Yearly Archives

78 Articles

dziennik pesymistyczny

Strajk prywatny – trzecia odsłona konfliktu z władzą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zobaczyłem go z daleka. Ucieszyłem się na widok niedużej – opatulonej zimowo na zimowe przecież okoliczności przyrody – szarej postaci. Zakapturzonej i okutanej jak średniowieczny rycerz. A może bardziej przypominał pielgrzyma w drodze do ziemi świętej? Z torba przewieszoną przez ramie, którą sam nazywa dziadowski pokutnym workiem, rzeczywiście kogoś takiego przypominał. Stał ten dzielny samozwańczy przywódca strajkowy przy kiosku przytupują na mrozie nogami. Dopiero jak podszedłem bliżej zobaczyłem, że kupił gazetę. – Co tam panie w polityce – zagadałem wskazując na dziennik, który trzymał w ręku – Czy rząd przysłał do Ciebie negocjatora?

– O sprawach tak ważnych nigdy nie rozmawiał na sucho – odparł przyjaciel wyniośle, po czym zaproponował abyśmy odwiedzili pobliską knajpę w celach konsumpcyjnych. Było już kilka minut po trzynastej, więc nie widziałem przeciwwskazań i chętnie przystałem na jego propozycje. – Zdecydowaliśmy na spotkaniu z załogą, aby utrzymać pogotowie strajkowe i daliśmy czas szefowej rządu na rozpoczęcie rozmów do 31 stycznia. Jeżeli premierzyca się nie ugnie, strajk wybuchnie ponownie – zrelacjonował krótko sytuacje przyjaciel, jak tylko wypiliśmy po pierwszym łyku z kufli przyniesionych przez kelnera.

– Jak to „na spotkaniu z załogą”? – zdziwiłem się – Masz jakiś załogantów? Zatrudniłeś kogoś? Przecież jesteś na samozatrudnieniu? – zapytałem zaciekawiony nagłym zwrotem sytuacji. – Załoga to ja, ja jestem sobie załogą i własnym szefem i w zależności od okoliczności występuje w odpowiedniej do sytuacji osobie – odparł.  – Teraz i ja, jako prezes, i ja, jako załoga występujemy wspólnie, jako komitet strajkowy. W jedności siła – dodał z nieukrywana dumą. – To jakiś absurd! Jednoosobowo? Tak nie można – zaprotestowałem. – Tak myślisz? – powiedział podsuwając mi gazetę. A tam stało czarno na białym plus kolorowe zdjęcie, że zamiast dwudziestu pięciu  radnych Zieloną Górą rządzi tylko jedna osoba. Zwołuje kolejne sesje jednoosobowej rady miasta, rozpoczyna sam ze sobą dyskusje, sprawdza listę obecność na której jest tylko jego nazwisko i dalej w tym samym tonie. Zgodnie z prawem będzie tak jako jednoosobowa rada miasta rządził miastem i gminą, aż do wyborów, które mają odbyć się 15 marca. Przyznałem przyjacielowi racje: można.

– Zwracamy się do pani premier o natychmiastowe rozpoczęcie negocjacji – mówił dalej popijając z kufla. Oświadczył mi, że jego zdaniem, rząd chce uprawiać dialog „konia i woźnicy”, gdzie głównym atrybutem jest bat. – My na taki dialog nie pozwolimy – oznajmił. Zaznaczył ponadto, że dopiero po pierwszym spotkaniu z premierzycą ocenią (czyli On i załoga), czy jest ze strony rządu „dobra wola”. – Wówczas komitet protestacyjny podejmie decyzję o zawieszeniu pogotowia strajkowego lub o ewentualnym zaostrzeniu sporu – powiedział z przekonaniem.

