dziennik pesymistyczny

Gdzieś pomiędzy zdradą a zaprzaństwem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Niech panowie popatrzą, jacy przyprawieni z samego rana – zwróciła się do mnie i do mojego znajomego pewna pani, która tak jak i my oczekiwała na transport publiczny.  Spojrzeliśmy. Rzeczywiście trzech panów oraz pies szło w naszą stronę główną ulicą naszego miasta. Przemieszczali się krokiem bardzo chwiejnym, więc nie bardzo było wiadomo, kto kogo prowadzi. Ale po chwili obserwacji można było przyjąć założenie, że ten w czapce w środku jest prowadzony przez tych dwóch po jego bokach w tym ten z lewej strony dodatkowo prowadzi psa na smyczy.  – Biedne zwierzę – pomyślałem oczywiście o czworonogu. – Rzeczywiście, nieźle zakropieni, a przecież jest przed dziesiątą – powiedział kolega. W tym czasie korowód trzech panów nie licząc psa dotarł do miejsca gdzie dobrzy panowie z naszego magistratu ustawili ku wygodzie mieszkańców ławeczki.  Ten, co sprawiał wrażenie najbardziej wskazującego na spożycie, nagle wystartował niczym maratończyk i zaczął sunąć dziwnie równo w kierunku ławki. Nawet z tych kilkunastu metrów, jakie nas dzieliły doskonale widać było w jego oczach nadzieję, że mu się jednak uda.  – Nie uda mu się – stwierdził pesymistyczne mój kolega. Nietrzeźwy obywatel zrobił kilka metrów w miarę prosto się trzymając. Potem potknął się o coś na chodniku i natychmiast przyjął pozycję psa tropiącego z nosem przy ziemi. Po czym raptownie się wyprostował, zrobił dostojnie dwa kroki… poślizgnąwszy się na śniegu wyskoczył nogami do góry tak efektownie, że wszyscy oczekujący na autobus wypowiedzieli chóralne –  łaaaał… – Mówiłem że nie da rady – podsumował mój towarzysz. Koledzy tego, co właśnie doznał bliskiego kontaktu z ziemią usiłowali go podnieść. Udało się to i nawet wspólnie dotarli do ławeczki, na której zasiedli. – Jak tak można się zalać z rana! Tu jest szkoła w okolicy! – doleciał mnie głos kobiety, która wyraźnie zwracała się do tych, co odpoczywali w stanie po spożyciu.  – Tu w pobliżu jest kościół jak można w takim stanie łazić po ulicy – dodała inna pani. To ciekawe, że w takich chwilach zawsze kobiety są bardziej odważne w wypowiadaniu sądów i opinii. – Młodzież patrzy i się uczy – dodała ta pierwsza. Faktycznie jak na zawołanie zjawiła się grupka nastolatków.  – Hańba! – ryknął nagle i zupełnie niespodziewanie młodzian.  – Zdrada! Przed trybunał stanu z nim! – dodał jego kolega. Zatkało nas. Nie mówiąc już o strażniczkach przyzwoitości, czyli o tych paniach, co to rugały pijanych. W niemym osłupieniu trwało też tych trzech panów na ławce plus ich pies.  – Tu jest Polska! Tu jest Polska! Tu jest Polska! – zaczęła skandować radośnie grupka małolatów.  Młodym wyraźnie zaczęło to sprawiać przyjemność. Stali obok nas i wznosili coraz to nowe okrzyki: hańba! Targowica! Zdrada! – Nie było w dziejach państwa polskiego takiego zaprzaństwa – usłyszałem nagle głos młodej blondyneczki wyraźnie zadowolonej z cytatu, którego użyła.  Młodym szybko się to jednak znudziło i poszli w swoją stronę.  – Skąd oni to znają? Kto ich tego nauczył?  – próbowała dociec pani, która wcześniej obsztorcowała pijanych.  – Z telewizji się tego nauczyli. Od polityków, od tych prawych i sprawiedliwych zapewne usłyszeli takie słowa… z transmisji obrad sejmu to znają – pospieszyłem z wyjaśnieniami. – No wie, pan… To hańba – usłyszałem w odpowiedzi. – Ma pani szanowna całkowitą rację, tak to hańba – zakończyłem dobrze zapowiadającą się dyskusję, bo właśnie nadjechał autobus, na który czekaliśmy.

