dziennik pesymistyczny

Prawo do własnych poglądów

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

– Nie podzielam twoich poglądów, ale oddałbym życie za twoje prawo do ich głoszenia – tak mi się dziś przypomniało to zdanie zaczerpnięte z Woltera, gdy słuchałem przemówienia prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej, który musiał zaczynać swoje zdanie dwukrotnie. Dlaczego tak się stało? Ano dlatego, że buczenie, gwizdy i okrzyki: – Niech żyje Jaruzelski, twój brat – towarzyszyły przemówieniu prezydenta podczas obchodów czterdziestej rocznicy tragicznych wydarzeń w grudniu 1970 roku na Wybrzeżu. Ja rozumiem, nie wszyscy są przychylni prezydentowi. Mają też związane z nim pewne emocje. Ale zdecydowanie nie było to miejsce do ich wyrażania i to w takiej formie. Każdy ma własne zdanie i każdy ma prawo je głosić, ale jak widać nie wszyscy w Polsce są tego prawa godni. Wolność wypowiedzi czasami jest ograniczana, bo zawsze znajdzie się grupa ludzi, która uważa, że tylko oni mają świętą rację. Uważają oni, że posiadają taki szczególny monopol na prawdę.  A każdy, kto nie podziela ich poglądów jest automatycznie niegodny możliwości swobodnego wypowiadania się i w związku z tym można go bezkarnie obrażać. To niesamowite jak w ludziach, którzy każdego dnia przekonują o swoim patriotyzmie, uwielbieniu narodu i państwa oraz o swych chrześcijańskich wartościach jest tak mało poszanowania dla tego właśnie państwa, gdy na jego czele stoi ktoś inny niż oni by sobie życzyli. Wygląda to mnie więcej tak, że każdy ma prawo do swobodnego wyrażania poglądów z tym tylko zastrzeżeniem, że osoba ta mówi dokładnie to, co ci ludzie chcą usłyszeć.

 

W lokalnym tygodniku przeczytałem felieton, w którym jego autor wyraził swe wielkie oburzenie na pewnego dziennikarza telewizyjnej „dwójki”, który ośmielił się zaprosić do programu byłego prezydenta RP Wojciecha Jaruzelskiego. „Było obrzydliwie, było przerażająco. To, że po raz kolejny dano generałowi robić Polakom wodę z mózgu i wygłaszać te swoje brednie…” – przekonuje czytelników felietonista. I co? Mógł to spokojnie napisać a gazeta to spokojnie wydrukowała. Ale felietonista gazety sam w swym tekście zabrania innym dziennikarzom wygłaszania własnych poglądów oraz zapraszania do własnego programu telewizyjnego takich gości, na jakich mają ochotę. „Tak więc powoli, ale konsekwentnie dochodzimy do dziennikarskich standardów Białorusi i Rosji” – dodaje felietonista. Czyli w Polsce, w państwowej telewizji, powinna stać się standardem selekcja tematów? Bardzo ciekawa opinia po dwudziestu latach wolnej Polski i wolności słowa w Rzeczpospolitej. Ja jakoś nie zauważyłem przewagi wypowiedzi generała w telewizji nad prezentowanymi opiniami ludzi mu nieprzychylnych czy wręcz mu wrogich. Moim zdaniem świat tak jednostronny, w którym Jaruzelskiemu nie wolno byłoby się wypowiadać w telewizji bliższy jest zdecydowanie tym standardom, których autor felietonu się tak bardzo obawia. Więc dopóki mogę… pozwolę sobie mieć inne zdanie. Wiem, że dla niektórych paradoksem jest, że generał korzysta z wolności słowa, z którą tak skutecznie walczył, ale właśnie tak powinno być. Bo jeśli miałoby być inaczej to, po co było cokolwiek zmieniać od jego rządów?

