Monthly Archives

17 Articles

dziennik pesymistyczny

Postawić pięć pomników

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

 

Od razu przepraszam szanownych Czytelników, że ja znów o tym samym. Ale co zrobić, jeśli samo życie przynosi mi ciągłe powody do reagowania na ten przedpałacowy absurd. – Nie chcem, ale muszem – jak mawiał klasyk. Dzisiejszy dzień przyniósł informacje o tym, że dzielni ludzie z kancelarii naszego nowiutkiego prezydenta pozwolili sobie na wmurowanie w ścianę pałacu tablicy upamiętniającej ofiary wypadku lotniczego pod smoleńskim. – Nie mam złudzeń, że tych fanatyków, którzy się nazywają bluźnierczo obrońcami krzyża, cokolwiek zaspokoi poza pomnikiem wielkości kolumny Zygmunta na cześć Lecha Kaczyńskiego – zauważył także dziś bardzo trafnie poseł Stefan Niesiołowski. Ja też jestem tego zdania co pan poseł. Chyba mamy tam do czynienia z takimi ludźmi których nic nie zadowoli. Mam wrażenie, że nie ma takiej formy w sztuce czy w budownictwie, która mogłaby zaspokoić żądania protestujących pod pałacem. Ale może spróbujmy coś zaproponować dla osiągnięcia zgody narodowej.

To nie może być jakaś tablica jak już ustaliliśmy. To musi być coś co odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. Albo przynajmniej podobać się będzie temu tłumkowi sprzed pałacu. To powinien być monument na skalę naszych WielkoPolskich możliwości. Powinno to być coś tak potwornie ogromnego, żeby aż dech zapierało odszczepieńcom od wiary. I do tego – jak przystało na polskokatolicką modę coś tak gigantycznego – żeby natychmiast otworzyło oczy niedowiarkom. Żeby Polak i katolik w jednym, stając przed tym czymś wielkim i pokazującym w kamieniu, stali oraz betonie, zaklętą miłość do byłego prezydenta mógł śmiało powiedzieć z nieukrywaną dumą: patrzcie, to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo!

Może zbudujmy coś takiego co by przypominało rozmiarami na przykład pomnik Jezusa Chrystusa Zbawiciela w Rio de Janeiro? Statua tamta mierzy trzydzieści metrów wysokości i jest postawiona na siedmiometrowym cokole nie licząc góry na której się znajduje. To jest coś! – Tablica jest zdawkowa, na odczepkę. Powinien być pomnik, albo pięć pomników. Musimy godnie upamiętnić największą tragedię w historii – mówił w rozmowie z tvn24.pl jeden z obrońców krzyża. Ano właśnie! Dokładnie! Bo właściwie, czemu nie? Idźmy na całość. A może pomysł z pięcioma takimi pomnikami w jednym miejscu jest jeszcze lepszy niż mój skromny z jednym? Można wyburzyć starówkę, pałac prezydencki, pomnik księcia Poniatowskiego i połowę Krakowskiego Przedmieścia a w to miejsce postawić pięć pomników. I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to będzie monument społeczny, w oparciu o przekonania prawdziwych polaków – obrońców wiary i krzyża – i to przecież nie będzie ich ostatnie słowo. Bo przecież: – Vox populi, vox dei – jak raczył się wyrazić jeden z protestujących w starożytnym języku.

A może kopiec usypać? Bo te pomniki nie powinny chyba tak na wysokości gruntu stanąć? Za mało godnie. A i Warszawa nie ma jeszcze kopca ku pamięci więc jest okazja do nadrobienia zaległości. Czynem całego narodu… lub bardziej tych co tak dzielnie bronią się pod krzyżem przed inwazją satanistów. Usypałoby się wielgachną górę. A na jej szczycie postawiło pomnik! Nie, pięć pomników! – Tablica sprawy nie załatwia. – Musi być pomnik. Musi być zachowana godność – stwierdził obrońca krzyża w rozmowie z dziennikarzami. Myślę, że przy zachowaniu takich proporcji powinno już być wystarczająco godnie. Więc może zaprzestać budowy stadionu narodowego bo i tak nie bardzo można liczyć na sukcesy polskich piłkarzy. I całe siły i środki skierować na realizację nowego projektu. Tak wiem, może niepotrzebnie się naśmiewam z tych fanatyków. Może taka ironia jest nie na miejscu. Ale jak mam reagować na to co się tam dzieje? Tylko to mi pozostało. To moje pisanie. Więc jak już mówiłem. Przepraszam szanownych czytelników za to, że nie chcem ale czasem muszem.  

