Yearly Archives

78 Articles

dziennik pesymistyczny

Gliniarz, paralizator oraz prokurator

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Prokurator nie skrzywdzi funkcjonariusza, bo przecież obaj działają w ramach jednego układu państwowego. Policjant który raził prądem anarchistów nie stanie przed sądem, bo prokuratura chce dla niego warunkowego umorzenia sprawy. Bo „szkodliwość społeczna nie była znaczna”. Pewnie dlatego, że to osoby należące do tej samej grupy interesów, do tej samej grupy zawodowej i nie będą robiły sobie krzywdy.

Prawie dwa lata temu podczas wykładu na Uniwersytecie pewien ksiądz profesor nauczał wiernych, że gender nie jest nauką, lecz ideologią prowadzącą do dewastacji człowieka i rodziny. Wykład osoby duchownej zakłóciła grupa anarchistów komentując głośno słowa wielebnego, klaszcząc w dłonie, tańcząc i biegając po sali.

Takiej bezbożności i braku poszanowania dla osoby duchownej nie zdzierżyli policjanci w cywilu. W obronie moralności i ładu społecznego chcieli usunąć anarchistów z sali. Doszło do szamotaniny. Starszy aspirant w cywilu tak się zapalił do roboty, że potraktował protestujących prywatnym paralizatorem, co uwieczniono na nagraniach z telefonów komórkowych. Anarchiści nie niszczyli mienia, nikogo nie atakowali, a jedynie bawili się w berka z policjantami.  Mimo tego funkcjonariusze użyli prywatnych paralizatorów, choć nawet gdyby były to państwowe paralizatory a nie prywatne to i tak nie mieliby prawa ich użyć.

To zupełnie jasne nawet dla trzyletniej dziewczynki – parafrazując klasyka – że użycie prywatnego paralizatora przez policjanta w cywilu było niedopuszczalnie. Policjantom nie wolno używać prywatnej broni, chyba, że ich życie byłoby zagrożone. A tu nie zachodziły takie okoliczności.

Gdy o sprawie zrobiło się głośno policjant który użył paralizatora przyjął zaskakującą linię obrony. Tłumaczył, że tylko straszył anarchistów latarką, która imituje trzask wyładowania elektrycznego i świeci na niebiesko. Oczywiście policjant nie pokazał tej „latarki”, bo ponoć ją zgubił. Przełożeni oczywiście mu uwierzyli.

Natrętni anarchiści nie dali za wygrana i powiadomili o przestępstwie prokuraturę. Śledztwo trwało półtora roku. Powołano nawet biegłego który wydał jednoznaczną opinię, że policjant zaatakował demonstrantów paralizatorem w wyniku czego trzy osoby zostały porażone prądem.

Policjant dostał co prawda w prokuraturze zarzuty przekroczenia uprawnień oraz naruszenia nietykalności cielesnej trojga anarchistów. Groziły mu za to trzy lata więzienia. Ale przecież jak wiadomo, kruk krukowi oka nie wykole. Choć prokuratura postawiła funkcjonariuszowi zarzuty, to wcale nie chciała jego skazania. Zamiast aktu oskarżenia do sądu skierowano wniosek o warunkowe umorzenie sprawy. Bo szkodliwość społeczna czynu nie była znaczna.

W ocenie państwowej prokuratury wynikało, że co prawda policjant złamał prawo rażąc prądem pokrzywdzonych, ale „sytuacja była dynamiczna, a zachowanie pokrzywdzonych prowokacyjne”. Wygląda na to, że anarchiści sami sobie byli winni, bo się wręcz domagali oberwania paralizatorem.

W ocenie geniuszy sprytu z prokuratury policjant miał co prawda prywatny paralizator którego mieć nie powinien, ale jego kolega wyjaśnił, że to do ochrony przez niebezpiecznymi psami, więc prokuratura uznała, że jak tam ma, to niech sobie ma. Prokuratura stwierdziła, że nie można było pokrzywdzonych razić prądem, ale spojrzała na sprawę kompleksowo i wnioskowała umorzenie sprawy.

– Tak ją oceniliśmy, ma pan prawo się z tym nie zgadzać – mówi przedstawicielka prokuratury w rozmowie z dziennikarzem. No całkiem jak w Misiu: Cham się uprze i mu daj. Jak się w Polsce chce przeczyć to trzeba pamiętać, że policjant jak na służbie tak i w cywilu ma zawsze racje. Nie po to mu państwo dało władze nad tłuszczą żeby się teraz tłumaczył. A jak już musi to go prokurator po znajomości wybroni. A jak i to nie pomoże, to może sąd da wiarę mundurowemu, bo jak już kiedyś pisałem, nie znajdzie podstaw żeby nie wierzyć funkcjonariuszom m.in. ze względu na ich dobrą znajomość prawa i pełnioną funkcję. Cóż pozostaje nam tylko mieć mocną skórę i szybkie nogi, bo ta sprawa to jasny sygnał, że łamanie prawa przez policjantów uchodzi bezkarnie.

dziennik pesymistyczny

Trudne pytania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Skąd Prawy Sektor ma samochód na polskich tablicach rejestracyjnych? – pyta siebie i swoich czytelników serwis informacyjny Kresy.pl. Ja tam nie wiem, choć mam pewne domysły, ale ta dociekliwość dziennikarzy zainspirowała mnie to zadania innego pytania: skąd u mojego sąsiada samochód na brytyjskich numerach rejestracyjnych? A może zapytam ogólniej: skąd tyle w Polsce samochodów na zagranicznych tablicach? To pewnie jakiś antypolski spisek.

