytów i osób starszych.

Nie wszystkim jednak podobało się takie darmowe rozdawnictwo i jak to u nas często bywa ktoś doniósł do Mazowieckiego Wojewódzkiego Inspektora Farmaceutycznego, że mogło dojść do naruszenia prawa. Urzędnicy z Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego pochylili się z troską nad tym przypadkiem i po kilku miesiącach wykryli, że takie rozdawanie leków za darmo to zło i nałożyli na Fundacje Jana Pawła II dwadzieścia tysięcy złotych kary. Urzędnicy stwierdzili w uzasadnieniu swojej decyzji, że akcja charytatywna była reklamą apteki, a prawo farmaceutyczne tego zabrania. Uznali, że „prawdopodobnie wzrosła znajomość apteki wśród mieszkańców Pionek, a sama apteka zaczęła się kojarzyć bardzo pozytywnie, jaka ta, w której są wydawane darmowe leki”. A to przecież całkowity skandal. Bo jak wiadomo leki muszą być drogie.

Przy okazji inspektorzy z Głównego Inspektoratu badając szkody, jakie wyrządziło darmowe rozdawanie leków wśród osób starszych oraz emerytów, dokonali bardzo ciekawego odkrycia. Stwierdzili mianowicie, że wspomniane osoby „z uwagi na wiek i zachodzące z tego względu procesy degeneracyjne mózgu, często nie potrafią obiektywnie ocenić sytuacji”.

No tak, przecież rozdawanie leków za darmo jak i czegokolwiek za darmo jest nie do przyjęcia. Tylko ten, kto jest w podeszłym wieku i ma zachodzące procesy degeneracyjne mózgu nie potrafiłby obiektywnie tego przyznać. Przecież już Milton Friedman – guru polskiej klasy panującej – już dawno stwierdził, że nie istnieje coś takiego jak darmowe obiady, więc co dopiero darmowe leki.

(źródło Pionki24.pl)

dziennik pesymistyczny

Zdrożeje wódka i piwo?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Cztery złote za butelkę pięcioprocentowego piwa i trzydzieści dwa złote za pół litra czterdziestoprocentowej wódki. Takie najnowsze propozycje specjalistów rządowych dotyczące cen minimalnych na alkohol zawarte zostały w projekcie Narodowego Programu Profilaktyki Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Miałby on obowiązywać od 2016 roku.

Jeśli głównym lub jedynym rozwiązaniem problemów alkoholowych wśród Polaków ma być podwyżka cen wódki to zdecydowanie nie jest to właściwa droga. Ten kto pije, i ma z tym swym piciem wielki problem, nie przestanie pić tylko, dlatego że jakiś specjalista rządowej agencji wpadł na pomysł by za pół litra wódki uzależniony od alkoholu zapłacił o trzydzieści pięć procent więcej.

Jedna z licznych rządowych agencji opracowała program Narodowej Profilaktyki Rozwiązywania Problemów Alkoholowych gdzie postanowiła zaproponować podwyżkę cen alkoholu, jako najlepsze ich zdaniem rozwiązanie problemu nadmiernego spożycia wśród Polaków. Oprócz tego twórcy Narodowego Programu Profilaktyki Rozwiązywania Problemów Alkoholowych wpadli na pomysł, aby ograniczyć liczbę lokali sprzedających alkohol. W założeniach Programu zamierza się zredukować liczbę lokali, które mogą sprzedawać alkohol tak, by jedno miejsce gdzie dostępny jest alkohol  przypadało od tysiąca do półtora tysiąca mieszkańców okolicy. Obecnie szacuje się, że na jeden lokal przypada około trzystu obywateli.

Po za tym rządowi specjaliści wpadli na pomysł całkowitego zakazu reklamy alkoholu. Kompletnie ignorując fakt, że wódka i piwo jest reglanie sprzedawanym produktem w Polsce, od którego państwo pobiera ogromny haracz w postaci podatków.

– Polityka cenowa to jeden z najskuteczniejszych elementów walki z alkoholizmem – mówi mediom wiceminister zdrowia. Jak tłumaczy ten państwowy urzędnik, w Polsce około sześćdziesięciu procent konsumpcji alkoholu stanowi piwo. – To pokusa dla młodych osób. Ścieżka do szybkiego upicia się. Nie ma kultury spożywania piwa dobrej jakości – komentuje. Wygląda na to, że jakby cena piwa wynosiła tysiąc złotych za butelkę to problem uzależniania od alkoholu wśród młodzieży zniknąłby całkowicie i to już w styczniu 2016 roku zaraz po wprowadzeniu zapisów proponowanych w Narodowym Programie Profilaktyki Rozwiązywania Problemów Alkoholowych.

