Yearly Archives

186 Articles

dziennik pesymistyczny

Drwal miejski

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Pojawili się w okolicach mojego prowincjonalnego miasta sześć – siedem lat temu. A może byli od zawsze, tylko ja nie zarejestrowałem ich obecności. Szokowali odblaskowymi strojami, kaskami, fikuśnymi maszynami a przede wszystkim wielkimi piłami łańcuchowymi. Przewodził im zawsze człowiek z teczką na pod pachą. Z czasem drwale miejscy, bo o nich tu mowa zaczęli tworzyć zjawisko, którego nie sposób zlekceważyć.

 

Mieszkańcy mojej prowincji oraz okolicznych miast i miasteczek byli zszokowani ich zachowaniem. Ale że zawsze towarzyszył im wspomniany pan z teczką, więc myśleli ze tak po prostu być musi. Bo pan z teczką zawsze oznacza władze. Na początku zaczęły znikać pojedyncze drzewa. Jakąś topola, jaki stary kasztanowiec, brzoza czasem kilka wierzb. Ludzie myśleli, że można z nimi nawiązać jakoś kontakt. Starali się dociekać, dlaczego to wyrąbywane są w mieście coraz to nowe drzewa. Zadawali pytania na forach internetowych, pisali do gazet, dzwonili do radia i telewizji. Dziennikarze opisywali nowe zjawisko a drwale miejscy dalej wycinali drzewa. Pozostawało iść na kompromis i uzyskać możliwość opanowania tego nowego ruchu, albo postawić na konfrontacje, ale wówczas można było się spodziewać, że pójdą jeszcze dalej w wycince miejskiej roślinności. Próbowano rozmawiać, przekonywać, ale nic to nie dało. Drwale miejscy zawsze wiedzieli lepiej. I ścinali drzewa już nie pojedyncze, lecz całe szpalery drzew stojących przy placach i ulicach mojego miasta.

 

Drwale miejscy nie są lubiani. Ale nie specjalnie zależy im na opinii innych. Mają swoją piły spalinowe i wycinają wszystko, co tylko jest zielone i rośnie w mieście. Mają swoje przetargi, swoje zamówienia, swoje ekspertyzy. Swoją sieć powiązań i swój świat. Wielu z nich działa anonimowo, nie szukając rozgłosu. Ścinają sobie tak hobbistycznie, jakieś drzewko przy domu tak wieczorkiem dla relaksu. Ale najlepiej jest im w zorganizowanych grupach. Działają metodycznie. Na początku wyszukują drzewa, które w ich mniemaniu udało wy się ściąć. Musza to być drzewa wielkie, bo oni nie znoszą małych wyzwań. Potem trzeba znaleźć powód do usunięcia rośliny. Najlepszy jest taki, że to stare drzewo, że chore, że uczula, że rośnie przy drodze, więc jak nic rzuci się na przejeżdżające samochody. Potem już zakamuflowany drwal z urzędu ogłasza przetarg inny drwal już ten jawny go wygrywa. Następuje kilkudniowe wycinanie… i po strachu, ale za to przy pieniądzach można rozglądać się za nowa zieloną ofiarą.

 

Drwale miejscy nie zapuszczają się lasy. Tam jest za dużo drzew oni wolisz prostsze rozwiązania. Maja wizje –  betonowo lub asfaltowe place i ulice. Jeśli zielona roślinka to wyłącznie nowo zasadzona. Bo trzeba przyznać, że drwale miejscy sadzą drzewa i to namiętnie każdego roku tysiące nowych drzewek. Lecz przeważnie, co roku w tych samych miejscach, bo te z poprzedniego roku albo są połamane albo i tak są już dawno uschły. Prawdziwy drwal miejski nie podlewa roślin on je sadzi lub ścina. W zależności, co jest w danej chwili bardziej opłacalne. Za co urzędnik miejski zapłaci więcej. Drwale miejscy mają misje: wymianę całego drzewostanu w miastach i miasteczkach na nowy. Nic co rośnie dłużej niż 10 lat nie ma prawa istnieć. To ich cel, taki nowy świat. I nie zawahają się sięgnąć po jeszcze więcej pieniędzy na nowe piły i siekiery. Bo oni czynią to dla dobra nas wszystkich. Mają poparcie urzędników, bo wielu z nich podziela ich ideały. A tam gdzie urzędnik tam nasze pieniądze z podatków.

