Yearly Archives

78 Articles

dziennik pesymistyczny

Nie warto żyć normalnie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Mój przyjaciel zaordynował „po setce na dzień dobry”, gdy tylko zdążyliśmy usiąść przy barze. – W grube szkło nalać czy w cienkie? – zapytała matowym głosem dziewczyna stojąca za barem. Teraz z barmanką odbywali ten sam tradycyjny już przy takich okazjach dialog.  – Wszystko jedno, wódka jest wódka – odpowiedział mój towarzysz.  – Bo to czasem trafi się taki, co to nie wypije z grubego szkła żeby nie wiem co – powiedziała dziewczyna nalewając wódkę do kieliszków.

– Nie warto żyć normalnie, trzeba żyć ekstremalnie – rzekł przyjaciel, co stanowiło zaproszenie do wypicia wódeczki. – Wiesz, tak mi czasem brakuje takich prawdziwych rozmów z facetami, takich spotkań w męskim gronie – powiedział mój towarzysz jednocześnie delikatnie chwycił mnie za łokieć. Mówił jeszcze coś o tym, że teraz uczęszcza na takie luźne spotkania gdzie poruszany jest zawsze jakiś temat z życia faceta. Wspomniał coś o tym, że to bardzo wartościowe, że przychodzą tam mężczyźni niezależnie od wieku czy przekonań. On tak mówił i mówił, a ja słuchałem go jak przez ścianę, bo cała moją uwagę skupiłem na jego dłoni trzymającej mój łokieć w uścisku.

Nie skądże znowu, ani przez chwile nie podejrzewałem przyjaciela, że ten nagle zmienił orientacje. A nawet jakby tak było to nie mnie go sądzić i oceniać. Ale ta jego przemowa o męskim gronie w połączeniu z tym moim łokciem w jego uścisku… to wszystko wzbudziło moje lekkie zaniepokojenie.   – Dziś w strefie ducha brakuje mężczyzn, a przede wszystkim przekazu dla mężczyzn – kontynuował wywód przyjaciel. – Faceci przecież mają zupełnie inne od kobiet cele i zdecydowanie różne role do spełnienia w swoim życiu, potrzebują mocnego, męskiego głosu który wskaże im drogę. Spotkania o których mówię organizowane są po to, aby mężczyźni mieli szansę na osobiste spotkanie z Przedwiecznym, tylko w męskim towarzystwie, gdzie nie muszą się niczego wstydzić – dodał.

– Poproszę bardzo, bardzo szybko poproszę cztery setki, kolega postradał rozum, ale może da się go jeszcze uratować – niemal wykrzyczałem zamówienie do barmanki. Gdy co zamówione zostało polane, wypiliśmy po pierwszej setce. – Znowu Cię wzięło na mistycyzm? – zapytałem mając w pamięci kilka poprzednich flirtów mojego przyjaciela ze strefą duchową jego osobowości. – No wiesz jak jest, nie warto żyć normalnie, trzeba żyć ekstremalnie – odparł przyjaciel, po czym wskazał wzrokiem na stojące przed nami kolejne setki. Zrozumiałem. Wypiliśmy.

– No wiesz jak jest, im głównie zależy na osobach, które zaczynają swoją przygodę z wiarą, a ja nie lubię żyć normalnie. Ja musze żyć ekstremalnie. To mnie do nich ciągnie – powiedział mój przyjaciel, po czym wstał, lekko się zatoczył, ale już po chwili wrócił do pionu, by znów usiąść przy barze. – Może rozchodniaczka? – zaproponowałem, na co mój przyjaciel przystał z ochotą, choć zaznaczył, że to będzie jego ostatni na dziś, bo on musi na spotkanie, tam gdzie w męskim gronie rozmawia się o sprawach duchowych.