– Do tego czasu – jak zaznaczył – nie ma mowy o zawieszeniu pogotowia strajkowego ani o żadnych ustępstwach z naszej strony. – Wszyscy są w gotowości – dodał dopijając piwo. – Teraz musze już lecieć, bo mam spotkanie – powiedział – zostały powołane grupy robocze, które doprecyzują scenariusz kolejnych niewykluczonych przecież akcji protestacyjnych. Po tych słowach wstał, ubrał się w wierzchnie okrycia, przewiesił swój worek pokutny przez ramie, rzucił mi krótkie – Cześć –  i wybiegł.

cdn.

dziennik pesymistyczny

Czy się stoi czy się leży, to wypłata się należy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Kto by nie chciał pracować na lotnisku? Wielu pewnie ma takie przyziemne marzenie.  A pracować na lotnisku które nie odsługuje ruchu pasażerskiego, bo nie lądują tam takie samoloty? To pewnie prawie każdy kto nie lubi się przepracowywać, ale za to lubi dostawać za chęci do pracy solidną pensję. Port Lotniczy w moim mieście zatrudnia już 142 pracowników. I choć nie ma tam żadnego ruchu pasażerskiego i nigdy takiego nie było a nawet nikt nie spodziewa się pasażerów w dającej się przewidzieć przyszłości, to zarząd lotniska znów pożyczył trzy miliony od miasta, bo zabrakło mu na wypłatę pensji dla swoich pracowników.

Za czasów słusznie minionych mówiono, że „czy się stoi czy się leży, to wypłata się należy”. W nowym lepszym świecie, powstałym w Polsce po zwycięstwie kapitalizmu, uczono mnie i usilnie przekonywano, że niema nic za darmo. A tu proszę, taka niespodzianka, jednak coś jest za darmo. A jeśli nie za darmo to przynajmniej za nieduży lub żaden wysiłek.  Można pracować na lotnisku które nie obsługuje ruchu pasażerskiego, bo nie lądują tam żadne samoloty i brać za to pieniądze. Jak się wydaje najlepiej pracować tam w dziale obsługi pasażera.

A jakby tak pójść dalej i w myśl tej światłej idei wybudować w mieście port, nie lotniczy tym razem, ale Port Morski. Genialny pomysł prawda? Założyłoby się miejską spółkę, zatrudniło w niej wielu specjalistów, prezesa, trzech wiceprezesów, kilku dyrektorów, każdemu po sekretarce. Do tego jeszcze specjalistów od  pijaru, marketingu, reklamy, kilku prawników, rzecznika prasowego i kilku ochroniarzy. Po zakupie służbowych aut i ładnego budynku z przeznaczeniem na biura można by zaczynać budowę. Po oddaniu inwestycji do „użytku” zatrudniłoby się jeszcze tak ze 140 pracowników i co roku można prosić miasto o pożyczkę na działalność do czasu uzyskania mitycznego inwestora.

A że miasto nie leży nad morzem? A że do naszego Portu Morskiego nie zawinie żaden statek, bo to fizycznie niemożliwe? A co tam, stać nas. Przecież to byłby miejski Port Morski na skale naszych możliwości i to nie byłoby nasze ostatnie słowo – parafrazując klasyka. Potem przyjdzie czas na miejski kosmodrom, bo czemu by nie?

dziennik pesymistyczny

Strajk prywatny – kontynuacja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Jak tam twój prywatny strajk! Jakieś nowości? Strona rządowa przystąpiła do rozmów? Bo czytałem, że górnicy odnieśli zwycięstwo – zapytałem przyjaciela, gdy po wypatrzeniu go w tłumie podszedłem. Stał on sobie spokojnie z kubeczkiem w ręku tuż przy stoisku z warzywami. – A dziękuje, rozwija się. To wszystko jest dla mnie bardzo ważne. Planuje nowe akcje i to nie tylko informacyjne – podkreślił. Dodał jednak, że nie zdradzi szczegółów dotyczących ewentualnej eskalacji jego poczynań protestacyjnych, bo scenariusz ten ma być zaskoczeniem. – Nie dla społeczeństwa, ale dla rządzących, bo to oni ponoszą winę – zaznaczył.