dziennik pesymistyczny

Wolność iluzoryczna

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jakie jest to państwo, które mnie otacza? Nijakie. Bo jak można oceniać kogoś, kogo ogląda się tylko odwróconego plecami. Mam wrażenie, że znam tylko moje państwo z telewizji oraz z nakazów płatności podatków. Moje państwo odwróciło się do mnie tyłem.  Państwo to wszystko, co mnie otacza. To politycy zaklęci w wiecznym i nieprzerwanym sporze o rzeczy, które z rzeczywistością ulicy i szarego człowieka nie mają wiele wspólnego. Oni rozmawiają i dyskutują a ja oglądam ich w telewizji i coraz bardziej mam wrażenie, że to nie jest rzeczywiste. Że są to tylko aktorzy grający w sztuce dla widowni, czyli nas wyborców. Państwo to urzędnicy administrujący państwem tak, aby przetrwało, jako instytucja, dla której obywatele są tylko tłem oraz tymi, którzy wszystko to finansują. Przestaję wierzyć a właściwie powoli pozbywam się złudzeń, że to wszystko, co dzieje się na tej scenie politycznej jest czynione dla mnie. Jest państwo ze swoimi urzędnikami. Dalej są ci, którzy na współpracy z państwem się bogacą. Biznes polski to klasyczny przykład bogacenia się za wszelką cenę bez oglądania się na innych. A jeśli są nawet przykłady, że jest inaczej to jest ich tak mało, że w zasadzie są tylko wyjątkami potwierdzającymi regułę. Mija dwadzieścia lat nowej Polski, a ja wciąż mam wrażenie ze za kolejne dwadzieścia lat będzie tak samo, jeśli nie gorzej. Ja wiem, bo pamiętam… kiedyś było gorzej, ale to nie znaczy, że jak teraz mogę powiedzieć, że jest źle i jak mogę o tym napisać, to osiągam przez to pełną wolność. Nie można osiągać wolności w państwowej rzeczywistości bez pieniędzy a przy pensjach minimalnych i ciągłych podwyżkach cen… wolność jest raczej iluzoryczna.

 

Dlaczego ja znam z imienia i nazwiska ministra infrastruktury? Wolałbym nie wiedzieć, kim jest ten pan. Nie rozpoznawać jego twarzy. Wolałbym wiedzieć, że jest ktoś taki jak minister od dróg i komunikacji i że jest on dobrym urzędnikiem, bo nie ma żadnych kłopotów z podróżowaniem po kraju. Wolałbym działanie a nie informowanie o tym, że działanie ma być. Od miesięcy słyszę o katastrofie samolotu rządowego i oglądam żenujące sceny z udziałem polityków, którzy oskarżają się wzajemnie o odpowiedzialność za tragiczny lot. A ja chciałbym wiedzieć ze stuprocentową pewnością, że niezawisła prokuratura rzeczowa zbada sprawę wypadku, a niezawisły sąd wyda sprawiedliwy wyrok, jeśli ktoś za to rzeczywiście był odpowiedzialny. Bo jeśli mam mieć do państwa zaufanie to w tej sprawie nie mogę mieć żadnych wątpliwości. Bo jeśli to już nie jest polska a rossyja – jak chcą niektórzy – to, dlaczego ja nadal płacę podatki! Jeśli ktoś wmawia mi, i przekonuje mnie, żebym nie ufał rządowi, sądom i prokuraturze w sprawie katastrofy smoleńskiej to mówi mi, że nie powinienem wierzyć w to państwo. Jak jednocześnie można być czynnym politykiem państwa, kandydować do jego struktur i nie wierzyć w jego instytucje?  A jak widać czynnym politykom wcale to nie przeszkadza. Całe to zamieszanie jest tylko zamieszaniem. Niczym więcej. Państwo to samonapędzająca się maszyna. Niewydolna, ale bardzo trwała i kosztowna. Działająca tylko dla siebie i dla tych, którym zapewnia ochronę interesów.  Szary obywatel stanowi dla państwa tylko strefę zarobkowania. Nic więcej.