 

Właśnie odnieśli nowe zwycięstwo. Na obrzeżach Mazowsza jest mała kiedyś urokliwa miejscowość Chlewiska. Kiedyś jechało się do niej w szpalerze starych drzew. Aleją wiekowych pięknych i dostojnych kasztanowców. Teraz przy drodze pozostały już tylko szerokie na kilka metrów pniaki. Jeszcze kilka lat temu osada tonęła wśród zieleni teraz zostały już tylko nieliczne zielone miejsca. Faktem jest, że Chlewiska leża wśród lasów, ale to nie powód żeby wioskę i drogi dojazdowe zamienić w pustynie. Nie wiem, dlaczego wycięto ponad pięćdziesiąt starych, kilkudziesięciu a może i kilkusetletnich drzew. Nie wiedzą tego i mieszkańcy okolic. Drwale przyjechali i drzewa ścieli. Panowie stojący przed lokalnym sklepem maja jednak kilka teorii. Jedna z nich to taka, że to unia kazała ściąć, że to niby za blisko szosy stały i się chłopstwo zabijało na tych drzewach po sobotnich dyskotekach. Druga teoria to taka, że to podobno chore były te drzewa i stare. A wiadomo, jak co stare to i pewnie chore, jak głosi mądrość ludowa. Tak czy inaczej nie ma już zielonych Chlewisk. Ale za to mamy nowa subkulturę drwali miejskich.

dziennik pesymistyczny

Zwierze alfa z ameryki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W polskim biznesie żeby być wizjonerem i żeby poszły za tobą tłumy trzeba być Amerykaninem. A gdy nie ma się tyle szczęścia i jest się polakiem to przynajmniej trzeba pracować dla amerykanów lub w firmie powiązanej z amerykanami. Trzeba też amerykańską wizje biznesu głosić ludowi ciemnemu. I to już w zupełności wystarczy by być przynajmniej w swym własnym mniemaniu rekinem biznesu.

 

Dobrze też znać język angielski i przynajmniej raz odwiedzić USA. Na polskiej prowincji takiej jak moja występują kilka typów proroków biznesu. Każdy typ łączy jednak kilka wspólnych cech. Przeważnie każdy wizjoner biznesu w amerykańskim stylu to młodzieniec przed trzydziestką ( nawet jak ma 60 lat), polak, jako i my maluczcy, mieszkaniec stolicy, przedstawiciel klasy średniej w drugim pokoleniu. Już na pierwszy rzut oka widać po nim, że facet ma wizje własnej osoby. Ten styl, ten garnitur za moje dwie pensje, zegarek za presji mych marnych chyba ze cztery, jedwabmy krawat i skórzana, do granic wypchana, teczka z laptopem. Osobnik ten raczej nie wystękują w takich miasteczkach jak moje, on raczej przybywają do takich osad jak moja niosąc kaganek oświaty made in usa.

 

Najczęściej zjawiają się na mej zapyziałości miejskiej kilkanaście razy do roku. Chadzają te osobniki pojedynczo lub parami. Samce i samice. Hierarchie w stadzie zdradzają atrybuty, czyli garnitur, zegarek i tym podobne im droższe tym rekin biznesu ważniejszy. Każdy z nich był w Ameryce choć raz. Ten mój, którego miałem sposobność obserwować, był tam z rok czasu i nadal tam bywa. Tam w USA zdobył wiedze tajemną, studiował tam na tych ich kompletach półrocznych. Ma nawet dyplom uczelni. Pewnie znanych, ale nie przez zemnie ani nikogo z mych znajomych. Ale co my tam wiemy. Chętnie opowiada o swym pobycie w Ameryce, jak to nauki pobierał, jak to pracował w korporacji i jak to widział raz szefa szefów z bliska i ten nawet na niego popatrzył. To jego największe przeżycie. Wiedze ma ogromną, amerykańską, wie wszystko o wszystkim.

 

Ja nie byłem w Ameryce, ale znam kogoś, kto był i mi o USA opowiedział. Przyjaciel mój zapragnął zwiedzić amerykański  raj więc udał się tam i nawet postanowił studiować skuszony możliwością posiadania dyplomu z historii filmu.  Uczelnie tam mają piękne. Studenci i studentki też piękni i kolorowi. I zapisał się mój przyjaciel na studia. Pilnie uczęszczał na kilka różnych kursów. Po pól roku miał egzaminy, czyli testy, który rozwiązał z łatwością krzyżówki z gazety kolorowej. A że był w krzyżówkach dobry postanowił zdobyć kilka dyplomów z tej i z innych uczelni. Można tam naprawdę się czegoś nauczyć – mówił –  ale można tam też ukończyć studia, by te studia posiadać jak przepustkę na statek do kariery. Podobnie jak u nas z ta różnicą, że tam szybciej i prościej.

 