– Poproszę jeszcze dwie setki i koniec, idziemy – zamówiłem. – Albo, wie pani co? Niech Pani poda jeszcze po dwie od razu – dodałem przemyślawszy szybko sprawę. Kiedy podano wypiliśmy po pierwszej setce. – Oj, musze iść – rzekł mój towarzysz – czekają na mnie. Na te słowa zaproponowałem szybkie wypicie drugiej setki, co natychmiast uczyniliśmy. Po rozchodniaczkach mój przyjaciel wstał ze stołka barowego, po czym znów na nim usiadł, ale tym razem jakoś tak niepewnie. – Płacić – rzuciłem do barmanki. Zapłaciłem. Potem w taksówce, i jak targałem przyjaciela do jego mieszkania na poddaszu rozmyślałem o tym, że tak całkiem normalnie udało mi się dziś uratować jego podatną na wpływy dusze przed ekstremalnymi doznaniami.

dziennik pesymistyczny

Już kuferek stoi zrychtowany

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Kryj się! – szepnął przyjaciel pociągnąć mnie za sobą w najdalszy z najdalszy, najciemniejszy kąt bramy. – Co jest? Przed kim się chowamy – spytałem również szeptem dostosowując się do niecodziennej sytuacji. Ukrywaliśmy się w cieniu kamienicy w której mieszkał, przywarci do muru, niewidoczni dla przechodniów na ulicy. – O jest, idzie ten cholernik – rzekł cichutko przyjaciel wskazując wzrokiem na wchodzącego do bramy. Był to osobnik w ciemnej kurtce, w czapce na głowie oraz z wielką torbą przewieszoną przez ramie. – To listonosz – bardziej stwierdziłem niż zapytałem. – Cicho, bo nas zauważy – usłyszałem w odpowiedzi – kryj się.

Gdy doręczyciel po dokonaniu czynności które są przypisane jego powinnością zawodowym opuścił już bramę a mój przyjaciel przestał się obawiać, zapytałem o przyczynę jego dziwnego zachowania.  Przyjaciel bez słów wyciągnął z kieszeni kartkę papieru a następnie drżącymi dłońmi podsunął mi pod nos. – Ministerstwo Obrony Narodowej zamierza w najbliższych dniach sprawdzić możliwość mobilizacyjną polskiej armii. Gdy otrzymasz wezwanie do skrzynki, za 4 godz. musisz stawić się w jednostce! – przeczytałem wydruk artykuły z lokalnego portalu informacyjnego.  Zdziwiłem się, bo wiedziałem dobrze, że mój przyjaciel podobnie jak ja nigdy w wojsku nie był, więc nie rozumiałem zagrożenia. – Karty mobilizacyjne zostaną rozdysponowane przez listonoszy Poczty Polskiej, wójtów, burmistrzów oraz policjantów. Każdy kto otrzyma dokument w ciągu czterech godzin będzie musiał stawić się na ćwiczeniach z dowodem osobistym, książeczką wojskową oraz zdrowia – przeczytał tym razem przyjaciel z przerażeniem w głosie. No teraz w końcu zrozumiałem dlaczego unika mundurowych w tym listonoszy Poczty Polskiej. – Cztery godziny! A ja nawet nie wiem gdzie jest moja książeczka wojskowa, nie mówiąc już o tej na zdrowie – żalił się przyjaciel.

– Nas nie wezmą w kamasze, za starzy jesteśmy – starałem się go uspokoić. – Nieprawda, mogą. Wojsko może powołać wszystkie osoby, które mają odpowiednią kategorię zdrowia i są w wieku od 18 do 60 lat – przeczył ze swej karteczki i poinformował mnie podnosząc rangę tych słów, że to powiedział sam generał. Faktycznie, mogli nas powołać. Łapaliśmy się i w kategorii wiekowej i w kategorii zdrowia.

