Monthly Archives

15 Articles

dziennik pesymistyczny

Centrum informacji o amerykańskim śnie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Nie można powiedzieć , prezydentmojego prowincjonalnego miasta ciężko pracuje nad tym, żeby nam szarakom -poddanym jego magistrackiej władzy – żyło się coraz dostatniej i piękniej. Starasię nasz demokratycznie wybrany przywódca, aby  gród nasz rozrastał się i rozkwitał. Co prawda,ostatnio naszej władzy ukochanej  niewidać na mieście. Niczego uroczyście nie otwiera i nie przecina żadnych wstęg. Aleczemu się tu dziwić? Do wyborów samorządowych znów jest dużo czasu, więc niemusi.  Lokalne media narzekają, żeprezydent jakiś taki niedostępny, nieobecny, że na pytania dziennikarzy albowcale nie odpowiada albo robi to za niego jego rzecznik czy inny urzędnik. –Pracuje w zaciszu swego gabinetu – starał się wyjaśnić to zniknięcie z lokalnejpolitycznej sceny prezydenta mój znajomy urzędnik niskiego szczebla, gdy nasza rozmowazahaczyła o starania naszych władz względem poprawy jakości dróg w mieście. –Może tak właśnie jest, pożyjemy, zobaczymy – zgodziłem się z kolegą, odkładającjednocześnie weryfikację prezydenckich starań i poczynań na przyszłość.  I nie rozczarowałem się. Wieczoremprzeczytałem maila rozsyłanego przez miejskich urzędników, który zawierał międzyinnymi informacje o tym ,że w moim mieście powstanie Amerykański CentrumKultury i Informacji.  List intencyjny wtej sprawie podpisali siódmego czerwca Prezydent oraz Ambasador Stanów Zjednoczonychw Polsce – przeczytałem z lekkim niedowierzaniem. Wow! – wyrwało mi się wjęzyku naszych przyjaciół z dalekiego kraju. To dopiero wiadomość. Może i drogi budowane w nieskończoność, może ibezrobocie powyżej dwudziestu procent – jak słyszałem – ale za to będzie u nas  Amerykańskie Centrum Kultury i Informacji!. -Może w przyszłości ambasada? – rozmarzyłem się.  Przecież nie można tak z tym bezrobociem isięgającymi lat opóźnieniami w remoncie dróg, gdy u nas taka instytucja naświatową skalę – skarciłem sam siebie. Toż to sukces na miarę wybudowanialotniska na naszej prowincji! Ba, nieważne nawet to! Pewnie nigdy nie utworzą lotniska,nieważne też drogi, i w zasadzie nic nie jest ważne przy tej wiadomości. AmerykańskieCentrum Kultury i Informacji u nas w mieście! – Jest inicjatywą Prezydenta (…).  Będzie to czwarta tego typu placówka w kraju,po Gdańsku, Łodzi i Wrocławiu – przeczytałem w liście od urzędników.  Tak, to jest wiadomość dnia! Co ja tu piszę,całego roku! Teraz to dopiero „ każdy będzie tam mógł otrzymać informacje oStanach Zjednoczonych, głównym zadaniem placówki jest bowiem szerzenie wiedzyna temat społeczeństwa amerykańskiego.”  Dobry i ludzki Pan z tego naszego prezydenta. IAmeryka taka dobra! Tak o nas, mieszkańców miasta na prowincji dba. Czasem ażoczy bolą patrzeć, jak się przemęcza ten nasz prezydent. On dla nas, dla luduswego te Amerykańskie Centrum Kultury i Informacji wielkim staraniem uzyskał!Jak widać nieprawdę ludzie mówią! Nasz gospodarz ciągle pracuje! Wszystkiegoprzypilnuje i jeszcze inni, niektórzy, wtykają mu szpilki. To nie ludzie – towilki! To słuszna inicjatywa! W moim mieście jest centrum handlowe. Piękne iamerykańskie.  –Kogo stać na towary któretam są – słyszę wkoło narzekania. To prawda. Niewielu tam kupujących, więcej oglądających.A gdyby tak utworzyć Centrum Informacji ludzi, których nie stać na zakupy wdrogich sklepach? Będzie się można dowiedzieć o nich bez kupowania. Całkiem jako Ameryce bez jej odwiedzenia. Bo kto dostanie wizę do Stanów? I kogo stać nabilet? Niewielu… ale dowiedzieć się może każdy.

