Yearly Archives

78 Articles

dziennik pesymistyczny

Misja na Malcie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Premier nie chce jechać na nieformalny szczyt Unii na Malcie. Prezydentowi też się nie chce. Wiceminister spraw zagranicznych wystosował list do państw członkowskich unii europejskiej z prośbą o zaprezentowanie polskiego stanowiska na szczycie. Zgodził się prezydent Czech. Ale może nie ma co Czechowi zawracać głowy. Jeśli nikt z rządzących Polską nie chce jechać na Maltę, to ja się zgłaszam na ochotnika. Ja pojadę na nadzwyczajnym posiedzeniu Rady Europejskiej w Valletcie, ku chwale ojczyzny oczywiście.

Bo jeśli nikt z władzy nie chce lub nie może… no to trudno, poświecę się dla dobra państwa. Przecież to nie pierwszy raz i nie ostatni. Ja tam nie znam motywów które kierowały prezydentem gdy wyznaczał posiedzenie inauguracyjne nowego Sejmu na 12 listopada. Coś tam słyszałem, że mu nie powiedzieli, że tego dnia będzie szczyt na Malcie i przez to zrobił jak zrobił. Jedno jest pewne, pan prezydent musi byś straszliwie zajętą osobą, bo nie ma czasu na czytanie gazet, słuchanie radia, przeglądanie gazet lub wiadomości w internecie. Jakby choć trochę interesował się polityką to zapewne wiedziałby, że 12 listopada jest posiedzenie Rady Europejskiej.  Ja wiedziałem już chyba od kwietnia, ale ja nie jestem prezydentem i nikt nie musiał mi o tym przypominać.

Prezydent podobno nie będzie mógł uczestniczyć w szczycie Unii, bo musi tego dnia otworzyć pierwsze posiedzenie Senatu. No więc, jak nie może, to nie może, nie można mieć żalu. Przecież pierwsze posiedzenie Senatu musi się odbyć w dniu spotkania przywódców Unii na Malcie, bo jak prezydent tak postanowił to nie będzie teraz zmieniał.

Premier nie może jechać na posiedzeniu Rady Europejskiej, bo musi zgodnie z przepisami konstytucyjnymi złożyć dymisje rządu 12 listopada. Co prawda, mogłoby złożyć dymisję natychmiast, albo złożyć dymisję pisemnie, i pojechać na szczyt unijny za zgodą prezydenta. Ale nie może. No, nie może i już.

– Wystosujemy list do jednego z państw członkowskich UE z prośbą o zaprezentowanie polskiego stanowiska na nieformalnym szczycie Unii na Malcie – poinformował wiceminister spraw zagranicznych. I całe szczęście, że prezydent Czech łaskawie się zgodził reprezentować Polskę na nadzwyczajnym posiedzeniu Rady Europejskiej w Valletcie.

Ale może lepiej nie fatygować pana Czecha. Może jak prezydent nie może, premier nie może, to ja chętnie. Ja mogę. Ba, ja nawet chce! Przecież, jak widać na powyżej opisanym przykładzie, polityka to taka zabawa dziecięca. Ja też pamiętam czasy dzieciństwa i potrafię się tak bawić. Potrafię się uprzeć i powiedzieć, że czegoś nie zrobię, bo nie zrobię. A jeśli nie umiem, to potrenuje dziecinne zachowania i na pewno szybko dorównam politykom, którym się nie chce. Może i ja będę potrafił obrazić się i nie przyznać się do błędu. Ja też mogę twierdzić, że zrobiłem, co zrobiłem, bo nie wiedział i dlatego że mi koledzy nie powiedzieli. Ja też potrafię zachowywać się jak naburmuszony trzyletni bachor, więc świetnie się nadaje, jako kandydat do państwowej misji na Malcie.

dziennik pesymistyczny

Niepoczytalność i prokurator

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Zresztą zamiast kraść jako dyrektor, fabrykant, sekretarz czy inny prezes lepiej już kraść par excellence jako złodziej. Tak jest chyba uczciwiej – zauważył już dawno Henryk Kwinto. Okazuje się, że nie do końca miał racje. Współczesność daje nam nowe wzorce. Teraz jeśli już kraść, to lepiej kraść jako prokurator.

Pewien pan prokurator  w pewnym prowincjonalnym mieście buchnął dwa batoniki i krem w jednym z miejscowych sklepów. Każdy zwyczajny szary człeczyna po czymś takim, jeśli nawet nie poszedłby pierdzieć w pasiaki to przynajmniej załapałby surową grzywnę. No tak, każdy, ale nie ten prokurator.  Pan prokurator z prowincji nie poniesie dyscyplinarnej kary za swój czyn, bo prokuratura orzekła, że w chwili kradzieży był niepoczytalny. Dodatkowo może on liczyć na to, że dostać jeszcze odszkodowanie, bo przez rok dostawał zaniżoną pensję. Zaiste niezbadane są wyroku sprawiedliwości państwowej.  A może wielka jest siła korporacyjnej solidarności?