Staliśmy tak sobie gawędząc tuż przy beczce z ogórkami kiszonymi omawiając jego plany i poczynania. – Czytałem, że górnicy zrealizowali hasło „kopalnie nasze, straty wasze” to i ty masz szanse w swoim konflikcie z władzą – zauważyłem. – A pewnie, spłata długów Kompanii Węglowej (około 4,2 mld zł) spadnie na podatników. W sumie za tak zwany plan restrukturyzacji KW zapłacimy około 6 mld zł. Korzyści z tego wydatku dostrzec nie sposób. To i mnie się kilkadziesiąt tysięcy należy od podatników. A co ja gorszy jestem niż górnik? – odpowiedział jakby czytał z gazety.

– Co ty pijesz? – zainteresowałem się spojrzawszy na plastikowy kubeczek który przyjaciel trzymał w ręku, bo obawiałem się, że to co pije może mieć wpływ na to co mówił. – Wodę z ogórków kiszonych – odparł z godnością – wczoraj miałem akurat naradę z kolektywem która przeciągnęła się do późnych godzin nocnych. Po jego słowach ja też poczułem, że musze uzupełnić bilans płynów w organizmie. Poprosiłem więc miłą panią ekspedientkę o kubek z życiodajnym płynem również dla mnie.

– Jestem wkurzony i zdeterminowany. Będę walczył o swoje pojedyncze miejsce pracy ile się da i jak długo się da – zaznaczył po kolejnym łyczku z kubeczka. – Pamiętasz, że ty jesteś samozatrudniającym się pojedynczym przedsiębiorcą z jednym dominującym kontrahentem – upewniłem się. – Oczywiście, ale jak już wspominałem moje miejsce pracy jest dla mnie równie ważne, jak dla górnika dołowego jest ważna jego kopalnia – zauważył. Trudno się z tym nie zgodzić i choć nadal byłem sceptycznie nastawiony to jego strajku to jednak nie mogłem przyznać mu racji, co do słuszności obrony miejsca pracy.

– A skontaktował się ktoś z Tobą? Może premierzyca? Któraś z ministerek, minister lub podsekretarz stanu przynajmniej? – zapytałem. – Jeszcze nie, ale zastanawiam się nad podpaleniem opony przed biurem a to na pewno przyciągnie uwagę – odparł. Zarzucił też przy okazji stronie rządowej brak dialogu. – To już jest dyktatura, a nie demokracja – ocenił. – Strona rządowa pokazała jedno: idą ku konfrontacji, ta kula śniegowa już ruszyła – podkreślił.

– Oj Pijaki! Pijaki! Pijaki! – usłyszeliśmy za plecami głos naszego kolegi, który w swej karierze zawodowej poszedł w urzędniki czy inne tam rzeczniki. Zniesmaczył mnie jego widok, bo zawsze tak mam jak go widzę. – Pijemy wodę z kiszonych ogórków dla zdrowotności. Taka nowa dieta. Nie dostałeś wytycznych z centralnego urzędu w tej sprawie – zapytał nowo przybyłego przyjaciel. – Co słychać – spytał kolega urzędnik czy inny rzecznik ignorując zaczepkę. – Zależy gdzie ucho przystawić. Przyjaciel na przykład strajkuje – poinformowałem. – Tak? Nie wiedziałem, że zostałeś górnikiem? – zdziwił się kolega urzędnikorzecznik. – Wszyscy jesteśmy górnikami – odparł filozoficznie przyjaciel. W tym miejscu postanowiłem w skrócie przedstawić sytuacje strajkową przyjaciela czyli to, że samotnie podjął walkę w obrobię własnego pojedynczego miejsca pracy.