Pewnie minimalna cena alkoholu byłaby również wspaniałym sposobem na wsparcie kasy polskiego państwa, bo wtedy łatwiej byłoby zaplanować i kontrolować wpływy do budżetu z akcyzy na alkohol. Dlatego nie dziwię się radości ministra z podwyżek cen alkoholu, w końcu przecież zatrudnia go państwo a państwo czerpie korzyści z podatków od cen wódki i piwa.

– Takie decyzje prowadziłyby do zaburzeń na rynku. Cena nie jest najskuteczniejszym instrumentem ograniczenia nieodpowiedzialnej konsumpcji alkoholu – uważa przedstawiciel Związku Pracodawców Polskiego Przemysłu Spirytusowego.

Ale nie tylko branża spirytusowa zaniepokojona jest planami rządu. – Ja ciągle jestem pijany, ewentualnie mogę być mniej lub bardziej pijany. Jeśli wódka będzie za droga, to ludzie będą pić świństwa albo pędzić bimber – mówi Pan Staszek, alkoholik z wieloletnim stażem, zapytany przez nas o komentarz na temat planów rządu.  – Tak to jeszcze coś zostawało z tego, co ten mój wydawał na wódkę, to i co kupił czasami dla mnie czy dla dzieciaków. A teraz jak droższa wódka będzie to wszystko wyda na gorzałę – dodaje pani Janina, żona pana Staszka.

dziennik pesymistyczny

Dieta alkoholowa odpowiedzą na presje fitnessjugend

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

To była tylko kwestia czasu aż moda na bycie fit dojdzie do Polski. No i stało się, teraz wszyscy moi znajomi biegają, chodzą na długie spacery, jeżdżą na rowerach, podskakują, wymachują, pływają, wylewają siódme poty podnosząc żelastwa w siłowniach, no i oczywiście odchudzają się. Jako że Bozia obnażyła mnie genetycznym wręcz wstrętem do wysiłku fizycznego, moją odpowiedzą na presje wyznawców fitnessjugend będzie dieta alkoholowa.

Teraz wszyscy chcą być fit, bo tak chce moda, a wiadomo jak moda to standaryzacja. Jak odstajesz od normy to już masz mniejsze szanse na sukces i powodzenie, tak w życiu osobistym jak i karierze zawodowej. Jesteś gorszy, bo masz za dużo kilogramów. Oponka czyli wystający brzuszek jest jak piętno które musisz nosić i znosić. Ale nie martwcie się wszyscy Ci, którzy nie biegacie i nie jeździcie na rowerze, nie jecie zieleniny i nie pijecie przecierów z cykorii. Są diety i dla was.

Jak wyczytałem w wszechwiedzącym internecie w przedwojennych podręcznikach dla studentów medycyny znajduje się ciekawa dieta alkoholowa która polegała na tym, że do bardzo skąpego menu typu 100 g chudego mięsa 3 razy dziennie lub 1500 g warzyw należało wypić 100 g wódki na dobę. Autorzy tej diety wychodzili z założenia, że alkohol przyspiesza przemianę materii i powoduje szybki spadek masy ciała. Jeśli nie wystarcza wam wiedza z ubiegłego wieku proponuje zapoznać się z badaniami amerykańskich naukowców z Uniwersytetu Columbia w stanie Missouri, którzy donieśli na łamach dziennika Scienc Daily o najnowszej modzie – odchudzaniu poprzez picie alkoholu.

Ta nowatorska dieta od pewnego czasu dołączyła do grona diet stosowanych przez pragnącą chudości ludzkość. Na czym polega nietypowa dieta alkoholowa? Otóż drunkoreksja (od „drunk” – pijany i „anorexia” – anoreksja) – bo o niej tu mowa – zabrania jedzenia normalnych posiłków. Trzeba je wyeliminować lub przynajmniej ograniczyć. Nie jemy pokarmów, aby pozostawić miejsce na alkohol. Niekiedy kontrolowanie własnej sylwetki ma tak daleko zakrojoną formę, że przybiera skrajną postać – prowokowanie wymiotów przed stadnym chlaniem gorzałki, by nie mieć problemów z nadliczbowymi kaloriami spożytymi wraz z piciem, bo kieliszek wódki czystej 50 ml to przecież 110 kcal.