Pan prokurator Prokuratury Rejonowej o którym wspomniałem powyżej w jednym ze sklepów zapakował do kieszeni dwa batoniki i krem do pielęgnacji ciała. Całe zdarzenie zarejestrowała kamera monitoringu. Ze względu na niską wartość skradzionych przedmiotów, czyn ten został uznany za wykroczenie, a nie za przestępstwo. Mężczyzna jako prokurator posiadał oczywiście nadany przez państwo immunitet, więc nie został ukarany. Nie poniesie też zawodowych konsekwencji, bo dwaj biegli psychiatrzy orzekli, że w momencie kradzieży był niepoczytalny.

Teraz to już naprawdę wielu złodziei i tych par excellence, i tych kradnących jako dyrektor, fabrykant, urzędnik żałuje pewnie, że nie wpadło na taki prosty pomysł. Przecież zawsze można, przy każdej bodaj kradzieży twierdzić, że w czasie popełnienia czynu prawem zabronionego było się niepoczytalnym.

Pan prokurator po swym uczynku, który jak się później okazało popełnił w stanie niepoczytalności został zawieszony w czynnościach. Zapadł też na zdrowiu i przebywał rok na zwolnieniu lekarskim. A na dodatek decyzją Sądu Dyscyplinarnego przy Prokuratorze Generalnym jego wynagrodzenie ograniczono do siedemdziesięciu pięciu procent. Ale niech nie martwią się Ci których zasmucił ten pechowy dla pana prokuratora rozwój wypadków. Teraz, gdy wyjaśniło się, że pan prokurator buchnął batoniki i krem w stanie niepoczytalności trzeba będzie mu zwrócić różnicę z pensji, czyli około kilku tysięcy złotych.

Prokurator ze zwolnienia lekarskiego do pracy wrócił, ale na krótko. Teraz wykorzystuje zaległy urlop wypoczynkowy. Podczas wywczasów zbada pana prokuratora inny psychiatra, który ustali czy prokurator w pracy nie będzie tracił czasowo poczytalności. Bo jednak ktoś widocznie dostrzegł fakt, że jeśli podczas kradzież odebrało mu rozum, to może też odbierać mu w pracy prokuratorskiej.

– Można być poczytalnym w odniesieniu do pewnych zdarzeń, a do innych zdarzeń popełnionych w tym samym czasie i miejscu już nie – twierdzi pewien gość z Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku wypowiadając się w odniesieniu to tej sprawy. Mam nadzieje, że będę mógł to wykorzystać i w mojej szarej i marnej egzystencji choć żaden ze mnie prokurator. Jeśli kiedyś przez przypadek, z głupoty, czy z przymusu sytuacji zrobię coś zabronionego prawem, to zawsze będę mógł się wytłumaczyć, że byłem niepoczytalny. No i mam nadzieje, że mnie nikt nie zamknie jako zbzikowanego i zawsze będę mógł się powołać na opinie, że: „Można być poczytalnym w odniesieniu do pewnych zdarzeń, a do innych zdarzeń popełnionych w tym samym czasie i miejscu już nie.” Tak jest chyba uczciwiej.

dziennik pesymistyczny

Nasze jesienne rozmowy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Codziennie budzę się coraz bardziej zdumiony tym, że muszę przeżyć jeszcze jeden dzień na tym zasranym świecie – rzekł mój przyjaciel opadając ciężko w czeluści wygodnego fotela w jednym z naszych ulubionych lokali z wyszynkiem.

Na tyle znałem przyjaciela żeby wiedzieć, że jego pesymizm jest jakby wdrukowany w jego geny. On po prostu nie widział dobrych stron egzystencji. Wszystko go denerwowało. Cały świat traktował w ten sposób jakby był on stworzony tylko po to żeby jego, mego przyjaciela, osobiście urazić.  Dlatego to powitanie nie wzbudziło we mnie większego zainteresowania. Zwyczajnie uznałem to za swoiste „dzień dobry”. – Co tam u Ciebie po za tym? – spytałem.

– Ja, proszę ja Ciebie, to tak żyje bez przekonania.  Tak właściwie z przymusu, bo jak wiesz nie jestem zbyt odważny, więc nie skończę z tym. No to sobie tak żyje. Z dnia na dzień. Jak ktoś nie ma przyszłości to stara się doceniać dzień dzisiejszy i żyć nim – powiedział i zaczął się melancholijnie rozglądać po sali jakby kogoś szukał, czy na coś czekał.

Z racji tego że przeważnie nie spotykaliśmy się tylko po to żeby szczerze porozmawiać, ale też coś wypić postanowiłem zamówić u przecudnej urody kelnerki. Dawałem znaki, że chce złożyć zamówienie i już po kilku minutach tego mojego machania łapkami panienka zwróciła ma mnie ocząt swych błękity. Zamówiłem conieco i odprowadziliśmy kelnerkę wzrokiem. – Ładna – zapytałem i stwierdziłem fakt jednocześnie.

– Ładna. Nawet piękna.  No i co z tego. Wszystko przemija – usłyszałem od przyjaciela to co mogłem się od niego spodziewać usłyszeć. Kelnerka mimo swojej eterycznego wygładu dość sprawie i szybko przydźwigała kubełek z lodem, w nim większe conieco, szklanki, kieliszki i ustawiła to przed nami na stoliku. – Jakieś nowości? – zapytałem nalewając „po pięćdziesiątce”.