 

dziennik pesymistyczny

Ordnung muss sein

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 6

Uwaga będę chwalić! Ten,kto jest moim stałym Czytelnikiem pewnie się wielce zdziwi, że znajdzie tutekst w którym pochwalę polityka i to jeszcze dodatkowo wymieniając go zimienia i nazwiska. Sam się sobie dziwię, że tak jest. A jednak chwalę. Kilkatygodni  temu media doniosły że chorobotwórczyszczep pałeczki okrężnicy zaatakował w północnych Niemczech. Od razu w zasadzieniemieccy naukowcy wskazali winnego. Odpowiedzialne stały się ogórki z Hiszpanii. – Zobaczysz że od jutraprzestaną kupować jakiekolwiek ogórki i to bez względu na miejsce ichpochodzenia – powiedziałem do mojej dziewczyny. I moje słowa okazały się prorocze. I nie było trudno przewidzieć takistan rzeczy. Po prostu konsumenci minimalizowali zagrożenie, zwyczajnie rezygnującz zakupu tego, co przez niemieckich naukowców – znanych z solidności – jest źródłemzakażenia.  Potem jeszcze do gronawinowajców epidemii zatruć dołączyła sałata, pomidory, a ostatnio kiełki.Niemieccy naukowcy w zasadzie co dnia obarczają odpowiedzialnością innewarzywo.  – Powinniśmy bardzo dokładniemyć owoce i warzywa  – zaleca ministerEwa Kopacz. – Powinniśmy też bardzo często myć ręce – dodaje i przypomina podstawowezasady higieny. I to uchroni nas o zarazków. Ja podobnie jak pani minister jestbardzo dumny z Polaków i z tego że mieszkam w Polsce. Po raz pierwszyprzełamaliśmy stereotyp panujący u naszych zachodnich sąsiadów, że to myjesteśmy brudasami, a Niemiec to taki porządny i czysty. Wyszło na to i todzięki wzorowej postawie pani minister od zdrowia, że nie powinniśmy  się niczego wstydzić. Nie możemy mieć żadnychkompleksów. To u nas panuje ład i porządek. Nie to co u tych Niemców, co to niepotrafią porządnie rąk umyć.  Takie postawypromujące naszą dumę narodową są jak najbardziej wskazane, a przy okazji możnanaprawdę sporo ludzi ocalić. I to od śmierci. Po raz pierwszy ktoś publicznieprzyznał, że pod względem wyedukowania społeczeństwa co do zasad  dotyczących przestrzegania higieny jesteśmy weuropejskiej czołówce. Brawo pani minister! Trzeba teraz na każdym kroku uświadamiaćEuropejczyków,  że to w Polsce jestzdecydowanie więcej czyściochów niż na zachodzie.  To właśnie u nas panuje higieniczny porządek.Nie ma żartów, ręce trzeba myć, drodzy niemieccy sąsiedzi! – Szczotka, pasta,kubek, ciepła woda, tak się zaczyna wielka przygoda – że przypomnę polskąklasykę muzyczną.  Szkoda że nie mawersji niemieckojęzycznej tej piosenki. Teraz zrobiłaby tam zawrotnąkarierę.  Ordnung muss seinen – jakmawiają nasi sąsiedzi zza Odry.  Ale jakwidać, nie u nich tym razem, a w Polsce.

 