– Skąd Prawy Sektor ma samochód na polskich tablicach rejestracyjnych? – zastanawiają się dziennikarze z Kresów.pl. To wstrząsające w swej wymowie pytanie zilustrowane było zdjęciem uzbrojonych mężczyzn stojących przy samochodzie na polskich numerach rejestracyjnych.  No i teraz ja też nie mogę się nadziwić, dlaczego nigdy nie zadałem sobie tak oczywistego pytania. Bo przecież, co dnia widuje w moim mieście po kilka samochodów na obcych tablicach. No i jak głupol nigdy nie zadałem sobie tak oczywistego pytania: skąd w moim mieście samochód na zagranicznych tablicach rejestracyjnych?

Przecież tylko dziś widziałem parkujące pod komendą policji auto na niemieckich blachach. Ja tam nie wiem, co to oznacza i skąd tam ten samochód, ale zasadne jest przecież, w świetle dziennikarskiego pytania, moje skromne pytanko: skąd przed komendą policji samochód na niemieckich numerach rejestracyjnych? Na niemieckich podkreślam. Ale to nie dość. Kilka przecznic dalej widziałem samochód na rosyjskich tablicach. Grubo prawda? Czyżby oznaczałoby to prawdziwy spisek?

Dziękuje wam dziennikarze serwisu Kresy.pl za to pytanie, które zmieniło mój ogląd na świat. Ileż to razy mijałem bezrefleksyjnie samochody osobowe, ciężarówki czy motocykle na obcy numerach rejestracyjnych i nie zadawałem sobie tak zasadnego i oczywistego przecież pytania: skąd u Polaków takie samochody? Ale teraz otworzyły mi się oczy. Teraz świat wygląda inaczej. Teraz wiem, że to pewnie jakiś ogólnoświatowy spisek wymierzony w naszą ojczyznę, bo przecież te liczne samochody na obcych rejestracjach to nie może być przypadek. To musi być jakieś wrogie i celowe działania określonych środowisk. A może nawet służb?

– Skąd Prawy Sektor ma samochód na polskich tablicach rejestracyjnych? – pytają z troską dziennikarze z Kresów.pl, ale nie ośmielili się odpowiedzieć na to pytanie. Słyszałem plotki, że po prostu nie opłaca się Ukraińcom przerejestrowywać samochodów, bowiem cło na samochody wwożone z Unii wynosi u nich osiemdziesiąt procent. Ale to nie może być tak proste. To nie jest właściwa odpowiedz. Nie, to nie możliwe, przecież dziennikarze zajmujący się na co dzień sprawami naszych wschodnich sąsiadów musieliby o tym wiedzieć?  To pewnie coś więcej. Tak byłoby za prosto.

Skąd Prawy Sektor ma samochód na polskich tablicach rejestracyjnych? Ba, to jest trudne pytanie. Ale przez Kresy.pl teraz dręczyć mnie będzie inne pytanie: skąd u mojego sąsiada samochód na brytyjskich numerach rejestracyjnych?

dziennik pesymistyczny

Zależności miedzy lotniskiem a sławojką

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Chciało się mieć lotnisko to teraz trzeba cierpieć. W moim prowincjonalnym mieście mamy lotnisko na europejskim poziomie choć jednak na skale naszych możliwości, bo rzadko lądują na nim samoloty. Mamy za to całkiem nowe przepisy. Teraz większość inwestycji, nawet tych zlokalizowanych pod ziemią, musi być uzgadniana z Urzędem Lotnictwa Cywilnego.

Przy wydawaniu zezwolenia na działalność lotniska została opracowana pewnego rodzaju dokumentacja, która m.in. pokazuje obszar ograniczeń w odniesieniu do obiektów, które można na tym terenie wybudować. Ten obszar ograniczeń to praktycznie osiemdziesiąt pięć procent powierzchni mojego miasta.

– Dla takich obszarów ograniczeń jest wymóg uzgadniania wszystkich projektów decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania z prezesem ULC. Nie chodzi o wysokość obiektu, przepisy nic na ten temat nie mówią, więc uzgadniać trzeba nawet sieć uzbrojenia podziemnego – wyjaśnia wicedyrektor wydziału architektury urzędu miejskiego w jednej z lokalnych gazet.

Wygląda na to, że jeśli chciałbym, tak w ramach radosnej twórczości, wybudować sobie sławojkę na swoim własnym gruncie, który leży w obszarze ograniczeń, to moja inwestycja sanitarna musiałaby być konsultowana z Urzędem Lotnictwa Cywilnego. Całe szczęście, że nie muszę robić tego sam, ten przywilej weźmie na siebie magistrat. Zastanawiające jest też to, że (jeśli dobrze interpretuje przepisy, a chyba dobrze), jeśli nawet chciałbym wykopać ziemiankę na swojej działce to, choć nie miałaby ona żadnej wysokości a raczej głębokość, to i tak urząd przed wydaniem mi pozwolenia na inwestycje musiałby skonsultować sprawę z ULC. Ciekawostką jest też to, że nawet zmiana sposobu użytkowania obiektu wymaga decyzji o warunkach zabudowy uzgadnianej z wieloma instytucjami, także z ULC czy wojskiem. Ale jak chciało się mieć lotnisko?

