Po co to wszystko?

Obublikował pavvel dnia

Boże! Mój Boże! Ten w którego nie wierze przecie! Za coś ty mnie pokarał tą nachodząca mnie znienacka chęcią bycia innym niż jestem?  Jak bardzo to wszystko nie ma już dla mnie sensu. Mam coraz większe poczucie że wszystko, co robię jest zwyczajnie nikomu do niczego nie potrzebne. Bardziej przerażające jest jednak to, że i mnie to do niczego nie jest już potrzebne. Choć czasami wydaje się że jest inaczej.

Jestem jak mucha bijąca po tysiąckroć w szybę z nadzieją, że w jakiś magiczny sposób jednak uda się jej przeniknąć przez szklaną tafle. Nachodzi mnie tak czasem że chciałbym być jak wszyscy. Taki bardziej udany. Bardziej zauważalny, radośniejszy, użyteczniejszy, zabawniejszy. I nawet czynie wszystko żeby takim właśnie być w swoich oczach z nadzieją, że i w oczach innych. A że nie bardzo potrafię przełamać na trzeźwo ten mój stan wycofania z rzeczywistości, to dla uaktywnienia radośniejszych pokładów mojej osobowości, muszę tą moją psychiczną barierę jak najbardziej rozmiękczyć. Dlatego wchłaniam w siebie tak wiele i w tak krótkim czasie, aby jak najszybciej poczuć wieź ze światem i stać się, choć trochę bardziej społeczny.

Nie zawsze jednak znajduje właściwą równowagę między nietrzeźwym rozluźnieniem a byciem lepszą, to znaczy radośniejszą, wersja siebie. Za szybko rozmiękczam się i wtedy tylko wydaje się sobie a za nic innym taki, jaki choć przez chwile chciałbym być. Co dużo wtedy mówię i za mało jest w tym sensu. Niepotrzebnie chce wypowiedzieć się na każdy temat. Za szybko chce się zaprzyjaźniać i za często mam poczucie że każdy powinien mnie polubić za to już tylko, że jestem przy nim w tej chwili. Za często się zakochuje i za często w niewłaściwych osobach. Za dużo tańczę i za dużo śpiewam. Po prostu za dużo we mnie jest wtedy radości i za dużo chęci dawania z siebie wszystkiego. Zwyczajnie za bardzo zatracam się w nowej, tej radosnej a przecież mnie niezbyt na co dzień dobrze znanej alkoholowej rzeczywistości.

Potem przychodzi poranek. Przychodzi z nim kaczorek i gniecie mnie swymi łapkami. Nie tylko jestem skacowany przez to, co w siebie wlałem, ale bardziej tym, co wczoraj zrobiłem. Większy we mnie jest wtedy smutek i zgryzota niż zazwyczaj.  Zaczynają się wtedy retoryczne pytania do samego siebie, po co to było? Po co chciałem być bardziej zauważalny, radośniejszy, użyteczniejszy, zabawniejszy? Przecież taki nie jestem, to po co pcham się w obszary życia, które są dla mnie jak widać niezdrowe? Po co tyle mówię? Po co staram się być śmielszy? Po co te kobiety? Po co ja przy tych kobietach? Po co na siłę chce się zaprzyjaźniać? Po co chce brylować w towarzystwie? Skąd we mnie takie potrzeby cholernie przecież niepotrzebne?

Może lepiej jak dawniej upijać się melancholijnie? Siedzieć na uboczu hucznej zabawy i obserwować ten kolorowy świat uczestniczących w społeczności. Widać to nie dla mnie. Za dużo kosztują mnie te zejścia po alkoholowym wyluzowaniu z mojego naturalnego smutku. Za duże mam psychodoły po radosnych hulankach i swawolach. Powinienem bardziej być tym i tam gdzie powinienem być a nie na siłę starać się wpasować w układy, które nie są dla mnie.

Za dużo mnie kosztują te wszystkie po imprezowe poranki. Te wszystkie analizy, ponowne odtwarzanie w myślach tego wszystkiego, co poprzedniego dnia zrobiłem. To chyba nie jest zdrowe. Pomijam już to, że samo picie nie sprawia już takiej radości samej w sobie jak sprawiało kiedyś. Oczywiście z tego nie zrezygnuje. Bo do ostatnie, z czego chciałbym zrezygnować, ale chyba jest już czas na picie w bezpiecznym miejscu. Tam gdzie jestem akceptowany. Z tymi, który mnie akceptują. Chyba ponownie przyszedł czas na wycofanie się z życia, bo nie jest dla mnie zdrowe to usilne dopasowywanie się do społeczeństwa. Wystarczy tego wszystkiego radosnego. I mam nadzieje, że nie strzępie sobie tylko języka po próżnicy i wezmę własne rady pod rozwagę.