Monthly Archives

25 Articles

dziennik pesymistyczny

Historia pewnego zwolnienia z pracy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 204

Mój kolega został zwolniony z pracy w korporacji. Czyli stał się następną ofiarą światowego kryzysu, który dziesiątkuje miejsca pracy. Szczerze mówiąc mój kolega spodziewał się tego zwolnienia. Jego bezpośredni przełożony jakoś tak ostatnimi czasy bardziej się zainteresował jego losem i jego praca dla korporacji. Tak jak kiedyś nie mówił mu nawet dzień dobry, tak teraz zszedł z majestatu swojego kierownictwa i pochylił się z troską na osiągnięciami w pracy mojego kolegi.

 

Coś niewątpliwie wisiało w powietrzu. Coś jakoś tak elektryzowało atmosferę w prowincjonalnej filii wielkiej światowej korporacji, w której był jeszcze do niedawna zatrudniony mój znajomy. Ludzie rozmawiali ukradkiem o planowanych redukcjach. Kierownicy działów pisali coraz to dłuższe raporty o raportach. Ktoś podobno dowiedział się w Warszawie, w polskiej centrali korporacji, z dobrze poinformowanych źródeł, że w kadrach już powstały wielgachne analizy, z których wynikła niezgodność w cyferkach i słupkach. Jednym słowem wiadomo było, że będą zwalniać.

 

I stało się. Mój kolega został zwolniony. Przyszedł on niczego nie świadomy do pracy i jak zawsze zasiadł za biurkiem gdzie przemijało mu codzienne dziesięć lub dwanaście godzin pracy. Bo choć zatrudniony był na kolejną umowę o pracę tylko na etacie ośmiogodzinnym to przecież już na szkoleniu w centrali mówiono, że to tylko tak na papierze, że idzie się do domu jak jest wszystko zrobione, nie wcześniej. Jak zawsze nacisnął guziczki swojego wysłużonego laptopa z roku dwutysięcznego pierwszego, który pamiętał jeszcze początki korporacji w Polsce. Uruchomił windowsa 98 i jak  zawsze chciał się zalogować… a tu pierwsza niespodzianka. Nie można wejść do sieci. Nie można się zalogować do wewnętrznego systemu informatycznego firmy.

 

To zdarzało się wcześniej, więc spokojnie udał się do informatyka korporacyjnego, który dziwnym trafem był w prowincjonalnym oddziale a nie w centrali warszawskiej i zapytał o przyczynę nie możności zalogowania. Informatyk jednak skierował go do kierownika, u którego jak widział przez szybe boksu był teraz ważny dyrektor w Warszawy. Więc czekał sobie spokojnie. Trochę tylko zdenerwowany, bo miał przecież wykonać kolejny ważny raport o raporcie z raportu z zeszłego tygodniowego raportu. Potem jeszcze dziesiątki odpowiedzi na maile, zapewne setka telefonów, kilka faksów. I jak nie zacznie zaraz to nawet te dwanaście godzin z ośmiogodzinnego dnia pracy mu nie starczą.

 

Naglę przybiegła pani Zosia z kadr powiadomiła mojego kolegę i innych pracowników korporacyjnego oddziału w prowincjonalnym mieście, że jest zebranie z bardzo ważnym dyrektorem z Warszawy. Więc znudzony poczłapał mój kolega na kolejny miting.  A ten nie okazał się jednak nudną nasiadówka.

 

Pan dyrektor z centrali naświetlił sytuacje w korporacji. Powiedział, że co prawda korporacja wystawiła sobie właśnie nowa siedzibę w Warszawie. Że co prawda nie zauważyli analitycy korporacyjni jakiegoś tam znaczącego spadku przychodów ze sprzedaży, że wszyscy wykonali plany, ale jest kryzys i jak jest kryzys to są cięcia i trzeba redukować personel. Następnie nakreślił zadania i dodał, że te zadania mają zrealizować ci, co to maja niesamowite szczęście i nie zostaną zwolnieni.  Co prawda w o połowę zmniejszony składzie i za mniejsze pieniądze, ale za to przecież powinni być oni korporacji wdzięczni, że nie wszystkich zwolniła a przecież mogła.