dziennik pesymistyczny

Urzędnik z humorkiem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Widziałem w telewizji urzędnika. Powiecie, nic specjalnego, przecież oni tam są pokazywani tysiącami. Fakt, to nie żadna rewelacja zobaczyć i usłyszeć wypowiadającego się człowieka władzy. Ale ten, którego zobaczyłem był wyjątkowy albo może właśnie typowy? Kiedyś było modne twierdzić, że coś tam – na przykład socjalizm – ma ludzką, czyli pewnie tę prawdziwą, twarz. Ja w telewizji zobaczyłem prawdziwego urzędnika państwowego. Takiego, co to się problemom nie kłania.  Który do zagadnienia za dwieście tysięcy podchodzi z humorem. Nie bardzo wiem, kto to był… ale to jak się zachowywał i co mówił, upewniło mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z prawdziwym człowiekiem trzymającym ster władzy.  Miejscem gdzie mnie i telewidzom objawił się urzędnik – humorysta, była trasa S8, czyli najdroższa droga w Polsce. Odbywało się tam kolejne urzędniczo – biznesowe spotkanie w sprawie oddania do użytkowania czy też nie oddawania tej kosztującej 200 milionów -za kilometr -drogi.  Oczywiście to spotkanie, tak jak i poprzednie nie przyniosło żadnych konkretów. Droga nadal jest zamknięta i nie wiadomo, kiedy będzie otwarta.  – Będziecie mieć okazję do większej ilości reportaży – rzekł urzędnik do dziennikarza.  – Taki serial będzie miał Pan okazję nakręcić – dodał.  Pewnie. Przecież to takie radosne, że wydało się tyle pieniędzy, a teraz droga jest głównie miejscem spotkań kolejnych komisji.  Nic się nie stało. Ponad dwa miliardy złotych wydane, ale co z tego, przecież to żadne pieniądze. Na bogatego trafiło.  Na tego, co wydaje nieswoje pieniądze. Czy będzie otwarta ta droga czy nie będzie przecież to i tak obojętne. Radośnie trzeba. Z humorkiem.  Bo przecież żaden to wstyd. Nie ma też powodów do niepokoju. Typowy urzędniczy spokój.  Najwyżej będzie się trzeba jeszcze kilka razy w telewizji pokazać i coś tam poopowiadać. Spokojnie. Dziennikarz będzie miał robotę niech się cieszy. A i urzędnikowi nic się nie stanie. Przynajmniej na powietrzu się człowiek dotlenił. Oderwał od biurka. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w Polsce jest 400 tysięcy urzędników. Jakby dodać do siebie wszystkich, od pracowników urzędów powiatowych, gminnych i wojewódzkich do tych z urzędów centralnych. Dorzucić wszystkich urzędników agencji rządowych, skarbówki, cywilnych pracowników policji, pracowników NFZ i ZUS oraz innych urzędów, wszystkich ministrów, wiceministrów, urzędników kancelarii premiera i prezydenta… Jakby ich wszystkich zliczyć tyle właśnie wyjdzie. I jeśli wszyscy są tak samo dowcipni i beztroscy to… biada nam.

dziennik pesymistyczny

Ideał jest w bruku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Nie dziwi Cię to, że tę drogę naprawiają kilka razy w roku – spytał mnie kolega, gdy tak siedzieliśmy sobie dobre kilka minut w samochodzie obserwując robotników. A dokładnie przyglądaliśmy się pracy wielkiej maszyny, która w huku i w znoju zdzierała asfalt. Siedzieliśmy to dobre określenie, bo przecież, choć byliśmy w aucie, to się nie poruszyliśmy nawet na minimetr, bo nie dało się tego zrobić przez remont drogi. Mną, jak i zapewne innymi kierowcami targały w tym korku ambiwalentne uczucia. Bo to niby dobrze, że remontują, ale czy muszą to robić w czasie największego natężenia ruchu? – Pewnie muszą skoro to robią – filozoficznie skomentował mój współtowarzysz.  Nasz samochód stał w korku a my dyskutowaliśmy nad zadziwiającą rzeczą, jaką jest nietrwałość asfaltu występująca w naszym kraju. Jak przekonywał mnie mój kolega nawierzchnia dróg u naszych bliskich sąsiadów z zachodu Europy ma wytrzymałość obliczoną na dwadzieścia pięć lat. A tu kilkaset kilometrów dalej na wschód nie da się wykonać drogi, która przetrwałaby w całości jeden sezon bez generalnego remontu. Prawdziwa zagadka. Gdy tak rozmawialiśmy sobie o rzeczach nadprzyrodzonych, maszyna skończyła swą pracę i odjechała. A naszym oczom ukazał się widok pięknej lśniącej, w miarę równej nawierzchni drogi.  W słońcu mieniła się jezdnia ułożona z pięknie dopasowanych kamiennych kostek, którą do tej pory skrywał czarny i wiecznie popękany asfalt. To było dzieło drogowców, którzy ułożyli ten bruk prawie sto lat temu. – Jakie to równe – zdołałem tylko wyksztusić, bo widok równej nawierzchni drogi w tym miejscu był dla mnie zbyt mocnym przeżyciem.  – Równe i nie ma dziur, zdecydowanie lepsze niż ten nowoczesny asfalt – mój znajomy był równie zachwycony i zadziwiony jak ja.