Wracając do wizjonerów biznesu w amerykańskim stylu. Przybywa taki do mojego miasta śliniącą limuzyną. Wystarczy, że się pojawi w drzwiach naszego prowincjonalnego oddziału wielkiej amerykańskiej korporacji a już wiadomo, że on wie…, wie lepiej jak mamy żyć i pracować. Już od progu witają go w pokłonach wasale skuszeni przez niego wizją przeniesienia do stolicy gdzie jak nic zmienią się w takich bogów biznesu jak ich pryncypał. I już po chwili nasz rekin biznesu z warszawy zwołuje zebranie… o przepraszam miting i zaczyna się to, co w tych typach jest najpiękniejsze. Już pierwsze słowa niosą wielką silę przekazu, już od pierwszych chwil dowiadujemy się, że jest… źle. Nie ważne, że pracowaliśmy z kolegami po 12 godzin, że wyrobiliśmy plan i nawet go przekroczyliśmy. Jest źle, fatalnie – mówi Pan nasz – jest tragicznie. I daje przykład naszej marności: w Piszczykowie Górnym a nawet w stolicy  – mówi Pan – są i były w przeszłości zespoły sprzedażowe, które dokonały więcej. Odniosły sukces i to za znacznie niższe wynagrodzenie! Dokonały tego szybko, sprawnie, nie tak wy luzery. I co tu takiemu odpowiedzieć.  A biada temu, kto zapyta, dlaczego porównuje się Piszczykowo do mojego prowincji. Przecież to nie to samo miasto, nie ten sam rynek, czas nawet inny. O nie, rekin biznesu wie lepiej, że jesteśmy marni. On nam nawet tą naszą marność obliczy w bardzo mądrym programie, który dostał z centrali w Ameryce i nie może być mowy o jakiś błędach w obliczeniach. Jest tak jak jest, bo tak mówi amerykański komputer.

 

Jak już wiemy, że stanowimy jeno pył na jego lakierkach, następuję nauczanie. Wstępuję od na mównice trzymając w dłoniach dwie opasłe księgi rad wszelakich, świeżo na masz marny język przetłumaczonych. Jest on wtedy, jako Mojżesz schodzący z góry z tablicami praw bożych. W księgach tych są rady wszelakie jak to mamy żyć i pracować w korporacji i poza nią. I jest tam mnóstwo przykładów sukcesów, jakie osiągnęli amerykanie żyjąc wedle tych przykazań. Wszystko to takie piękne i takie wzniosłe, jak my do tej pory mogliśmy żyć bez tej wiedzy tajemnej. I sam nie wiem dlaczego, zawsze przed oczami staje mi Pan Wokulski z Lalki Bolesława Prusa. Jak on mógł, do cholery sprzedać cokolwiek z swoim sklepie nie przeczytawszy uprzednio amerykańskiego podręcznika do sprzedaży!

 

Klasą dla siebie są rodowici amerykanie zesłani przez swe korporacje na banicje do polski. Tu już prometeizm w czystej formie. Dla nich wszystko, co amerykańskie jest najlepsze. Pewien Pan z ameryki, którego poznałem onegdaj, mieszkał i pracował w Polsce od trzech lat. Słowa nie znał po polsku. Bo przecież nie musi, jak często podkreślał, bo przecież firma jest z USA i wszyscy powinni mówić po angielsku. Bo angielski to język światowy. Każdy, kto wie jak wygląda biznes w Polsce wie też, że trzeba mu było tłumaczyć na angielski tysiące dokumentów. Jemu to jednak nie przeszkadzało. On wiedział lepiej. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby mieszkać i pracować przez trzy lata w jakimś kraju i nie znać w języka jego mieszkańców, przynajmniej kilku słów. Najlepsze są jednak jego opowieści o tym jak to spotykał w swym życiu na zachodzie polaków, który tam pracowali i nie do końca znali język Szekspira. Fuj – oburzał się Amerykanin – jak można nie znać angielskiego! To, że on zna tylko angielski, że tak powiem z przyrodzenia i żadnego innego języka nie zna już nie robiło na nim wrażenia. Z litości nie wymienię innych jego wybryków.

 

Na zakończenie dodam, że już nie pracuje w amerykańskiej korporacji, bo „ nie rozumiałem amerykańskiej filozofii sprzedaży i nie miałem szacunku dla zasad życia korporacyjnego”. Jestem szczęśliwy. Biedniejszy, ale za to wolny od amerykańskich mądrości.

 

 

dziennik pesymistyczny

My jesteśmy tu a oni nadal tam stoją

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jutro 1 maja, robotnicze święto ustanowione 118 lat temu. Wczoraj w Warszawie odbywał się kongres Europejskiej Partii Ludowej a tuż obok polska policja państwowa używając gazów bojowych pacyfikowała robotników.

Czyli z jednej strony politycy mieli swoje wielkie święto, jak sami to przyznają a po drugiej stronie ulicy policja na rozkaz tych samych polityków biła robotników, którzy przyjechali upomnieć się o swoje miejsca pracy. W Sali Kongresowej odbywało się spotkanie polityków a na ulicy robotnicy byli pałowani przez ciężko zbrojnych policjantów państwowych. Powie ktoś – przecież sami zaczęli, po co chcieli szturmować miejsca chronione. Policja broniła tylko dostępu do gości kongresu. Możliwe, że tak było, ale, po co ta agresja. Po co gaz bojowy, po co pałki, po co strzelanie do robotników gumowymi kulami. Cynizmem jest mówienie, że przecież są ofiary także po stronie policjantów, jak to możliwe ze człowiek, który jest przez lata szkolony w tłumieniu demonstracji ulicznych, posiada zbroje, ma do dyspozycji broń, pałkę, gaz zostaje ranny. Może źle był szkolony, może ich dowódcy są niekompetentni. Bo kto ich pobił, nieszkolony w walkach ulicznych, odziany w koszulkę związkowa robotnik. Uzbrojony w drzewiec od flagi, kamień i petardę człowiek przeciwko ciężkozbrojnym, karnym, wyszkolonym oddziałom policji. Jakieś to takie dziwne.