– No, jeśli tak, to trzeba być przygotowanym – powiedziałem – pamiętam z dzieciństwa jak starsi koledzy szli do wojska to zawsze byli pijani w sztok. A my przecież mamy teoretycznie cztery godziny, aby się doprowadzić do stanu godnego rezerwistom wezwanym na służbę. Tradycja przecież zobowiązuje.

dziennik pesymistyczny

Droga dla twardzieli

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem. Mój przyjaciel w dresie, w stosownej do takich okoliczności czapeczce oraz w odpowiednim obuwiu wykonywał z wysiłkiem, ale jednak z ekstazą na twarzy, serie przysiadów. Przetarłem oczy ze zdziwienia, wyczyściłem szkła w okularach jednak nawet to nie pomogło. To co zobaczyłem to zdecydowanie była rzeczywistość. – Jezusie Nazareński, Królu Żydowski, co Ci się stało mój przyjacielu serdeczny? – ze wzburzenia wezwałem imię najwyższego nadaremno i wyraziłem troskę o zdrowie psychiczne kolegi jednocześnie.  – Trenuje do drogi krzyżowej – odparł w taki sposób jakby było to coś najzwyczajniejszego z rzeczy jak najbardziej zwyczajnych.

Uszczypnąłem się kilka razy dla pewności sprawdzając czy przypadkiem nie jest to senny koszmar. – Przyjacielu, wybacz mi to pytanie, ale co ty piłeś i w jakich ilościach – zapytałem z troską, bo przecież stan wiecznego upojenia był dla mojego kolegi czymś do tej pory całkiem normalnym. – Jestem trzeźwy jak ryba – odparł, po czym zrobił trzy ekstremalne pajacyki. – Nie warto żyć normalnie, trzeba żyć ekstremalnie – dodał tajemniczo nie przerywając ćwiczeń gimnastycznych.

Postanowiłem przysiąść na ławce, gdyż nogi się pode mną ugięły na samą tylko myśl o tym, że mój przyjaciel zwariował. Ale faktom i własnym oczom nie mogłem zaprzeczyć. Mój przyjaciel ubrany w dresy, czy inne tam ubranko do biegania, podskakiwał pociesznie w parku. – No dobra – powiedział siadając przy mnie na ławce – widzę, że nie rozumiesz, postaram się wyjaśnić. Po tych słowach zdjął malutki plecaczek i pogrzebawszy w nim przez chwile wyciągnął z niego tablet. Poklikał na nim przez chwile, po czym podał mi go ze słowami: masz, czytaj.

„Ciemność – samotność – zmęczenie – cisza. 45 km nocnej wędrówki, 14 stacji z (…) do Sanktuarium Matki Bożej Pięknej Miłości  (…) – tak przebiegać będzie Ekstremalna Droga Krzyżowa, która po raz drugi wyruszy z (…)! Zapisz się już dzisiaj!” – przeczytał a następnie spojrzałem przyjacielowi głęboko w oczy poprosiłem aby chuchnął.

– „Nie warto żyć normalnie, trzeba żyć ekstremalnie – to hasło tegorocznej ekstremalnej drogi krzyżowej. Uczestnicy ubiegłorocznej edycji podkreślili, że to wyjątkowe wydarzenie” – przeczytał przyjaciel jak tylko wyjął z moich zastygłych w odrętwieniu dłoni tablet.

– Postanowiłem przestać żyć normalnie, tak zwyczajnie, to już nie dla mnie. Teraz postanowiłem żyć ekstremalnie – powiedział wstając z ławki z nadzwyczajną dla niego energią. Po czym schowawszy do plecaka tablet, pożegnawszy się słowami – szczęść Boże –  pobiegł truchtem przed siebie.  Biegł ekstremalnie, jak twardziel.  A ja, cóż ja, ja zwyczajnie, tak po prostu, podreptałem do najbliższego baru gdzie normalnie strzeliłem dwie szybkie. – Jakie ja mam normalne życie – powiedziałem sam do siebie.