Jak to często bywa w krainie pieczątkowców, czyli w Polsce, ta urzędnicza formalność – jak twierdzi magistrat – może potrwać, ale nikt nie wie jak długo, bo z przepisów to nie wynika. Nie ma terminu, w jakim powinien Urząd załatwić sprawę. Trzeba czekać. No i oczywiście nie ma trybu odwoławczego, można zażądać tylko ponownego rozpatrzenia sprawy. Czyli jeśli chcesz obywatelu miasta z lotniskiem wybudować sobie sławojkę, to nim magistrat wyda Ci pozwolenie na tą inwestycje, skonsultuje sprawę twojego kibelka z Urzędem Lotnictwa Cywilnego. Może i z lotniska rzadko, co odlatuje, ale ktoś na pewno w tej sprawie bardzo odleciał.

dziennik pesymistyczny

Cios w twarz od policjanta czyli nietykalność cielesną funkcjonariusza

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W pewnej gminie zdarzyła się interwencja policji. Należy w tym miejscu podkreślić, że była to interwencja w całkowicie słusznej sprawie ochrony porządku publicznego. Jak to często bywa w takich sytuacjach świadkowie zdarzenia zaczepiali policjantów. Radzili ich, nie przebierając w słowach, co też mają mundurowi czynić i jak się zachowywać, więc siłą rzecz doszło do szarpaniny. W pewnym momencie jeden z gapiów otrzymał cios w twarz od policjanta a inny został zwyzywany rasistowskimi odzywkami oraz brutalnie popchnięty. Co na to policja? Policja tradycyjnie mówi o naruszeniu nietykalność cielesnej funkcjonariusza publicznego na służbie.

Ja naprawdę nie mam żadnej obsesji na punkcie służ mundurowych. To, że państwowe organy przymusu społecznego są częstym tematem moich tekstów wynika tylko i wyłącznie z ich szczególnego upodobania do nadużywania własnej władzy i własnych uprawnień. Może mam małą  alergie na funkcjonariuszy wyniesioną z czasów ustroju słusznie minionego i pogłębioną w czasach „wolności”, ale to chyba nie przyczyna, lecz skutek.

Ale do sprawy. Policjanci obezwładnili mężczyznę, który awanturował się w tramwaju. Dokonywali tego w asyście gapiów.  Jeden z nich chciał pomóc zatrzymanemu, bo uważał, że ten ma atak padaczki. Doszło do szarpaniny w wyniku której funkcjonariusz uderzył jednego z gapiów w twarz. Policjanci twierdzą, że przechodnie przeszkadzali im w pracy. A to że obywatel dostał w dziób, to się tam kiedyś wyjaśni w odrębnym postępowaniu oczywiście.

 – Zakuli go w kajdanki, psiknęli gazem i przewrócili na ziemię. W tym momencie ten pan dostał prawdopodobnie ataku padaczki. Ja chciałem mu udzielić pomocy, policjanci nie dopuścili mnie, odpychali, zaczęła się szamotanina – powiedział pan Piotr – ratownik medyczny – na antenie TVN24. Tą próbą niesienia pomocy pan Piotr podobno dotkliwie znieważył funkcjonariuszy i naruszył ich nietykalność cielesną. Mundurowi w ich mniemaniu słusznym odwecie zwymyślali pana Piotra rasistowskimi wyzwiskami. – Osoby postronne nie powinny zachowywać się (tak) w stosunku do policjantów. Przechodnie zachowywali się wulgarnie, nie mając pojęcia o tym, co robią funkcjonariusze – tradycyjnie tłumaczył zachowanie funkcjonariuszy podkomisarz z policji dodając oczywiście coś o naruszeniu nietykalność cielesnej funkcjonariusza publicznego na służbie.

Ja rozumiem, że czasami policjanci działając zgodnie z prawem używają siły, ale chyba powinno to zdarzyć się tylko wtedy, kiedy jest to konieczne. W tym przypadku funkcjonariusze założyli mężczyźnie kajdanki, po czym psiknęli gazem i zatrzymanego delikwenta przewrócili na ziemię. Tak wynika z relacji świadka. Gazem zakutego w kajdanki? Trochę dziwne. Ale dziwniejsze są rasistowskie odzywki policjanta w stosunku do świadka zdarzenia, który tylko chciał nieść pomoc. A już najdziwniejsze jest to, że jeden z gapiów otrzymuje cios w twarz od policjanta. Czy to klasyczne zachowanie organów mundurowych?  Kto tu komu naruszył nietykalność?