Sala Kongresowa Pałacu Kultury w Warszawie gdzie jeszcze do nie dawna odbywały się zjazdy totalitarnej partii, która chyba tylko dla ironii nazywała się robotniczą to dziwne miejsce na kongres partii europejskiej nazywającej się ludową. W pałacu eleganccy panowie i panie przez budynkiem policjanci i barykady a za nimi robotnicy i reszta społeczeństwa. „ My jesteśmy tu gdzie wtedy, oni tam, gdzie stało ZOMO” – mówił kiedyś Jarosław Kaczyński – polityk innej partii. Trzeba jednak przyznać, że wczoraj było widać wyraźnie, kto i gdzie stoi. Jedynym robotnikami w pałacu byli wczoraj stoczniowcy sfilmowani podczas strajków w latach osiemdziesiątych, których politycy mogli zobaczyć na filmie. Polska dziś to nie 20 procentowa mniejszość, nie politycy, urzędnicy, bankierzy, właściciele fabryk, ale robotnicy najemni w swej zdecydowanej większości. To pracownice supermarketów, górnicy, kolejarze ci, którzy żyją w pracy a nie z dobrych stosunków z klasą państwowa. Z klasą panująca. Bo we współczesnym kapitalizmie są już chyba tylko dwie klasy, ci, co żyją z państwa i ci, co na to państwo płaca. Jedni, czyli politycy, urzędnicy oraz popierający ich właściciele żyją z podatków albo z kontraktów rządowych oraz ci wszyscy, którzy ich utrzymują. Tak, to jest uproszczenie. Ale wczorajsze wypadki pod salą kongresowa dowodzą, że ten podział rzeczywiście istnieje.

Jak gorzkie musi być zwycięstwo stoczniowców z lat osiemdziesiątych, gdy po dwudziestu latach ich zakład pracy likwidują ci, którzy na ich plecach wyjechali do władzy.  Jutro 1 maja, po ponad stu latach robotnicza walka trwa nadal. Może zmieniły się sztandary, może już nie te idee, co kiedyś, ale geneza walki jest ta sama. Tak jak wiek temu tak i teraz robotnicy walczą o to samo o szacunek dla pracy najemnej i o swoje miejsca pracy. Jak to możliwe, że tak wiele się zmieniło. Były dwie wojny, II Rzeczpospolita, Polska Ludowa, III Rzeczpospolita różne systemy polityczne, okupacje, totalitaryzm, demokracja, wielcy przywódcy, tyrani i tylko jedno jest nie zmienne. Robotnik zawsze jest tą siłą, która jest potrzebny przy zamianach politycznych a gdy rewolucje się kończą to już nie jest potrzebny i może wrócić do swojej roli, czyli do życia na krawędzi nędzy i do ciężkiej pracy. Bo tu w wolnej Polsce płaci się pracownikowi najemnemu tyle tylko żeby przeżył. A jednoczenie zachęca się go do zadłużania tak wielkiego żeby nie mógł przestać pracować.

Puentą niech będzie to, co powiedział mi pewien policjant, gdy zostałem zatrzymany po demonstracji w pierwszych latach III Rzeczpospolitej. Powiedział mniej więcej tak: chłopcze, rewolucja już się skończyła, ci, co mieli wygrać wygrali a teraz wracaj do roboty, płać podatki i nie wychylaj się, bo my już wiemy, kim jesteś i jak nie przestaniesz to inaczej pogadamy.  Nie posłuchałem, ale strach jest, że może będą chcieli znów pogadać, oby nie.

dziennik pesymistyczny

ONI u władzy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Co oni tu robią? – pyta jedna pani. – Coś tam grzebią w ziemi i przez to prądu ni ma – odpowiadając wyjaśnia druga. Taką rozmowę słyszałem dziś rano przed moja kamienicą. I pomyślałem – jacy ONI. Czyżby znani z minionej epoki ONI przetrwali i powrócili w jeszcze większej sile biorąc odpowiedzialności za wszelkie przejawy naszego życia. Za braki w dostawie prądu na przykład.

Kiedyś „ za komuny” to wszystko było proste. MY, czyli naród był w opozycji a ONI rządzili. I co tylko było złego w naszym kraju to się zwalało na ONYCH. Wróg był jeden, więc jak coś nie wyszło to przecież winny był zawsze znany. ONI rządzili, więc byli odpowiedzialni za to całe komuchowe bagno. Że nic w sklepach nie ma – winni ONI, że kolejki, że bieda, że tylko ocet na półkach znów ONI. Byli odpowiadali za to, że jest za dużo śniegu w zimie, i za to, że morze w lecie zimne. Oni winni byli temu, że piwa nie dowieźli i za to, że kaczorek był rano. Ogólnie za wszystkie zło tego świata. Życie było takie proste. Zawsze winni byli ONI.