dziennik pesymistyczny

Jezus przed pałacem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Zawsze bardzo denerwowali mnie ludzie, którzy uważają, że to właśnie oni wiedzą najlepiej co dla mnie jest lepsze. Już od wczesnej młodości boję się tych co to nie tyle trwają pod krzyżem, ale stanowi on dla nich znak pod którym mają iść na nową krucjatę. Wpadam w panikę na widok tych co uważają, że ich recepta na życie jest równie dobra także dla mnie. Zawsze czułem się nieswojo w towarzystwie tych co to uważali, że jak jestem Polakiem, to krzyż jest do mnie przypisany już na wieki wieków i do tego jeszcze amen. Nie rozumiałem i bałem się tych, co na siłę starają się wcisnąć mnie w ramy katolickiej narodowej tradycji. Czuję niepokój na widok ekstremistów, nawołujących Polaków do narodowego przebudzenia w imię obrony – ich zdaniem zagrożeń – katolickiej wiary. A wszystko to dlatego, że widzę jak daleki jest ten walczący i radykalny „ katolicyzm” od podstawowych zasad przyświecających chrześcijaństwu. Nie trzeba być teologiem aby wiedzieć, że to wiara z założenia odwołująca się do miłości i przebaczenia. Więc dlaczego tyle jest w tych ludziach stojących pod krzyżem nienawiści i pogardy dla tych, którzy myślą inaczej niż oni? Czy nikt z nich nie pamięta, że ten, dla kogo ten symbol tak adorują, mówił o nadstawianiu drugiego policzka? Czy to nie ich Bóg mówił: jeśli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi? Mam nieodparte wrażenie, że dla tych w Warszawie pod pałacem prezydenckim, już dawno przestała być ważna obrona krzyża jako symbolu rzymsko – katolickiej wiary. Tam broni się już tylko ostatniego widocznego dla wszystkich – to jest dla mediów przede wszystkim – symbolu obrażenia się na polityczną rzeczywistość.

Mój strach wynika z tego że moje państwo przestało być świeckie. Nie mam wyboru. Urodziłem się w Polsce i już w chwili narodzin stałem się jej obywatelem. Mówię po polsku. Piszę po polsku. Moja rodzina mieszka tu od zawsze więc jestem Polakiem. I choć moi dziadkowie nazwaliby mnie rodzinną czarną owcą, to nic na to nie poradzę, że w sprawie wiary chcę iść trochę inną drogą niż moi rodzice. Nie przyjmuję tak jak oni bezkrytycznie tego, co do mnie mówi zinstytucjonalizowany kościół. Więc nie mogę nazwać się najlepszym synem rzymsko – katolickiej Polski. Ale szanuję i rozumiem potrzebę dla jakiej tak wielu chce bezkrytycznie wierzyć. Jednak jak już przyszło mi żyć w Polsce, to chciałbym zgodnie z zasadami konstytucji, aby nikt nie zmuszał mnie do oglądania takich scen jak te spod pałacu prezydenckiego. Fakt, mogę zamknąć oczy i udawać że tego po prostu nie ma. Że to mnie nie dotyczy. Ale przecież ten problem nie zniknie. A ja boję się, że to dopiero początek. Że nieodpowiedzialni naprawiacze naszego państwa nie poprzestaną na pozostawieniu krzyża. Oni będą mnie każdego dnia pytać po czyjej ja jestem stronie. W co wierzę. Jak wierzę. I to właśnie napełnia mnie strachem, bo nie chcę na te pytania opowiadać. Nie chcę zajmować stanowiska. Bo nie po to płacę podatki na – gwarantujące mi teoretycznie laickość państwo – żebym teraz musiał się zastanawiać po czyjej ja jestem stronie. Bo ja sam jeszcze nie wiem.

I nie chcę się nad tym zastanawiać, gdy pod moim oknem zacznie się demonstracja w intencji postawienia kolejnego krzyża na trawniku przed moją kamienicą. Nie chcę myśleć po czyjej stronie się opowiedzieć, gdy z balkonu zobaczę ludzi o zaciętych twarzach z pochodniami. Bo nie po to mam państwo które mi gwarantuje swobodę w sprawach wiary, bym musiał się nad tym zastanawiać oglądając w telewizji tłum obrońców krzyża. Sprawy wiary są dla mnie za bardzo osobiste abym miał o nich rozmawiać na ulicy. Ja wiem, że kościół rzymsko – katolicki to kółko dyskusyjne. Tam gdzie nie słyszę poparcia od kleru, tam nie uważam, że coś dzieje się zgodnie z zasadami tej wiary. Pod pałacem prezydenckim nie ma księży więc czy nadal broni się tam zasad wiary czy tylko bałwochwalczego totemu – symbolu niespełnionych ambicji politycznych. Czy mamy do czynienia z herezją? – Jak wyglądałby Jezus gdyby żył w naszych czasach – przypomniały mi się słowa piosenki. – Czy chodziłby w sandałach, czy raczej w adidasach. Nie wiem, co by zrobił Jezus. Czy protestowałby pod pałacem z tymi co bronią krzyża, czy z tymi co są mu przeciwni. Nie wiem. Ale w tej piosence były też takie słowa: A co zrobisz, gdy rozkaz zabrzmi groźnie. Czy będziesz protestował czy podawał gwoździe?