– Nie wierze? Jak tak można sobie żarty robić? – zaperzył się urzędnik czy rzecznik gdy obaj z przyjacielem zaczęliśmy go przekonywać, że akcja strajkowa przyjaciela jest jak najbardziej na poważnie. – Jak można naigrawać się z tak poważnej sprawy! Nie znacie ciężkiej pracy górników to się nie wypowiadajcie, dają z siebie dwieście procent żeby było wam ciepło. Sercem jestem byłem i zawsze będę z górnikami. I mam prośbę, nie wypowiadajcie się na ten temat, jeżeli w ogóle nie macie pojęcia o tej pracy i co by stało gdyby zamknęli kopalnie. Słuchaliśmy go spokojnie popijając kolejną porcje życiodajnego płynu.  – Nawet nie jestem w stanie nazwać was chamami spod budki z piwem, którzy „wywalili” kilka jabcoków, bo to jest dla was zbyt dobre określenie – wykrzyczał kolega urzędnik lub rzecznik, po czym złożył wniosek formalny o wykluczenie się z naszego grona i poszedł sobie mrucząc coś pod nosem. – Co mu się stało przecież on przy korytku na trzecim piętrze chlewika gabinet swój ma? – zapytałem. – Przy korycie, na urzędniczym wikcie i owszem jest, ale on z tych uśpionych opozycjonistów prawych i sprawiedliwych, więc ma zdanie jak najbardziej odmienne – odparł przyjaciel.

cdn.

dziennik pesymistyczny

Good news

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

„Śmierć na Limanowskiego!” – przeczytałem tytuł artykułu na jednym z lokalnych portali informacyjnych, który w swej nazwie ma „news”. Fakt, to jak nic był ten news, przynajmniej sądząc po tytule artykułu. Nie ukrywam, że zapałałem chęcią poznania choćby jednego więcej szczegółu tego newsa.  Good news is no news, czyli dobra wiadomość to żadna wiadomość. Ta zasada rządzi dziennikarstwem właściwie od zawsze. A to była jak najbardziej zła wiadomość. Czyli jak nic był good news.

News dodatkowo zilustrowany był uroczym zdjęciem młodej policjantki na tle bloku z wielkiej płyty w otoczeniu bujnej roślinności pyszniącej się zielenią liści. Już sam widok tak pięknych okoliczności przyrody widocznych na fotografii w kontraście do tragedii zawartej w tytule skłonił mnie to przeczytania notki w całości. Przecież był środek zimy a tam na zdjęciu zielone liście, słoneczko plus policjantka. Poza tym ta „Śmierć na Limanowskiego” zdradzała wątek kryminalny, co było dodatkową zachętą żeby czytać dalej.

Już sam lid tekstu rozpalał wyobraźnie czytelnika. Niezorientowanym od razu śpieszę z wyjaśnieniem, że lid to wyróżniona graficznie część artykułu zawierająca skrót informacji lub krótką zapowiedź tekstu, która ma zachęcić czytelnika do czytania. Ale wracajmy do tekstu czyli do lidu.

„Do tragicznego w skutkach zdarzenia doszło przy ul. Limanowskiego. W jego wyniku zmarł człowiek” – głosiła zapowiedź artkułu, czyli wspomniany już przeze mnie lid. Zaciekawiony przeczytałem następne zdanie tak dobrze zapodziewającej się relacji dziennikarskiej z tragicznego zajścia na ulicy Limanowskiego. „Do tragicznego w skutkach zdarzenia doszło przy ul. Limanowskiego. W jego wyniku zmarł człowiek.” – przeczytałem kolejną linijkę tekstu tuż pod lidem.

Przeleciała mi przez głowę myśl, że przecież już to wiem, bo przed chwilą czytałem to w lidzie, ale nadal chciałem wiedzieć więcej, dlatego nie odpuściłem i czytałem: „Do zdarzenia doszło kilkanaście minut temu. Na miejscu są już policjanci, którzy badają sprawę. W tej chwili, dla dobra sprawy, szczegóły zdarzenia objęte są tajemnicą.” No i tyle. Nic więcej. Nie licząc dopisku: „Więcej wszczegółó wkrótce”.