Dieta alkoholowa, tak jak większość innych diet jest podyktowana chęcią posiadania szczupłej sylwetki. A że wielu z nas lubi imprezować, ale też bardzo wielu na poważne spożywanie napojów alkoholowych w dużych ilościach po prostu nie stać z powodów finansowych to nic dziwnego, że często stajemy przed dylematem: zjeść czy wypić.  Drunkorexia jest odpowiedzią na to iście makbetowskie pytanie. Stosujący dietę nie jedzą, ale za to piją alkohol, przez co oszczędzają i kalorie, i pieniądze. Chcą zachować szczupłą sylwetkę i pełny portfel, co pozwoli im na intensywniejsze picie alkoholu. Genialnie w swej prostocie prawda?

Efekty takiej diety są niezwykłe i występują szybko. Z tym, że taka dieta przeważnie prowadzi do wielu groźnych schorzeń, ale jak to mówią: coś za coś. Żyj szybko, umieraj młodo i wyglądaj świetnie!

Ps. Dla tych, którzy uznali mój tekst za promocje alkoholizmu przypominam, że przed przejściem na dietę warto skonsultować się ze specjalistą, lekarzem, dietetykiem bądź poszukać pomocy w poradni alkoholowej.

dziennik pesymistyczny

Wojna o panowanie w powietrzu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Niedawno zarząd Portu Lotniczego w moim prowincjonalnym mieście uznał w swej nieprzeniknionej mądrości, że realnym zagrożeniem dla operacji lotniczych (które mogłyby się tam odbywać w bliżej nieustalonej przyszłości) stanowią gołębie ze znajdujących się w okolicach lotniska hodowli. Teraz decydenci z lotniska twierdzą ze stanowczością, że czas na nową wojnę z ptactwem o panowanie w powietrzu. Wypowiedzieli więc wojnę bocianom.

Ten Port Lotniczy to jedno z najdziwniejszych lotnisk w skali światowej.  Mają tam już wszystko. Wspaniałą hale dworcową, stanowiska obsługujące granice państwową, służbę celną, ochronę, profesjonalną obsługę pasażerską, kilka sklepów, radiolatarnie, najnowocześniejsze wozy straży pożarnej, spory parking oraz miejsca dla rowerów, tylko im pasażerów i lądujących regularnie samolotów tam brakuje.

Pod dostatkiem jest tam jednak nudy, więc z tej nudy zabrali się za wojnę o panowanie w powietrzu. Od dawna już wysyłane były w teren lotne (z nazwy) brygady pracowników portu lotniczego, którzy informowali mieszkańców o niebezpieczeństwie, jakie dla ruchu lotniczego stwarzają gołębie. Specjalni agenci pod koniec 2013 roku dokonali identyfikacji i inwentaryzacji 105 czynnych gołębników.  Pojawiły się obwieszczenia wzywające do likwidacji tychże siedlisk zagrożenia.  Jesienią 2014 roku przeprowadzona została akcja informacyjna w najbliższym otoczeniu lotniska. Dodatkowo ustalono kolejne 40 gołębników. Wszyscy właściciele tych obiektów otrzymali materiały informacyjne i pokwitowali ich odbiór. Egzekwowaniem wezwań do likwidacji zajęła się policja i straż miejska. Przy takiej przewadze sił i środków ptaki nie miały szans.  Wojna z gołębiami została wygrana.

Kilka dni temu w miejscowości położonej tuż przy lotnisku, służby energetyczne zniszczyły bocianie gniazdo. Ptaki w swej desperacji je odbudowywały, ale nie mają już szans na pobyt w tym miejscu. Decydenci z lotniska uznali, że bociany zagrażają i że ptaki mają się wynieść i już.

Mieszkańcy stanęli w obronie ptaków interweniując w różnych instytucjach. Nic to jednak nie dało. Był wniosek Portu Lotniczego, była opinia jakiegoś ornitologa ze Szczecina, była decyzja i jest eksmisja bocianów.