Faktycznie, maszyna zdarła dziurawą nawierzchnię na długości kilkunastu metrów. Tam gdzie wcześniej było to czarne i wiecznie dziurawe… teraz pojawiła się równa jezdnia.  – Niech oni lepiej już nic z tym nie robią – usłyszałem głos kolegi. – Pewnie, niech zostawią jak jest – powiedziałem.  – Ci specjaliści od dzwonków gazowych znów wszystko zepsują – dodałem.  Przecież widać było gołym okiem, że po zdarciu asfaltu powierzchnia drogi może nie była idealnie równa jak asfalt minutę po jego ułożeniu, ale była przynajmniej cała. Bez dziur. A to zdecydowanie lepsze niż nowoczesny asfalt stosowany w tym miejscy z marnym skutkiem od lat. W dawnych wiekach to potrafili robić drogi, ale potem człowiek nauczył się organizować przetargi na remonty dróg i mamy jak mamy, czyli wieczne remonty ulic, dopiero, co oddanych do użytku.. Przypomniałem sobie, że przed moim biurem też jest taka nawierzchnia. Kilka lat temu zerwano w centrum miasta nowoczesną nawierzchnie i ktoś wpadł na pomysł, żeby tak zostawić. Jako widoczny znak minionych czasów. Konserwator zabytków wydał odpowiednie rozporządzenie i została na tej ulicy brukowana jezdnia. Od tego czasu, a było to dość dawno, nie pamiętam żeby ktoś tam coś na tej drodze naprawiał. A może tak zerwać asfalt wszędzie tam gdzie pod spodem została stara kamienna nawierzchnia? Może to jest pomysł na poprawę jakości naszych dróg? Napłynęły mi do głowy takie swoiste wnioski racjonalizatorskie.  Po prostu wrócić to tego, co było. Nie, to niemożliwe. Tak się nie da. Popadłem szybko w przekonanie o niemożliwości takich działań. Przecież ilu ludzi straciłoby pracę a kilku nawet pieniądze. Bo, na tych przetargowych, wiecznie remontowanych ulicach, zbyt wielu zarabia. A mogło być tak pięknie. Równo, bez dziur i pęknięć i to tego historycznie…

dziennik pesymistyczny

Najbardziej dołujący dzień roku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Otworzyłem oczy. Dzień. Za oknem szaro, buro i nijako. Półmrok. – A może to jeszcze noc? – pomyślałem z nadzieją. Nie, niestety to był świt. Zegar pokazywał nieubłaganie, że czas się zbierać do roboty. Poszukałem, jeszcze nie całkiem przytomny, pilota do telewizora. Przecież trzeba wiedzieć, co na świecie i w naszym powiecie. Trzeba być na bieżąco. A telewizja, czyli moje okno na świat zapewni mi wiadomości z pierwszej ręki. Wiadomo: wstajesz i wiesz – jak to powtarza mi co rano radosny pan z ekranu telewizyjnego. Choć w moim przypadku jeszcze nie wstałem a już zapragnąłem wiedzieć. I to był pierwszy mój błąd tego dnia. – …w katastrofie smoleńskiej – doleciały do mnie słowa spikera nim zdążyłem zmienić stację. -… jak czytamy w raporcie MAK – na następnym kanale nie było lepiej. Naciskałem guziki pilota z nadzieją. Zmieniałem kanały, ale nic to nie pomogło. – Strona rosyjska kluczy w sprawie katastrofy, ukrywa dowody – uważa były minister…- litości – wyszeptałem sam do siebie. Znów zrobiłem klik pilotem. – …atmosfera była bardzo nerwowa, były przekleństwa, kierownik lotu za nic w świecie nie chciał się zgodzić na przyjęcie samolotu… – usłyszałem na kolejnym kanale telewizyjnym. Poddałem się. Włączyłem komputer i radio. Wolę nie wiedzieć. A właściwie to już mam dość tych wiadomości. Ja wiem, że to ważne… ale jest jakaś granica zmęczenia tematem i dziś właściwe u mnie to nastąpiło. Całe szczęście, że stację radiową, którą włączyłem słucham przez internet i ma ona tę zaletę, że jest zagraniczna. A więc nawet jak są tam nadawane wiadomości to i tak do mnie dociera tylko angielskojęzyczny biały szum. 

Stojąc pod prysznicem zastanawiałem się ile jeszcze potrwa to medialne i polityczne zainteresowanie tematem smoleńskim. Pewnie jeszcze z kilkadziesiąt lat. Bo nie sądzę żeby jakakolwiek wersja z wyjaśnieniami zadowoliła wszystkich. Tak czy inaczej pewnie będzie się trzeba przyzwyczaić do coraz to nowych proroków jedynej prawdy albo zrezygnować z wiadomości w telewizji lub z czytania gazet.  Kilka minut później stałem przy oknie z kubkiem herbaty a na zewnątrz wszystko było w szarych barwach. – Już lepiej żeby było biało, tak bez śniegu jest dołująco – pomyślałem. Przerażało mnie coraz bardziej to, że będę musiał wyjść z domu. Gdy zakładałem buty zerwałem sznurówkę. Potem poszukiwałem nowych. Przez to późniłem się do biura. – Dlaczego jestem taki zdołowany? – zastanawiałem się – najchętniej wróciłbym do domu. Położył się do łóżka, nakrył głowę kołdrą i przespał ten dzień. Ale nie. Przecież człowiek jest spętany obowiązkami… Siedziałem więc przy swoim biurku i usiłowałem zrobić coś pożytecznego dla siebie i dla mojej firmy. Szło mi tak, że… brak mi słów. Czasem są takie dni, że nic nie idzie… Każdy kolejny mail czy telefon dobijał mnie jeszcze bardziej… – Co za cholerny poniedziałek! – powtarzałem w myślach. W narastającym poczuciu beznadziejności przeglądałem skrzynkę pocztową… i nagle przeczytałem w mailu od kolegi że: w styczniu 2005 roku brytyjskie gazety i portale internetowe po raz pierwszy obwieściły światu tę złowieszczą informację: „Dziś Blue Monday, najbardziej dołujący dzień roku”. Za ostrzeżeniem stało odkrycie „brytyjskich naukowców”, a dokładnie psychologów z Cardiff University, którzy obliczyli (brali pod uwagę m.in. samopoczucie meteorologiczne, psychologiczne, ekonomiczne), że najgorszy dzień, to przedostatni poniedziałek stycznia. To był fragment artykułu z gazety. Angielscy naukowcy wszystko mi wyjaśnili! To dlatego tak się czuję! Bo dziś jest najbardziej dołujący dzień roku!