dziennik pesymistyczny

Wyjątkowy stan kibicowania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ja tam nie pamiętam stanuwojennego w Polsce. Znam go głównie z historii. Aletrudno nie znać, jak się przeżyło w naszym kraju ostatnie dwadzieścia lat, tozdecydowanie można nadrobić zaległości w tym temacie. I to dodatkowo wróżnorodnych, często nawet przeciwstawnych ujęciach histograficznych. Jakmówiłem niewiele pamiętam z tamtych odległych dni, ale mogę to sobie wyobrazić.A nawet mogłem to zobaczyć na własne oczy. I choć nie była to inscenizacjahistoryczna, to zdecydowanie wyglądało to bardzo realistycznie. Wybrałem się naniedzielny spacer. Nieświadom tego, że tego dnia w moim prowincjonalnym mieścieodbędzie się mecz piłki kopanej. Nie jestem entuzjastą wiec skąd do nagłejcholery miałem wiedzieć, że spacer połączony z wyprawą do centrum handlowego tow tym dniu dość ekstremalna wyprawa. Pierwszy sygnał, który postawił mnie wczujność to wycie syren policyjnych. – Pewnie jakiś wypadek – pomyślałem.Spacerowałem sobie niespiesznie w stronę centrum. Mijałem kolejne ulice.Wyszedłem zza rogu i… dosłownie wpadłem na policjantów ubranych w czarneuniformy. Stali przy zaparkowanym samochodzie zajmując całą szerokość chodnika.W rękach trzymali hełmy z plastikowymi przyłbicami. Na nogach i rękach mielinałożone solidne ochraniacze. W zasadzie swym wyglądem do złudzeniaprzypominali średniowiecznych rycerzy idących na bój śmiertelny w obroniechrześcijaństwa i korony.  – Przepraszam,chciałbym przejść – powiedziałem do ciężkozbrojnych. Nie wywołałem w nichjednak żadnej reakcji. Co było robić, ominąłem rycerstwo wielkim łukiem iposzedłem dalej. – Co to stan wojenny wprowadzili – zapytała starsza paniprzypatrująca się z ironicznym uśmiechem wojom stojącym w cieniu drzew przyswych bojowych maszynach? Pytanie nie było bezpośrednio skierowane do mnie.Było to raczej oznajmienie stanu rzeczy niż pytanie. Ale ja nie mogłem jużprzestać myśleć, że coś jest nie tak. Tym bardziej, że idąc tamtą ulicą,mijałem jeszcze kilka podobnych grup funkcjonariuszy w strojach bojowych. Kilkametrów dalej, nagle nalazłem się wśród grupy osobników ubranych w koszulach, w barwachjednej z drużyn piłki kopanej. Szli tłumnie a ja między nimi. A wokół krążyłypolicyjne auta. Oni w tych barwach i z hasłami: że honor… że drużyna… że kochaćbędą klub do śmierci… szaliki w kolorach zawiązane na rękach jak opaski…Ogólnie przeraziła mnie ta fala testosteronu podsycanego alkoholem, plus przyglądającysię im, no i mnie niestety między nimi, policjanci. Doszedłem do placu, a nanim stał już tłum liczący kilkaset osób, otoczony wianuszkiem ciężkozbrojnychmundurowych i drący się w niebogłosy. – Chodź, zaraz się zacznie – powiedziałosobnik z wąsami typ „ marian” do kolegi o podobnym obliczu. Odrzuciwszy zasiebie butelki po piwie, ruszyli chwiejnym krokiem na plac. – O nie… nie tędymoja droga będzie prowadzić – powiedziałem do siebie. Odstraszany okrzykami oniezrozumiałej treści, ale zdecydowanie odnoszącymi się do seksualnychskojarzeń postanowiłem znów obejść tłum kibiców. Było to łatwe, bo znajdowałemsię w zamkniętym kręgu. Wszystkie ulice prowadzące do placu zostały zamknięte izablokowane przez policję, więc moje przejście przez jezdnię w niedozwolonymmiejscu nie zrobiło na nikim najmniejszego wrażenia. Wszedłem do centrumhandlowego z nadzieją, że definitywnie pozbyłem się poczucia zagrożenia ipijackich śpiewów.  Ale gdzie tam! Tylkoprzekroczyłem próg… – Kochany klubie naaaasz – usłyszałem wycie kilkumłodzieńców w butelkami piwa w rękach. Co do tego, co śpiewali nie mam pewności,bo wyli jak zarzynane zwierzęta a i trzeźwi zdecydowanie nie byli. Nic niekupiłem w centrum handlowym. Bo większość sklepów została zamknięta wuzasadnionej jak widziałem obawie przed kibicami. Potem jeszcze kilka ulicdalej zgromadzili się kibice by dopingować piłkarzy zza ogrodzenia stadionu. Poleciałykamienie, cegły i butelki. Kilku funkcjonariuszy upadło. Zadyma zaczęła się nadobre. No tak, tak to już jest. Tak to już jest, że jesteśmy skazani na kibicówi ich bezkarność w asyście czy w starciu z policją. Zamknięte sklepy.Nielegalne zgromadzenie, zamknięte ulice. Bo kibice idą. Prawie stan wojenny.No bo mecz w piłkę kopaną dziś w mieście. Zdecydowanie, piłka kopana to u nasreligia. Nawet coś więcej, bo nikt nie jest tak bezkarny jak kibice. Ale co siędziwić tylu polityków piłkę kopie, ktoś musi im kibicować… na wyborach.