CDN.

dziennik pesymistyczny

Smerf Maruda, który ciągle marudzi

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Jest taki smerf Maruda, który ciągle marudzi, ciągle mówi, że coś jest nie tak, że coś jest najgorsze, coś jest najsłabsze, coś w Polsce idzie nie tak – powiedział prezydent i jednocześnie kandydat na prezydenta. – Kogo miał na myśl? – zastanawiają się dziennikarze i politycy. Żeby ukrócić wszelkie spekulacje, przyznaje się. To ja jestem tym poszukiwanym smerfem Marudą. Można już zakończyć tropienie. Tak, to ja jestem marudą i jestem z tego dumny.

To ja ciągle marudzę, o czym można się łatwo przekonać czytając wszystko co zamieściłem na tym blogu przez wszystkie te lata. To ja ciągle mówię, że „coś jest nie tak, że coś jest najgorsze, coś jest najsłabsze”. We mnie nie tkwi głębokie przekonanie, że właśnie jest „naj”. Raczej uważam, że wszystko jest „fuj”. A już zdecydowanie z niczego nie jest dumny. No taki już jestem i nic na to nie poradzę.

Na przykład teraz, gdy pisze te słowa kompania policjantów pięćdziesiąt metrów od mojego mieszkania urządziła sobie próbne strzelanie. Walą chłopaki równo salwami w powietrze ze swoich kałachów lub z tego, co tam aktualnie maja na wyposarzeniu, i nic sobie nie robą z tego, że ja za każdym razem, po takie serii, podskakuje pod sufit. To są przecież panowie Władza, im wolno. Przecież sami sobie nie wystawią mandatów. Mają – co prawda – poligon gdzieś na zabitej dechami wsi pod miastem, ale kto by się tam fatygował tyle kilometrów żeby pierdolnąć kilkadziesiąt serii z kałacha. Lepiej, no i łatwiej a także przyjemniej postrzelać w centrum miasta. Przecież im wolno, oni są policją państwową więc kto im zabroni postrzelać jak im przyjdzie na to ochota. O że huku narobią, przestraszą wiele osób, że to kilkadziesiąt metrów od bloków? A w dupie to mają, przecież to jak wspominałem policja państwowa nie obywatelska.

Tak, ja ciągle słyszę, że wszytko jest rozwiązane, wszystko jest super, znakomicie, że jest „naj”, że coś się udało, i z czegoś warto być dumnym.  Wiem, że prezydent nie ma wpływu na tą policyjną kanonadę za oknem. Ale też wiem, że prezydent jest nam potrzebny… nie właśnie, do czego jest nam potrzebny prezydent? Nie tak teoretycznie, tylko praktycznie. Nikt pewnie nie wiem, i nie trzeba się obawiać, że ktoś zapyta. Pobawmy się więc w kapanie wyborczą, zabawmy się w wybory, koci łapci, koci łapci. Do wyboru znakomici kandydaci: leśny dziadek – gajowy Marucha, mało znany pan czyli nowa wersja starego prezesa, piękny Ken i małomówna Barbi, idiota i komediant plus kilku oszołomów. Bawmy się!

Ma prezydent i kandydat na prezydenta w jednej osobie racje, nie można Polski oddać we władanie smerfa Marudy, który będzie wszędzie podkreślał, że jest źle. Lepiej jest tak jak jest. Policja postrzela sobie, bo może a my zajmijmy się wyborami tak dla zabawy.  A ja sobie pomarudzę, w końcu jestem smerf Maruda, który ciągle marudzi.

dziennik pesymistyczny

Rozbudowa lotniska czyli po co zającowi dzwonek?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Port Lotniczy dostał pozwolenie na przebudowę lotniska! – przeczytałem radosny i wielce optymistyczny artykuł pod takim właśnie tytułem. Wielu malkontentów mówiło, że potrzebny jest mam ten miejski port lotniczy jak zającowi dzwonek. A tu proszę, nie dość że lotnisko  jest, to teraz będą to co jest jeszcze rozbudowywać. Port lotniczy w moim prowincjonalnym mieście co prawda stoi pusty, praktycznie nie obsługuje pasażerów, generuje same straty, ale to przecież nie powód żeby go nie rozbudować.  Zajączek musi mieć dzwonek i już.