Potem się skomplikowało. Wybuchła wolna polska i jakoś tak dziwnie się stało, że nagle wszyscy byliśmy we WŁASNYM DOMU. Że teraz to za ten dom wszyscy razem jesteśmy odpowiedzialni. Że jak by co to przecież my razem do przodu. Wspólnie sobie będziemy mieszkać i pracować w tej naszej nowej Polsce. ONI zanikli. Zagubili się. Przycichli. Teraz byliśmy tylko MY. Ale wróg nie spał. ONI knuli za Naszymi plecami. I tak oto po dwudziestu latach ONI znów u władzy. Bo przecież ONI teraz rządzą, nie my. Oni nie potrafią zbudować ani dróg, ani autostrad – nie my. ONI biorą łapówki, Oni zasiadają w sejmie nie my, oni mieszkają w pałacach, maja wojsko i policje. ONI przejadają nasze pieniądze nie MY. Znów są ONI i MY. MY możemy, co najwyżej brać udział w ICH wyborach. Bo jak już będzie po wyborach to okaże się, że wybrani zostali – ONI.

I dobrze, bo przynajmniej wiem, że to nie ja jestem za wszystko odpowiedzialny tylko ONI. I jakoś tak mi lepiej.

dziennik pesymistyczny

Młoda dama w sądzie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

– Cała Polska widziała, jak ta młoda dama uznała, że o tym wszystkim, co się w Polsce dzieje decyduje Bruksela, a polski rząd nie ma nic do gadania – mówił Jarosław Kaczyński prezes PiS podczas spotkania wyborczego w Kruszwicy,

I tak oto Jarosław Kaczyński prezes Prawa i Sprawiedliwości, partii, która w swej nazwie odwołuje się do prawa właśnie, spokojnie krytykuje wyroki niezawisłych sadów.  Bo jeśli nawet przymniemy za Markiem Migalskim, politykiem PiSu, że szef tego ugrupowania odnosił się w swej wypowiedzi nie do „ wysokiego sądu”, lecz do samej osoby sędziny nazywając ją młodą damą, to nawet wtedy widać wyraźnie, że jak nic Kaczyński sugerował przede wszystkim jej młody wiek. Czyli z pewnością nie chodziło mu jak to – sugeruje Migalski – o jej powierzchowność i piękno, lecz o to, że jej młody wiek dyskwalifikuje ją z zawodu sędziowskiego. Czyli idąc drogą rozumowania prezesa PiS każdy młody sędzia jest z zasady swej młodości nieprzystosowany do zawodu. I tylko podeszły wiek daje uprawnienia do wydawania sprawiedliwych wyroków.

Jeśli tak to, dlaczego za ministra Ziobry młodzi sędziowie wydawali wyroki, przecież zgodnie ze światłą myślą Kaczyńskiego powinni terminować, jako asesorzy mniej więcej do sześćdziesiątego roku życia. Rozumiem takie myśli u starszego pana, jakim jest Kaczyński, pewnie czuje on nieśmiałość w stosunku do młodych kobiet, ale to jeszcze nie powód żeby krytykować młodą sędzinę za jej młodość. Sugerowanie że sędzina jest sterowana z Brukseli a jej wyroki są aprobowane przez polski rząd jest co najmniej niestosowne.  Bo naprawdę trzeba tu doktora politologii Marka Migalskiego, który stał się politykiem, żeby zmienić oczywisty sens wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego.

 Prawo Rzeczpospolitej Polskiej stanowi o tym, że: immunitet sędziowski i jego nietykalność gwarantują, iż sędzia będzie wolny od nacisków i szykan oraz szantażu i prowokacji, w szczególności pochodzących od osób niezadowolonych z jego rozstrzygnięć

 W tym świetle słowa prezesa największej partii opozycyjnej, która dąży do przejęcia władzy brzmią niepokojąco. Komentując wyrok sądowy w sprawie spotu wyborczego prezes Kaczyński mówił: – Ja bym chciał, żeby Polacy nie aprobowali takich ludzi w aparacie państwowym. Więc w tych słowach jawnie nawołuje on to szykanowania niezależnego sędziego. A powodem jest niezadowolenie z niekorzystnego wyroku. Panie Kaczyński, jeśli tak wygląda w pana mniemaniu prawo i sprawiedliwość to ja, panu dziękuje. Można nie zgadzać się z wyrokami sądu, ale czy wolno szykanować sędziego, wzywając współobywateli to jego odwołania. Bo słowa o „ nie aprobowaniu takich ludzi w aparacie państwa” to słowa jawnie wzywające do nie uznawania władzy sądowniczej tej osoby.

dziennik pesymistyczny

Każdy ma prawo do ochrony zdrowia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Wiem, że już chyba wszystko, co powiedziano o polskiej służbie zdrowia. A właściwie, o trwającej już dwadzieścia lat jej całkowitej niewydolności. Ja jednak zmotywowany tym, co dotknęło ostatnio moją czytelniczkę chciałbym do tego tematu powrócić.