 

Następnie po tych złych wieściach mój kolega oraz inni pracownicy musieli wysłuchać  opowieści o tym, że dyrektor z centrali wybiera się właśnie na wakacje swoim jachtem oraz gdzie to się on wybiera i jak długa i ciekawa będzie to podróż. Potem wakacyjnymi planami podzieliła się kadra zarządzająca niższego szczebla. Potem wspomniano coś o tym, że będą zmieniane w jego korporacji samochody służbowe. Ale że mieli je tylko menagerowie to nawet nie słuchał. Potem jeszcze wymiana grzeczności i dyrektor wyjechał.

 

Mój kolega chciał skierować się do biurka, ale przypomniał sobie, że przecież nie mógł się rano zalogować. I tu kierownik go wyręczył w tych rozterkach, kazał zostać na sali kilku osobom w tym i mojemu znajomemu a następnie powołując się na słowa dyrektora z Warszawy, te o redukcjach nie o wakacjach, wręczył im wypowiedzenia. Potem już tylko szybka wizyta przy biurku, na którym czekał kartonik na jego prywatne rzeczy oraz asysta strażnika. Pakowanie. Wizyta w kadrach. I już o dziesiątej mój znajomy mógł mi to wszystko opowiedzieć przez telefon siedząc w parku na ławce. I tak to jedni na wakacje prywatnym jachtem a drudzy na bezrobocie z kartonem. Cóż kapitalizm, a jak kapitalizm to i też kryzys z wydaniu kapitalistycznym.

 

dziennik pesymistyczny

V(W) – the number 1!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Reklama. Obraz jak z dziennika telewizyjnego. Londyn. Na ekranie zlepek szybko zmieniających się obrazów pokazujących spanikowanych mieszkańców angielskiej stolicy uciekających w popłochu przed zagrożeniem. Stalowo ciemne niebo. Wycie syren. Pożary. Płacz. Krzyki. Na ulicach porzucone samochody z otwartymi drzwiami. Puste puby a w nich na stołach niedopite piwo. Tłum tratujący się na schodach do metra. Zbiegający w panice w dół do wnętrza. Puste skwery, place, ulice… ogłuszające wycie syren alarmowych. Na ekranie widzimy jak królowa brytyjska, dwór oraz rząd jej królewskiej mości w panicznej ucieczce do schronów wzajemnie się tratuje… Słychać zawodzenie policyjnych syren. Na końcu na ekranie pojawia się sylwetka samochodu Volkswagen oraz napis odczytany przez lektora: Volkswagen Scirocco. Berlin-London intinerary without refuelling! Just like V-1 flying bomb some time ago – also without refuelling! VW – the number one! Lub w polskiej wersji językowej: Volkswagen Scirocco. Trasa Berlin – Londyn na jednym baku! Tak jak kiedyś rakietą V – 1… też na jednym baku! W miejscu napisu i słów o rakiecie V – 1 pojawia się tło z charakterystycznym logo Volkswagena z dopiskiem: VW – to numer 1!

 

To tylko mój prywatny scenariusz reklamy i tylko moja prywatna odpowiedz z wyobraźni na reklamę zaprezentowaną w nadawanym na żywo brytyjskim show telewizyjnym Top Gear. W tym programie motoryzacyjnym imitowanym przez telewizje BBC 2 prezenter Jeremy Clarkson, sparodiował inwazję Niemiec na Polskę z tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku. A zawarł to wszystko w reklamie Volkswagena Scirocco.

 

W niedzielny wieczór angielscy widzowie Top Gear mogli zobaczyć reklamę w formie wiadomości dziennika telewizyjnego wykorzystującą markę handlową Volkswagena Scirocco TDI przygotowaną przez jednego z najbardziej znanych brytyjskich prezenterów telewizyjnych. Spot reklamowy pokazywał współcześnie zmontowane sceny panicznej ucieczki Polaków przed domniemaną inwazją niemiecką. Puste ulice, zatłoczone pociągi, autokary, opuszczone place zabaw dla dzieci. Stach i zagrożenie wobec inwazji, przed którą polska armia jest bezradna.