dziennik pesymistyczny

Moja ulica to nie parking dla TIRów

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 132

Niewątpliwie ciężkie jest życie kierowcy wielkiej ciężarówki. Trudno temu zaprzeczyć. Takie życie i taka praca nie jest łatwa. Jest też wiele innych zawodów równie ciężkich i wiele wymagających od tych, którzy je wykonują. I za to tym ludziom należy się szacunek. Ja nie jestem kierowcą wielkiej ciężarówki, ale prawie codziennie uczestniczę w tym ich trudzie. Biernie, ale zawsze. Wstaję przecież tak wcześnie jak oni. A i nocy nie ma, aby nie obudził mnie odgłos parkowania wielkiego auta. Jestem jak stróż w wielkiej bazie samochodowej. A przecież jedyną moją winą jest to, że w swej naiwności postanowiłem zamieszkać przy cichej uliczce, a nie przy głównej trasie komunikacyjnej miasta. Powiecie, że dobrze postąpiłem bo przecież gdy mieszkałbym przy ulicy o dużym natężeniu ruchu nie miałbym łatwego życia przez huk jaki wywołują przejeżdżające TIRy. Ale ja przy mojej małej osiedlowej uliczce też nie mam łatwo i przyjemnie. Spytacie dlaczego tak wcześnie wstaję? Dlaczego trzecia nad ranem jest początkiem mojego dnia? A dlatego, że na tej mojej uliczce, gdzie w nocy nie ma wielkiego ruchu, parkują ciężarówki. Gdy tylko świta pan kierowca wsiada do swojego potwora na osiemnastu kołach, odpala silnik i … potem ja się budzę ze snu wysłuchując ryku silników przez piętnaście minut. Dlaczego? Bo takiego potwora drogowego nie da się ruszyć z miejsca tak jak osobówki zaraz po przekręceniu kluczyków w stacyjce. Potem następuje kilka ogłuszających warknięć i wielki TIR przy akompaniamencie pisków i skrzypnięć wyrusza w kolejną podróż. I tak jest co rano.

W nocy też nie jest spokojnie. Od dwudziestej drugiej następuje wieki zlot pojazdów wielotonowych. Przykład z wczoraj. Położyłem się wcześniej bo poranek w pracy zapowiadał się ciężki. Chciałem wypocząć. Ale gdzie tam! Tuż przed północą wielka ciężarówka rozpoczęła kilkuminutowe parkowanie na mojej ulicy. Na początku rundka honorowa pod moimi oknami bo przecież trzeba oznajmić wszystkim mieszkańcom kamienicy że już się przybyło. Potem parkowanie. Cofanie. Jazda do przodu. Znów cofanie. Znów kilka manewrów. Przecież uliczka wąska i niełatwo zaparkować takim kolosem. Jeszcze tylko głośne klapnięcie drzwiczkami od ciężarówki dla pewności obudzenia tych, co to mieli tak mocny sen, że do tej pory nie zerwali się z łóżek, i już może pan kierowca iść na zasłużony odpoczynek. Tej nocy zjawił się jeszcze jeden TIR i wszystko powtórzyło się ze straszliwym podobieństwem. Oczywiście nad ranem zaczął się rytuał z odjazdem, który opisałem na wstępie. Jak tak leżałem nie mogąc usnąć po tym koncercie na siniki wysokoprężne, przypomniał mi się taki cytat z pewnego polskiego filmu, który dość idealnie pasuje do mojej sytuacji. No prawie idealnie pasuje, bo nie jestem nauczycielem jak ten bohater filmu, ale poza tym przeżywam tak jak i on podobne poranne katusze. Brzmiało to mniej a może więcej tak: Czy panowie muszą tak napierdalać od bladego świtu?! Że nie podbijam karty na zakładzie o siódmej rano, to już w waszym robolskim mniemaniu muszę być nierobem?! Już możecie inteligentowi jebać po uszach od brzasku! Żeby se czasem kałamarz nie pospał godzinkę dłużej kapkę od was, skoro zasnął dopiero nad ranem! I żeby się kompletnie spalił w blokach już na starcie! Grunt, że, kurwa, inteligent załatwiony na dzień cały! Może mocny to cytat ale oddaje moje poranne uczucia jakie żywię do kierowców ciężarówek po tym, jak mnie budzą co rano o świcie. Ja wszystko rozumiem. Ale są pewne granice współżycia społecznego.