Mamy super wypasione lotnisko. Formalnie działa od połowy ubiegłego roku, jednak nie odbywają się z niego regularne loty, bo żadna linia lotnicza nie chce z niego latać. Teraz Port Lotniczy dostał pozwolenie na przebudowę tego, co jeszcze nawet nie zaczęło zarabiać na siebie.

Wojewoda wydał pozwolenie na przebudowę drogi kołowania i miejsca postoju samolotów. Decyzja ma rygor natychmiastowej wykonalności. Inwestor czyli spółka Port Lotniczy – może przystąpić do prac – informuje rzeczniczka wojewody.

Teraz lotnisko dysponuje płytą postojową tylko dla dwóch samolotów. Tam żadnego ciężkiego samolotu pasażerskiego nikt nigdy nie widział. A już dwóch na raz to nawet nikt się nie spodziewał zobaczyć. Ale to nie szkodzi, teraz zarząd lotniska chce zbudować nową płytę postojową, na której byłoby miejsce dla dziewięciu maszyn.

Do tego niedziałającemu lotnisku potrzebna jest według władz aeroportu gruntowna przebudowa istniejącej wąskiej drogi kołowania, która nie zapewnia podobno właściwej nośności ciężkim samolotom. Według władz lotniska potrzeba też budowy infrastruktury w której odbywa się wsiadanie i wysiadanie pasażerów, załadowywanie lub wyładowywanie towaru, bagażu czy poczty. Przypominam, że na tym działającym od roku lotnisku bardzo trudno spotkać pasażera, ale jak widać zarządowi Portu Lotniczego wydaje się, że i tak jest tam okropny tłok, więc potrzeba rozbudowy tego co i tak stoi puste.

Na tym lotnisku mają już wszystko. Granice państwową, służbę celną, obsługę pasażera, kilka sklepów, radiolatarnie, najnowocześniejsze wozy straży pożarnej, spory parking i miejsca dla rowerów, tylko im pasażerów i lądujących samolotów tam brakuje. Będzie tego jeszcze więcej. Teraz potrzeba jeszcze stanowiska dla dziesięciu samolotów pasażerskich.

To naprawdę wygląda na zarabianie przez lata na interesie, który ma znikome szanse powodzenia, którego sens ekonomiczny nie jest potwierdzony żadną zawarta umową z liniami lotniczymi. Ale ten kto ma zarobić, zarabia.  –  Prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach – jak powiedział pewien prezes. I jak widać miał racje.

dziennik pesymistyczny

Nic nikomu się nie stanie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

– Nikomu nic się nie stanie jak dzieci się pomodlą, niech nie robią cyrków – powiedziała jedna z mamuś komentując w ten sposób spór o modlitwę rozpoczynającą lekcje w pewnej szkole. Myślę, że ta wysoko racjonalna myśl wypowiedziana przez mamuśkę jest esencją podejścia pewnej części polskiego społeczeństwa do życia. Swoistym wariantem znanego hasła „Polacy nic się nie stało”

Od dwudziestu pięciu lat uczniowie wspomnianej szkoły na polskiej prowincji każdą pierwszą lekcję zaczynali od modlitwy do Ducha Świętego. Teraz wszystko może się zmienić, bo dyrekcji poskarżył się rodzic, któremu tradycja szkoły publicznej wcale się nie podoba.  No i rodzic wyszedł na oszołoma, bo co mu tam przeszkadza jak się dzieciaki pomodlą w państwowej szkole, przecież od modlitwy nic się nikomu nie stanie.