 

Reklamę ta to aluzja nawiązującą do exodusu cywilnych Polaków z początku drugiej wojny światowej. Reklamę kończy napis: Volkswagen Scirocco TDI. Berlin to Warsaw in one tank, czyli dla tych wszystkich, którzy nie bardzo czują się swobodnie w języku Szekspira: Volkswagen Scirocco. Trasa Berlin-Warszawa na jednym baku. Należy zwrócić uwagę, że angielskie słowo tank może także oznaczać czołg. I niewątpliwa wieloznaczność tego słowa może sugerować, iż inwazja niemieckich hitlerowców na Polskę niewiele ich kosztowała. Jeden tank tylko.

 

Jeśli kogoś obraziłem moją wersją reklamy Volkswagena to przepraszam. Ale tylko w takim stopniu przepraszam, w jakim ja sam mógłbym prosić o przeprosiny za to, że zostałem obrażony przez topgearową reklamę. Jeśli Jeremy Clarkson mógł to ja też mogę zostać twórcą reklam. Jeśli moją reklamą ktoś poczuł się obrażony to przepraszam. Jeśli ktoś poczuł się obrażony jego reklamą to czy on przeprosi za nią? Raczej nie. A może nic się nie stało, bo to tylko żart taki, no to wtedy i ja mogę sobie zażartować. Przecież w zasadzie chodzi i jemu i mnie o samo, o dobra zabawę. A co tam narodowe sentymenty. Jak zabawa to zabawa.  Nieprawda, panie Clarkson ?

 

dziennik pesymistyczny

NIKoMON

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Czy wojskowi naprawdę wiedzą, co mają w magazynach? A jeśli im coś zaginęło a mundurowi nie zauważyli straty?  Czy możliwe jest, że gdzieś w lesie lub na poligonie stoi czołg, o którym nikt nie pamięta?  To wszystko jest możliwe w świetle informacji zawartych w raporcie pokontrolnym najwyższej izba kontroli spisanym po inspekcji w ministerstwie obrony narodowej. Z raportu wynika, że żołnierze nierzetelnie planowani zakupy sprzętu. W MON pracowali na starych komputerach, podczas gdy nowszy sprzęt zalegał w wojskowych magazynach. Był kiedyś taki dowcip o tym jak w pewnym lesie niemiecki wermacht walczył z partyzantami. Jak opowiadał narrator dowcipu: raz Niemcy przegonili partyzantów. Raz nasi przegonili Niemców. Następnie znów naziści pogonili naszych i znów na odwrót. Aż na końcu zdenerwował się gajowy i wszystkich z lasu przegonił.

Jak czytam doniesienia prasowe o efektach kontroli w ministerstwie obrony narodowej to tak mi się zdaje, że już tak bardzo rozrosło się nasze państwo a z nim MON, że tak naprawdę nikt nie pamięta gdzie, co jest i gdzie się znajduje to, co się kiedyś zakupiło lub zeskładowało. Nie trudno, więc wyobrazić sobie jednostkę, która stacjonuje od dziesięciu lat gdzieś tam w lasach jest tak tajna, że nikt o nie wie. A w zasadzie przez tą tajność zaginęła ona gdzieś w ewidencji i jak jej nie znajdzie gajowy, leśniczy czy NIK to będzie tam trwała na posterunku z dziesięciolecia.

Według raportu najwyższej izba kontroli tylko w trzech skontrolowanych składnicach wojskowych przechowywano nieużywany sprzęt o wartości ponad dwudziestu siedmiu milionów złotych licząc po cenach zakupu. Najwięcej sprzętu zadekowano w dziewiątej Rejonowej Bazie Materiałowej. Tam też padł rekord najdłuższego magazynowania zakupionego sprzętu – dwanaście lat. Średnio okres magazynowania w wojsku wynosił blisko pół roku. W magazynach znajdował się głównie sprzęt i oprogramowanie komputerowe, czyli stacje robocze, serwery, laptopy oraz komputery dostosowane do przetwarzania informacji niejawnych. Nie trzeba byś specem a mieć w domu komputer by wiedzieć jak szybko taki sprzęt się starzeje, jak szybko straci na wartości i jak szybko jest przestarzały. Więc, po co trzymać go tyle w magazynach. Chyba tylko po to żeby stracił gwarancje.