 

Oglądam w telewizji sceny strajków i demonstracji z Aten. I zastanawiam się czy i kiedy będzie tak u nas. Kiedy usłyszę znów, że jest kolejny kryzys, za który nie odpowiada rząd i państwowe instytucje? Jestem pewien, że to tylko kwestia czasu, kiedy znów usłyszę, że konieczne są kolejne oszczędności.  Że konieczna jest na przykład drastyczna reforma prawa pracy obejmująca m.in. kolejne redukcje płac. Że nie ma, co liczyć na emeryturę zapewnioną przez państwo, na którą zbieram już z nakazu państwa pieniądze wiele lat. Jeśli ten ustrój gospodarczy jest najlepszy to, dlaczego jest tak źle? Grecja, Portugalia, Irlandia… kto następny? A słyszę też, że za to tak do końca nikt nie ponosi odpowiedzialności. Na pewno nie politycy. I u nas z całkowitą pewnością też tak będzie. Nikt nie będzie odpowiedzialny. A zapłaci zwykły człowiek. W Atenach tłum wykrzykuje „Złodzieje! Wstydźcie się!”. A ja już wiem, że nikt nigdy nie będzie się wstydził. Bo państwo nie zna uczucia wstydu.

dziennik pesymistyczny

Oszczędność pozorowana

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

-Kto wyrzuca całkiem dobre koperty! – grzmiał mój ówczesny pracodawca – przecież można je jeszcze raz wykorzystać! Należy zaznaczyć, że chodziło o takie koperty, w których dostawaliśmy korespondencję. A więc takie, na których ktoś napisał adres naszej firmy i nakleił stosowny znaczek. Zgodnie z sugestią naszego szefa powinno się te koperty wykorzystać raz jeszcze. I wcale nie chodziło tu o jakieś działania proekologiczne, ale zwykłą oszczędność. Przecież można – jak nakazywał nam pracodawca – zamazać stary adres i napisać nowy. I w ten sposób oszczędzaliśmy kilka złotych miesięcznie narażając się na kpiny tych, do których te koperty wielokrotnego użytku docierały. Inny mój pracodawca wpadł na jeszcze inny pomysł oszczędności. – Każdy przecież ma w domu jakiś długopis. Niech go przyniesie do pracy i nim pisze – zaordynował kurację oszczędnościową. I tak w prosty sposób rozwiązał potrzebę zakupy przyborów do pisania.

 

Władza, która jest mi geograficznie najbliższa pewnego razu postanowiła pochylić się z troską nad parkiem miejskim. Wydał on się włodarzom mojego grodu jakiś taki nieprzystający do naszych czasów. Dlatego po burzliwej debacie postanowili oni nie szczędząc sił i środków coś z tym parkiem zrobić. Całe to odwieczne już prawie nieuporządkowanie ogrodu miejskiego nie licowało z powagą nowego patrona głównej alei. Nie mogło przecież tak być, żeby ludność chodziła po asfalcie, który pozostał z czasów minionych. Przecież główna aleja nazwana jest od niedawna na sześć biskupa. No przecież to nie przystoi. Dlatego musiały przyjść i przyszły wielkie zmiany w miejskiej zieleni. Park otoczono parkanem, a za nim uwijali się przez kilka miesięcy robotnicy. Prace rewitalizacyjne w parku zakończyły się przed kilkoma tygodniami. Lokalna gazeta donosiła i można to też było sprawdzić empirycznie, że nawierzchnia alejek nie spełnia pokładanych w niej oczekiwań. Odkształcała się od nacisku butów przechodniów. Niszczyły ja rowery oraz samochody służb oczyszczania miasta, które od czasu do czasu poruszały się po parkowych uliczkach. Producentka nawierzchni w rozmowie z gazetą informowała, że to z powodu oszczędności, które poczynił inwestor, czyli magistrat. Po prostu do wykonania nawierzchni alejek użyto za mało materiału. Grubość nawierzchni alejek ma jeden centymetr, a żeby wszystko było dobrze i zgodnie z normami producenta, centymetrów powinno być od trzech do czterech. Magistrat postanowił jednak oszczędzać.