Może by tak tą podstawową w polskim myśleniu zasadę stosować to innych dziedzin życia. Leworęcznych zmuszać do pisania prawą ręką, bo przecież nic im się nie stanie jak trochę popiszą prawą. Pacyfistów zmusić choćby tylko presją do szkolenia wojskowego, bo przecież nic im się nie stanie jak się poduczą jak stać na straży granic. Wegetarian zmusić do jedzenia mięsa, a mięsożerców do wegetarianizmu, przecież nic im się nie stanie jak zmienią dietę. Można by tak jeszcze długo wymieniać ofiary zasady „nic im się niestanie”. Ale po co, przecież nic się nie stanie jak tego nie zrobię.

A dla tych co nie chcą, mimo tego, że nic im się nie stanie? – Niech albo zmieni szkołę, albo nie puszcza dzieci do szkoły – radzi inna mamuśka. To też można rozszerzyć na inne dziedziny współżycia społecznego. Zresztą taką zasadę już stosowano wielokrotnie w przyszłości. Jak się komu nie podoba to żegnam. Paszport w dłoń i bilet w jedną stronę i pa, pa. Zaraz jaki paszport!? Pozwolenie na wyjazd. I wynocha. Przecież nic się nie stanie jak sobie pojadą. Tu jest Polska i tu nic się nie stanie jak dzieci się pomodlą.

dziennik pesymistyczny

Posłanka Krystyna idzie na wojnę

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Pewnej bardzo znanej posłance Krystynie – tej z Prawych i Sprawiedliwych – zachciało się powalczyć czynnie, a nie jak dotychczas tylko słownie. W tym celu postanowiła przejść szkolenie wojskowe.  Taką sensacyjną i zdecydowanie zmieniająca układ sił na kontynencie europejskim informacje podała telewizja Superstacja.  Decyzja posłanki o wstąpieniu w szeregi – w celu zapoznania się z techniką wojskową – jest podyktowana napiętą sytuacją międzynarodową.

Podobno pani Krystyna skontaktowała się już z Wojskową Komendą Uzupełnień. Prawa i Sprawiedliwa parlamentarzystka w młodości przeszła szkolenia, a teraz chciałaby „zaktualizować swoją wiedzę”. Niestety posłanka nie ujawniła w jakiej dziedzinie wojskowości chciałaby się doszkolić i zaktualizować. Istnieje taka możliwość, że posłanka przejdzie przeszkolenie w oddziałach odpowiedzialnych za wojnę psychologiczną, gdyż jest do tego idealną kandydatką.

– Ja chciałabym wiedzieć jak to wygląda. Nigdy nie wiadomo, po Rosjanach można się wszystkiego spodziewać – powiedziała parlamentarzystka. Tak waleczne jednostki jak pani Krystyna mogą stać się ruchomymi (w pewnym ograniczeniem oczywiście) i znaczącymi punktami oporu, więc należy tylko przyklasnąć takim inicjatywom.

– Pan minister obrony zaprosił nas, żebyśmy szli na ochotnicze przeszkolenia. Ja pójdę, zgłoszę się na ochotnika i poproszę o przeszkolenie. Chociaż mam już po 60-tce, to dam przykład, żeby pokazać jakich wartości bronimy – powiedziała w telewizji Superstacja Krystyna P.

Posłanka jak zapowiedziała tak i zrobiła. Zgłosiła się do Wojskowej Komendy Uzupełnień, ale tam spotkało ją rozczarowanie. Powiedziano jej, że nie ma rozporządzeń o ochotniczych przeszkoleniach. – Ona (pracownik komendy) może przyjąć tylko moją chęć i jak będą przepisy, to dopiero będą to organizować. Chciałam pokazać w jaki sposób ten rząd działa. To jest tylko po to, aby ludzi uspokoić. Nikt tego nie organizuje – stwierdziła posłanka Krystyna. A szkoda, bo gdyby posłanka Krystyna P. stała na straży naszych granic los każdego „zielonego ludzika” byłby nie do pozazdroszczenia.

dziennik pesymistyczny

Sikanie a sprawa polska

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Pewien zapowiadacz z telewizji zdumiał się wielce tym, że nasze aktorki grające w „Idzie”, dowiedziały się o przyznanym im Oscarze na korytarzu, gdy wędrowały do toalety w wiadomej sprawie.