– W nowoczesnym dziennikarstwie internetowym chodzi przede wszystkim o szybkość informacji. Mniej liczy się jakoś, treść, czy poprawność językowa, a więcej szybkość z jaką dociera się do czytelnika – tłumaczył mi kiedyś znajomy pracujący w nowych mediach. Jednak po lekturze tego newsa mam wrażenie, że czasem jednak warto poczekać z publikacją niusa na prawdziwego newsa.

dziennik pesymistyczny

Strajk prywatny

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Obudziłem się dziś w bardzo antypaństwowym nastroju – rozpoczął swą opowieść mój znajomy, gdy zasiedliśmy przy knajpianym stoliku. – Już w nocy czułem, że wzbiera we mnie nienawiść, żal i frustracja. Wiedziałem, że coś musze zrobić, działać, że tak dalej być nie będzie – tłumaczył przyjaciel miedzy jednym głębszym a kolejnym nalewanym. – Nad ranem wiedziałem już co zrobię, rozpocznę akcje protestacyjną w obronie swojego miejsca pracy – dodał niezdrowo podniecony.

– Ależ z tego co sobie przypominam to ty jesteś samodzielnym, drobnym biznesmenem pracującym na swoim – przypominałem mu – sam sobie jesteś szefem, sterem i okrętem. Co prawda ciągle pracujesz dla swojego dawnego szefa, ale już jako niezależny podmiot gospodarczy. – Może i tak, ale to nie przeszkadza mi w tym abym prowadził strajk. Przecież jestem gnębiony. Te wszystkie podatki, zarządzenia, rozporządzenia, ta cała biurokracja. Te kontrole. To mnie dobija. Nie wspominając już o moim byłym szefie, który jest teraz moim jedynym kontrahentem. Doprowadziło to mnie na skraj bankructwa – tłumaczył z zapałem. – Ja już dziś z rana pod prysznicem wykrzykiwałem do siebie cichutko: Złodzieje! Złodzieje! Kierując w myślach te oskarżenia do pani premierzycy, wszystkich ministrów i ministerek, do urzędników samorządowych i tych centralnych, do władz lokalnych i państwowych. Tak wiem, uległem – przekonywał mnie. – Poddałem się inspiracji. Skopiowałem podstępnie pomysł. Może za dużo wiadomości w telewizji? Za dużo czytania tych gazet i serwisów informacyjnych w internecie? Przedobrzyłem. I teraz jest już za późno, postanowiłem działać. Przystąpiłem do strajku.

– Przy śniadaniu opracowałem plan. Ogłosiłem domownikom oraz wszystkim moim znajomym na Facebooku, że rozpoczynam akcje protestacyjną – powiedział gdy wróciłem z baru z nową kolejką. – Na początek zgodnie ze stara świecką tradycją wywiesiłem w oknach flagi narodowe, na starym prześcieradle napisałem wielkimi literami STRAJK (nie zapominając oczywiście o odpowiednim do sytuacji z zgodnym ze sztuką liternictwie) no i włożyłem biało-czerwoną opaskę – w tym miejscu pokazał mi to, co miał na ramieniu.

– Ale przecież ty nie jesteś górnikiem dołowym, ty nie możesz protestować mając pretensje do rządzących – starłem się przywołać w nim rozsądek. – Mogę i będę! – wykrzyknął tak, że zainteresowała się nami ochrona knajpy. – Jak górnicy mogą to ja też! Mnie się też coś należy! Mnie też rząd musi pomóc! Przecież ja w obronie swojego miejsca pracy protestuje. I powiem więcej: będą podejmowane konkretne działania. Nie wiem nawet czy w ramach eskalacji nie zjadę do piwnicy protestować pod ziemią.

Zaproponowałem, żeby jeszcze zamówić małe Conieco, bo bez tego możemy się wypracować porozumienia – mówiąc stosownie do okoliczności. Przystał na propozycje. – Oczywiście stworzyłem już sztab protestacyjny w ramach którego odpracowujemy listę naszych żądań oraz strategie działania – powiedział, gdy już wypiliśmy i zakąsiliśmy. – Rząd prze do konfrontacji, bo jeszcze nikt nie odpowiedział na moje postulaty, co jest oczywiście jawną prowokacją. Musimy przygotowywać szybką ścieżkę protestów – zapowiedział.