Ja, jak widzę mundurowego, to choć jestem z natury i wychowania najspokojniejszym i najniewinniejszym człowiekiem pod słońcem to jednak czuje strach. To jak z wielkim niebezpiecznym psem (porównanie nie zawiera żadnych podtekstów).  No, czuje irracjonalny strach, nic na to nie poradzę, ale z drugiej strony przecież już samą swoją obecnością mogę naruszyć „nietykalność cielesną funkcjonariusza publicznego” za co grozi kara grzywny lub „pozbawienia wolności do lat 3”. Albo przynajmniej zarobić w dziób od policjanta, więc strach jest.

dziennik pesymistyczny

Religijni obrażalscy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Pewien pan przebrał się za Jezusa. – No i co z tego – zapyta ten i ów. Przecież wielu jest takich co w przepraniu Chrystusa uczestniczy w religijnych rytuałach kościoła rzymskokatolickiego. Ale ten pan co się przebrał za Jezusa, i to w Boże Ciało, nie śpiewał na chwałę i nie maszerował ku chwale, ten jegomość po prostu siedział przy stoliku, popijał kawę i machał do idących w pochodzie.  A to przecież coś niebywale obraźliwego dla niektórych wiernych. Dlatego też jeden z nich uznał występ pana przebranego za Jezusa za obrazę jego uczuć religijnych po czym powiadomił prokuraturę. Podobnie takie uczucia obraził Prezydent Słupska.  Do tamtejszej Prokuratury Okręgowej wpłynęło zawiadomienie dotyczące usunięcia z gabinetu Prezydenta obrazu przedstawiającego św. Jana Pawła II.

Dla pan, zwanego „Człowiekiem Motylem”, to nie pierwszy pozew o obrazę uczuć religijnych. Doniesienie do prokuratury złożył już cztery lata temu pewien ksiądz proboszcz Ireneusz, po tym jak wspomniany pan przebrał się za motyla i dołączył do procesji. Miał na sobie rajtuzów oraz obcisłą koszule. Na głowie druciki z piłeczkami pingpongowymi imitujące czułki. Posiadał też skrzydła z cienkiej tkaniny naciągniętej na druciany stelaż, przyozdobione czerwonymi kropkami. Tak przebrany, gdy zobaczył procesję, przyłączył się do niej, a właściwie to pląsał między wiernymi.

Kilka dni później na stronie katedry ks. proboszcz Ireneusz zamieścił oświadczenie, w którym napisał, że wierni są oburzeni zachowaniem osoby przebranej za motyla. Stwierdził, że incydent „zaburzył przebieg procesji Bożego Ciała. Zaś reakcja wiernych oraz kapłanów każe sądzić, że doszło do obrazy uczuć religijnych”. No i natychmiast zawiadomił prokuraturę, jednak ta odmówiła wszczęcia postępowania. Prokurator nie dopatrzył się bowiem złośliwego przeszkadzania w obrzędzie religijnym. Uznał też, że zachowanie artysty nie poniżało wiernych.

W ostatnie katolickie święto Bożego Ciała pan, zwany „Człowiekiem Motylem”, tym razem przebrał się za Jezusa. Usiadł przy turystycznym stoliku, spokojnie popijał kawę machając do wiernych idących w procesji. Ale nie wytrzymał takiej obrazy pewien wierny kościoła rzymskokatolickiego, który złożył doniesienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Jego zdaniem performer w przebraniu Jezusa obraził uczucia religijne jego i innych wiernych. Prokuratura prowadzi postępowanie sprawdzające.

Do Prokuratury Okręgowej w Słupsku wpłynęło zawiadomienie dotyczące usunięcia z gabinetu Prezydenta tego miasta obrazu przedstawiającego św. Jana Pawła II. Takie bezbożne usuniecie obraziło pewnego pana Ryśka z Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami i Przemocą. Pan Rysiu uważa bowiem, że prezydent Słupska znieważył św. Jana Pawła II a tym samym uczucia religijne tym, że bezprawnie „usunął ze swojego gabinetu wizerunek świętego, który jest obiektem czci religijnej”. –  Chroni go Kodeks Karny  – mówił na antenie TVN24 pan Ryszard. – Schował ten obraz do piwnicy, a dopiero w niedzielę trafił on do kościoła – dodał zatroskany.

No dobrze, ja co prawda nie wpadłem na pomysł przebrania się za Jezusa, czym niechybnie obraziłbym uczucia religijne. Ale za to kilka tygodni temu pewna pani zobaczywszy moją brodatą i zakapturzoną twarz uznała, że przypominam Jezusa.  Następnie, nie dalej jak tydzień temu, znajomy uznał mój brodaty wygląd za łudząco podobny do przedstawicieli przedwojennej społeczności żydowskiej. Niby nic, ale tak się zastanawiam czy w tym zestawienie moich podobieństw do osób świętych i nie świętych nie urażam uczyć religijnych?

Znalazłem ostatnio starą gazetę z podobizną papieża Jana Pawła II, już świętego. Miałem wyrzucić, ale teraz zastanawiam się czy mogę, bo jak kto zobaczy, że ja ten obrazek do śmietnika na makulaturę wyrzucam i doniesie do pana Ryśka, to ten jegomość  niechybnie zawiadomi kogo trzeba. Ciężkie jest życie osoby, która nie chce obrazić uczyć religijnych. Niebezpieczeństwa z tym związane czyhają na każdym kroku. Życie wśród obrażalskich katolików to jak stąpanie po polu minowym.

dziennik pesymistyczny

O „La donna e mobile” w polityce

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Mamy panią premier, ujawniła się też kandydatka na premiera z ramienia prawych i sprawiedliwych, a do tego jeszcze kobieta jest kandydatką na fotel marszałka czy raczej marszałkini Sejmu. To sfeminizowanie sceny politycznej przypominało mi, że nie tak znów dawno odbyła się poważna naukowa konferencja na Uniwersytecie Wrocławskim, na której debatowano miedzy innymi o „patologicznej głuchocie kobiet w pierwszych dniach miesiączki”.