dziennik pesymistyczny

Żołnierz strzela, Pan Bóg kule nosi

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Jak to na wojence ładnie, kiedyułan z konia spadnie! Wojenka jest straszna, bo na niej giną nie tylko dzielniułani. I choć pioseneczka chce inaczej to na wojnie nie jest wcale tak ładnie. Czasemumierają na niej dzieci „w wieku od trzech do pięciu lat” – jak to zwykłynazywać media. Nikt nie znał ich imion? Pewnie nie i nikogo to chyba już nieobchodzi. Dwa lata temu w wyniku ostrzału wioski z broni maszynowej imoździerza zginęło sześć osób – dwie kobiety i mężczyzna oraz troje dzieci.Strzelali polscy żołnierze. Dwie kolejne osoby zmarły w szpitalu. I co? I nic. Ci,co strzelali są zgodnie z decyzją sądu niewinni. Żołnierz strzela, Pan Bóg kulenosi – że przypomnę kolejny popularny frazes. Ten jak ulał pasuje do sytuacji.Choć to żołnierze strzelali to przecież nie oni są w tej sprawie winni. Bóg zawinił? Ale czyj bóg? Ich czy nasz? Kto wtedy kulenosił? Jeśli sąd zadecydował, że żołnierze są niewinni to równocześnie z tymisłowami powinienem usłyszeć, wyraźnie i dobitnie, kto odpowiada za śmierćcywili w wiosce leżącej setki mil od naszej granicy. Mam jednak przepuszczenie,graniczące z pewnością, że nigdy już się nie dowiem, kto zawinił. Jeśli niewojsko polskie zawiniło to, kto? Może sprzęt, którego używali był wadliwy? Aleto znów mi przypomina banał z tym strzelaniem i noszeniem przez siłynadprzyrodzone pocisków moździerzowych gdzie podanie.  – Na wojnie zdarza się wiele takich rzeczy,których nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić w czasie pokoju – powiedziałpewien minister. To bardzo ciekawy pogląd, bo chyba nadal oficjalnie naszedzielne wojska znajdują się w dalekim i obcym kraju nie na wojnie, a na „misjistabilizacyjnej”. Widać czasami wojenka to wojenka bez znaczenia jakby ładnie jąnazywać.  Jeśli zaś chodzi o granicewyobraźni to faktycznie, jestem sobie w stanie teraz wyobrazić, że może nie byćwinnych śmierci cywili. Do tej pory uważałem, że w warunkach pokoju, jakiepanują w naszym kraju, można dojść prawdy, kto zawinił. Myliłem się.  – To jest nieprawdopodobny stres i napięcie,w jakim pozostają żołnierze. I dlatego wiele spraw można usprawiedliwić – takżetakie błędy – dodał minister. Czyli śmierć cywili w wyniku ostrzału z bronimaszynowej i moździerza to taki… błąd. Pomyłka tylko. Jeśli istnieje jakieśżycie po śmierci to ciekawe, czy zabite dzieci zgadzają się z tympoglądem?  Sąd uniewinniając oskarżonych żołnierzyuznał, że brakuje wystarczających dowodów, by wydać wyrok skazujący. Wytknąłprokuraturze błędy i zaniedbania w śledztwie. Słusznie. Nikogo nie można skazaćbez dowodów. Ale mnie denerwuje ten zwycięski ton polityków, z którego wynika,że nic się nie stało poza błędem jedynie. Że choć cywile zginęli, to nie możnajasno wskazać winnych. Nikt nie ma ochoty wyjaśnić rodzinom ofiar, dlaczego ichbliscy zginęli. Przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. Żebym był dobrzezrozumiany. Jeśli żołnierze są niewinni, to są niewinni. Ale nie może być tak,że jedynym winnym masakry jest ogólna sytuacja polityczna, wojna oraz pomyłki.Bo jeśli czynimy odpowiedzialnym za masakrę cywili tylko błąd, czyli przypadek,który może się zdarzyć na wojnie, to ja zaproponuje własne rozwiązanie jakwygrać wojnę (lub misję stabilizacyjną) w tym rejonie świata. Wiem, że toradykalne i wręcz absurdalne. Ale absurdem, absurd sytuacji chcę uwidocznić. Potym jak widzę, że prawie nikogo nie obchodzi los zabitych to mam prawo donieprawdopodobnych i skrajnych rozwiązań w założeniu teoretycznym. Przywalmytam atomówką przez przypadek oczywiście. Potem powiedzmy, że na wojnie wielespraw można usprawiedliwić – także takie błędy. Będzie po sprawie. A że zginąteż niewinni ludzie? No cóż… na wojnie czasem błędy się zdarzają, nieprawdaż? Pokażmytym złym, co to jest siła i… jaki jest nasz honor.