– Poszłyśmy na korytarz do toalety, a później napić się wina i w tym momencie okazało się, że przydzielano nagrody w naszej kategorii, więc zostałyśmy na korytarzu i krzyczałyśmy przed telewizorem – tłumaczyła Agata Trzebuchowska jak tylko w mediach pojawiła się informacja, że wraz Agatą Kuleszą podczas ogłoszenia wyników w kategorii, w której nominowana była „Ida”, wyszły do łazienki.

– Ze zdumieniem przeczytałem, że nasze aktorki grające w „Idzie”, dowiedziały się o Oscarze dla nich na korytarzu, bo właśnie, jak same stwierdziły ” poszłyśmy do toalety, a później napić się wina”. Rzeczywiście jest się, czym chwalić. Pierwszy polski Oskar w historii, a panie w toalecie. Żałosne… – ostro skomentował zachowanie aktorek pewien zapowiadacz telewizyjny niejaki Krzysztof Ibisz.

Ja tam panie aktorki całkowicie rozumiem. Mam tak jak one. Nieraz mi się zdarzyło nie zobaczyć czegoś czy gdzie się spóźnić z powodu wezwania natury. Człowiek czeka na coś ważnego a tu nagle natura daje znać o sobie i trzeba biec do toalety. Z naturą nawet Polak nie wygra. Jak przyciśnie to koniec, choćbyś się człowieku starał i wstrzymywał ile sił w organizmie to nie dasz bracie czy siostro rady, jak musisz to musisz. A że panie do tej toalety poszły razem? Toż to od wieków powszechnie jest wiadomo, że natura kobieca do miejsca ustronnego każe niewiastom udawać się w parach. Natura to potęga i wielka zagadka.

– Z naturą Polaka coraz bardziej mi nie po drodze – skomentowała słowa Ibisza moja koleżanka. Tu też się zgadzam. Mnie moja natura czasem strasznie wnerwia. I jako Polakowi nie jest mi z nią po drodze. Coś do cholery trzeba z tym zrobić. Nie może być tak, że natura panuje nad Polakiem. Sikać (czy to drugie) powinno się robić tylko wtedy, gdy jest do tego dogodna i odpowiednia pora. Nie może przecież dochodzić do takich haniebnych incydentów, że tu mi wręczają Oskara a ja zamiast na scenie jestem w kiblu. Coś trzeba z tym koniecznie zrobić. Nie możemy pozostawiać na to bierni. To człowiek powinien panować nad natura a nie natura nad człowiekiem.

dziennik pesymistyczny

Rząd zakazał noszenia munduru

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zomowiec nad rzeką pałuje z zapałem żabę. Podchodzi do niego starszy facet i pyta: – Co pan pałuje tą biedną żabę? Nic panu nie zrobiła! – Nie dość że w moro to jeszcze podskakuje! – odpowiada zomowiec. To stary dowcip, ale sprawa której dotyczy znów zrobiła się całkiem świeża i na czasie. Rząd zakazał noszenia munduru wojskowego bez odpowiednich uprawnień. Zmiany takie wprowadzono w obawie przed możliwością inwazji obcego wojska w nieoznaczonych mundurach.