dziennik pesymistyczny

Po angielsku…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 58

Gdy zrobimy sobie spacerek po naszych miastach i poczytamy witryny sklepowe możemy spokojnie dojść do wniosku, że nasz kraj jest dwujęzyczny. Nie chodzi mi o obszary naszego kraju gdzie dwujęzyczność jest uzasadniona istnieniem mniejszości narodowych. Tam sprawa jest oczywista. To, że u nas używa się drugiego obcego języka na równi z ojczystym można zaobserwować na przykład w moim mieście leżącym dokładnie pośrodku naszego kraju. U nas mniejszości jak na lekarstwo a na każdym sklepie wielki napis informuje, że właściciele interesu zapraszają mnie na „sale” lub „total sale”. Coraz częściej mam wrażenie, że nastała u nas moda na język angielski. Jest on obecny na każdym kroku bez względy czy ma to uzasadnienie czy nie. Tęsknię za całkiem naturalną dla naszego języka wyprzedażą, bo teraz tylko „sale”. Tak jakby, co druga osoba robiąca zakupy w tych sklepach była jedynie angielskojęzyczna.  To jakaś szaleńcza moda na nie używanie ojczystej mowy, czy w tym wypadku pisma. Mój kolega pracuje od lat w firmie amerykańskiej. To znaczy firma jest zarejestrowana w Polsce, działalność jej ogranicza się do obszaru naszego państwa, ale prawie całe kierownictwo to Amerykanie.  Mój znajomy przez lata pracy dla tej firmy, choć biegle włada językiem angielskim, nigdy jeszcze nie spotkał się z klientem, który preferowałby ten język w kontaktach biznesowych. Wszyscy klienci mówią po polsku, ale język angielski jest mu potrzebny, bo przecież kierownictwo to Amerykanie.  I choć ludzie ci mieszkają tu już kilka lat to żadnemu z nich nie przyszło do głowy nauczyć się języka polskiego. Przecież w ich mniemaniu nie muszą, bo znają już przecież angielski. Ja będąc we Francji, choć ni w ząb nie znam tego języka, dokonywałem cudów, aby się w tym właśnie języku porozumieć i zawsze spotykałem się z uprzejmością i wyrozumiałością tubylców, którzy spokojnie czekali aż wydukam, o co mi chodzi. Robiłem to z szacunku dla Francuzów. Podobnie jak jestem w Anglii, jeśli nie daję rady z językiem to proszę kogoś o tłumaczenie. Ale przynajmniej się staram mówić w tym języku, który tam jest w powszechnym użytku. 

A w Polsce? U nas językiem urzędowym jest język polski. Zakres jego użycia reguluje Ustawa z dnia 7 października 1999 roku o języku polskim (Dz.U. 1999 nr 90 poz. 999). I co? I nic. Niewiele z tego wynika. To takie kolejne martwe prawo. A została uchwalona, bo parlament uznał „konieczność ochrony tożsamości narodowej w procesie globalizacji”. Ale czy ktoś tego pilnuje? Nie. Wystarczy otworzyć gazetę by znaleźć ogłoszenia rekrutacyjne gdzie pracodawcy poszukują sales representative a nie przedstawiciela handlowego. Jeśli pracodawca rekrutuje do pracy na terenie Polski, wpisując w ogłoszenie nazwę stanowiska, powinien używać języka polskiego. Czyli nie „regional sales manager”, tylko „regionalnego kierownika sprzedaży”. Do tego jest zobowiązany, bo na terytorium Polski przy wykonywaniu przepisów z zakresu prawa pracy używa się języka polskiego. Wydaje mi się, że ogłoszenia rekrutacyjne w języku angielskim, a takie też można znaleźć w gazetach są złamaniem ustawy. Bo jeśli pracownik ma wykonywać czynności na terenie Polski to ogłoszenie powinno być po polsku. Nie wiem, co tak pcha Polaków do używania języka angielskiego. Jak wszystko, także to wymaga umiaru.  Może warto częściej używać języka polskiego w Polsce, zważywszy, że język polski stanowi podstawowy element narodowej tożsamości i jest dobrem narodowej kultury, – że pozwolę sobie na cytat z ustawy.

