Bo ja nie lubię zmian

Obublikował pavvel dnia

Generalnie to ja nie lubię wszelkich zmian. Choć wydawałoby się, że ktoś z naturą buntownika powinien być raczej do nich przyzwyczajony i nawet pożądać zmian. A jednak w moim przypadku tak nie jest.  A jest dokładnie odwrotnie. Niemiłosiernie wnerwiają mnie wszystkie zmiany.

Nie znoszę zmian, ani tych na lepsze, ani tych na gorsze.  W szczególności nienawidzę czystą nienawiścią zmian na gorszę. Ale to chyba zrozumiałe i nie muszę tego szerzej tłumaczyć. Co ciekawe zmiany na lepsze też mnie wnerwiają, z tym tylko zastrzeżeniem, że wnerwiają mnie znacznie mniej. To taki minimalny wkurw, ale przecież nadal wkurw i nie da się go ukryć.

Zacznijmy od zmian politycznych.  Zdecydowanie wnerwia mnie każda zmiana władzy, bo przecież ja nie lubię władzy pod każdą postacią, więc zmiana jednego politycznego wredniaka na drugiego partyjnego wredniaka jest dla mnie z samego założenia wkurwiająca.

A z innych zmian, to dla przykładu wkurza mnie, że jak już się przyzwyczaję i nawet polubię jeden gatunek pieczywa w osiedlowej piekarni to ze stuprocentową pewnością mogę założyć, że w przeciągu dwóch, trzech miesięcy, ten mój ulubiony gatunek chleba zniknie z oferty lub przynajmniej jego dostępność zostanie w znacznym stopniu ograniczona.

Jak już polubię jakiś napój, za chwile jest nie do dostania. Jak już przyzwyczaję się do knajpy i do żarcia w niej serwowanego to po jakimś czasie znika ona z rynku.  Jak już wybrałem gatunek majonezu, ponownie dla przykładu, to jego cena za najmniejszy słoiczek urośnie do niebotycznych rozmiarów, co oczywiście wymusi zmiany w moich upodobaniach. Jak już przyzwyczaję się do jednego gatunku wódki to można być pewnym, że jeśli nie zniknie ze sklepowych półek to na pewno zmieni się jej cena, kształt butelki lub przynajmniej etykieta. Tak jest ze wszystkim. Wszystko ulega wkurwiającym zmianom.  Sklep, który był dla mnie odpowiedni już za kilka miesięcy jest zupełnie innym sklepem. Woda, którą polubiłem za chwile już przestaje być oferowana w sprzedaży. No tak ze wszystkim, ciągle coś tam zmieniają żeby mnie, mnie osobiście wnerwić.

Jak już przyzwyczaję się do zimna i śniegu to oczywiście natychmiast przychodzi odwilż. Jak pokocham słońce to leje przez tydzień. Jak polubię deszczową pogodę to zmieni się ona na upal. I tak zawsze. I to mnie niebywale wnerwia.

Z założenia to ja lubię wakacje. Mam swoje ulubione rekreacyjne miejsca, w których czuje się dobrze.  Ale jak tylko zbliża się termin wyjazdu do ja od razu dostaje rajzefiber. Jestem chory na samą myśl, że muszę zmienić otoczenie. Do szału doprowadza mnie myśl o zmianie miejsca zamieszkania. Poza tym nie znoszę zmieniania ulubionej koszulki, spodni czy butów, choć przecież robię to już choćby z samego poczucia estetyzmu, nie wspominając o higienie. Muszę to robić i to robię, ale to nie znaczy, że mnie to nie wkurza.

Nie cierpię jak kończy się książka, którą czytam, bo będę musiał zmienić ją na inną i znów się do niej przyzwyczajać. Podobnie mam z ulubionymi serialami. Jak już się przyzwyczaję i nawet pokocham to oczywiście jest koniec sezonu i muszę zmienić swoje zainteresowania na rok, aż do nowego serialowego sezonu.

Nie wspominam już o takich dobijających mnie zmianach, jakie od czasu do czasu wymusza na mnie życie. To znaczy o takich zmianach, które następują, gdy nagle znika ukochana, bliska osoba. Ponownie tylko dla przykładu, bo jest przecież więcej takich zmian. Takie zmiany są najbardziej bolesne i tłumaczenie, dlaczego ich nie lubię byłoby truizmem.

Jak wspomniałem na wstępie, ja nie znoszę wszelkich zmian. Nawet, gdy wiem, że są one konieczne, to i tak ich nienawidzę. Nawet jak przynoszą te zmiany korzyści, to i tak boli mnie to, że coś tam zostało zmienione w moim przecież bardzo nieuporządkowanym, ale przecież tak bardzo moim świecie.  Tak, to trochę niejednoznaczne uczucia.  Bo czasem sam wymuszam zmiany, których przecież nie znoszę, a jednak to czynie i pewnie nadal tak będzie. I nadal tego nie polubię.