Tych co właśnie zamierzali pobiec aby zniszczyć swoje kurtki czy koszulki z demobilu uspokajam, takie obostrzenia wprowadził na razie tylko rząd litewski. Ale przecież, tylko patrzeć jak nasi dzielni parlamentarzyści w obawie przed rosyjską inwazją wprowadzą i u nas takie ograniczenia dotyczące ubioru. Nie tylko ja powinienem się obawiać pozbawiania odzieży ale też tysiące wędkarzy czy na przykład  grzybiarzy, którzy przecież uwielbiają stroje maskujące pochodzące z demobilu.

Mam w domu amerykańską kurtkę wojskową i bardzo mi trudno będzie się z nią rozstać. Co prawda pochodzi ona z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, ale mundur to mundur. Teraz jeszcze dokupiłem sobie kolejną kurtkę z demobilu tym razem austriacką. Po co? To proste. Była tania, ciepła i mi się podobała. A tu proszę, może się okazać, że mój rząd zabroni mi nosić moje ulubione kurtki.

Wprowadzone na Litwie poprawki zakazują noszenia całego munduru, ale także jego części oraz znaków rozpoznawczych przez osoby, które nie posiadają odpowiednich uprawnień. Tylko patrzeć jak nasi dzielni posłowie też wpadną na ten sam pomysł. Dla naszego dobra oczywiście i na złość Putinowi.

dziennik pesymistyczny

Ustawa 1066

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Będzie gorzej, jeśli robotnicy wyjdą z zakładów pracy i zaczną dewastować komitety partyjne, organizować demonstracje uliczne itd. Gdyby to miało ogarnąć cały kraj, to wy [ZSRR] będziecie nam musieli pomóc. Sami nie damy sobie rady z wielomilionowym tłumem – to słowa przypisywane są generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu, który podobno w ten sposób prosił o „bratnią pomoc”. Rok temu prezydent Komorowski podpisał ustawę o tzw. „bratniej pomocy” (ustawa 1066), która dopuszcza udział zagranicznych jednostek zbrojnych dla pacyfikacji niepokojów społecznych w Polsce. I to nie budzi już takich kontrowersji, bo jak zawsze wszystko zależy od punku siedzenia.

„Bratnia pomoc”, czyli wejdą czy nie wejdą? To pytanie było chyba najczęściej powtarzaną sentencją w Polce w latach 1980–1981. W czasie festiwalu Solidarności groźba radzieckiej interwencji dyskutowana była na wszelkie możliwe sposoby. Jednak współczesna ustawa o „bratniej pomocy”, uchwalona przez władze nowej wolnej Polski, nie jest już tak bardzo powszechnie dyskutowana i mało kto się o niej dowiedział, bo media propaństwowe właściwie zignorowały tą sprawę.

Nowa ustawa dopuszcza udział zagranicznych posiłków dla pacyfikacji niepokojów społecznych w Polsce. Zgodnie z ustawą, funkcjonariusze lub pracownicy obcych formacji zbrojnych i policyjnych mogą zostać przysłani z innych krajów do pomocy na wniosek Rady Ministrów, ministra spraw wewnętrznych lub Komendanta Głównego Policji, Komendanta Głównego Straży Granicznej, szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego czy szefa Biura Ochrony Rządu. I mogą – pod dowództwem i w obecności polskiego funkcjonariusza – stosować środki przymusu bezpośredniego, legitymować i zatrzymywać obywateli RP, dokonywać kontroli osobistej i przeszukań mieszkań czy pojazdów oraz używać materiałów pirotechnicznych tak samo jak Policja, a nawet używać broni palnej.

A podobno nic dwa razy się nie zdarza. A tu proszę, Prezydent, Rząd, Premier, spore grono polityków, wojskowi i urzędnicy nie widzą już nic złego w „bratniej pomocy” przy pacyfikacji niepokojów społecznych w Polsce. Nie wiem czy to największy przejaw hipokryzji obecnych władz, ale na pewno jeden z najbardziej jaskrawych jej przykładów.

http://www.sejm.gov.pl/sejm7.nsf/PrzebiegProc.xsp?nr=1066