Sprawdzono tylko niektóre wojskowe składnice a jeśli gdzieś w magazynach lub na bocznicy kolejowej stoi transport czołgów, który ktoś zakupił i o nim zapomniał lub zakupił na zapas.  A może gdzieś wypłynął nasz okręt wojenny i jakoś tak do tej pory nie powrócił. A ktoś z wojskowych zapomniał go poszukać. To możliwe, bo jakoś tak coraz mniej mamy okrętów. Może to nie prawda z tymi samolotami F – 16 że się ciągle psują. One po prostu nie latają, bo gdzieś stoją w jakimś hangarze, ale nie bardzo wiadomo, w którym. Ale czy o tym się kiedyś dowiemy. Teraz to nie, bo wszystko, co wojskowe to tajne. I trzeba liczyć na to, że NIK znów im coś znajdzie a nas przy okazji i tym poinformuje cywili. Niewykorzystywanie już zakupionego sprzętu to nie jedyna bolączka armii. Kontrolerzy NIK ujawnili, że wiele jednostek dostało komputery, mimo że ich nie zamawiały, a inne, które złożyły zamówienia, oczekują na sprzęt do dzisiaj – poinformował rzecznik prasowy NIK Paweł  Biedziak.  Mam tylko nadzieje, że do Afganistanu nie wysłano pomyłkowo okrętów podwodnych a marynarce wojennej transporterów opancerzonych rosomak.

Jako przykład rzecznik podaje zamówienie departamentu wychowania i promocji obronności MON, który w dwa tysiące siódmym roku złożył zapotrzebowanie na dwadzieścia osiem komputerów. Nie otrzymał żadnego. Za to sekretariat szefa sztabu generalnego na zamówionych dziesięć komputerów dostał tylko jeden. Z kolei w tym samym roku trzynaście komórek organizacyjnych MON otrzymało sto dziewiętnaście komputerów, pomimo że nie składały na nie zamówień. W tej sytuacji przecież nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby lotnictwo polskie dostałoby na przykład dziesięć myśliwców F – 16 na jednego pilota zdolnego nim polecieć. Albo, że istnieje w Polsce jednostka kawalerii powietrznej, która na no może ze trzy śmigłowce a powinna mieć z trzydzieści. Ale za to, że może jesteśmy obecni militarnie w Afganistanie tylko, dlatego że nikt nie wie jak wrócić do domu, bo gdzieś zaginęły w magazynach mapy i GPSy albo o zgrozo rozkazy. Jak widać w armii wszystko może się zdarzyć. I trzeba mieć nadzieje, że to, co napisałem poza danymi z raportu NIK to czysta fikcja i złośliwości. Boże, niech tak będzie, bo jeśli nie…

dziennik pesymistyczny

Sto lat 44

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Im bardziej politycy starają się odpolitycznić obchody rocznicy Powstania Warszawskiego tym bardziej je upolityczniają. Dlaczego nie może być to po prostu apolityczny dzień zadumy nad bohaterstwem warszawskich powstańców. Dzień jedności i dumy narodowej.

 

Zapewne nie może tak być, bo już od dawna wiadomo czyje to ma być właściwie święto. Jarosław Kaczyński dał jasno do zrozumienia swoją wypowiedzią, że nie będzie to święto wszystkich polaków, bo jedni byli wtedy po stronie Armii Krajowej, a inni po tej drugiej. W zestawieniu z innymi słowami brata prezydenta o tym, że jedni stoją tam gdzie stoją a inni stali tam gdzie ZOMO już wiadomo, że nie wszyscy zasługujemy na to żeby świętować rocznice powstania. Bo choć prezydent Kaczyński chce święta państwowego dla rocznicy sierpniowego Powstania dla wszystkich polaków, to prezes Kaczyński już dokładnie podzielił nas na tych, co to święto mają prawo obchodzić i na tych, którzy no nie wiem… chyba muszące je celebrować choć prawa do tego nie mają.