Spokojnie drogie Panie, nie jestem antyfeministą. Nie ma co od razu zbierać podpisów za usunięciem tego artykułu. Nie ma co wygrażać mi od męskiej szowinistycznej świnki. To, co pisze, to w żadnym razie nie jest przejaw męskiego szowinizmu. Tak po prostu skojarzył mi się (może i niefortunnie, ale jednak) fakt, że tylu kobiet jednocześnie w tak eksponowanych funkcjach jeszcze w polskiej polityce nie było z tą ciekawą konferencją z przed kilku miesięcy, na której naukowcy rozmawiali o tym, że kobiety mogą stanowić zagrożeniem dla samych siebie.

Konferencja „La donna e mobile. Prawne aspekty następstw cykliczności płciowej kobiet”, bo o niej mowa, poświęcona była m.in. takim zagadnieniom jak pytanie czy napięcie przedmiesiączkowe może być okolicznością łagodzącą w trakcie procesu sądowego. Przedstawione argumenty miały być potwierdzeniem naukowym na to, że kobieta w stanie napięcia przedmiesiączkowego jest bardziej skłonna popełnić przestępstwo, a nawet może doprowadzić do własnej śmierci.

O nie, ja się nie czepiam, mnie kobiety na stanowiskach nie przeszkadzają. Chociaż bardziej chciałbym, żeby w kwestii państwowych posad czy objęcia urzędu decydowały względy merytoryczne a nie płciowe.  Ja nie wierze, że promowanie kobiet przez parytety czy mechanizm suwakowy to coś, co zapewni właściwy dobór naszych przedstawicieli w parlamencie czy na państwowych urzędach. Nie może być tak, że w walce z jedną dyskryminacją zezwala się na tworzenie drugiej dyskryminacji. Równość to równość, bez specjalnych przywilejów. Ale ja nie o tym.

Jak pomyśle, że kobiety zdominują najważniejsze stanowiska w państwie i potem zestawie to z tematami z tej konferencji naukowej to resztki owłosienia jeża mi się na głowie. To prawdziwa zgroza. „Cykliczności płciowej kobiet, od jej początku aż do końca, towarzyszą różne następstwa, mniej lub bardziej dolegliwe, niekiedy mające duże znaczenie także dla oceny prawnej różnych zdarzeń” – piszą na swojej stronie internetowej organizatorzy. Czy z tego wynika, że kobieta premier czy kobieta marszałek sejmu w czasie swych „trudnych dni” może mieć zaburzenia związane z poprawną oceną sytuacji?

Na konferencji naukowcy poruszali  m. in. „kwestię ważności oświadczeń woli”. Jeśli najwyższa osoba w państwie popadnie w „tych dniach” w depresje? Czy podpisane przez nią dekrety, ustawy czy umowy międzynarodowe będą miały moc prawną? To niby śmieszne, ale jak się głębiej nad tym zastanowić to nie jest już tak śmiesznie.

To, co pisze, to nie próba dyskryminacji płci pięknej, to w świetle konferencji, która odbyła się na Uniwersytecie Wrocławskim zasadne pytanie o przyszłość naszej ojczyzny, no i tego polskiego państwa, jeśli to kogoś jeszcze interesuje. Kobieta premier, kobiety na stanowiskach partyjnych i rządowych, w ministerstwach, w spółkach skarbu państwa, to z jednej strony dobry kierunek. Ale jeśli – jak chcą naukowcy – kobieta przez pewien czas jest ciut rozchwiana emocjonalnie, mówiąc łagodnie, to czy jej stan ma wpływ na podejmowane przez nią decyzje?

Kandydatka PiS na premiera często podkreśla, że każdy w Polsce zasługuje na to, by go wysłuchać, a jej „obowiązkiem i obowiązkiem wszystkich polityków jest dzisiaj słuchać Polaków, bo tego dialogu i słuchania bardzo dzisiaj w Polsce brakuje”. Podobnie obecna pani premier chce podczas kampanii wyborczej słuchać zwykłych ludzi. Ale jak to z tym słuchaniem będzie nikt nie może mieć pewności, bo przecież przypominam, że na wspomnianej już wielokrotnie konferencji naukowcy udowadniali, że „kobiecemu okresowi towarzyszą też patologiczne zaburzenia słuchu”.

dziennik pesymistyczny

Teoretyczny obywatel teoretycznego państwa

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Od rana wysłuchiwałem narzekań pewnego prezentera z informacyjnej telewizji śniadaniowej na temat społeczeństwa, które przy pomocy narzędzia szatana, czyli internetu, destabilizuje państwo polskie. Jeśli nawet nie destabilizuje to bardzo nieładnie kibicuje pewnej stonodze, która tej destabilizacji dokonała poprzez ujawnienie tego, co miało być już być na zawsze tajne i poufne.