– Jestem potwornie zmęczony. Nie żebym tam od razu się przepracowywał. W tym sensie to nic nie robię, albo robię niewiele. Zmęczony jestem tym, że cały czas ktoś coś ode mnie chce. Banki, instytucje, urzędy… czuje się osaczony. Jak zwierzę podczas pogoni. Słyszę za plecami ciągłe ujadanie. Tylko daj, daj, zapłać, opłać, wyjaśnij, odpowiedz…. no kurwa, nie zostawią człowieka w spokoju, choćby na chwile. Ciągle czegoś chcą – wyrecytował jednym tchem przyjaciel i dał znak abym nalał, co uczyniłem. Wypiliśmy.

– Nie masz wrażenia, że wszystko co jest wokół nas zmusza człowieka do zarabiania. Po prostu, aby przeżyć, musisz podporządkować się przymusowi uczestniczenia w łańcuchu pokarmowym kapitalizmu. Musisz zarabiać. Pracować. Każde odstępstwo jest karane. Bo jak się sprzeciwisz, to będą cię tak długo nękać, że albo spadniesz po za margines tego co się nazywa społeczeństwem albo się podporządkujesz regułą panującym w społeczeństwie – mówił.

– No ja wiem, że wszystko kosztuje i trzeba na to mieć pieniądze. Trzeba pieniądze zarabiać. No i to czyniłem przez dziesięciolecia. Ale wiesz, ja mam dość. Zwyczajnie przestało mi się chcieć. Nie z próżniactwa, ale z wyczerpania i zniechęcenia. Wiesz, musisz być kimś. Coś mieć. Posiadać. Być. Bywać. A jak tego nie chcesz, lub zwyczajnie już nie możesz tego chcieć, uważają cię za leniwego nieroba i pasożyta – powiedział i zapadł się głęboko w fotel. Oboje lubiliśmy jesień. Te nasze rozmowy. To picie. Dlatego piliśmy i rozmawialiśmy. Po kilku godzinach zapłaciłem rachunek zastanawiając się ile jeszcze razy zarobię wystarczająco dużo żeby móc pić i rozmawiać.

dziennik pesymistyczny

Nie zamierzam głosować

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Powiem to jeszcze raz: nie zamierzam uczestniczyć w wyborach. Nie zagłosuje, bo uważam, że oddanie głosu jest uczestnictwem w legitymizowaniu władzy, natomiast brak udziału w głosowaniu to delegitymizacja władzy.

Nie wiem jak inni, ale ja nie mogę uczestniczyć w czymś, co mnie brzydzi, denerwuje i przeraża jednocześnie. Nie mogę wspierać swoim głosem lub tylko samym uczestnictwem w głosowaniu ludzi, którzy w żaden sposób nie są moją reperacją. Nie mogę popierać systemu, który faworyzuje niektórych kandydatów, innym nie dając szans na zaistnienie. Nie mogę wspierać czegoś co jest przede wszystkim grą na osiągniecie władzy samej w sobie. Wybory nie oznaczają już woli ludu, lecz osiągniecie sukcesu poprzez  skuteczny marketing i reklamę.

Mnie partyjna demokracja nie odpowiada. Nie odpowiada mi system, w którym partyjni działacze z nadania autorytarnego wodza stają się kandydatami, z których społeczeństwo ma wybierać swoich przedstawicieli.  A wybiera ich nie tyle na podstawie ich poglądów co raczej na podstawie tego jak zaprezentują kandydatów wielkie koncerny telewizyjne czy prasowe.

Co to za wybory, w których finansowane z budżetu państwa super partie oraz partyjki nie wiadomo jak i przez kogo finansowane spierają się o miejsce przy korycie. Te wybory są jak starcia kibiców. Podobna retoryka, zachowania, podobne hasła na sztandarach.

Nie pójdę też na wybory dla samego aktu uczestnictwa w nich oddając głos nieważny. Nie ma potrzeby podwyższać frekwencji.  Ja nie boje się nie uczestniczyć. Większym tchórzostwem jest to, że ktoś wybiera najmniejsze zło licząc na to, że jakoś to będzie. Co jest bardziej uczciwsze: wybranie na siłę pośród tych, których poglądów nie podzielam czy świadome pozostawienie tej zabawy tym, którzy jeszcze wierzą, że to ma coś wspólnego w prawdziwym, takim klasycznie demokratycznym wyborem, gdzie ważniejszy jest człowiek, jego poglądy, przekonania, osobowość a nie pieniądze i medialny cyrk. I nikt nie musi mnie na siłę przekonywać i nazywać tchórzem, bo przecież mój głos, to mój wybór.