dziennik pesymistyczny

Zapiski w dniu następnym

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Walczyłem z szarością świata i teraz czuję się bardzo przegrany. Ale czasami tak trzeba. Wiem, że środek tygodnia nie jest najlepszym dniem na topienie smutków… ale też sytuacja była wyjątkowa. Niecodziennie przecież odchodzi z tego łez padołu człowiek, którego miałem zaszczyt nazywać przyjacielem. Dlatego też chciałem i musiałem. Choć wiedziałem już wtedy, że dnia następnego czeka mnie cierpienie. I nie pomyliłem się. Już z samego rana dotarło do mnie, że ten dzień nie będzie należał do najłatwiejszych w moim życiu. I na swoje nieszczęście miałem rację. Otworzyłem oczy świtem zapłakanym (mówiąc słowami poety) i pierwszą moją myślą było – pić! Całe szczęście, że dnia poprzedniego przezornie postawiłem w zasięgu ręki butelkę z wodą.  – Jak nie pijesz to myślisz – mawia mój znajomy z pracy. Ha, ale tym razem się mylił. Choć lekko zamroczony napojem wyskokowym wypitym dnia poprzedniego na tyle jednak byłem przytomny i przewidujący, że postawiłem płynne wyzwolenie z porannej suchości gardła tuż przy łóżku. Boże, jak ta woda mi pomogła. Jakiż ona miała smak! Gdy już wyrównałem bilans wodny w organizmie, dotarło do mnie, że nieuniknionym będzie przezwyciężenie boleści, powstanie z pościeli i udanie się do pracy. Właściwie to uświadomił mi ten bolesny fakt zegar, który nieubłaganie odliczał minuty. A ja nie chciałem się spóźnić do biura. – Musisz, musisz… tam ludzie czekają – osiągałem szczyty automotywacji.  I nagle nie wiadomo skąd przypłynął z zakamarków pamięci wiersz Broniewskiego. –  …powtarza, jak niegdyś w Genewie: – Kochani… ja muszę do kraju… – recytowałem stojąc już pod prysznicem sam zadziwiony swoją pamięcią – Do Łodzi, Zagłębia, Warszawy, powrócę zawzięty, uparty… ja muszę… do kraju, do sprawy, ja muszę… do kraju, do sprawy. No byłem całkiem jak ten bohater wiersza.  Musiałem… No może nie do partii – ja tak musiałem – ale do spraw to już na pewno. To niewiarygodne jak woda wypita i woda wylana na siebie może człowieka przywrócić do życia. Uratowany i bardziej pewny tego, że dam jednak radę zmierzyć się z okrutnym światem wyszedłem z mieszkania. Rzeczywistość dopadła mnie tuz za progiem. Padał deszcz. No pewnie. Nie mogę pojechać samochodem, ze względu na niepewność, co do zawartości promili, to oczywiście tego dnia musi lać jak z cebra. I teraz ja w tym deszczu do pracy… nieszczęścia chodzą parami jak widać. Dobrze, że jak tak kropiło mi w twarz to z każdym krokiem nabierałem coraz bardziej wigoru. Przecież nie można tak do pracy stawić się pozbawiony zupełnie siły. Ale zmęczenie i tak czułem, bo mimo wszystko z wiekiem mój organizm coraz bardziej odczuwa boleści związane z syndromem dnia następnego. W biurze stawiłem się punktualnie, choć mokry od deszczu. I od razu dopadły mnie sprawy. I co gorsze musiałem być w biurze dziś bardzo wydajny. A tu sił brak. I jak tu pracować jak każdy atom twojego ciała mówi żeby dać mu odpocząć.  Jak zawsze poczucie obowiązku wygrało z podszeptami lenistwa. – Świat na trzeźwo jest nie do przyjęcia – powiedział kiedyś pewien bohater filmowy. I pewnie miał rację… Ale jak się okazuje równie nie do przyjęcia jest ten następny dzień trzeźwości. I tak walczyłem dzielnie z przeciwnościami losu oraz ze sprawami służbowymi przez cały dzień. Ponad osiem godzin… I czułem się coraz gorzej, nie lepiej. Bolała mnie głowa… Miałem dreszcze… Gorączkę.  Dopiero lekarz, do którego udałem się po pracy, uświadomił mi, że się przeziębiłem. To dobrze. Bo już myślałem ze przez cały dzień męczył mnie kac… a to zwykłe przeziębienie.