– Chciałbym zaapelować do pani premier, by jak najszybciej się ze mną skontaktowała, tak abyśmy mogli usiąść i prowadzić rozmowy – powiedział. – A czy ona o tym wie? – zapytałem z troską. – Nie wiem czy wie, ale przecież powinna się interesować losem obywateli, ja też jestem obywatel, to więc i likwidacja mojego miejsca pracy nie powinna być jej obojętna – dodał. – To wszystko to konsekwencja braku rozmów i autentycznego dialogu społecznego – stwierdził i zaproponował żebyśmy jeszcze wypili po maluchu.

cdn.

dziennik pesymistyczny

Drugie danie za prace

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Nie istnieje coś takiego jak darmowe obiady – mawiał Milton Friedman, ekonomiczne guru ultraliberałów. To wzniosłe hasło nowych czasów w Rzeczpospolitej postanowił urzeczywistnić Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie w pewnym mieście leżącym w niezbyt wysokich górach. Osoby korzystających tam z pomocy od stycznia zamiast dwóch dań dostają tylko zupę z wkładką. – Chcemy motywować. Gdy znajdą zajęcie, dostaną również drugie danie – mówi wicedyrektorka.

W myśl zasady, że kto chce jeść ten musi pracować MOPR poprzez zmniejszenie racji żywnościowych dla ludzi biednych chce ich zmotywować to pracy. Nie wiem, może ja jestem skarżony wojennymi filmami, może mnie się coś niesłusznie skojarzyło, ale mam wrażenie, że takie metody już ktoś stosował i to raczej nie w czasach mało radosnych dla Rzeczpospolitej a w zasadzie dla jej obywateli.

Dotychczas potrzebujący pomocy otrzymywali od tej instytucji talony na obiady w barach mlecznych o wartości 7,50 zł. Dzięki temu mogli za to zjeść zupę, drugie danie i wypić kompot. Teraz jeśli nie wykażą się dowodem zatrudnienia dostaną tylko zupę z wkładką. To że podopieczni Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w niskogórskim mieście nie dostają dwudaniowego obiadu jest skutkiem zarządzenia wydanego przez dyrektora tej instytucji. – Nie tyle obcięliśmy świadczenia, co je zracjonalizowaliśmy – przekonuje zastępczyni dyrektora MOPR.

Ludzie biedni, którzy nie znajdą zatrudnienie zgodnie z nowymi przepisami dostaną teraz o połowę tańszą zupę z wkładką białkową. Może to być kawałek mięsa, nabiału lub jajko. – Chcemy w ten sposób zachęcić osoby w sile wieku do skuteczniejszego zadbania o siebie i znalezienia pracy. Będziemy im w tym pomagać, żeby nie stracili kompetencji społecznych – wyjaśnia urzędniczka racjonalizatorka.

Dobrze, mogę nawet zrozumieć to nowoczesne zastosowanie zasady bez pracy nie ma kołaczy (w tym przypadku drugiego dania i kompotu) w mieście gdzie bezrobocie nie istnieje a gazety zawierają więcej ogłoszeń z ofertami pracy niż reklam. Ale w mieście, w którym urzędnicy z MOPR-u wpadli na tej oryginalny w swej prostocie pomysł, stopa bezrobocia według oficjalnych danych na koniec listopada 2014 roku osiągnęła poziom 9,9%. Z bezpłatnych posiłków korzysta tam 10 tys. osób miesięcznie. Urzędnicy z MOPR-u obliczyli, że wprowadzone zmiany dadzą 300 tysięcy zł oszczędności rocznie. Zastanawiam się czy biurokraci racjonalizatorzy nie posuną się w swych oszczędnościach jeszcze dalej i niewprowadzona zostanie zasada, że Ci biedacy, co nie wykażą się aktualnym zatrudnieniem, dostaną tylko talerz zupy z brukwi. Będzie jeszcze taniej.