Mija dokładnie rok od czasu afery podsłuchowej, w której społeczeństwo dowiedziało się z podsłuchanych rozmów co o państwie, polityce i społeczeństwie naprawdę myślą władcy narodu. Przez ten rok media głównego nurtu prawie całkowicie wyciszyły szum powstały po słowach prawdy wypowiadanych przez polityków. Udało się wskazać winnych, czyli tych co podsłuchiwali. Ci podsłuchani, choć ujawniali w prywatnym gronie prawdziwe relacja jakie rządzą polityką okazali się niewinni. Prokuratura umorzyła wobec nich śledztwa. I teraz pan z telewizji ma pretensje, bo jak tak można oni przecież nie informowali, więc tak naprawdę nie ma i nie powinno być takiej informacji.

– Państwo polskie istnieje jedynie teoretycznie – twierdził podsłuchany były już minister spraw wewnętrznych Rzeczpospolitej Polskiej. No to ja się bardzo cieszę, że minister takie ma zdanie o państwie, w którym przyszło mi żyć. Bo jak ja głosiłem podobne poglądy na ten temat, to nikt mi nie wierzył. A większość moich rozmówców znacząco stukała się w czoło. Ja mogę się na tym nie znać. Ja mogę coś tam po swojemu uważać, co nie koniecznie jest prawdą. No, bo ja biedny żuczek, po prostu mogę się mylić. Ale jeśli minister polskiego rządu twierdzi, że państwo polskie istnieje jedynie teoretycznie, to on zdecydowanie wie lub przynajmniej powinien wiedzieć co mówi, bo on przecież jest z wewnętrznego kręgu władzy, do którego szarzy obywatele nie mają dostępu ani nie powinni mieć o tym żadnej wiedzy. Ale on posiadł na ten temat odpowiednią wiedzę. Dlatego jego opinie można, a nawet trzeba przyjąć za pewnik. Państwo polskie istnieje tylko teoretycznie.  Nie mówił tego byle kto, jak na przykład ja w swej skromnej osobie, ale znawca tematu. Praktyk, nie teoretyk że tak to określę.

W pewnej Gazecie, pewien dziennikarz nazwał wszystkich tych, którzy cieszą się z ujawnienia tego co powinno być z woli urzędników czy polityków tajne i poufne „teoretycznymi obywatelami”. Pisze on, że: „ po reakcji na ujawnienie akt prokuratury można mówić o „teoretycznych obywatelach”, czyli ludziach, którzy naprawdę cieszą się z wszelkich kłopotów państwa i jego organów”. I choć dziennikarz z Gazety pisał to w pejoratywnym znaczeniu, to ja na takie określenie jak najbardziej się zgadzam. Ja już dawno uznałem, że moje istnienie w strukturach tego państwa jest zwyczajnie teoretyczne. Teoretycznie mam jakieś prawa, mam przywileje a praktycznie mam tylko obowiązki. Jeśli tak jest to jak tu się dziwić, że większość teoretycznych obywateli cieszy „się z wszelkich kłopotów państwa i jego organów”, bo tylko ta radość im pozostała tak w praktyce.

Państwo jest przymusową organizacją, wyposażoną w atrybuty władzy zwierzchniej – wynika z ogólnie przyjętej definicji. Państwo to organizacja przymusu. Jeśli zaś nie ma państwa, bo jest teoretyczne, to znaczy, że został sam przymus działający w określony sposób w celu osiągnięcia wymiernych własnych korzyści.  To coś, ten twór, który sprawuje nad nami władze, jest wyposażony w wymierną siłę. Posiada policje, tajne służby i wojsko. Przypominam, że państwem jest tylko teoretycznie. Zasadne jest, zatem pytanie: jeśli to nie państwo, to może jest to organizacja przestępcza o charakterze zbrojnym? A jeśli tak, to poczułem się nie jak obywatel, ale bardziej właśnie „teoretyczny obywatel”, bo praktycznie państwo polskie(czy jak ten twór nazwiemy) przypomina sobie o tym, że istnieje tylko wtedy, gdy coś ode mnie chce. I wtedy okazuje się potrzebny i jakby mniej teoretyczny.

dziennik pesymistyczny

Władza i niepoczytalność

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Pewna pani nieopatrznie przeszła przez skrzyżowanie w miejscu niedozwolonym. Według zeznań interweniujących policjantów podczas zatrzymania pieszej, miała ona odmówić podania swoich danych osobowych oraz znieważyć funkcjonariuszy obelżywym słowem i agresywnym czynem. Kobieta twierdzi, że to policjanci byli wobec niej brutalni i siłą wrzucili ją do radiowozu. Sprawa trafiła do sądu, który ukarał kobietę nie tylko za znieważenie funkcjonariuszy, ale także wysłał na przymusowe badania psychiatryczne.

Sąd Rejonowy pierwszej instancji postanowił ukarać kobietę grzywną oraz obarczyć ją kosztami sądowymi. Kobieta nie zgadzając się z tą decyzją, postanowiła się odwołać. Sąd Okręgowy gdzie trafiła sprawa, uchylił wyrok Sądu Rejonowego, jednak nie na podstawie opinii biegłego, który był korzystny dla oskarżonej, a z powodu błędów formalnych.