Ja w dniu wyborów zostanę w domu. Są dwa powody dla których nie zagłosuje. Po pierwsze to całkowicie bezcelowe z powodów które starałem się wyjaśnić powyżej. Po drugie nie głosuje, ponieważ wierzę, że głosując nie mam prawa narzekać. Często się mówi, że jeśli nie zagłosujesz w wyborach to nie masz prawa narzekać na ich wynik. Zrozum, jeśli ich wybrałeś to jesteś za nich odpowiedzialny. Ty ich wybrałeś. Ty uległeś ich propagandzie. To twoja władza. Co? Że na nich nie głosowałeś? Że na innych? Że twoi przegnali? I tak jesteś odpowiedzialny! Bo samym uczestnictwem w wyborach legitymizowałeś władze. Teraz jesteś odpowiedzialny za to co zrobiłeś. Głosowałeś? To teraz twój problem. Nie masz prawa narzekać. A ja głosować nie zamierzam. Nawet nie opuszczę domu w dniu wyborów, więc nie jestem i nie będę odpowiedzialny za to co ci „nowi” narozrabiają. Ja mam prawo narzekać, bo ja z tak powstałą władzą nie mam nic wspólnego.

dziennik pesymistyczny

Lotniskowa wirtualna rzeczywistość

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Poprawia się za to, chociaż powoli, sytuacja z liczbą pasażerów odlatujących z Radomia. We wrześniu odprawiliśmy 212 pasażerów, od 1 do 9 października było ich 80 – radowała się kilka dni temu pani prezes Portu Lotniczego Radom w wywiadzie dla lokalnej gazety. Nie wiem czy nadal trwa w radości, bo okazało się, że czeskie linie lotnicze ogłosiły, że od listopada rezygnują ze współpracy z radomskim lotniskiem.

Pewnie nadal trwa w tym stanie, bo optymizm jest przecież najważniejszy. – Nie otrzymaliśmy żadnego oficjalnego pisma w tej sprawie – mówią władze lotniska – więc dla nas umowa z Czech Airlines nadal obowiązuje. Niesamowity jest ten upór przy swoim, nawet wbrew faktom. Teraz to można się spodziewać, że nawet liczba pasażerów nadal będę rosła mimo braku startów i lądowań samolotów na lotnisku.

Tak dziś znów jest o radomskim lotnisku, bo to taki wdzięczny temat. Lotnisko w Radomiu to moja ulubiona instytucja, która odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. Ona otwieramy oczy niedowiarkom. Jest naszą radością, przez naszą władze wykonaną i to nie jest naszej władzy ostatnie słowo i nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest lotnisko w oparciu o ileś tam instytucji a że sobie powoli zgnije z powodu nierentowności… no to co? Niech trwa jak najdłużej dając nielicznym zarobić. A gdy już padnie, to się zrobi protokół zniszczenia… i po sprawie. W przypadku radomskiego lotniska najlepiej widać, że czasy może i się zmieniają, ale filozofia gospodarcza prezesa Ryszarda Ochuckiego trwa u umysłach urzędników w najlepsze.

Ale nie tylko w dziedzinie liczby odprawionych pasażerów poprawiło się na radomskim lotnisku. Na wspaniały, choć egzotyczny pomysł wpadł wicemarszałek województwa mazowieckiego, po czym zawiózł do chińskich prowincji dwa listy. – Ja sam zawiozłem list intencyjny, szukając inwestora strategicznego dla lotniska. Zostawiłem go w Chinach, w dwóch prowincjach, jedna 100-milionowa, druga 70-milionowa. Zostawiłem go również u pani minister (…), to jest nasz minister – radca handlowy w Pekinie, i będą szukać tego inwestora – relacjonuje swoją wizytę pan wicemarszałek w lokalnej gazecie.

Z wrodzonej złośliwości chciałbym tylko zauważyć, że ten niesamowity przyrost odprawionych pasażerów – o którym wspomina pani prezes – dałby rentowność lotnisku mniej więcej wtedy, gdy ludzkość będzie stosować powszechnie technologie teleportacji. Ale co tam, niech władze lotniska nadal liczą pasażerów. Nawet, jeśli Czesi zerwali umowę, to przecież władze radomskiego lotniska nie muszą tego przyjąć do wiadomości. No i zawsze pozostaje nam chiński inwertor. Teraz to już czekam na wirtualne loty z prawdziwymi pasażerami i inwertora z innej planety. No właśnie, kosmodrom! To by było coś.

dziennik pesymistyczny

Fortepian na lotnisku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Na lotnisku w Radomiu nakręcono reklamę – donosi lokalna gazeta. No i nie ma się co dziwić, jak się na lotnisko wydało 120 milionów, i nie ma tam prawie żadnych pasażerów, to się terminal wynajmuje do reklam lub do innych celów „na godziny”. Bo lotnisko musi na siebie zarabiać. Koszty utrzymania radomskiego portu lotniczego to około 12 mln złotych rocznie. W takiej sytuacji każdy grosz się liczy. Zainspirowany przykładem z włoskiego lotniska proponuje wstawić do hali odpraw – z której i tak mało kto korzysta zgodnie z przeznaczeniem – fortepian.

Dyrekcja Portu Lotniczego Fiumicino we Włoszech ustawiła w pobliżu wyjść do poszczególnych bramek lotniskowych fortepiany. A obok instrumentów zawiesiła tabliczki z napisem „zagraj na mnie”. Pomysłodawcy tej muzycznej inicjatywy twierdzą, że fortepiany przeznaczone są przede wszystkim dla pasażerów, którzy mogą umilić sobie czas oczekiwania, grając albo słuchając koncertów w wykonaniu innych podróżujących.