– Przez dziesięć godzin w tygodniu wykonują drobne prace: sprzątanie, dbanie o zieleń, odśnieżanie w instytucjach miejskich. Chodzi o takie, które funkcjonują non profit, np. szkoły czy instytucje kulturalne. Dostają osiem złotych za godzinę, a do tego talon na obiad – opowiada wicedyrektorka. No niby jest w tym teoretyczny sens, ale czy w praktyce wszyscy chętni znajdą zatrudnienie? Bo jeśli nie, to przestaje być to sensowne. Naprawdę obawiam się, że taka forma motywowanie prowadzi prosto do tego żeby zmusić biednych do pracy za miseczkę ryżu o przepraszam zupy.

dziennik pesymistyczny

Puree z solą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Puree ze smalcem. – Nie ma smalcu, z dżemem są puree – to pamiętny dialog miedzy klientem a kasjerką pochodzący z komedii „Miś”. To było dawno, teraz coś takiego, takie zamówienie i taka oferta w barach mlecznych jest nie do pomyślenia. Tłuszcz zlikwidowano dawno. Teraz Ministerstwo Finansów postanowiło nie dopłacać do potraw, które zostały przyprawione czymś więcej niż tylko solą. Teraz zgodne z literą prawa pozostały już tylko ziemniaki puree z solą.

Nie miałem żadnych złudzeń, co to tego, że współczesna mi Rzeczpospolita Urzędniczą to kraina biurokratycznych idiotów, którzy dla uzasadnienia potrzeby własnego istnienia produkują na wyścigi coraz to bardziej absurdalne przepisy. Tym razem głuptaki z Ministerstwa Finansów wpadły na pomysł obcięcie dotacji do barów mlecznych. Państwo Polskie postanowiło ograniczyć dobra luksusowe serwowane nierobom, nieudacznikom i innej biedocie posilającej się w najtańszych jadłodajniach. Już wcześniej państwowej dotacji pozbawione zostały dania polane skwarkami co skończyło dopłaty do tak zbytkownych dań jak gryczana ze skwarkami.  Od pierwszego stycznia 2015 roku w barach mlecznych chcących otrzymać państwową dotacja trzeba gotować posiłki tylko i wyłącznie z surowców, o których mowa w specjalnym załączniku do rozporządzenia przygotowanym przez ministerialnych urzędników. Dodanie czegokolwiek spoza zawartej tam listy oznacza, że bar nie dostaje dotacji, a więc traci pieniądze.

W powyżej wspomnianym załączniku na liście przypraw jest tylko sól. Brak tam miedzy innymi tak popularnych i zdawałoby się oczywistych dodatków do potraw jak kminek, majeranek, cynamon, ziele angielskie czy papryka w proszku. Nie można dodać nawet pieprzu. Bo choć taki składnik jest na ministerialnej liście, to z jakiegoś bliżej nieznanego powodu urzędnik idiota polecił stosowanie pieprzu świeżego. A ten w naszym kraju jest praktycznie niedostępny. Powszechnie występującego u nas pieprzu suszonego niestety brak.

Ale to nie koniec rewelacji. Ministerialni fachowcy nie umieścili na liście wody, więc przynajmniej teoretycznie też nie wolno jej używać podczas gotowania, bo można stracić dotacje. Podobne wątpliwości budzi też pietruszka. W gotowanych daniach stosuje się bowiem jej korzeń, ale też i nać. Część izb skarbowych uznaje, że dofinansowanie należy się tylko do części podziemnej rośliny. Dodanie naci pietruszki oznacza pozbawienie potrawy rządowej dotacji.

Rocznie na bary mleczne w budżecie państwa rezerwuje się kwotę 20 mln zł. To przerażająca suma, więc nie można się dziwić, że nasza klasa rządząca chce jak najbardziej ograniczyć tę gigantyczną kwotę, jeśli nie do zera to przynajmniej do minimum. Przecież ministrowie też ludzie i coś tam muszą od czasu do czasu przekąsić. Jak pamiętam z doniesień z „afery podsłuchowej” rządzący nie wybrzydzali i jedli, co im dano. Taki na przykład minister Sienkiewicz i prezesem Belką zamówili na obiadek: rzodkiewki piklowane, grillowany kozi ser ze szparagami i carpaccio z mlecznej jagnięciny. Jako przekąski, minister i szef Narodowego Banku  zażyczyli sobie także kawior z łososia oraz kawior z anchois a także tatar. Na głównego dania policzki, ogony wołowe i ośmiornicę. Poza tym winko i „sześć wódeczek” – na początek. A na końcu rachunek wyniósł dwa tysiące złotych. No i jasno widać na tym przykładzie, że Ministerstwo Finansów musi oszczędzać na dotacjach. Słuszną linię ma nasza władza.