Na koniec jeszcze jedna uwaga. Jest takie powiedzenie, że pod latarnią jest najciemniej. W tym przypadku sprawdza się to bardzo dobrze. Moja uliczka, która co noc zamienia się w parking samochodów ciężarowych przylega do terenów zielonych, za którymi znajduje się komenda policji państwowej. Tysiące policjantów pracuje tam za dnia i wielu też z w nocy, ale jakoś tak nikt z nich nigdy nie zauważył parkujących w odległości kilkuset metrów od ich płotu ciężarówek. Jakby dla ludzi w mundurach były niewidoczne. A może po prostu nie wiedzą, że takie parkowanie pojazdów wielotonowych w mieście jest wykroczeniem? Więc poszukałem i znalazłem. Szanowni panowie policjanci artykuł czterdziesty dziewiąty, punkt drugi, podpunkt piąty Kodeksu Drogowego mówi wyraźnie, że zabrania się postoju (…) na obszarze zabudowanym, pojazdu lub zespołu pojazdów o dopuszczalnej masie całkowitej przekraczającej szesnaście ton lub o długości przekraczającej dwanaście metrów, poza wyznaczonymi w tym celu parkingami. A moja osiedlowa uliczka, leżąca kilkaset metrów od siedziby policji nie jest parkingiem.

dziennik pesymistyczny

A ja gorę!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Od dawna, i to zdecydowanie powszechnie wiadomo, że jeśli statystyczny Polak i katolik, ma napisać rozprawę o słoniu, bez wahania swoją pracę zatytułuje: Słoń a Polska. Podejrzewam też, że jest bardzo wielu takich nastawionych narodowo i patriotycznie polskich polityków i nie tylko polityków, którzy w skrytości serca uważają, że Polska jest centrum wszechświata. A jak się żyje w takim układzie polskocentrycznym to przecież gdzieś powinno być jeszcze jądro tego ciepła i światła. Najlepszy będzie tu symbol czytelny i najlepiej niezmienny. A że śmierć jest jak najbardziej niezmienna to najlepszym symbolem polskiej wielkości i wyjątkowości stał się ten, co to tragicznie przeniósł się na łono Abrahama. Czasem wydaje mi się, że każdy Polak powinien przed wykonaniem jakiejkolwiek czynności długo się zastanawiać, czy przypadkiem nie uraża to jego pamięci. Bo przecież prawie wszystko co robimy może się komuś źle skojarzyć i nie daj Boże urągać. A jeśli już jesteś twórcą reklam, to nie masz już zupełnie lekkiego życia dobry człowieku. Teraz ten co wymyśla hasła reklamowe oraz ten, kto go zatrudnia nie ma lekkiego życia. Teraz wymyślanie sloganów reklamowych jest bardziej niebezpieczne niż bycie – no nie wiem… saperem?

Ledwie umilkło oburzenie wokół szokującej reklamy piwa, w tym samym, widocznym z Wawelu miejscu pojawił się inny olbrzymi napis: Ożyj i zwyciężaj. No i znów pojawili się ci, którym się to źle skojarzyło. Jak widać żyjemy w kraju w którym każde działanie, każdy krok, każde postępowanie powinno być poprzedzone głębokim zastanowieniem czy to co robimy, nie spowoduje tego, że się coś komuś chorobliwie skojarzy. Wszyscy dostaliśmy jakiejś paranoi. Ja rozumiem tragedia… ale są granice, których nie można przekraczać. Po prostu nie można i już. Bo za nią nie ma już nic poza zwykłą śmiesznością. Jak długo mam żyć w kraju, gdzie krzyżami gra się w kółko w chorą i niebezpieczną grę polityczną. Jak mam wytłumaczyć moim znajomym z zagranicy, że to prawdziwe cuda i dziwy naszej współczesności. Jak mam ich przekonać, że nie jesteśmy po prostu śmieszni? Bo znów znaleźli się tacy, którzy w reklamie producenta napojów energetycznych odnajdują skojarzenia z tym niedawno pochowanym na Wawelu. Reklama zaczyna się on od słowa żyj, ale litera O jest tak blisko tego słowa, że oczywiście znaleźli się tacy co im się to wszystko źle skojarzyło. Pewnie jest też bardzo wielu takich co nie widzą tam nic ponad zwykłą reklamę. Ale przecież nikt nie będzie przekonywał, że nie ma tam nic niezwykłego. O wiele łatwiej protestować jak się tam się widzi coś, czego nie ma. I znowu części osób nie najlepiej to hasło się kojarzy.