dziennik pesymistyczny

Nie ma winnych…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Gdy tak słucham kolejnych polityków, urzędników państwowych, różnej maści ekspertów, doradców, ekonomistów – wszystkich tych, którzy pojawiają się na ekranie mojego telewizora czy wypisują swoje opinie w prasie opowiadając o tym, że niechybnie czeka nas kolejny już kryzys – odnoszę wrażenie, że ten stan zapaści wynika sam z siebie. On po prostu nadchodzi, potem jest i już. Permanentny stan kryzysowy nie ma przyczyny – pojawia się i trwa. Pojawia się zapowiadany lub nagle, ale zawsze przychodzi znikąd. No może czasami ktoś wskazuje na przyczynę tego zjawiska, ale na pewno nie na winnych kryzysu. – Nie ma winnych są tylko zaskoczeni, nie ma winnych są tylko zadziwieni, – że znów zacytuję z twórczości zespołu Abaddon. Nie mogę się powstrzymać, bo te słowa zawsze mam gdzieś z tyłu głowy jak wysłuchuję kolejnych proroctw możnych tego świata na temat nieuchronności nadejścia kryzysu. Te słowa idealnie oddają tę atmosferę dyskusji. Bo przecież nie ma pojedynczych odpowiedzialnych. Ba, nawet instytucje nie są odpowiedzialne. Nikt nie jest winien.  I pewnie, gdy znów zawita do nas kryzys nikt nie będzie się poczuwał do odpowiedzialności.  Tak jakby nie było rządów, polityków, banków, urzędów, instytucji państwowych. Jakby nie było ludzi trzymających władzę. Wiem, że sukces ma wielu ojców, zaś porażka jest sierotą. Ale jak coś się wali to trzeba przynajmniej mieć odwagę by powiedzieć moja wina.  Jeśli jest ktoś winny, to rządy nie nasze, lecz ale jakichś tam krajów. Ja wiem, że wszystko jest powiązane, ale nie jest to żadne wytłumaczenie. Nie można mi wmawiać, ze płacę więcej za kredyt mieszkaniowy, bo w Grecji jest nieodpowiedzialny rząd oraz rok temu był krach sprzedaży na rynku nieruchomości w Stanach Zjednoczonych. Ja chciałbym wiedzieć, jeśli już utrzymuję to państwo z płaconych podatków, czy ktoś odpowiada za to, co mnie może czekać. Nie chcę już słyszeć o globalnych przyczynach kryzysu. Że gospodarcze załamanie w jednej części świata błyskawicznie sieje spustoszenie również w drugiej. Chcę wiedzieć, kto zapewni mi bezpieczeństwo, a jeśli tego nie zrobi, to nie chcę zgadywać, do kogo mam mieć pretensje. Nie chcę słyszeć, że kryzys to złożone zjawisko gospodarcze.  Bo gdy ceny poszybują w górę nie chce wyczytać w gazecie, że to niczyja wina, że tak samo z siebie się stało.  Mam dość wysłuchiwania, że wiele czynników wpływa na ostateczne skutki procesów gospodarczych. Że to nieuchronne i od nikogo zależne.  Wydaje mi się, że to takie rozmywanie odpowiedzialności. Jeśli nikt nie jest winny to nikt nie poniesie odpowiedzialności. Lub jeszcze inaczej, nikt z ludzi władzy w rządzie czy w finansowych korporacjach nie poniesie odpowiedzialności za błędne decyzje. Za kryzys zapłacą zwykli ludzie.  Bo ci u władzy jakoś zdołają przekonać demonstrantów na ulicach ze to niczyja wina. Że oni chcieli dobrze a wyszło… jak zawsze.

dziennik pesymistyczny

Cześć, i do zobaczenia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Nikt tak nie potrafił wyjechać z bramy motorem jak on. Pamiętam jak po wielkiej, suto zakrapianej imprezie, Piotr postanowił, że pojedzie do domu, czy gdzie on się tam właśnie wtedy wybierał, motocyklem. – Słuchaj, nie rób głupstw, nie dasz rady, to niebezpieczne i po prostu głupie – starałem się go przekonać. – Słuchaj ten motor ma tyle w silniku mocy, że ja boje się na mim jeździć na trzeźwo –  usłyszałem w odpowiedzi. Wszystkich tych których zaniepokoiło to co piszę czyli pijany na publicznej drodze spieszę poinformować, że nigdzie nie pojechał. Nie dał rady ujechać daleko… ale to z jaka gracją wypadł z podwórka kamienicy przez bramę napełniło mnie wielkim szacunkiem dla jego umiejętności oraz zdrowo przeraziło. Nigdzie nie pojechał, bo mu zabroniono. Nie wiem doprawdy, dlaczego zapamiętałem właśnie to wydarzenie z tysiąca innych jakie były udziałem jego i moim. Ale właśnie o tym pomyślałem jak dowiedziałem, że nie ma już Piotra wśród nas. Był przecież zawsze. Gdzieś tam w moim mieście była zawsze osoba, na którą można było liczyć. Przynajmniej ja tak o nim myślałem. Był człowiekiem, z którym uwielbiałem rozmawiać. Pamiętam dyskusje o muzyce i o życiu. I na zawsze zapamiętam ten jego wygłąd prawdziwego punka. Ja zapamiętałem tę jego pewność, że da radę i że nie dla niego są wszelkie zasady. Nie było dla niego rzeczy niemożliwych. Piotr nie przychodził na śluby, bo jak mawiał nie wierzył w instytucje małżeństwa. Ogólnie zawsze miałem takie wrażenie, że nie darzył  szacunkiem żadnych instytucji państwowych oraz kontestował, tak zwany, porządek społeczny. On zrobił już bardzo dawno to o czym ja nadal tylko piszę lub mówię, czyli stanął z boku systemu. Przyglądał się temu naszemu wyścigowi szczurów z rezerwą i pewnym rozbawieniem. Pamiętam też jak na koncertach stał zawsze za mną i wyciągał mnie z kotłowaniny pod sceną. Był zawsze… a teraz go nie ma. Jak bardzo wielu z tych co odchodzą za wcześnie. Kilkanaście dni temu widziałem Piotra jak przechodził po drugiej stronie ulicy. Nie zauważył mnie a mnie nie chciało się za nim gonić. Pomyślałem, że przecież i tak spotkamy się, jak zawsze, gdzieś w przelocie na ulicy, że znów będzie mi opowiadał swoje przygody. Wtedy nie miałem dla niego czasu … Nie zawołałem za nim gdy znikał za rogiem ulicy. A teraz żałuję. Bo już tego nigdy nie zrobię. To smutne że nasza młodość odchodzi w ten sposób. Tak znika. – Czy nikt nie będzie pamiętał o tamtych czasach? O tych imprezach, koncertach, numerach różnych. O tym jak potrafiło być kupę śmiechu z niczego? Jak żyło się w młodości tak jakoś inaczej – spytał mnie kolega. No i co tu mu odpowiedzieć? Świat jakoś tak sparszywiał. Inna jest teraz jakość naszego życia. Ale czy lepsza?- Ty pamiętasz, i ja pamiętam, to dużo… i punki my pamiętamy to tamto będzie żyło i on będzie żył – odpowiedziałem. Ale czy w to uwierzyłem? Czy on by uwierzył? Pewnie by się śmiał ze mnie, że się tak roztkliwiam. Więc powiem mu na koniec to, co zawsze mówiłem jak się rozstawaliśmy – Cześć, i do zobaczenia. 