Szanowny zarządzie radomskiego lotniska! To jak najbardziej rozwiązanie dla was! I można je twórczo rozwinąć. Teraz terminal świeci pustkami, bo choć z radomskiego portu wystartowały pierwsze rejsy do Rygi, i do Pragi, to z obu połączeń, jak podają różne źródła, korzysta w porywach do kilkudziesięciu osób tygodniowo. Dlatego terminal lotniska bardzo dobrze nadawałby się na salę koncertową.

– Wynajmowanie powierzchni to jedna ze standardowych praktyk portów lotniczych – mówi Kajetan Orzeł, rzecznik prasowy Portu Lotniczego Radom. Wcześnie terminal „wystąpił” już w teledysku grupy Hades. Władze Portu lotniczego zachęcały również do wynajmowania terminalu a nawet własnego parkingu na „odlotowe imprezy”. Czyli praktyka jest. Teraz potrzebne są chęci.

W Radomiu brakuje placówek kultury a tu proszę, piękna sala stoi przez większość tygodnia niewykorzystana. Mogłyby tam odbywać się specjalne recitale młodych artystów lub gwiazd sceny i estrady. Nie tylko z Radomia i okolic, ale z całej Europy, ba, w całego świata. Może wizja koncertu w hali przylotów zaciągnęłaby artystów do Radomia. A że koncert na lotnisku to najprościej udać się na niego samolotem. I już się zwiększa ilość obsłużonych pasażerów.  A zwykli amatorzy – pasjonaci? Oni przecież też zapewne zechcieliby zaprezentować swoje wykonania utworów Chopina czy Brahmsa szerszej publiczności.

To całkowita nisza w działalności lotniskowej. Już widzę oczami wyobraźni jak setki, co tam, tysiące pianistów, absolwentów konserwatoriów i szkół muzycznych, miłośników muzyki pragnie przylecieć na lotnisko by tu wysłuchać koncertu lub samemu zagrać. A po koncercie bez kłopotu wrócić samolotem do domu. Taki fortepian na lotnisku to może być prawdziwe zbawienie.

dziennik pesymistyczny

Życie po proroczym śnie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Pewnej nocy miałem sen. Koszmar w zasadzie to był jakich miewam wiele gdy tylko uda mi się na chwile zasnąć – wyznał mi przyjaciel. Staliśmy w naszym ulubionym miejscu. Zieleń przyrody walczyła tu, ze zmiennym szczęściem, z industrialnymi zapędami człowieka. Ale miejsce nadal było przyjemne i nadawało się do spokojnego i przyjemnego konsumowanie małego conieco. A jak wiadomo w wolnej Polsce jest coraz mniej takich miejsc gdzie spokojny człowiek może się spokojnie napić na świeżym powietrzu. Taka to już widać różnica miedzy czasami minionej dyktatury a teraźniejszością wolności.

– Sen miałem – kontynuował opowieść przyjaciel. – Sen taki, zupełnie taki jaki miał ten znany murzyn z Ameryki co też miał sen i przez ten sen był bardzo znany. – Miałem sen, a w nim bardzo realistycznie ujrzałem własne pożegnanie z doczesnością pośród grzmoty donośnych i błyskawic oraz śpiewów anielskich – wyznał przyjaciel. Na takie dictum nie miałem sensownej odpowiedzi, więc zaproponowałem żebyśmy się napili, bo to zawsze pomaga.  No i wypiliśmy.

– Nie żebym wierzył w sny – snuł dalej opowieść przyjaciel – zasadniczo to wiem, że to tylko projekcje mózgu działającego na wolnych obrotach, ale że sen był taki sugestywny… to tak wyszło, że niechcący jednak uwierzyłem. A że zgodnie z moją wizją proroczą miałem opuścić ten ziemski łez padół za dwa tygodnie od sennej wizji to postanowiłem odliczać do wspomnianej daty.

Tak było w istocie. Już od pewnego czasu, czyli jak się właśnie okazało od dwóch tygodni mój przyjaciel odliczał upływające dni wysyłając informacje o tym urbi et orbi poprzez media społecznościowe. Nawet miałem go zapytać do czego odlicza, ale że mniej więcej wiedziałem choć wiedzieć nie chciałem, więc nie pytałem.

– Moje przekonanie, co do prawdziwości mojego proroctwa i do słuszności wyboru dnia ostatecznego pożegnania z doczesnością potwierdził dodatkowo list, którym odebrałem na poczcie. Napisała do mnie bardzo ważna instytucja państwowa. Straszyła mnie ona przez swego urzędnika, że jeśli w przeciągu dwóch tygodni nie rozliczę się z władzą ostatecznie to ona mnie ostatecznie… no już ta instytucja pokaże mi co potrafi – ciągnął opowieść przyjaciel.  – Jakby tego było mało to okazało się, że pewna religijna grupa z Filadelfii w Stanach Zjednoczonych przewiduje, że tego właśnie dnia nastąpi koniec świata – dodał.