Kobieta rozdrażniona decyzją sądu zaczęła kierować do tej instytucji obraźliwe pisma. Sąd odpowiedział powołaniem biegłego z dziedziny psychiatrii, który miał ustalić czy kobieta jest poczytalna. Biegły, po przeanalizowaniu pism wysyłanych przez kobietę oraz na podstawie kilkuminutowej rozmowy rozpoznał u kobiety schizofrenię. Tym samym sprawa została umorzona, jednak grzywna za znieważanie jest nadal obowiązująca, wyrok bowiem zapadł, zanim rozpoznano niepoczytalność.

I tak to można w prosty sposób trafić za przejdzie w niedozwolonym miejscu na badania psychiatryczne. Wystarczy się postawić policjantowi, mieć po prostu inne zdanie, nie zgadzać się z jego oglądem sprawy, aby być oskarżonym o znieważenie funkcjonariusza. Obywatel, który sprzeciwia się policji, sądowi czyli wszelkiej władzy państwowej, nie ma szans, by dochodzić swoich spraw przed sądem, i szybko trafia na badania psychiatryczne gdzie okazuje się, że jest niepoczytalny.

Wystarczy złożyć zawiadomienie o przekroczeniu uprawnień przez funkcjonariusza, aby w odpowiedzi na postawione mu zarzuty zostać oskarżonym między innymi o używanie słów wulgarnych i obelżywych w stosunku do funkcjonariusza w mundurze. Łatwo zgadnąć, komu uwierzy sąd, gdy już przed nim staniemy i słowa mundurowego będą przeciwko naszym słowom. Wielokrotnie słyszałem o takich przypadkach. Wystarczyła krótka sonda wśród moich znajomych, aby potwierdzić, że nawet niewinnie wyglądającym i grzecznym z natury osobom zdarzyły się oskarżenia o używanie słów wulgarnych i obelżywych w stosunku do funkcjonariusza.

I mnie to kiedyś spotkało. Ja też byłem pomówiony przez funkcjonariuszy. Chociaż każdy, kto mnie zna przyzna najpewniej, że jestem niespotykanie spokojnym człowiekiem. Gdy mundurowi wręczali mi mandat nie dyskutowałem. Nie marudziłem. Spokojnie zgodnie z prawem odmówiłem przyjęcia mandatu, bo mieliśmy z funkcjonariuszem inne zdanie na temat różnic między zatrzymaniem i postojem pojazdu. A że nie chciało mi się dyskutować, więc uznałem, że sąd jest najwłaściwszym miejscem do rozstrzygnięcia, który z nas dwóch ma rację.

I tak się stało. Spotkaliśmy się przed obliczem sądu z panem mundurowym i tam dowiedziałem się z ust funkcjonariusza, że podczas gdy on pełen skromności i wymogów służby starał się wręczyć mi mandat, ja podniesionym głosem używałem w stosunku do niego słów wulgarnych, ogólnie uważanych za obelżywe, czym go uraziłem do żywego. Byłem po prostu agresywny i wulgarny. Zdziwiłem się, bo albo miałem pomroczność jasną, albo po prostu mundurowy kłamał, że byłem taki, jakim nigdy nie bywam. Na pytanie wysokiego trybunału czy tak było zaprzeczyłem i przywołałem na świadka osobę, która podróżowała wtedy ze mną samochodem. I tu jakby to moje szkalowanie munduru znikło zupełnie. Bo ani funkcjonariusz już więcej do kwestii słów wulgarnych nie powracał, ani sąd jakoś nie drążył tematu mojej wmawianej mi przez niego obelżywości i agresywności.

I tak miałem szczęście, bo pamiętam sprawę sądową, w której sędzina w uzasadnieniu wyroku tłumaczyła, że nie ma podstaw, żeby nie wierzyć funkcjonariuszom m.in. „ze względu na ich dobrą znajomość prawa i pełnioną funkcję”.

Dlatego bardzo się cieszę, że miałem tyle szczęścia, bo mogłem skończyć jak ta kobieta. Mogłem zostać przez sąd skierowany na przymusowe badania psychiatryczne, gdzie biegły na podstawie kilkuminutowej rozmowy rozpoznałby u mnie schizofrenię i uznał za niepoczytalnego.

dziennik pesymistyczny

Nieprzystawalny

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ja się zdecydowanie nie nadaje do współczesności. Ja po prostu tu nie pasuje. Jestem nieprzystający tak do społeczeństwa jak i do tego państwa. Może urodziłem za późno albo może za wcześnie. Ta kapota utkana z praw i obowiązków obywatela jest dla mnie w rękawach za krótka w barach za szeroka i jakoś tak ogólnie mi nie leży. Czuje, że na siłę zostałem w nią ubrany jak w kaftan bezpieczeństwa.

Mnie nie interesuje rywalizacja, która dla moich współplemieńców stała się świętą wiarą którą wyznają i której składają ofiary. I choć nie wyznaje kultu posiadania, to też nie jestem ascetą, lubię mieć to, co ułatwia mi życie. Ale nie mam potrzeby własności czegoś za cenę poddania się innym. Nie mam, to nie mam. Mam to mam. Nie będę mieć dziś, to może znajdę to jutro. Nie odczuwam presji posiadania.