dziennik pesymistyczny

Nie pożyje se a juści!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W zamierzchłych czasach błędów i wypaczeń, czyli w państwie, które istniało tu gdzie teraz jest nasza ojczyzna mieliśmy często do czynienia ze zjawiskiem klęski, za które odpowiadały wredne rządy zachodnie. Jako obcy agenci w tych wojnach partyzanckich po naszej stronie żelaznej kurtyny czasami występowały na przykład owady. Przecież chyba każdy, kto choć raz słyszał o Polsce Ludowej musiał też słyszeć o stonce. Leptinotarsa decemlineata, czyli stonka ziemniaczana stała się pasiastym dywersantem, który na początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku straszył dzieci i dorosłych.  Ten wróg podstępnie zrzucony na polską ziemie przez siły wrogie wobec ustroju, na wiele lat stał się bohaterem plakatów, filmów i haseł propagandowych. Lata zimnej wojny z udziałem owadzich agentów odeszły w niebyt ponad dwadzieścia lat temu, ale wiara w zwierzęcego agenta przetrwała. I to nawet nie tyle w Polsce ile w krajach, w których nasz uroczy system PRLu nie dotarł nigdy. Na pustyni niedaleko miasta Hyall w Arabii Saudyjskiej, wylądował ranny sęp, który wzbudził podejrzenia Saudyjczyków. Ptak miał przymocowane urządzenie GPS z sygnaturą Uniwersytetu w Tel Awiwie. Część arabskich mediów błyskawicznie podchwyciła sensacyjną historię o wyszkolonym przez Izraelczyków sępie z Mosadu. Na nic zdały się zapewnienia izraelskiego ornitologa, który przekonywał, że ptak jest niewinny – Ten sęp nie został w Izraelu na sezon lęgowy, więc może to być ptak turecki, jordański, a nawet saudyjski. Ptak został internowany a jego losy nie są znane. No przynajmniej ja już nic więcej na jego temat nie wyczytałem.

 

U nas w kraju może nie ma już agentów na czterech łapach czy ze skrzydełkami i czółkami, ale głęboka wiara w szkodliwość wszystkiego, co żyje a nie jest człowiekiem jak najbardziej pozostała.

– Niech pani nie karmi tych gołębi! One potem zapaskudzą nam całe podwórko i zasrają samochody! To szkodniki! – krzyczała starsza pani na naszą wspólną sąsiadkę. Bo przecież nie na gołębie, które i tak po pierwszym słowie pani, wykrzyczanym z taką mocą, że umarłego by obudziły, poderwały się do lotu. – Na jaki samochód? – spytała spokojnie pani od karmienia gołębi. – Ten czerwony! To syna… znów cały będzie zasrany – wskazała ta krzycząca auto, zaparkowane dokładnie pośrodku trawnika. – Jak tak zaparkował to nie dziwne, że się ptaki mylą – odparła ta od gołębi. – Jak tak można szkodniki dokarmiać, skandal! – zakończyła definitywnie wymianę zdań przeciwniczka dokarmiania zatrzaskując okno, z którego wykrzykiwała swoje opinie na temat ptaków. Tak było na moim podwórku. A na świecie? Tam znów afera międzynarodowa, której głównymi bohaterami są zwierzęta. Kilka dni temu Arabskie media wielokrotnie powtarzały wypowiedź egipskiego gubernatora południowego Synaju, który oskarżył Izrael o zorganizowanie ataków rekinów na turystów.

 

A ja dziś rano widziałem w parku miejskim jak niewielkich rozmiarów piesek obszczekiwał ze znacznej odległości i bez specjalnego entuzjazmu wiewiórkę. Wydawał z dwa szczeknięcia na piętnaście sekund. Tak mniej więcej. Obserwowałem tę scenkę, bo to szczekanie psa na wiewiórkę, która i tak sobie z tego nic nie robiła spokojnie obgryzając to, co tam w zimę rudzielce w parkach obgryzają, wydawało mi się wielce zabawne. Tę sielankową scenę przerwał ryk tuż za moimi plecami. – Czy ten pies musi tak szczekać! Nie może go pan uspokoić?! Dziecko się denerwuje – wydarła się na pana z psem pewna „dama” spacerująca z dzieckiem po parku. Dodać należy, że zrobiła to na tyle głośno, by rzeczony pies przestał szczekać kuląc ogon pod siebie a za to dziecko, które trzymała za rękę tak się przestraszyło, że zaczęło wrzeszczeć jak opętane.  – No niech pan zobaczy, co ten pański kundel narobił – darła się wniebogłosy pani, a jej dziecko jeszcze głośniej. Za to pies był tak przerażony, że właściwie to zaczął się czołgać po ziemi ciągnięty na smyczy przez równie silnie spanikowanego właściciela. – Jak można tak z psem do parku! – darła się w ślad za znikającym psem i jego panem zdenerwowana matrona przekrzykując zawodzenie dziecka. Pewnie, w jej świadomości świat jest tylko dla człowieka. A zwierzęta to w większości albo szkodniki albo agenci Mosadu. – Chłop żywemu nie przepuści! Jak się żywe napatoczy, Nie pożyje se a juści! – śpiewał Kazimierz Grześkowiak.