 

To ciekawe, że rocznica Powstania nie może być po prostu dla nas wszystkich powodem do dumy. Że za wszelką cenę ktoś zawsze chce tylko dla siebie zawłaszczyć to, z czego my wszyscy powinniśmy czerpać dumę i naukę o tym, jakim narodem powinniśmy się stać. Jakim narodem byliśmy przez te sześćdziesiąt trzy dni powstania. Że choć sprawa może być przegrana to czasami warto stanąć do walki nie o samo zwycięstwo, ale o honor. Bo czasem lepiej umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach. I nie chodzi tu o kult martyrologii, ale o dumę narodową.

 

Ale jak ja mam być dumny, jak mam uczestniczyć w uroczystościach, jeśli za każdym razem widzę, że nie możemy być jednością nawet w takiej sprawie. Że mimo apeli ze strony kombatantów o nie upolitycznianie rocznicy Powstania politycy nie mogli wytrzymać. Co by się takiego stało jakby zniknęli na dobre na tej jeden dzień. I nie mówię tu tylko o politykach zawodowych, ale i o takich domorosłych, którzy nie mogą wytrzymać i nawet na cmentarzach nie mogą się powstrzymać od manifestacji swych politycznych poglądów.

 

Mimo apeli o godne uczczenie rocznicy Powstania Warszawskiego, pewna grupa ludzi zebranych na Powązkach nie wytrzymała i wybuczała prezydent warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz, marszałka sejmu Komorowskiego oraz Jerzego Buzka, kiedy opuszczali oni cmentarz. Bo tu jest zapewne ta wyznaczona przez prezesa Kaczyńskiego linia podziału na dobrych polaków, godnych obchodów narodowych świąt i na tych, co nie mogą, bo myślą inaczej cos w sprawie rocznicy powstania jak widać tak samo. I jak przystało na podział z drugiej strony też ktoś nie wytrzymał i słownie znieważał prezydenta RP, wykrzykując pod jego adresem groźby karalne. I tak sobie nawzajem buczeli, krzyczeli, klaskali i przemawiali. A nawet śpiewali sto lat prezydentowi Kaczyńskiemu!

 

A ja bym chciał czerwonej kartki w kalendarzu, jako symbolu, ale nie chciałbym dnia wolnego od pracy w dni rocznicy Powstania. Chciałbym dla bohaterów ludzkiej pamięci, chwil zadumy, milczącego zastanowienia a nie przemówień polityków tego dnia. Wolałbym cisze cmentarzy niż buczenia i śpiewania sto lat przy grobach bohaterów. Chciałbym skromnych kwiatów na mogiłach niż wielgachnych wieńców od polityków składanych, bo tak trzeba. Ale ja zapewne za wiele chce. I dostane święto państwowe i coroczne upolitycznione akademie na cześć.

 

dziennik pesymistyczny

Prawo Parkinsona w moim prowincjonalnym mieście

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Spotkałem wczoraj kolegę, który jeszcze przed klasycznym powitaniem: dzień dobry oznajmił mi, że udało mu się został urzędnikiem.  Zasilił swoja osoba szeregi zespołu informacji prasowej i publicznej urzędu miejskiego. Tym samym dołączył do sporej liczby urzędników jak na potrzeby mojego nie tak znowu dużego prowincjonalnego miasta. A mnie się zaraz po tym spotkaniu przypomniało prawo Parkinsona. Prawo to mówi o żywiołowym wzroście liczby urzędników w administracji publicznej, bez względu na ilości i rodzaj pracy do wykonania. Przed urzędem miejskim w moim mieście powinien stanąć pomnik tego urodzonego w tysiąc dziewięćset dziewiątym roku angielskiego historyka i badacza ekonomii politycznej. Kolejną rocznice jego urodzin obchodziliśmy przedwczoraj, trzydziestego lipca. Naukowiec ten jak nikt inny swoimi badaniami i sformułowanym prawem oddaje, bowiem istotę funkcjonowania urzędów i instytucji samorządowych i państwowych.