– To są obyczaje dalekich krajów afrykańskich. To wypowiedzi, które powinny być przedmiotem śledczych. Jeśli nie teraz to w przyszłości – przywołuję tu słowa unikalnego, już na skalę światową, klasyka absurdu. Słowa pasują idealnie do tego co opisałem powyżej. Zmieniłbym tylko jego „śledczych” na „psychiatrów”. Reszta pasuje prawie idealne. U nas w Polsce już tak jest, że zawsze znajdzie się ktoś, kto uważa, że tylko on ma monopol na prawdę. Kto zawsze wie lepiej jaka jest ta właściwa wola narodu. Wszyscy się mylą i błądzą, a tylko on i jemu podobni dostąpili zaszczytu spożywania owoców z drzewa prawa i sprawiedliwości. Byłoby to śmieszne nawet gdyby się stawało coraz bardziej tragiczne. Jest taki polski film, w którym Autora nawiedza duch szlachcica Pogorzelskiego, opowiadając mu swoją historię. Ów szlachcic, za życia działając na polecenie biskupa, osiadł na zamku, aby odnowić zniszczoną budowlę. W pracach renowacyjnych przeszkadzał mu jednak duch dawnego właściciela, niejakiego Zatorskiego, który wciąż powtarzał kwestię: Pan tu, panie Pogorzelski, robisz swoje – a ja gorę! Czy teraz nie jest podobnie? Czy nie mamy tak samo? Ja też ciągle słyszę znajomy głos: Pan tu sobie panie Pawle piszesz, a tam tragedia smoleńska! Pan tu sobie do pracy jak co dzień chodzisz ,a tam krzyże usuwać chce chuliganeria! Pan tu sobie wódeczkę pijesz, a tam ktoś sądzi, iż w dużej mierze prezydentem zostaje się w Polsce przez nieporozumienie! Jak ten Pogorzelski jestem skazany na wieczne potępienie za życia. Bo co bym nie zrobił to jakieś smutne duchy z przeszłości – która miała już przecież bezpowrotnie odejść – ciągle mi krzyczą do ucha: Pan tu panie Pawle swoje dyrdymały wypisujesz, ludziom głowę zawracasz, a tam tragedia i las krzyży. I ja wtedy też naprawdę gorę.

dziennik pesymistyczny

Protestantyzm

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 6

Załóżmy całkowicie teoretycznie, że padłem ofiarą jakieś nadczynności, że nagle i niespodziewanie dotarło do mnie, iż powinienem coś zrobić. Byle co, ale coś takiego, aby nie stać się zapomnianym. Przeciwnie! Aby stać się sławnym i żeby tak ogólnie zaprotestować. Postanowiłem więc powalczyć z całym światem w przekonaniu o słuszności mojej sprawy. A żeby nie było mi smutno tak samotnie zmagać się z przeciwnościami losu oraz walką, to do mojej krucjaty przeciwko wszystkim namówiłem jeszcze kilka osób. W Anglii jest taki zwyczaj, że dla upamiętnienia bliskich – których już nie ma na tym łez padole – zaradni mieszkańcy wysp stawiają w parkach i na skwerkach ławeczki. A znajdujące się na ich oparciach mosiężne tabliczki informują – wyrytym tam napisem – komu to ma służyć ku pamięci. A jakbym i ja tak postawił ławkę i tym samym coś upamiętnił? – pomyślałem. – A przy tym mógłbym sobie poprotestować i polansować się przed kamerami telewizyjnymi – takie mnie naszły myśli teoretyczne. Jest taki plac w samym centrum mojego prowincjonalnego miasta, który doskonale się do tego mojego protestu nadawał. Nic na nim nie było. Nic tam nie stało. Duży pusty plac doskonały byłby na realizacje mojego plany. Leży on przy najbardziej reprezentacyjnej ulicy. Przed jednym z najpiękniejszych budynków. Przylega do niego piękny park. Każdego dnia tysiące mieszkańców mojego miasta przechodzi tam, lub w pobliżu tego placu odpoczywa. Wymarzone miejsce. I najbardziej odpowiednim do ustawienia mojej ławeczki pamięci będzie sam środek placu. Tak żeby wszystko było bardzo dokładnie wyeksponowane. Tak żebym ja i moja akcja z ławeczką była jak najbardziej widoczna. Przecież moja racja jest najważniejsza i nie powinienem jej chować gdzieś tam na jakieś pośledniejszej ulicy czy placyku. Jak już coś robić to z rozmachem.