– I jak tu było nie odliczać, gdy takie znaki we śnie i na jawie? – zapytał zasadnie przyjaciel. Musze przyznać mu racje, że po takich widomych znakach sam zacząłbym odliczać. Znów wypiliśmy, a on wyznał, że takie odliczanie do tej chwili niewiadomej, te jego dni ostatnich, to wszystko zmieniło w nim perspektywę postrzegania świata. Dostał on – jak mówił – możliwość dostrzeżenia w doczesności, w każdym dniu, czegoś ważnego. Dało mu to nadnaturalny dystans do jego emocji i do kłopotów, które go osaczają. – Widocznie, gdy się już wie, że coś jest nieuniknione to można się bardziej skupić na tu i teraz. Doznaje dwóch sprzecznych uczuć, strachu przed życiem i zachwytu nad życiem, jak powiedział pewien klasyk  – zakończył. Piliśmy spokojnie, rozmawiając o pięknie, literaturze, sztuce, filmie, polityce lub w milczeniu cieszyliśmy się tym, co tu robimy w tak pięknych okolicznościach przyrody.

dziennik pesymistyczny

Ostateczne rozwiązanie, czyli to wszystko nie jest takie proste

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– To nie jest karwatwarz takie proste – rzekł do mnie przyjaciel, gdy mu zwróciłem uwagę na fakt, że zgodnie z jego wcześniejszymi zapowiedziami został mu jeden tylko lub aż jeden dzień życia.  – Niby technicznie jestem przygotowany, wiem co i jak, wszystko sobie zaplanowałem, nabyłem sprzęt i takie tam inne, to jednak zostawiam tu kilka spraw nierozwiązanych i to mnie tu jeszcze trzyma – ciągnął opowieść – więc jak wspominałem, to wszystko nie jest takie proste.

Mój przyjaciel jest jak ta sójka co się wybiera za morze. Od przeszło dziesięciu lat nosi się z zamiarem opuszczenia tego łez padołu na zawsze, ale jakoś tak za każdym razem zostaje jeszcze na trochę. Jeden z naszych wspólnych znajomy wypomina mu w takich razach, że jest jak jego – tego znajomego – babcia, która będąc okazem zdrowia umierała przez ponad trzydzieści lat, zapowiadając swoje odejście przy każdej rodzinnej uroczystości słowami: to już jest nasze ostatnie spotkanie, następnego już nie doczekam.

Przyjaciel też tak ma jak ta sójka z wyprawą czy wspomniana babcia z umieraniem. On od prawie zawsze miał zamiar pożegnać się z tym światem. Ale zawsze mu coś w tym przeszkadzało. A to zakochał się wielce nieszczęśliwie i już, już miał nas opuścić w sposób nagły choć spodziewany, a tu nagle okazywało się, że radykalnie się odkochał i samoegzekucja została na pewien czas odroczona. A to szarość i marność życia kazała mu statecznie się pożegnać, a tu się nagle okazało, że ktoś go na wódeczkę zaprasza, więc nie może odmówić i znów nici z odejścia. Ciągle coś mu przeszkadzało.

Pretekstów to opuszczenia rzeczywistości miał mój przyjaciel bez liku. A to wspomniane kłopoty miłosne, a to chorobowe, a to finansowe, a to prawnofinansowe. Można by jeszcze długo wymieniać. Tak czy inaczej przyjaciel żegnał się z życie regularnie, co pewien czas, z tym tylko, że za każdym razem przekładał datę ostatecznego rozwiązania.

Teraz też wpadł w podobny nastrój. Opowiadał mi miedzy jednym a drugim polaniem i wypiciem wódeczki, że oto na tym świecie szary człeczyna, taki jak on czy ja, robi wciąż to samo. Je, śpi, wstaje i chodzi do roboty, wraca z niej i znów się kładzie na spoczynek. Opowiadał że to taki cholerny i wielce niesprawiedliwy automatyzm odmóżdżający. Każdego dnia to samo. Każdy dzień jest do siebie podobny. I on, ten mój przyjaciel, nie może tego dłużej wytrzymać. To już znałem. Bardzo dobrze to znałem. Słyszałem te jego narzekania na świat doczesny już tyle razy, że doznałem kolejnego efektu kaczki, czyli spłynęło to po mnie jak woda. Jednak tym razem dodał jeszcze jeden powód rozstania się z rzeczywistością, który wydał mi się ciekawy i niepokojąca zasadny.

Wspomniał mianowicie przyjaciel o tym, że w wyniku ogólnonarodowego spisku, w którym prawie wszyscy obywatele naszego państwa są obelgami skierowanymi bezpośrednio w niego, doznał ogromnej straty finansowej, z której już pewnie się nie podniesie. – Widzisz bez tych pieniędzy czy jak mówi nasz ukochany lud pracujący miast i wsi pieniążków żyć nie sposób. A że ja nie posiadam i nie zapowiada się na zmianę tego stanu, to z tej przyczyny zaczynam tracić grunt pod nogami w sensie dosłownym – żalił się skutecznie mój przyjaciel. Jak wiadomo powszechnie, w naszej odrodzonej po wiekach PRL-u ojczyźnie nowym bogiem stała się mamona i kto jej nie posiada i w jej posiadanie efektywnie  wejść nie potrafi z różnych względów musi żyć w nędzy albo po prostu opuścić doczesność i nie narażać państwa i społeczeństwa na straty i przykrości obcowania z takim nieudacznikiem.