 

Oszczędzają bogaci i nam się opłaci – głosi znana maksyma. Ale często jest tak, że oszczędzamy na tym, co i tak nam się w szerszym rozrachunku nie opłaca. Czy nawierzchnia parkowych alejek po takich oszczędnościach nie rozpadnie się? Pewnie tak i znów trzeba wydać pieniądze na jej remont. Zastanawiam się czy w ramach oszczędności magistrat nie wpadnie na pomysł alejek ekologicznych i oszczędnych tak dalece, że bez nawierzchni po prostu. Gruntowe alejki. To dopiero byłaby oszczędność!

 

dziennik pesymistyczny

Bezczelność

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Od kilku dni obserwuję dyskusję w mediach na temat bezczelności i tego, że to właśnie słowo, jest dla niektórych bardzo obraźliwe. Ale chyba w tym sporze nie powinno chodzić o czystą semantykę słowa „ bezczelność”, ale o to czy powinienem się czuć zagrożony przez moje własne państwo. O to, czy nadal mam prawo wypowiadać się swobodnie nie obawiając się o własne życie. Na jednej ze stron internetowych znalazłem wypowiedź pewnej wdowy: – W czasie wysłuchania publicznego w Brukseli, gdzie jedną z osób referujących była moja córka, po jej wystąpieniu europoseł, były prezydent Litwy, Vytautas Landsbergis powiedział do niej „Pani życie jest zagrożone, proszę uważać, jadąc samochodem”. Zapytałam premiera, czy taka sytuacja jest możliwa. Wtedy usłyszałam, że moje pytanie jest bezczelne” – relacjonowała ta pani rozmowę z premierem. Nie było mnie tam. Wszystko, co wiem opieram na tym, co usłyszałem w radiu, telewizji czy wyczytałem w prasie.  I jeśli to, co zacytowałem jest prawdziwe to ja z całą pewnością zareagowałbym jak premier. Bo jeśli ktoś by mnie zapytał czy zamierzam kogoś zamordować lub będę do tego podżegał to też bym powiedział, że takie insynuacje są, co najmniej bezczelne. Ale może ja się mylę i jestem wielce naiwny.

Nie należę do wielbicieli państwa – jako wszechpotężnej instytucji – ale jakoś trudno mi sobie wyobrazić, w obecnej rzeczywistości, wielki spisek w celu wyeliminowania przeciwników politycznych poprzez zamachy terrorystyczne tylko dlatego, że ci ludzie mówią coś, co dla rządu jest niewygodne. A może, jak sugeruje były prezydent Litwy, w Polsce jednak jest tak, że jak ktoś głośno mówi o katastrofie smoleńskiej, to może obawiać się zamachu na swoje życie. Czyli ta garstka ludzi demonstrujących pod pałacem prezydenckim, która przy każdej sposobności chce wszystkich przekonać, że coś w tej smoleńskiej katastrofie było nie w porządku, jest chyba najbardziej zagrożoną wyginięciem grupą ludzi w Europie. Mam ambiwalentne uczucia. Bo jeśli jest tak jak sugeruje Vytautas Landsbergis i tym, którzy zadają trudne pytania rządowi grozi śmierć, to sytuacja jest wyjątkowo nieprzyjemna. Ale jeśli jest inaczej? Czyli najzupełniej normalnie i bezpiecznie. Przy pewnych, nawet niemałych zastrzeżeniach, co do tego rządu i tego państwa liczę, że nadal można tu, przynajmniej mówić, co się chce, jeśli zrobimy takie zastrzeżenie, to wypowiedzi tego typu są zdecydowanie czymś bezczelnym. Czy były prezydent Litwy z racji pełnionych funkcji w Brukseli wie coś więcej, czego ja biedny szarak nie mam możliwości poznać? Jeśli tak to niech to ujawni i poprze dowodami. Bo to sugeruje, że państwo, w którym żyję może mnie zamordować, jeśli okażę się niewygodny. Nie ma w tym nic dziwnego, że chcę wiedzieć. Mam dość tej ciuciubabki. Tego ciągłego straszenia mnie. A jeśli to tylko insynuacje to jeszcze raz powtórzę: to czysta bezczelność. I powtarzanie takich słów też jest bezczelnością. Bez znaczenia, kto je wypowiada. I nie ma się, co obrażać. Bo bezczelność trudno inaczej nazwać jak bezczelnością. Ale jeśli jest inaczej? Bezczelność to, czy nie bezczelność – oto jest pytanie godne Hamleta.