– Nie mają chleba? To niech jedzą ciastka! – rzekła kiedyś Maria Antonina żona Ludwika XVI. Królową Francji pamiętliwy lud skrócił o głowę. Teraz ministerialni idioci radzą biedocie jeść bezmięsnie i bez przypraw. Pocieszające jest to, że historia lubi się powtarzać.

dziennik pesymistyczny

Obowiązek meldunkowy wiecznie żywy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Podczas świątecznych porządków wpadł mi w ręce fragment broszurki wydanej nielegalnie pod koniec PRL-u. Autor artykułu traktującego o zniewoleniu Polaków przez uwcześnię rządzących wymieniał tam kilka przykładów, jakimi to system komunistyczny gnębi społeczeństwo. Jednym z podstawowych oskarżeń przeciw PRL-owskiej władzy a jednocześnie koronnym przykładem łamania podstawowych praw człowieka i obywatela był dobrze nam znany obowiązek meldunkowy.

Czy to nie dziwne, że minęło już przeszło dwadzieścia pięć lat nowej, wolnej, przecież o wiele lepszej Polski a ten obowiązek, który swoje początki ma jeszcze w czasach stalinowskich nadal nas niewoli i gnębić będzie jeszcze długo. A przecież dawna opozycja to teraz nasza demokratycznie wybrana władza. Przecież nie powinno być już kłopotów ze zniesieniem tego, co za PRL-u było tak znienawidzone? I tak dawnym opozycjonistom przeszkadzało.

Obowiązek meldunkowy miał być zniesiony już bardzo dawno temu. Ale jak to bywa w naszej krainie uśmiechu, coś tam się nie udało, coś nie bardzo zagrało i tak już mija ćwierć wieku obowiązku meldunkowego obowiązującego w wolnej Polsce. – Międzyresortowy Zespół ds. Przygotowania Administracji Rządowej do Zniesienia Obowiązku Meldunkowego zarekomendował pozostawienie obowiązku rejestracji miejsca zamieszkania w obecnie obowiązującej formie – przyznała rzeczniczka Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Opinia tego zespołu o tak wspaniałej nazwie jest istotna i wielce zabawna jednocześnie, bo przecież tylko u nas może istnieć komisja, która miała przygotować zniesienie obowiązku meldunkowego a zarekomendowała jego pozostawienia.

Obowiązek meldunkowy polega na zameldowaniu się lub wymeldowaniu z miejsca pobytu stałego lub czasowego, zgłoszeniu wyjazdu lub powrotu poza granice Rzeczypospolitej Polskiej z zamiarem stałego pobytu, jak i bez takiego zamiaru, ale na okres dłuższy niż sześciu miesięcy. Ciąży zarówno na obywatelach RP jak i na cudzoziemcach. Powyższej powinności dopełnić należy w ciągu trzydziestu dni od dnia przybycia do miejsca pobytu stałego.

Dlatego pamiętaj obywatelu krainy wolności Rzeczypospolitej Polskiej! Masz ponadto obowiązek meldować się podczas urlopu, deklarować swoje wykształcenie i stosunek do służby wojskowej. Właściciele, dozorcy i administratorzy nieruchomości pamiętajcie! Macie prawny obowiązek donoszenia na niezameldowanych lokatorów. Tak sobie pomyślałem, może trzeba jeszcze raz opublikować broszurkę wydaną przed trzydziestu laty? Tak dla przypomnienia o co walczyła dawna opozycja która teraz jest u władzy . Bo jak widać punkt widzenia zmienia się w zależności od punktu siedzenia. Inaczej było w dawnej opozycji inaczej jest w ławach rządowych.