 

dziennik pesymistyczny

Dziękujmy Bogu za ciucholandy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 18

– A ja zakupiłemostatnio dwa przepiękne nowe garnitury – powiedział nagle i bardzoniespodziewanie nasz przyjaciel  Janek . Naszamęska dyskusja przy kawiarnianym stoliku dotyczyła zakupów. Janek tym wyznaniemwprawił nas w nie lada konsternację. Każdy z kawiarnianych dyskutantów  zdecydowanie narzekał na ceny i informował zgromadzonycho super okazjach i przecenach, dzięki którym mógł kupić to co tam mu było doubrania potrzebne. Rozmowa dotyczyła strojów casualowych ogólnie rzecz ujmując, a tu nagle nasz kolega Janekpoinformował nas o zakupie garnituru. I to nie jednego, a dwóch. Zamurowałonas, bo faktycznie czasami widywaliśmy kolegę Janka w biznesowym uniformie, alejako że zdecydowanie nie pracuje on w kręgach wielkiej plutokracji – tak dlaprzykładu – to posiadanie, a co więcej nabycie przez Janka pary garniturówwydało nam się dość niezwykłe.  Nieżebyśmy mu jakoś odmawiali prawa do posiadania takiego ubioru, ale to żeczasami był pod krawatem wcale nie znaczy, że nie zaskoczyła nas informacja ojego drogich zakupach. My tu skromnie analizujemy sens wydawania ostatnichzłotówek na koszulki z nadrukami, trampki czy jeansy na wyprzedażach, a on tunagle z tym garniturem. Przepraszam, z dwoma. – I to nie przeciętnej klasykupiłem…  ale znanej i cenionej marki –dodał kolega Janek podając nazwy firm odzieżowych które były nam znane,  ale z racji cen były, dla mnie przynajmniej,niedostępne. Sądząc po minach innych uczestników spotkania oni też raczej nieprzepuszczali, że nasz szacowny kolega jest takim wielbicielem garniturów i tow dodatku dobrej jakości i marki. Nie wspominając o tym, że zawsze sądziliśmy, iżgo na nie nie stać. Znając przeciętne ceny przypisane tym markom odzieżowym możnadojść do wniosku, że zapłacił za swój nowy strój kilka tysięcy złotych  i to razy dwa. Nie uważaliśmy go za krezusa.Zawsze to raczej łączył się z nami w bólu braku gotówki. A tu  taka informacja o nabyciu ubioru nie pierwszejpotrzeby, po ,jak przepuszczaliśmy znacznej cenie.  – Po co ci garnitur? Po co ci dwa garnitury –zapytaliśmy chóralnie gdy już minęło nam zaskoczenie i gonitwa myśli o tym, żepewnie nasz kolega został spadkobiercą jakiegoś milionera.  – Przecież na co dzień nie chodzisz w takim stroju do roboty, więc po co? – padłokolejne pytanie. – Jeśli chcecie wiedzieć to ja mam kilka garniturów – wyjaśniłz wyniosłością i dumą nasz kolega Janek. Usłyszeliśmy wyznanie, że posiada on nie tylko te dwa nowo nabyteoficjalne stroje,  ale też jeszcze kilkaklasycznych męskich uniformów. – Mam dodatkowo we własnej szafie dwa jesiennozimowe, jeden wiosenny oraz dwa letnie – wyznał. Przy stoliku zapadła cisza.Pewnie każdy rozpatrzył w myślach własny stan posiadania.  No, przynajmniej ja tak uczyniłem i podliczanienie wyszło dla mnie najlepiej. – Zapomniałem powiedzieć,  że kupiłem na przewalance – dodał po długiejchwili kolega Janek. – Wyobrażacie sobie, że oni tam w tych ciucholandach nieznają się na markach odzieży? Dwa nowiuteńkie garnitury kupiłem w rewelacyjneniskiej cenie – wyznał. No i wszystko jasne. Nie mógł tak od razu. A tu sięczłowiek zastanawia czy aby dobrze wybrał drogę zawodową,  że go nie stać na takie garnitury. A on nieraczył od raz, na wstępie powiedzieć,   że to w ciucholandzie nabył.  Wszyscy analizowaliśmy jak w jego specyficznymzawodzie można aż tyle zarobić! A on przecież normalnie kupił… jak my, ciprzeciętni.  – Tak czy inaczej,największą zdobyczą  ostatniego dwudziestoleciawolności i łask wszelakich od nowej władzy są te sklepy z używaną odzieżą –pomyślał. – Dziękować  Bogu zaciucholandy należy… Dzięki temu naród ma stały kontakt z drogą i markowąodzieżą – dodałem już głośno.