W Polsce po osiemdziesiątym dziewiątym roku zreformowano już chyba wszelkie dziedziny życia społecznego. Najlepiej zmiany wyszły nam w dziedzinach takich jak polityka i historia nieźle też przeszły zmiany w gospodarce. Przynajmniej w państwowych założeniach i urzędniczym mniemaniu. Jednak od dwóch dekad nie można zmienić nic, lub bardzo niewiele w ochronie zdrowia. Pan prezydent Lech Kaczyński bardzo często powołuje się na swoje uprawnienia zawarte w konstytucji, więc ja też powołam się na zawarte tam zasady, mając za przykład „ najważniejszą osobę w państwie”.

Artykuł 68 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej stanowi, że: „Każdy ma prawo do ochrony zdrowia”.

Zapisano tam też, że: Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Warunki i zakres udzielania świadczeń określa ustawa.Jak w świetle tych zapisów wygląda sytuacja, w której znalazła się pewna moja znajoma Pani? Jej przypadek jest w Polsce raczej normą niż wyjątkiem.

Pewna moja czytelniczka poczuła się źle, więc nie chcąc narażać ze swej wrodzonej skromności polskiej opieki zdrowotnej na koszty, sama udała się taksówką do przychodni lekarskiej. Po odczekaniu dwóch godzin, lekarz pierwszego kontaktu przyjął Panią i zdiagnozował po wykonaniu EKG, że stan jest na tyle poważny, że Pani ta powinna udać się do szpitalnej izby przyjęć. Pani wsiadła w taksówkę i udała się do szpitala. Tam oczywiście po trzech i pół godzinach oczekiwania na wizytę, lekarz pogotowia stwierdził, że Pani ma poważny stan dusznicy bolesnej. Położył Moją znajomą na kozetce, dał kroplówkę, garstkę lekarstw, receptę na inne lekarstwa i po czterech badaniach kardiologicznych  wysłał samodzielnie do domu. Wyraził też opinię, że jest nie najgorzej, a na oddziale są znacznie bardziej chorzy. Dodał, że jest kolejka, że może i powinno się zrobić więcej badań, ale jest kolejka, może i powinna Pani pobyć w szpitalu, ale oczywiście – kolejka. I dlatego najlepiej jak Pani ta uda się do domu, bo przecież sama przyjechała to i sama też wrócić może. A jakby się coś działo to niech przyjedzie. Udzielił też rady, że trzeba się leczyć. Poradził szybką wizytę u specjalisty kardiologa oraz wykonanie kompleksowych badań. Pani wzięła to sobie to chorego serca i już następnego dnia postanowiła się zapisać na wizytę lekarską oraz na profesjonalne badania. I pewnie każdy Polak wie, co teraz napiszę i, że nie będzie to niespodzianką. W jednej z poradni specjalistycznych otrzymała Pani informację, że: w tym roku kardiolog już nie przyjmuje pacjentów. Można w przyszłym roku spróbować. Szczęście, że to nie jedyna przychodnia na nasze prowincji. W następnej, możliwa wizyta była już 28 października! Brawo! Tylko kilka miesięcy! A  leczyć się trzeba już, zaraz. W istocie to piękny kraj, w którym płacąc podatki nie możesz spodziewać się żadnej pomocy za to co, co każdy z nas  zapłacili. Albo jak ci już ktoś udzieli pomocy, to w tak ograniczonej formie, że prawie jej nie zauważasz. Sytuacja dotyczy państwowej opieki zdrowotnej, bo prywatnie Ci sami lekarze zrobią wszelkie badania, jakie tylko można sobie wymarzyć, ale odpłatnie.

Więc, po co ja i Moja czytelniczka płacę i płaciliśmy przez lata podatki. Dlaczego mamy wydawać pieniądze za to samo dwa razy? Przecież, już zapłaciłem za opiekę i mam do niej prawo. I naprawdę nie interesuje mnie polityków tłumaczenia, że są jakieś tam obiektywne trudności. Dlaczego służby zdrowia nie można uzdrowić przez dwadzieścia lat, a na przykład wojsko można było na tyle uzdrowić z zapaści, że już po kilku latach zdolne było prowadzić dwie wojny tysiące kilometrów od naszych granic. I tak, ważniejsza stała się wojna o ropę, niż zdrowie własnych obywateli. Jeśli kogoś stać na wojnę musi mieć też fundusze na ochronę zdrowia w kraju.

W Polsce od początku lat 90-tych trwa nieprzerwanie reforma w służbie zdrowia. Mam jednak wrażenie, że głównym jej celem było i jest zawłaszczenie jak największej części majątku i środków finansowych służby zdrowia dla celów prywatnych, a nie poprawa jej funkcjonowania. Stan jest taki, że od dwudziestu lat wmawia się nam, że najlepiej jak zapłacę za wizytę u lekarza. Ale ja już przecież płacę ze swych podatków.