– Nie stać mnie na życie – zawyrokował mój przyjaciel i zadysponował następną kolejkę lekarstwa na melancholie, które zdecydowanie tylko koiło a nie leczyło. – Jak wspomniałem, technicznie to ja jestem przygotowany, mam co potrzeba, wybrałem dogodne miejsce i stosowny czas, ale to nie jest takie proste, bo to widzisz nie wszystko przeczytałem, nie wszystko dożyłem do końca. Na przykład w styczniu ma w kinach lecieć ten film co to go chciałem obejrzeć a tak… no sam rozumiesz. Po za tym nie zdążyłem się jeszcze ze wszystkimi pożegnać… a tu termin goni – wyjaśniał.

Popiliśmy zdrowo i rozstaliśmy się z uściskach. I choć przyjaciel żałował, że to nasze ostatnie spotkanie, to coś mi mówi, że się jeszcze z pewnością zobaczymy. Bo on przecież już tyle lat odchodzi a wciąż trwa w tej nierównej walce z rzeczywistością. Samotny bohater doczesności. I tylko myśl mnie taka dręczy, że wszyscy żyjemy jak na dworcu w ciągłym oczekiwaniu na ostateczny wyjazd, nasz lub naszych przyjaciół.

dziennik pesymistyczny

Pogoda na pasie czyli rozterki nielota

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Radomskie lotnisko to wyjątkowy przypadek. Bardzo trudny do zrozumienia.  A na pewno nie pomaga w ogarnięciu tego zamieszania ani obecna pani prezes, ani pan rzecznik PLR, ani poprzedni pan prezes. Na radomskim lotnisku nie tylko nie ma pasażerów, nie tylko jest tam więcej odwołanych lotów niż tych, co się odbyły,  dodatkowo pojawiły się medialne wypowiedzi władz portu które są najłagodniej mówiąc… zadziwiające.

Kilka tygodni temu rzecznik radomskiego Portu Lotniczego mówił w telewizji, tej od faktów, że mają w Radomiu za krótki pas, żeby wystartował z niego Airbus czy Boeing w drodze na Wyspy Brytyjskie lub do Irlandii. A tu nagle w lokalnej Gazecie pani prezes PLR zapewnia czytelników, że: – Długość pasa nie jest tu przeszkodą. A to niespodzianka!  Dziennikarze przypomnieli też uprzejmie, że poprzednie władze portu lotniczego zapewniały, że „pas jest wystarczająco długi, by mogły z niego startować samoloty kodu 3C, czyli m.in. Airbusy A320 i Boeingi 737, chętnie wykorzystywane przez przewoźników”. Ja też pamiętam, że już w 2012 roku zapewniano na sesji rady miejskiej, że jest i będzie możliwość lądowania i startu większych samolotów z radomskiego lotniska. Teraz dowiedziałem się dodatkowo, że droga startowa Airbusa A320 z pełnym załadunkiem to 2090 m a ten pas startowy ma 2 km długości, wiec nie ma sprawy. A może jest, bo to taki mały zapasik te dziewięćdziesiąt metrów. I teraz to już nie wiem, za krótki ten pas startowy – jak mówi rzecznik – czy odpowiedni jak twierdzi pani prezes i jej poprzednik. Przydałaby się jedna wersja.

– W poniedziałek poprosiłam mojego kolegę pilota o konsultację. Przygotował dla mnie destynacje dla kierunków wakacyjnych: Turcji, Grecji, Bułgarii czy Włoch. Airbus A320 mógłby wystartować do tych państw z naszego pasa startowego – mówi pani prezes. Od wielu lat jestem kierowcą. Można nawet powiedzieć ze zawodowym. Mam wielu kolegów i wśród nich znalazłoby się nawet z dwóch związanych z budową dróg. Mam nadzieje, że po przeczytaniu wypowiedzi pani prezes zdecydują się w końcu i poproszą mnie o konsultacje w sprawie budowy autostrad. A może to moja koleżanka prowadząca biuro turystyczne skonsultowałaby ze mną destynacje dla kierunków wakacyjnych? Pilot może wypowiadać się o parametrach pasa startowego to ja też, jako kierowca coś tam mogę powiedzieć o autostradzie lub na podstawie moich wakacyjnych wyjazdów stwierdzić czy najlepiej wybrać się latem do Turcji, Grecji, Bułgarii czy Włoch.

A może długość pasa nie jest najważniejsza? Okazuje się, że i owszem. – Problemem nie jest długość pasa, mogą być nim jednak przeszkody znajdujące się już poza terenem lotniska – poinformowała pani prezes. Chodzi o przeciwności zawarte, co oczywiste, w przepisach. To tradycyjne tłumaczenie w przypadku władz radomskiego portu lotniczego.  Ale i tu jest światełko w tunelu: „budynki zostały już oświetlone, a drzewa przycięte do odpowiedniej wysokości”.