dziennik pesymistyczny

Nic się nie stało

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Kiedyś podczas kolejnych zawodów w kopaniu piłki do bramek, które są dwie, doświadczyłem dziwnej ogólnokrajowej tendencji do wybaczania naszej narodowej reprezentacji kolejnych porażek.  Oni przegrywali kolejne mecze, a tłum kibiców śpiewał radośnie z niewielką tylko nutą żalu w głosach: chłopaki nic się nie stało, chłopaki nic się nie stało. Te słowa powinny stać się zapewne czymś więcej niż tylko stadionową przyśpiewką. Śmiało mogłyby kandydować do naszego narodowego hymnu. Jak uczy doświadczenie, te kilka słów łatwiej zapamiętać, niż nasz dotychczasowy hymn. I może dzięki temu prostemu zabiegowi niektórym politykom żyłoby się łatwiej, a już na pewno śpiewałoby się łatwiej. Nie przekręciłby słów narodowego hymnu były premier. Nie usłyszelibyśmy: z Polski do Wolski zamiast z ziemi włoskiej do Polski, – bo przecież każdy zapamiętałby tych kilka prostych słów wybaczenia: chłopaki nic się nie stało. To, że nic się nie dzieje i że nic się nie stało to ostatnio najpopularniejsze słowa, jakie wypowiada opozycja. – Rutynowa wizyta, w trakcie, której nic szczególnego się nie wydarzyło – w ten sposób prezes prawych i sprawiedliwych ocenił wizytę prezydenta Bronisława Komorowskiego w USA. – Wizyta prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa nie przyniosła Polsce nic ani w kwestiach gospodarczych, ani w sprawie Katynia, ani jeśli chodzi o wyjaśnianie spraw związanych z katastrofą smoleńską – tak ocenia pobyt prezydenta Federacji Rosyjskiej w Polsce prezes. Czyli klasycznie: chłopaki nic się nie stało. Bo przecież cokolwiek by się działo i cokolwiek by się wydarzyło to i tak w ocenie opozycji nic się nie stało. Odnoszę wrażenie, że nawet jakbyśmy nawet przyłączyli do Polski Rosję i Stany Zjednoczone to i tak nadal słyszałbym głosy: nic się takiego nie wydarzyło.

dziennik pesymistyczny

Gra w numerki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

– Gdzie jedziesz? Podwieziesz mnie do bidy? – usłyszałem głos za plecami, gdy podchodziłem do samochodu zaparkowanego przed biurem. Odwróciłem się i zobaczyłem dawno nie widzianego kolegę. – Pewnie, wsiadaj – odpowiedziałem. I nie musiałem pytać – co u ciebie, bo cel naszej wspólnej teraz podróży był dla mnie najzupełniej jasny i klarowny oraz zdradzał wszystko, co też nowego wydarzyło się u mojego przyjaciela. Już w samochodzie dowiedziałem się, że wybiera się do urzędu celem zarejestrowania się jako bezrobotny. Postanowiłem mu towarzyszyć i w ten sposób znalazłem się o poranku w powiatowym urzędzie pracy. Już u drzwi tej instytucji powitał nas nieprzebrany tłum petentów. Istne mrowie ludzkie kłębiło się na korytarzach i na schodach. Przedzieraliśmy się dzielnie przez to ludzkie zgromadzenie aż do pokoju, gdzie zgodnie z wiedzą mojego kolegi i przewodnika po zakamarkach urzędu, znajdował się pokój gdzie dokonywano rejestracji bezrobotnych.  Podczas tej przeprawy przez ludzkie morze nagle przypomniał mi się przeczytany kilka miesięcy temu artykuł w jednej z lokalnych gazet. – Obecnie w naszym mieście stopa bezrobocia wynosi ponad dwadzieścia dwa procent – przeczytałem wtedy w dzienniku a teraz już byłem pewien, że całe te dwadzieścia kilka procent razem z nami znajduje się w tym powiatowym urzędzie pracy.