Nie trzeba nawet wchodzić do urzędu wystarczy spojrzeć na parking przed nim żeby przekonać się jak wielu urzędników w znoju i trudzie wykuwa pieczątkami nasze lepsze jutro. Ale jeśli już wejdziemy to wystarczy zajrzeć do obojętnie, którego pokoju na kilometrach korytarzy, aby się przekonać, że życie jest tam spokojne i pełne urzędowej stateczności oraz dostojeństwa. Miedzy kawką, śniadaniem, obiadkiem a dwudziesta herbatką snują się od pokoju do pokoju powolnie urzędnicy wymijani przez biegających jak w ukropie petentów. Ja jeszcze w życiu nie widziałem śpieszącego się urzędnika. O nie przepraszam, widziałem śpieszą się oni tylko przy zakończeniu pracy jak ją opuszczają. To zdecydowanie najlepszy popis działań logistycznych. W dziesięć minut nie ma nikogo w wielgachnym gmachu i nie ma też żadnych aut na urzędowym parkingu. Wtedy pospiech jest wskazany ale w czasie pracy wszystko zwalnia.

Jak już pokłonami po polsku, czapką do ziemi zdołamy zwrócić na siebie uwagę urzędnika zajętego opowiadającemu koleżankę urzędniczce o tym, jaką to wspaniała rybę kupił wczoraj na kolacje, mamy tylko ułamek sekundy szansy na zadanie pytania. Jak już zadamy i nie daliśmy się wyrzucić za drzwi standardową odpowiedzią: proszę napisać podanie. To możemy pismo do urzędu złożyć.  I teraz zaczyna się oczekiwanie. Bo urzędnik ma trzydzieści dni na to żeby nam odpowiedzieć. I nie ma, co liczyć na wcześniejsze załatwienie sprawy, bo zgodnie z prawem Parkinsona: jeżeli urzędnik ma określony czas na wykonanie danego zadania, zadanie to zostanie wykonane w możliwie najpóźniejszym terminie.

Kiedyś miałem pewna sprawę w urzędzie. W swej naiwności myślałem, że zdołam ją załatwić albo przynajmniej otrzymam odpowiedz od urzędników w ciągu trzydziestu dni zgodnie z prawem. Ale nic bardziej mylnego. Czekałem miesiąc, dwa, trzy. Zadzwoniłem i zapytałem, co z moim pismem. Urzędniczka długo szukała mojego podania a na końcu powiedział, że jest jeszcze załatwiane, więc… proszę czekać. Jak powiedziałem, że już nie trzydzieści dni czekam, lecz dziewięćdziesiąt odparła, że to nie tylko ten wydział pracuje nad moja sprawą i wyda opinie, ale wiele, wiele innych i każdy ma przecież trzydzieści dni. Po półtora rocznym oczekiwaniu i po postraszeniu urzędników skargą w sądzie administracyjny dostałem odpowiedzieć zawartą w jednym zdaniu. Dosłownie dziesięć słów odpowiedzi. Czyli mniej słów niż miesięcy oczekiwania na odpowiedz.  Jak dowodził przecież Cyril Parkinson: wykonywanie zadań wydłuża się, wypełniając cały czas pracy. Więc nawet jedno słowo urzędniczej odpowiedzi mogło powstawać w tydzień.

Pomyśleć by można, że może przydałoby się zatrudnić jeszcze więcej urzędników to prace, która jest do wykonania można by wykonać szybciej. Nic bardziej mylnego. Cyril Parkinson dowiódł, że w istocie rzeczy nie ma w ogóle żadnej współzależności pomiędzy liczbą urzędników a ilością wykonywanej pracy. Bowiem zgodnie z ta zasadą wzrost zatrudnienia będzie dokładnie taki sam bez względu na to, czy pracy będzie więcej, mniej, czy też nie będzie jej w ogóle.

Na zakończenie jeszcze dwa cytatu z praw Parkinsona jak ulał pasujące do urzędu miejskiego mojego prowincjonalnego miasta. Może właśnie myśli tego angielskiego uczonego rozjaśnią, choć trochę zagadkę ciągle rozrastającej się armii urzędników jaśnie nam panującego prezydenta mojego miasta.  A mianowicie: urzędnik pragnie mnożyć podwładnych, a nie rywali oraz takie, że: urzędnicy przysparzają sobie nawzajem pracy, jedni drugim. I od razu wszystko jest jakby bardziej zrozumiałe.