 To, czy Airbus A320 wzbije się kiedykolwiek z radomskiego lotniska zależy też, sądząc z wypowiedzi pani prezes, „od jego masy (a więc liczby pasażerów i ilości zatankowanego paliwa)”. To bardzo dobra wiadomość, dla przyszłości radomskiego lotniska! Przeciętna liczba pasażerów, na dotychczas obsługiwanych przez RPL kierunkach, to w porywach od trzech do siedmiu pasażerów, więc z nadmierną liczbą pasażerów w przeliczeniu na ich masę nie będzie najmniejszych problemów.

Jak powszechnie wiadomo dla lądowania i startów samolotów nie bez znaczenia jest pogoda. – Generalnie czym chłodniej tym lepiej – mówi prezes RPL. – Przy wysokiej temperaturze, samolot potrzebuje dłuższej drogi startowej. Oczywiście niebezpieczne są temperatury w okolicach zera. Może dochodzić wtedy do oblodzeń. Z tej wypowiedzi wynika jasno, że najlepszy czas na loty z radomskiego lotniska to wczesna jesień i późna wiosna, bo wtedy nie za zimno i nie za ciepło. Lubię poczucie humory prezes i czekam na więcej takich rewelacji.  W napięciu czekam aż pojawią się kolejne obiektywne i niezawinione przez władze lotniska przeszkody w jego normalnym i przynoszącym choć minimalne zyski funkcjonowaniu.

dziennik pesymistyczny

Czy ktoś z emigrantów zechce do Bolandy?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Każdego dnia granice Unii przekraczają nielegalnie i na półlegalnie tysiące imigrantów z Bliskiego Wschodu, Afryki czy Bałkanów. Ich liczba stale rośnie. Na wieści czy udało im się bezpiecznie przeniknąć do Europy czekają na Bliskim Wschodzie miliony kolejnych, którzy podążą ich śladem. Większość za cel stawia sobie Niemcy, Francję, Anglię czy Szwecję.  Czy ktoś z tych emigrantów wybiera do Polski? Czy zechce tu zamieszkać na stałe? Jak dotąd nie słyszałem o takich deklaracjach wśród tych, co szturmują granice Unii.

W rezultacie brukselskich ustaleń Polska powinna przejąć 5082 emigrantów. Ponadto do Polski trafiłyby ok. 2 tys. osób, które rząd zgodził się przyjąć już wcześniej, co oznacza, że w sumie przyjęlibyśmy ich około 7 tysięcy. Ale czy ktoś pytał tych uchodźców/emigrantów czy chcą do Polski? Czy ci ludzie będą mogli wybierać kraj ewentualnego osiedlenia? Czy to czy ktoś trafi do Polski, Niemiec czy Francji ustalone będzie w drodze wyliczanki: na kogo wypadnie na tego bęc?

Nigdy nie miałem złudzeń co do poziomu umysłowego urzędników z Brukseli, ale nawet oni powinni chyba wpaść na pomysł że emigranci zechcą sami zadecydować gdzie chcą mieszkać. No chyba, że to będzie osiedlenia przymusowe. Ale wtedy rodzi się zasadne pytanie, w jaki sposób zatrzymamy w Polsce tych, którym nie spodoba się nasza rzeczywistość, stosunki tu panujące, nasza kultura i gospodarka? Czy będziemy ich trzymać w specjalnych zamkniętych osiedlach (żeby nie używać niegrzecznego słowa obozy)? A może wyposażymy ich w specjalne chipy i gdy taki emigrant uciekinier przydzielony do osiedlenia w Polsce ucieknie do Francji odeślą go nam ciupasem?

Nie wydaje mi się także żeby tysiące emigrantów wybierających się do Niemiec, a osiedlonych w Polsce, ochoczo urządziło się w Łodzi czy w Rzeszowie. Nie przepuszczam żeby ustalenia Rady Europejskiej czy decyzja ministrów z krajów członkowskich dotycząca relokacji uchodźców przekona ich do tego żeby wybrać na miejsce docelowe swojej emigracji Rumunie czy Polskę. Nie przekona ich do wybrania naszego kraju deklaracja polityków tym, że oddadzą uchodźcom swoje mieszkania, załatwią im tu prace czy zapewnią darmową opiekę zdrowotną.

Nim jeszcze kwestia przyjęcia uchodźców z Bliskiego Wschodu w Polsce została uregulowana, Fundacja Estera sprowadza do Polski syryjskie rodziny. W sumie przyjęto ponad 150 Syryjczyków, oferując im dach nad głową, pożywienie, możliwość edukacji dla dzieci. Już po kilku tygodniach uchodźcy postanowili jednak potajemnie uciec do Niemiec. I to nie była sytuacja wyjątkowa.

– Pracujący w centrach weryfikacyjnych specjaliści będą zadawać różne pytania, sprawdzać akcent arabski i wiele innych rzeczy. Potem ta osoba będzie musiała się zgodzić na przyjazd do Polski, potem Polska będzie musiała ją zatwierdzić. I dopiero wtedy osoba to będzie mogła do Polski przyjechać – podkreślił polski wiceminister spraw zagranicznych. Czyli może się okazać, że do Polski nie przyjedzie nikt lub niewielu z tych przeznaczonych nam ponad siedmiu tysięcy emigrantów. I co wtedy? Przymusowe osiedlanie?