dziennik pesymistyczny

Ideologia coś tam coś tam

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Już za chwileczkę, już za momencik coś w końcu musi zacząć się kręcić. Nie może wiecznie być źle. Karta musi się odwrócić. – W ciągu sześciu lat musi przyjść dobra koniunktura bodaj raz, wtedy zboże sprzeda się w kraju czy za granicą i jest świetny interes… – ten cytat z kariery Nikodema Dyzmy jest najlepszą ilustracją dla polityki naszego państwa. Jakoś to będzie… Byle do wyborów… A potem się zobaczy. Najważniejsze to trwać u władzy. Ogólnie przetrwać. Mimo i przeciw wszystkiemu. Nawet jak wszystko się wali to nic nie szkodzi. Trzeba zachować kamienną twarz i być przekonanym o swej nieomylności. Nawet jak wokół narasta wrogość… nic to…nic nam nie grozi, póki są koledzy. A oni nie pozwolą zginąć. Jeśli ktokolwiek miał kiedykolwiek wątpliwości, w jaki sposób państwo traktuje swoich obywateli to to, co wydarzyło się w sejmie po głosowaniu nad wotum nieufności dla ministra infrastruktury powinno go raz na zawsze pozbawić wszelkich złudzeń. To nie państwo jest dla obywateli, ale my dla niego. Już nic nie ma znaczenia, bo władza dla polityka jest najważniejsza. Celem samym w sobie. Nikt za nic nie odpowiada, bo trwanie u władzy jest sprawą priorytetową. I nawet jak błędy i wypaczenia widać gołym okiem to i tak dostanie się kwiaty o koleżanek posłanek. Trzy lata to niedługo, ale jednocześnie na tyle długo by coś zrobić… czegoś dokonać żeby przynajmniej nie było gorzej. A gdy nieudolność widać gołym okiem nie można tłumaczyć, że jest źle, ale jak ministrowi da się szansę to będzie lepiej. Powinno być tak, że jak ktoś deklaruje, że się na czymś zna, jeśli przyjmuje na siebie odpowiedzialność, to powinno być widać efekty wymierne jego działania już po trzech latach.  A teraz mamy sytuację, w której trzyletnie rządy są za krótkie by cokolwiek zmienić. Może niech sejm wprowadzi dziesięcioletnią kadencję rządu. Może wtedy uda się coś w tym czasie dokonać. Choć i w to wątpię z doświadczenia.

 

Dwadzieścia lat to większość mojego życia. Ale nie dla państwa. Dla niego to tylko chwilka. Jeśli przez ten czas nic – lub bardzo niewiele – się zmieniło, to mogę mieć przypuszczenie, graniczące z pewnością, że i tak nic już się nie zmieni. Bałagan na kolei jak był, tak będzie. Zapaść w służbie zdrowia będzie. Nic nie zmieni się w ilości i jakości dróg czy autostrad. Bezrobocie pozostanie. Ale bogactwo jednych i bieda innych – tak to zawsze będzie rosnąć. Bo takie jest państwo. Ono dba tylko o tych, którzy je tworzą. Bo większość tylko na nie pracuje. Jeśli ja w pracy mam coś wykonać to zazwyczaj na wykonanie tego zadania dostaję określony termin.  A jak się z niego nie wywiążę, to mój pracodawca nie udaje się do mnie z kwiatami. Jak coś zawalę to obrywam. Jasne, że staram się tłumaczyć, zwalając winę na obiektywne czynniki, które nie pozwoliły mi wykonać zadania. Ale jeszcze się nie zdarzyło żebym nie poniósł konsekwencji. Będąc politykiem mogę być spokojny o swój los, bo zawsze znajdą się partyjni koledzy, którzy nie dadzą mi zginąć. Zawsze można przecież przegłosować, że jest inaczej niż widać to w rzeczywistości. – Czy kwiaty, które zostały wręczone ministrowi Grabarczykowi, są od pasażerów, którym nie udało się wsiąść do pociągu pierwszego i drugiego stycznia, czy od grup, które protestują wobec zaniechania realizacji programu drogowego – dociekał poseł z opozycji? Dobre pytanie. – Chciałem złożyć wniosek formalny o przerwę i zwołanie Konwentu Seniorów w związku z pierwszym – w ciągu trzech lat – sukcesem pana ministra Grabarczyka. Chciałem zasugerować, aby Wysoka Izba, wzorem filmu Miś Stanisława Barei, ogłosiła ten dzień, to wielkie święto, Dniem Pieszego Pasażera – oświadczył w sejmie inny poseł po głosowaniu nad wotum nieufności dla ministra infrastruktury. Sam się sobie dziwię, bo z tym parlamentarzystą stale się nie zgadzam, ale chyba nie ująłbym tego lepiej. Mam wrażenie, że lata płyną a my ciągle rozmawiamy o tym samym. Wygląda na to, że u nas jest tak jak mówiła pewna pani posłanka. – Dlatego, że ja potrafię pracować dobrze. Potrafię coś tam, coś tam…