Przytaskałem ławeczkę na plac i ustawiłem w jego centralnym punkcie. Nie musiałem długo czekać już po chwili zjawił się patrol straży miejskiej aby mnie i moją protestacyjno – upamiętniającą ławeczkę usunąć. Całkiem słusznie uważali, że nie powinna stać tam, gdzie była ustawiona ale przecież to mnie i tak nic nie obchodziło, bo ja uważam, że powinna stać tam gdzie stoi i nic ani nikt mnie nie przekona do zmiany zdania. Pojawiało się wokół mnie i mojej ławeczki protestacyjnej coraz więcej ludzi. Jedni byli za, a jedni przeciw. Cyrk! Hucpa! Zamach na wolność! – wołano z tłumu otaczającego moją ławeczkę stojącą w centralnym punkcie miasta. Uznałem, że najwyższy czas na jakiś akcent muzyczny. Postanowiłem, że połączę klasykę z patriotyzmem. Z głośników gruchnęły utwory Chopina, które cudownie konweniowały z dźwiękami hymnu państwowego. Nagle spostrzegłem, ku mojej wielkiej radości, że niektórzy mnie popierają bardziej aktywnie. Dźwigali oni z wielkim wysiłkiem na własnych plecach swoje własne ławeczki i głośnym krzykiem domagali się ich ustawienia obok mojej. Wśród osób zgromadzonych wokół przyniesionych na centralny prac miasta dodatkowych ławeczek dumnie powiewały transparenty informujące wszystkich i każdego z osobna który tylko chciał je czytać, że: walka trwa!. – Obudź się Polsko! Czy Bóg tak chciał? Czy zdrajcy i NKWD są tak silni? – głosiły nasze bojowe sztandary.


Jako pikietujący dumnie podkreślaliśmy przy każdej okazji, że zgromadziliśmy się tu jako Polacy, którzy bronią swoich praw, a ławeczka na tym miejskim placu powinna pozostać do czasu wybudowania tu kamiennej ławeczki – symbolu wszystkich ławeczek. Grupkę osób w bezpośrednim otoczeniu mojej symbolicznej ławeczki nagle otoczył kordon straży miejskiej, który co chwilę apelował o przesunięcie się. Jednak przecież nie po to zjawiliśmy się tam z transparentami aby się gdzieś cofać. Zatem zdecydowanie odmawialiśmy zrobienia choćby kroku w tył. Postanowiliśmy zasiąść na swoich ławeczkach i zaintonować patriotyczne pieśni o dawnych bohaterach. Ktoś przyniósł narodową flagę, więc pod biało – czerwonymi barwami nasz ławeczkowy protest zmienił się w narodowy. Tak być mogło… choć nie było. Ale u nas przecież wszystko jest możliwe. Jeśli ktoś postanowi, że jego racja jest najważniejsza to przecież cóż stoi mu na przeszkodzie, aby o tym przekonywać w centrum miasta. Jest demokracja? No, jest! Więc jeśli chcę sobie postawić swój własny pomnik w centralnym punkcie miasta, to dlaczego właściwie nie maiłbym tego zrobić? W myśl zasady „ja wiem lepiej co dla innych jest najlepsze”. Ot i Polska właśnie!

dziennik pesymistyczny

Krzyżowcy z własnej woli

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 7

Czy jeśli potrafię sobie poradzić z bólem głowy połykając odpowiednią tabletkę to znaczy, że mam prawo nazywać się lekarzem? Jeśli mam w domu kilka książek to znaczy, że jestem bibliotekarzem? Pewnie, że nie. To dlaczego niektórym wyznawcom kościoła katolickiego w Polsce wydaje się, że zdecydowanie lepiej wiedzą jak mają postępować w sprawach własnej religii. Oni zdecydowanie lepiej wiedzą jaka ma być i nikt ich nie przekona do zmiany zdania. Kościół zabrania rozwodów!? Co z tego? – Przecież ja wiem, że jestem dobrym i prawym katolikiem mimo tego, że postanowiłem złamać ten zakaz – słyszałem kiedyś. Nic nie przeszkadza Polakom w sposób całkowicie dobrowolny interpretować swojej wiary. Nie wolno używać prezerwatyw? Co z tego? Ja wiem lepiej! Jako Polak i katolik tak sobie sam wymyśliłem i tak postanowiłem, że spokojnie mogę zakładać gumkę na wacka, bo przecież ja wiem lepiej od papieża co jest dla mnie dobre. I nikt nie będzie mi mówił, że jestem złym katolikiem, bo przecież Polak zawsze wie lepiej niż jego ksiądz. Prawie wszyscy w tym kraju są wierzący. A ilu z nich zna zasady swej wiary? A ilu żyje zgodnie z nimi? Czasami mam wrażenie, że podstawowym dogmatem polskiego katolicyzmu jest hasło: róbta co chceta tylko zachowujcie pozory. Byle zjawić się w kościele raz na tydzień. Byle mieć krzyż na ścianie. Ale jeśli ktoś mi coś każe postępować zgodnie z dziesięcioma przykazaniami to już przecież mam prawo do własnego zdania. Jestem Polakiem i jeśli zechcę to tak sobie zinterpretuję rzymsko – katolicką wiarę, jak mi będzie wygodniej. To jest doprawdy niesamowite!