Jedynym widocznym skutkiem reformy jest całkowite rozregulowanie systemu publicznej ochrony zdrowia, upadek zawodów medycznych, w tym szczególnie lekarzy i pielęgniarek. Jeśli już pracują w Polsce, a nie w Irlandii czy Anglii, to zarabiają raczej na praktykach prywatnych niż w uspołecznionej służbie zdrowia.  Rządzący w Polsce przez ostatnich dwadzieścia lat politycy i urzędnicy doprowadzili do skrajnej nędzy szpitale i przychodnie lekarskie. Wszystko to przy jednoczesnym rozwoju prywatnego lecznictwa. Czy to znaczy, że chce się nam wmówić, że państwowa opieka medyczna jest niepotrzebna?

Panie prezydencie Kaczyński, informuję Pana, że jest w Polsce łamana konstytucja i to nie sporadycznie, ale nagminnie. I nie dotyczy to jednej osoby, jak w Pana przypadku gdy utyskuje Pan Prezydent nad niemożliwością znalezienia dla siebie krzesła na konferencji międzynarodowej. Tu, w Pana i moim kraju nie przestrzega się konstytucji z premedytacją od wielu lat,  i dotyczy to milionów. Niech Pan, jako „najważniejsza osoba w państwie” coś z tym zrobi, nie kiedyś, lecz teraz, zaraz,  póki jeszcze część z nas tych biedniejszych jeszcze żyje.

dziennik pesymistyczny

Pitolenie na wiosennym słoneczku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Koniec kwietnia jest dla mnie zawsze bardzo przykry i stresujący czas. Wokół mnie coraz bardziej zielono, bo wiosna w pełni. Przyroda budzi się do życia, ptaszki śpiewają, słoneczko świeci a ja jestem zdołowany. A co mnie w ten stan wprowadzą zapytacie? Ano rozliczenie się z fiskusem do 30 kwietnia.

Nie wiem, jakim trzeba być złośliwcem żeby w tej najpiękniejszej porze roku dołować ludzi wypełnianiem pitów.  Nie można by tego przykrego obowiązku przenieść na bardziej pasującą do porę roku. Może na jesień, gdzie i tak pogoda nie nastraja optymizmem, lub na ciemne i ponure zimowe miesiące. Ale nie, urzędnikom spodobała się wiosna. I już od pierwszych ciepłych dni, już od pierwszych zielonych listków wszyscy i wszędzie przypominają mi, że mam obowiązek zdania relacji z tego, co to już ode mnie państwo moje ukochane i tak zabrało.

To jest mniej więcej tak jakby mi złodziej obrobił mieszkanie a następnie ten sam złodziej poprosił mnie o szczegółowe spisanie wszystkiego, co tam mi zabrał, bo jak nie to złodziej przyjdzie do mnie jeszcze raz i to, co mi nie zabrał, bo nie znalazł lub zapomniał zrabuje do końca.

Powie ktoś, że przesadzam, bo państwo w swej mądrości przecież najlepiej wie, na co przeznaczyć moje pieniądze. Podatki są przecież wydawane na wiele pożytecznych rzeczy i spraw, które ułatwiają moje życie. Sam bym przecież nie bardzo potrafił, a tak nie musze się martwić bo urzędnik z politykiem zrobią to za mnie. Nie może też być tak, że oni mi te część pieniędzy zabieraj ot tak, jak kiedyś pan chłopu pańszczyźnianemu. Ja, jako obywatel musze mieć świadomości, że to wszytko mam pod kontrolą. Ze ja decyduje tym moim corocznym wypełnianiem pitu.

Więc co roku wiosenną porą rozliczam się z tego, co to zarobiłem i co to odprowadził do skarbówki mój pracodawca. A wypełnienie pitu ma mi pomoc chyba tylko w tym żebym przypadkiem nie zapomniał czegoś dopłacić. Na pocieszenie mogę coś tam sobie odliczyć i coś tam samodzielnie przekazać na zbożny cel. Jeden procent jedynie, żebym sobie nie pomyślał, że tak mogę samodzielnie zadecydować, na co to mam przeznaczyć swoje podatki.

dziennik pesymistyczny

Palenie a wolność jednostki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 7

Znów wróciła dyskusja nad największym problemem ludzkości, czyli nad pytanie palić lub nie palić. I od razu należy uściślić, że nie chodzi tu o teczki byłych agentów, lecz o palenie tytoniu.

Ciężko mi pisać, bo wróciłem do domu nad ranem. Spotkanie z przyjaciółmi przeciągnęło się znacznie ponad plan, ale było przyjemnie. Poza ciążącą głowa, lekkim drżeniem ciała pamiątka po nocnej zabawie w klubach jest zapach mojego ubrania.  A raczej smrodek papierosowy. Ja nie pale, paliłem, ale mi nie służyło. I może, dlatego że kiedyś byłem palaczem teraz bardziej rozumie kogoś, kto pali.

Ostatnio pojawiły się nowe obostrzenia, nowe zakazy i nakazy, które maja zmienić nawyki palaczy albo wręcz wskazać im jedynie właściwie wyjście, czyli rzucenie palenia. Nie powinni oni oddawać się nałogowi na przystankach, na ulicy, w samochodzie, w biurze oraz w kawiarniach restauracjach i pubach.