Po chwili – dla mnie trwającej prawie wieczność – i po nadludzkim wysiłku przedzierania się przez tłum dotarliśmy do przedsionka pokoju, w którym mój przyjaciel miał dokonać swej rejestracji w systemie i w ten sposób osiągnąć status bezrobotnego. Pomieszczenie wyglądało jak poczekalnia na małym lotnisku. Rzędy plastikowych krzesełek. Wszystkie skierowane w stronę drzwi, nad którymi wisiała tablica świetlna. – Musimy mieć numerek – poinformował mnie znajomy. Dopiero teraz dostrzegłem terminal stojący niczym mały pomnik przed rzędem krzeseł. Zbliżyliśmy się do urządzenia i przeczytaliśmy wyświetlający się na nim napis: brak numerków! – No i po sprawie! Możemy wracać – skwitował smutno mój kolega. Dowiedziałem się, że to nie jest jego pierwszy raz w takiej sytuacji. On tak już od czterech dni i nigdy nie ma szczęścia w tej wirtualnej kolejce. Zawsze wyświetlacz urządzenia do wydawania numerków wita go smutną wiadomością: brak numerków. A jak wiadomo ci, co nie posiadają tych mitycznych numerków nie mogą się zarejestrować. Z rozmów z ludźmi oczekującymi w poczekalni dowiedzieliśmy się, że numerków to już nie ma od dawna. Zdziwiłem się, bo było dopiero przed godziną dziewiąta rano a urząd czynny jest od siódmej trzydzieści. Różna też była wiedza naszych współtowarzyszy oczekiwania na temat liczby wydanych przez automat numerków. Jedni – ci wśród petentów byli w większości – mówili, że jest ich tylko trzydzieści. Ale byli i tacy, którzy uważali, że jest ich ponad dwieście.  Tak czy inaczej mitycznych numerków nie było. A wiedza o tym jak je zdobyć była właśnie porównywalna do greckich mitów. Ktoś podobno widział je z samego rana. Jakiś pan, starszy wiekiem mówił, że on ma, ale przed zamkniętym urzędem pojawił się tuż po szóstej rano. Jakaś pani twierdziła, że numerki były… ale rano. Czyli ogólnie nikt nic nie wie.

Gdy chcesz się czegoś dowiedzieć to idziesz do informacji. I my też w swojej naiwności udaliśmy się do odpowiedniego pokoju, gdzie jak głosił napis na drzwiach udzielali informacji właśnie. W pokoju siedziała na fotelu za biurkiem urzędniczka trzymająca w jednej ręce kanapkę, a w drugiej kubek z herbatą. Ale jedyne, czego od niej się można było dowiedzieć to, to, że trzeba wrócić do pokoju, do którego wchodzi się właśnie z numerkami i tam zapytać. Wróciliśmy i nawet udało nam się wejść do tego pokoju. Co nie było łatwe, bo tłum chciał nas zlinczować za sam pomysł wejścia tam bez kolejki. Nie inaczej naród potraktował pewnego pana z dzieckiem na ręku.  – Chuj mnie to obchodzi, że przyszedłeś z dzieckiem. Tu się z dzieckiem nie przychodzi! – powiedziała pani z kolejki. Była to starsza pani, zapewne prywatnie, kochająca babcia swoich wnucząt.  Gdy się już kolega po wielu trudach dostał do pokoju w celu zaczerpnięcia ze źródła informacji dowiedział się, że wydano ponad dwieście numerków a obsługiwany jest trzydziesty któryś. – Niech sobie pan sam przekalkuluje czy opłaca się panu czekać – powiedziała urzędniczka. Nie czekaliśmy. Mój kolega przyjdzie tam znów jutro. Wieczorem naszła mnie taka refleksja. Czy nie dałoby się wzorem pewnego posła – który znalazł rozwiązanie jak nie wstępując do partii prawych i sprawiedliwych być w tej partii jednocześnie – zastosować podobne rozwiązanie wobec mojego państwa, które w taki sposób, jaki wiedziałem dziś rano traktuje swych najbardziej potrzebujących pomocy obywateli?  Socius et amicus populi Romani. Ta zaczerpnięta z rzymskiego prawa maksyma brzmiałaby mniej więcej tak: sprzymierzeniec i przyjaciel państwa polskiego. I tyle. Bo jakoś tak coraz bardziej o tym państwie nie mogę powiedzieć: moje.