Według badań ornitologów, w całym powiecie położonym w okolicach lotniska znajduje się 255 bocianich gniazd. Nikt nie wie ile jeszcze z tych ptaków będzie stanowić „realne zagrożenie dla operacji lotniczych”. Warto jednak przypomnieć, że na tym prowincjonalnym lotnisku już od lat nie odbywał się i nie odbywa regularny ruch pasażerski, więc przez panującą tam wśród zarządu i pracowników przejmującą nudę można się spodziewać zaostrzenia wojny z ptactwem o panowanie w powietrzu.  Bo przecież czymś z nudów trzeba się zająć.

dziennik pesymistyczny

Komu dzwoni ten odpowie przed sądem za zakłócenie mszy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Jakby ktoś pytał to od dwóch godzin jestem z tobą cały czas i pijemy sobie – wyszeptał mi do ucha przyjaciel. Wpadł do knajpy zdyszany, cały mokry od potu. Zrzucił płaszcz, usiadłszy przy stoliku zakrył się przed światem rozpostartą płachtą gazety.  – Przepraszam, co się szanownemu panu przydarzyło – zapytałem wpatrując się tam gdzie za papierowym parawanem spodziewałem się jego twarzy. – Uciekam, kryj mnie – usłyszałem dyskretny szept. – Polej, musimy być wiarygodni w zeznaniach, że piliśmy, a ja trzeźwy jestem jak ryba – dodał. Spełniłem jego prośbę.

Po dłuższej chwili i po kilku głębszych trochę się uspokoiwszy, mój przyjaciel opowiedział mi co go spotkało. – Byłem w kościele i tam, tak w połowie mszy,  zadzwonił mój telefon. Szukałem go po kieszeniach, w torbie a ten dzwonił i dzwonił. Gdy go w końcu zlokalizowałem i wyłączyłem, ten zaczął ponownie dzwonić. I tak kilka razy. Znów wyłączyłem i gdy podniosłem wzrok zobaczyłem, że wszyscy wierni zebrani w kościele, ksiądz przy ołtarzy, ministranci i nawet kościelny, wszyscy patrzą na mnie nienawistnym wzrokiem – opowiadał z przejęciem przyjaciel. – Wtedy zrozumiałem, że już po mnie. Uciekłem z kościoła co sił w nogach. A teraz błagam Cię mój przyjacielu, daj mi alibi, może policja uwierzy, że to nie byłem ja, że to nie ja tym telefonem w kościele dzwoniłem – dodał.  I tak mnie prosił, tak prosił, że się zgodziłem skłamać organom, choć z natury jestem prawdomówny.

– A dlaczego sądzisz, że coś ci grozi za ten dzwonek telefonu w kościele? Przecież za to nie wsadzają do pierdla – spytałem, gdy już się nieco uspokoił. – I tu się szalenie mylisz przyjacielu – odparł. Po czym zaczął poszukiwać czegoś w torbie. Wyciągnął z niej tablet, coś tam na nim postukał i podstawił mi go pod nos. – Poważne zarzuty usłyszał 20-latek, który zakłócił mszę w kiełkowskim kościele (województwo podkarpackie). Mężczyzna w tracie obrządku zaczął głośno rozmawiać przez telefon. Oburzeni mieszkańcy wyprowadzili go z budynku, a następnie zawiadomili policję – przeczytałem z ekranu. Zamurowało mnie. Zaproponowałem żebyśmy natychmiast wypili, bo uznałem, że na trzeźwo ten świat zdecydowanie jest nie do przyjęcia.

– Ponieważ 20-latek sprzed budynku odjechał samochodem, funkcjonariusze ustalili, kto jest właścicielem pojazdu. Następnie zatrzymali mężczyznę. Postawiono mu zarzut złośliwego przeszkadzania w publicznym odprawianiu aktu religijnego – przeczytałem kolejne linijki artykułu. Nie mogłam uwierzyć. Wiele nieprawdopodobnych rzeczy widziałem, a o wielu słyszałem, przecież mieszkam w Polsce, ale coś takiego było dla mnie nowością.

– Teraz rozmowny wierny poniesie konsekwencje przeszkadzania we mszy. Oprócz grzywny może na niego zostać nałożona kara ograniczenia lub pozbawienia wolności – przeczytał zakończenie tekstu mój przyjaciel, bo ja trwałem w osłupieniu. Zabrałem mu tablet i sprawdziłem: tekst na tym portalu informacyjnym umieszczono 2 kwietnia 2015 o 12: 39, a więc to nie primaaprilisowy żart. – No to masz przyjacielu szczęście, mogłeś za to zakłócenie aktu religijnego przez twój dzwoniący niewczas telefon pójść pierdzieć w pasiaki – stwierdziłem. Postanowiliśmy wypić za ocalenie przyjaciela i za tego nieszczęśnika z kiełkowskiego kościoła w województwo podkarpackie.