I wszystko to ma na celu ich dobro. Tak oto produkt legalnie sprzedawany w Polsce, od którego sprzedaży państwo czerpie ogromne zyski dzięki akcyzie staje się nie legalny. Czyli możesz papierosy kupić, ale już wypalić spokojnie to już raczej nie. Jeśli papierosy są szkodliwe to, po co je sprzedawać. Jeśli palenie jest szkodliwe to jak z tej szkodliwości może państwo ciągnąć zyski. Oczywiście walczą we mnie dwie skrajności. Sam, jako niepalący nie chce wracać do domu śmierdząc papierosowym dymem. Nie jest dla mnie przyjemne jak ktoś mi dmucha mi dymem na ulicy w nos. Nie lubię palących i staram się unikać miejsc gdzie się pali. A gdy już wybieram się w takie miejsce to jest to mój świadomy wybór.  Jeże się cały jak słyszę, że państwo dyskryminuje palaczy. Bo każde ograniczenie wolności jest dla mnie złem.

Michał Bakunin dziewiętnastowieczny myśliciel pisze w swej książce, że: wolność jest absolutnym prawem wszystkich dorosłych mężczyzn i kobiet. Nie potrzebują oni do swych działań żadnego innego pozwolenia jak ich własne sumienie i rozsądek, ich działanie jest określone tylko przez własną wole, a wiec muszą być najpierw odpowiedzialni za siebie, a dopiero potem za społeczeństwo, do którego należą, ale tylko w takim stopniu, w jakim godzą się do niego przynależeć.

I trudno się z tym nie zgodzić. Ja nie lubię jak ktoś mi mówi, że on lepiej wie jak mam żyć. Ze jego opinia jest ważniejsza od mojej. I dlatego nie uważam żeby na siłę trzeba było palaczy uszczęśliwiać. Jeśli sprzedajemy papierosy tylko dorosłym ludziom, to pełnoletni człowiek powinien raczej decydować o własnym losie. Bo gdzie tu wolna wola, jeśli to ktoś, kto mnie nawet nie zna wie lepiej niż ja sam jak mam kierować swoim życiem i jak postępować z własnym ciałem.

Jeśli palenie jest złem i do nałogu tego ginie tak wiele ludzi. To na tej samej zasadzie należałoby zakazać używanie samochodów. Codziennie kilkadziesiąt ludzie ginie w wypadkach, więc sam samochód jest złem straszliwym. Na masce powinien mieć ogromny napis, że używanie auta może zakończyć się śmiercią twoją lub innych osób. A najsłuszniej byłoby używać samochodów tylko w wybranych miejscach z dala od nieposiadających aut. Logika zakazów dobra dla palaczy a już nie jest dobra dla kierowców? A może zakazać używania samochodów?

dziennik pesymistyczny

Nie chcesz? Nie głosuj, masz takie prawo.

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Jak myślę o wyborach do parlamentu europejskiego to znajduje przynajmniej dziesięć powodów, dla których nie wybieram się na wybory. Pierwszym z powodów oczywisty, nie zagłosuje w wyborach, bo po prostu mam do tego prawo.

Sytuacja w naszej ojczyźnie jest nadal taka, że dzięki Bogu nie ma przymusu głosowania. I do póki nasi dzielni parlamentarzyści nie wpadli jeszcze na pomysł karania własnych obywateli za posiadanie własnej woli do zgodnie z prawem Rzeczpospolitej, jeśli nie chce mi się głosować to mogę i mam do tego swojego niechcenia prawo.  I jest to moja suwerena decyzja. Dlatego bardzo drażni mnie nachalna propaganda namawiająca do udziału w głosowaniu. W tej agitacji nie ma nic poza takimi ogólnikami, jak to,  że „mój głos jest ważny”. Jak by był naprawdę taki ważny to kandydat, jeden z drugim, pofatygowałby się do mnie do domu i wyłuszczył mi, co go tak ciągnie do PE. Ale dopóki kandydata na posła do PE nie zobaczę u mych drzwi z ulotką zawierająca dokładny jego program wyborczy to mam święte prawo sądzić, że jedyne, co go tam przyciąga to europoselska pensja. Jeśli jest inaczej to niech przyjdzie i mi to wyjaśni. Coś mi się jednak wydaje, że na mojej prowincji pretendenci do brukselskiego parlamentu ograniczą się do prezentacji swych podobizn na plakatach. A maksymalnym ich wysiłkiem będzie spot w lokalnej kablówce, może w radiu.

dziennik pesymistyczny

Trzydziestoprocentowa dyktatura

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Według badań GfK Polonia 70 procent ankietowanych przez te instytucje Polaków nie znajduje obecnie w sejmie swych reprezentantów. Oznaczać to, że trzydziestoprocentowa mniejszość rządzi przez swych przedstawicieli w sejmie resztą swych rodaków. I decyduje o wydawaniu ich pieniędzy. Tą sytuacje można porównać do przymusowego zamieszkania w kamienicy gdzie o wszystkim, co dotyczy naszego domu decyduje kamienicznik ze swym znajomym oraz dozorca.