dziennik pesymistyczny

Groźba ujawnienia prawdy to nie szantaż

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zaciekawiła mnie króciutka notatka, jaką wyczytałem w lokalnym wydaniu Gazety Wyborczej. Dziennikarz informuje swych czytelników, że były wiceprezes pewnej miejskiej spółki nie szantażował prezydenta mojego prowincjonalnego miasta ujawnieniem nieprawidłowości w swej byłej firmie. Prokuratura uznała, że informacje, na które się powoływał, okazały się prawdziwe i w interesie społecznym było ich ujawnienie. Dlatego umorzyła postępowanie a decyzja nie jest prawomocna. Należałoby dodać, że notka została oparta na wypowiedzi rzecznika prokuratury okręgowej w moim mieście. A chodziło o śledztwo, które prokuratura prowadziła po doniesieniu prezydenta na swojego byłego podwładnego. Szef naszej lokalnej władzy zgłosił organom sprawiedliwości, że pewien pan, odwołany wiceprezes miejskiej spółki, zażądał przywrócenia go na stanowisko, strasząc, że ujawni wszem i wobec treść nagrań kompromitujących prezydenta, które nagrał podczas ich spotkania. Kiedy dziś rano rozmawiałam z kolegą o tym wydarzeniu oraz o umorzeniu śledztwa przez prokuraturę, mój znajomy skwitował to słowami: taka afera z taśmami prawdy, jakie miasto. Możliwe, że coś ma do tego wyjątkowość mojego grodu, ale mnie przecież zaciekawiło samo uzasadnienie decyzji.

Spróbujmy to zrozumieć. Pewien pan X nagrywa potajemnie własnego przełożonego by mieć coś na niego, co mu – w sytuacji zagrożenia jego posady – pomoże. Potem pan X zostaje zwolniony z pracy i nie szantażuje przełożonego – jak chce prokuratura- tylko informuje go, że jak nie powróci na posadę to ciemne sprawki swojego pryncypała ujawni opinii publicznej. I to jest najzupełniej legalne przy założeniu, że zdobył na swego szefa informacje prawdziwe. I wszystko to nie ma znamion przestępstwa. Albo jeszcze inaczej. Jeśli wiedziałbym i miał na to dowody, że mój znajomy zdradza żonę, a następnie zaproponowałbym bym mu, że jego małżonka nie dowie się o jego kochance, jeśli powiedzmy będzie mi fundował koniaczek, co wieczór, to w zasadzie przy założeniu, że ów znajomy naprawdę zdradza swą żonę wszystko byłoby w porządku i mój znajomy nie powinien mieć do mnie pretensji. Bo czyniłem tak w trosce o prawdę oraz działałem w dobrze pojętym interesie społecznym. Bo jak wiadomo, rodzina jest najwyższym dobrem społecznym. Jeśli kogoś „szantażujesz” prawdą to nie jest to już szantaż tylko działanie w dobrze pojętym interesie publicznym. Pomijam już fakt, że jeśli prokuratura uznała, że informacje, na które się powoływał ten były wiceprezes miejskiej spółki, okazały się prawdziwe i w interesie społecznym było ich ujawnienie to, dlaczego ja nadal nic o nich nie wiem. Wiem tylko, że śledztwo w sprawie tego niby szantażu, który szantażem okazał się nie być, zostało umorzone, bo to, czym szachowano prezydenta okazało się prawdą. Dla pewnej sprawiedliwości dobrze byłoby ujawnić tę prawdę o czynach prezydenta i to raczej przed, a nie dzień po wyborach.