Nie czuje potrzeby kłamania dla uzyskania tak władzy jak i wszelkich stanowisk. Nie chce władać za wszelką cenę.  I choć nie mogę powiedzieć, że mam udane życie to nie udaje się „na zmywak” do Londynu lub Dublina – parafrazując wypowiedz pewnej politycznej belki.  Wole zostać, tu nad Wisłą, bo gdzie mi będzie tak żle jak tutaj. „Wolę polskie gówno w polu, niż fijołki w Neapolu” – jak pisał poeta.

No i jeszcze mam jedno poważne niedopasowanie społeczne. Mam w głębokim poszanowaniu wszelkie gry zespołowe.  Nie kibicuje tym, co spoceni biegają po trawniku za piłeczką, więc „nie ma we mnie uczyć patriotycznych” – jak mnie określił pewien znajomy.

Większość tego, co ważne dla innych, ja nie zauważam, albo ignoruje. Nie mogę się wpasować w ogólnie przyjęte normy społeczne. Nawet tak banalne sprawy jak ogólnonarodowa tendencja do bycia wybieganym, wychudzonym, czerstwy i żylastym, z płaskim umięśnionym brzuszkiem jest dla mnie niekompatybilna.

Bardziej pociągają mnie sprawy i rzeczy które zdecydowanie są nie do przyjęcia przez zdrowe jądro naszego społeczeństwa. „Lubię pić, jestem leniwy, nie mam boga, polityki, idei ani zasad. Jestem mocno osadzony w nicości, w swego rodzaju niebycie, i akceptuję to w pełni”.

dziennik pesymistyczny

Czy są dopłaty do nowych połączeń lotniczych z Radomia?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zarząd radomskiego Portu Lotniczego poinformował, że podpisał umowę z łotewskim przewoźnikiem AirBaltic. To zakrawa na prawdziwy cud, bo nieudało się to od lat, a tu proszę sukces zaprzeczający twierdzeniom, że lotnisko to inwestycyjny niewypał. Jednak nim popadniemy w radosny nastrój optymizmu warto chyba zadać władzom miasta i lotniska pesymistyczne pytanie: czy aby nie dopłacamy do tego sukcesu? Zdecydowanie warto spytać czy z w związku z podpisaniem przez Port Lotniczy Radom umowy z łotewskim przewoźnikiem zawarto też z tą firmą inne umowy np. marketingowe? Czy miasto, jako właściciel Portu przewiduje „dopłaty” dla mowo otwartych połączeń? Czy przewoźnik otrzyma wysokie zapłaty za świadczone przez siebie usługi promocyjne, jeśli takie oczywiście przewidziano?

Faktem jest, że nieoficjalnie wiadomo, że przewoźnicy nierzadko stawiają sprawę w sposób radykalny. Albo bardzo wysoki kontrakt reklamowy („dopłata”) albo nie będzie żadnych połączeń. Czy tak było w przypadku umowy Portu Lotniczego Radom z AirBaltic?

Radomskie lotnisko nie miało bardzo długo szczęścia. Ponad sto czterdzieści osób na etacie, koszty utrzymania na poziomie miliona złotych miesięcznie. I jeden problem: brakuje podróżnych, bo z Radomia nie odleciał jeszcze żaden pasażerski samolot. Poza tym ze strony nowych platformowych władz Radomia na Zarząd Spółki wywierana była i jest wywierana ogromna presja: albo podpisanie umowy z przewoźnikiem i uruchomienie regularnych lotów do końca tego roku albo koniec zabawy i likwidacja inwestycji. Nic więc dziwnego, że to co nie udawało się zrobić przez kilka lat ziściło się w kilka miesięcy.

A jak nie wiadomo o co chodzi. A w przypadku takiego niespotykanego wręcz cudu gospodarczego naprawdę nie wiadomo, to wiadomo, że stoją za tym pieniądze. Nie jest tajemnicą, że dopłaty od Portów lotniczych i samorządów stanowią dla tanich i tych mniejszych przewoźników znaczące źródło przychodu. Taki na przykład Ryanair może rocznie otrzymywać w ten sposób nawet ponad 700 mln euro.

Lotniska ani tym bardziej samorządy miast w większości przypadków nie mogą bezpośrednio dofinansowywać połączeń lotniczych odbywających się z tychże miejsc, bo nie pozwalają na to unijne przepisy. Dlatego też najczęstszą formą dopłat są tak zwane opłaty marketingowe. Wygląda to następująco: Zarząd Portu lotniczego lub samorząd podpisują z przewoźnikiem kontrakt na promocję połączenia lub regionu na stronie internetowej linii lub w wydawnictwach kolportowanych na pokładach samolotów. Pieniądze, na które opiewają takie umowy, zwykle są liczone w milionach złotych lub euro. Oczywiście dla spokoju unijnych urzędników i opinii publicznej takie umowy oficjalnie służą jedynie promocji. Jednak nieoficjalnie, bardzo często są warunkiem, od którego przewoźnik uzależnia otwarcie nowych połączeń lotniczych. Może przy całym tym hurra optymizmie warto zadać sobie pytanie ile naprawdę radomianie dopłacą do takiego korzystnego interesu?