Przed pałacem prezydenckim, pod postawionym tam przez harcerzy po katastrofie smoleńskiej krzyżem, codziennie zbiera się grupka prawdziwych Polaków i katolików, którzy jak się wydaje, mieli specjalny telefon od Boga nakazujący im obronę tego właśnie symbolu chrześcijaństwa i do tego właśnie w tym miejscu. I jak widać nic i nikt ich nie przekona do zmiany poglądów. Od dawna mamy w Polsce problem z takimi ludźmi, co to lepiej wiedzą od papieża, od biskupów i od księży. Stoją pod krzyżem bo tylko pod tym znakiem – jak im się wydaje – Polska będzie Polską a Polak Polakiem. I nawet jak wszyscy dokoła tłumaczą im, że przeniesienie krzyża sprzed pałacu w inne miejsce jest najlepszym rozwiązaniem problemu, to oni i tak wiedzą swoje i już. Oni żyją w przekonaniu, że jak ten symbol zniknie to na jego miejscu natychmiast zaparkuje sowiecki czołg. Żydzi zbudują tam synagogę. Rozpoczną się niemieckie rozstrzeliwania. Powstanie tam sexshop lub jeszcze coś gorszego. Jak tylko ktoś przesunie krzyż o paręset metrów to natychmiast rozstąpi się ziemia i Polska wpadnie w czeluście piekielne. To jest niebezpiecznie, chore zachowanie psychopatyczne. Od kilku tygodni krzyż jest przedmiotem sporów światopoglądowych i politycznych. I mam wrażenie, że wielu okłada się tym symbolem chrześcijaństwa po głowach zapominając czym on w istocie jest. Pod krzyżem zgromadziła się grupa osób, które zapowiadają, że nie dopuszczą przeniesienia go do kościoła Świętej Anny. A dlaczego? Bo ICH zdaniem tak właśnie ma być! Bardziej znają się na zbieraniu znaczków niż filateliści.

W tej sprawie Kościół warszawski po długim okresie milczenia wypowiedział się całkowicie jednoznacznie. Kuria poparła przenosiny krzyża, uzgodniono nowe miejsce, zapowiedziano specjalną uroczystość. Kuria tym samym odcięła się od zawłaszczania krzyża do bieżącej walki politycznej. I co teraz? Czy politycy prawi i sprawiedliwi wezwą teraz do sprzeciwu wobec decyzji o przeniesieniu podjętej z udziałem Kościoła? Sprzeciwią się hierarchii kościelnej w myśl zasady: ja wiem lepiej co jest lepsze. Kościół to nie instytucja demokratyczna. Ma swoją władze. I to co powie papież, kardynał, biskup, ksiądz jest bardzo ważne jak nie najważniejsze. Nie można sobie dowolnie interpretować zarządzeń Kościoła oraz jego woli. Bo jeśli ma się za nic zdanie kleru to czy nadal się do jego Kościoła? Jeśli ci ludzie broniący krzyża nie słuchają swoich przewodników duchowych to kim oni są? Nadal rzymskimi katolikami? W swoim mniemaniu pewnie tak. Ale mnie to bardziej przypomina schizmę. Gdy jeśli ktoś idzie inną, bardziej ekstremalną droga niż jego własny kościół – do którego chce należeć – to czy jest im nadal po drodze? Czy nie powinno być bardziej zdecydowanej reakcji instytucjonalnego kleru na to co się wyrabia z krzyżem pod pałacem? Tyle razy słyszałem tak bardzo zdecydowane wypowiedzi biskupów w sprawie usuwania krzyża z państwowych instytucji. Więc dlaczego, tym razem biskupi nie dają wyraźnych wskazówek jak mają postępować ich boże owieczki?

