Nie warto żyć normalnie
Mój przyjaciel zaordynował „po setce na dzień dobry”, gdy tylko zdążyliśmy usiąść przy barze. – W grube szkło nalać czy w cienkie? – zapytała matowym głosem dziewczyna stojąca za barem. Teraz z barmanką odbywali ten sam tradycyjny już przy takich okazjach dialog. – Wszystko jedno, wódka jest wódka – odpowiedział mój towarzysz. – Bo to czasem trafi się taki, co to nie wypije z grubego szkła żeby nie wiem co – powiedziała dziewczyna nalewając wódkę do kieliszków.
– Nie warto żyć normalnie, trzeba żyć ekstremalnie – rzekł przyjaciel, co stanowiło zaproszenie do wypicia wódeczki. – Wiesz, tak mi czasem brakuje takich prawdziwych rozmów z facetami, takich spotkań w męskim gronie – powiedział mój towarzysz jednocześnie delikatnie chwycił mnie za łokieć. Mówił jeszcze coś o tym, że teraz uczęszcza na takie luźne spotkania gdzie poruszany jest zawsze jakiś temat z życia faceta. Wspomniał coś o tym, że to bardzo wartościowe, że przychodzą tam mężczyźni niezależnie od wieku czy przekonań. On tak mówił i mówił, a ja słuchałem go jak przez ścianę, bo cała moją uwagę skupiłem na jego dłoni trzymającej mój łokieć w uścisku.
Nie skądże znowu, ani przez chwile nie podejrzewałem przyjaciela, że ten nagle zmienił orientacje. A nawet jakby tak było to nie mnie go sądzić i oceniać. Ale ta jego przemowa o męskim gronie w połączeniu z tym moim łokciem w jego uścisku… to wszystko wzbudziło moje lekkie zaniepokojenie. – Dziś w strefie ducha brakuje mężczyzn, a przede wszystkim przekazu dla mężczyzn – kontynuował wywód przyjaciel. – Faceci przecież mają zupełnie inne od kobiet cele i zdecydowanie różne role do spełnienia w swoim życiu, potrzebują mocnego, męskiego głosu który wskaże im drogę. Spotkania o których mówię organizowane są po to, aby mężczyźni mieli szansę na osobiste spotkanie z Przedwiecznym, tylko w męskim towarzystwie, gdzie nie muszą się niczego wstydzić – dodał.
– Poproszę bardzo, bardzo szybko poproszę cztery setki, kolega postradał rozum, ale może da się go jeszcze uratować – niemal wykrzyczałem zamówienie do barmanki. Gdy co zamówione zostało polane, wypiliśmy po pierwszej setce. – Znowu Cię wzięło na mistycyzm? – zapytałem mając w pamięci kilka poprzednich flirtów mojego przyjaciela ze strefą duchową jego osobowości. – No wiesz jak jest, nie warto żyć normalnie, trzeba żyć ekstremalnie – odparł przyjaciel, po czym wskazał wzrokiem na stojące przed nami kolejne setki. Zrozumiałem. Wypiliśmy.
– No wiesz jak jest, im głównie zależy na osobach, które zaczynają swoją przygodę z wiarą, a ja nie lubię żyć normalnie. Ja musze żyć ekstremalnie. To mnie do nich ciągnie – powiedział mój przyjaciel, po czym wstał, lekko się zatoczył, ale już po chwili wrócił do pionu, by znów usiąść przy barze. – Może rozchodniaczka? – zaproponowałem, na co mój przyjaciel przystał z ochotą, choć zaznaczył, że to będzie jego ostatni na dziś, bo on musi na spotkanie, tam gdzie w męskim gronie rozmawia się o sprawach duchowych.
– Poproszę jeszcze dwie setki i koniec, idziemy – zamówiłem. – Albo, wie pani co? Niech Pani poda jeszcze po dwie od razu – dodałem przemyślawszy szybko sprawę. Kiedy podano wypiliśmy po pierwszej setce. – Oj, musze iść – rzekł mój towarzysz – czekają na mnie. Na te słowa zaproponowałem szybkie wypicie drugiej setki, co natychmiast uczyniliśmy. Po rozchodniaczkach mój przyjaciel wstał ze stołka barowego, po czym znów na nim usiadł, ale tym razem jakoś tak niepewnie. – Płacić – rzuciłem do barmanki. Zapłaciłem. Potem w taksówce, i jak targałem przyjaciela do jego mieszkania na poddaszu rozmyślałem o tym, że tak całkiem normalnie udało mi się dziś uratować jego podatną na wpływy dusze przed ekstremalnymi doznaniami.