dziennik pesymistyczny

Skojarzenia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Z dziecinnych lat pamiętam dowcip z lubością opowiadany przez moich starszych kolegów. Żart traktował o pewnej przypadłości małego Jasia, któremu wszystko kojarzyło się z tylną częścią ludzkiego ciała. Czyli mówiąc dosadnie: wszystko mu się z… dupą kojarzyło. Przeczytałem niedawno na jednym z portali internetowych notatkę o tym, że europosłowie z partii prawych i sprawiedliwych nawołują do bojkotu marek Kompanii Piwowarskiej. Politycy z tego ugrupowania postanowili publicznie zaprezentować swoje święte oburzenie dla umieszczonego pod Wawelem billboardu z hasłem: Zimny Lech. Tyle było we wstępie tego artykuliku. Przeczytałem to jeszcze raz, bo za pierwszym razem nie skojarzyłem, co tak bardzo przeszkadza prawym i sprawiedliwym w reklamie tego akurat piwa. Dopiero jak przeczytałem całą notkę zrozumiałem, o co im chodzi. Im, tym panom posłom do europarlamentu, tak samo, jak temu Jasiowi z tego mojego dowcipu zapamiętanego z dzieciństwa, wszystko się z jednym kojarzyło.  Oczywiście z całym szacunkiem. Nie chodzi mi tu o to samo skojarzenie, ale bardziej o mechanizm, któremu ulegał i Jasio, i europosłowie.

 

Wszystko zaczęło się od ogromnego billboardu z reklamą piwa Lech umieszczonego pod samym Wawelem w Krakowie. Podobne reklamy można spotkać w każdym mieście. Ale jak widać, są miejsca bardziej się kojarzące i te kojarzące się mniej. Wszystko zależy w istocie od tego, komu się, co i z czym skojarzy. Piwo Lech od początku sezonu letniego jest reklamowane przez podkreślanie orzeźwienia. Dlatego na billboardzie – podobnie zresztą jak w spotach telewizyjnych – znalazło się hasło: Spragniony wrażeń? Zimny Lech.  Widywałem te plakaty, oglądałem reklamy prawie codziennie i nigdy mi się z niczym innym nie skojarzyło jak tylko z zimnym piwem. Okazuje się, że jednak są u nas tacy, którym się inaczej kojarzy. Podobno to gazeta Rzeczpospolita, jako pierwsza zwróciła uwagę, że taki slogan może być niestosowny w pobliżu grobu tragicznie zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Gratuluję skojarzeń! Ale cóż, każdy ma takie skojarzenia, na jakie zasługuje.

Okazało się, że nie tylko gazecie się tak skojarzyło. Szybko się okazało, że podobne powiązania między kampanią reklamową z miejscem spoczynku prezydenta odnaleźli też europosłowie Prawa i Sprawiedliwości. Na swoim blogu Ryszard Czarnecki zauważył, że Zimny Lech przekroczył Rubikon moralnej tandety i zwykłego chamstwa, co miało się odnosić do umieszczenia billboardu z tym hasłem w pobliżu Wawelu. Nie wiem, czym kierowali się ci, co tam właśnie postanowili zawiesić reklamę piwa. Ale wiem jedno, że dzięki takim wypowiedziom, tym wszystkim, którym w żaden sposób do tej pory jedno – czyli hasło reklamowe – nie kojarzyło się z tym drugim – czyli miejscem wiecznego spoczynku prezydenta – teraz mogli sobie uświadomić, że możliwe jest właśnie takie pożenienie tych spraw i faktów. Nie lepiej, więc, jak się ma takie chore skojarzenia siedzieć cicho? Zachować je dla siebie? Dlaczego, jeśli ma się takie chore jazdy skojarzeniowe i uważa się je za wielką nieprzyzwoitość i skandal nie dać sobie na wstrzymanie i nic nie mówić? Podobne skojarzenia ma też inny europoseł  Marek Migalski: – Dla bardzo wielu osób ta specyficzna reklama piwa Lech może godzić w ich pamięć o zmarłym prezydencie. Jeśli więc producenci tego trunku mają dobre intencje, odstąpią od tej formy reklamy – zaznaczył Migalski na swoim blogu. Pewnie! Komuś się chorobliwie kojarzy i już ktoś inny ma z tego powodu zaprzestać reklamy legalnego produktu. 

Dowiedziałem się też z internetowej notki, że w serwisie Facebook powstała już grupa o nazwie Bojkot wyrobów Kompanii Piwowarskiej skupiająca zwolenników pomysłu Ryszarda Czarneckiego. Jeśli dalej tak będzie z tym nawoływaniem do bojkotu, to należałoby tylko pogratulować Kompanii Piwowarskiej dobrze przeprowadzonej kampanii reklamowej. Bo dzięki takim skojarzeniom niektórych dziennikarzy oraz kilku polityków mają darmową promocję w mediach. Pewnie każdemu coś się kiedyś dziwnie skojarzyło. Ale czy to jest powód żeby gnębić legalnie działającą firmę i nawoływać do bojkotu jej produktów? Moim zdaniem nie. Na tej samej zasadzie mógłbym domagać się zmiany nazwy partii Prawo i Sprawiedliwość, bo mi się źle skojarzyła. A jak? To już moja prywatna sprawa. I pozostanie moją tajemnicą, bo nie chciałbym pisowi robić darmowej promocji.