dziennik pesymistyczny

Demokracja pieniądza

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Mam kłopot z demokracją. Ale nie z tą znaną ze słownikowej czy encyklopedycznej definicji. Ja mam kłopot z naszą demokracją w wersji upaństwowionej. Takiej opłacanej z budżetu. Takiej, gdzie w wyborach bierze udział tylko trzydzieści kilka procent uprawnionych do głosowania i to ci ludzi decydują, kto będzie nami władał. Demokracja to rządy ludu. To wie każdy. Ale czy nie jest to sytuacja, co najmniej dziwna, gdy lud nie bardzo chce rządzić?  Dlaczego nikt nie zadaje sobie pytania jak to się dzieje, że w Polsce frekwencja wyborcza nie przekracza pięćdziesięciu procent? Właściwie stale słyszę utyskiwania, że jest źle, ale jakoś tak nikt nie pali się do stwierdzenia, że wiarę w demokratyczne rządy w takim wydaniu, jakie mamy u nas, podziela tylko zdecydowana mniejszość.  W jednej z definicji demokracji znalazłem zdanie: źródło władzy stanowi wola większości obywateli. Ciekawe jak przyjąć sytuację, w której w moim mieście frekwencja w wyborach samorządowych najprawdopodobniej nie przekroczyła trzydziestu procent, ale i tak jest ona wyższa niż cztery lata temu, gdy w drugiej turze, ledwo przekroczyła dwadzieścia procent. Gdzie jest ta wola większości, jeśli tylko trzydzieści procent wybrało a ten, co został wybrany ma poparcie niewiele ponad sześćdziesięciu procent. Wola większości objawiła się raczej w tym, że wyborcy zostali w domu i nie głosowali. Jeśli siedemdziesiąt procent społeczeństwa mojego prowincjonalnego miasta nie widziało potrzeby uczestniczenia w tym obywatelskim przywileju i obowiązku – jak uwielbiają udział w wyborach nazywać media – to jest to raczej w pewnym sensie głosowanie przeciw. I naprawdę najwyższy czas zapytać tą zdecydowaną większość, dlaczego tak postępuje i czego chce. A widzę i słyszę, że dla tych ludzi politycy mają jedną odpowiedź: nie głosowaliście to teraz nie macie prawa nas krytykować.

 

Najważniejsze w wyborach jest to, że mamy kandydata, na którego zdecydowalibyśmy się ewentualnie oddać nasz głos. I raczej nie może to być tak, że głosujemy na tego, kto nam najbardziej odpowiada z tych, którzy nam w zupełności nie odpowiadają. Wielu z tych, co zostali w domach nie chciało wybierać między złym a jeszcze gorszym. Nie wierzę żeby coś wspólnego z demokracją miała zasada mniejszego zła w imię demokracji. Uważam, że jeśli nikt nie spełnia moich oczekiwań, ale zagłosuję, bo to jest obywatelski obowiązek, to nie jest to najlepsze rozwiązanie. W sejmie odbyła się kilka dni temu debata nad projektem platformy obywatelskiej w sprawie ograniczenia finansowania partii z budżetu. Była to chyba jedna z najbardziej burzliwych debat, jakie widział nasz parlament. Ale przecież nie ma się co dziwić. Przecież chodziło o pieniądze. Pieniądze na partie polityczne. A nie takie na przykład wydatki na szkolnictwo czy na opiekę zdrowotną. Ja popieram każdą inicjatywę, która prowadzi do rezygnacji przez polityków w tych trudnych czasach z ich przywileju sięgania po pieniądze z budżetu. Ale też nie miałem złudzeń jak się to wszystko zakończy. Wiedziałem, że nic z tego nie będzie. Pewien poseł prawych i sprawiedliwych mówił, że jego zdaniem rozstrzygając o ewentualnym obniżeniu subwencji posłowie stoją przed decyzją, „czy partie będą finansowane przez społeczeństwo i jemu będą służyć, czy przez biznes, choćby hazardowy”. Ciekawy pogląd. Wygląda na to, że bez finansowania partii politycznych nie będzie w Polsce demokracji. Jak widać po wyborach pan poseł żyje w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Jeśli jest tak dobrze to, dlaczego tak wielu wyborców zostało w domach? Jeśli tak dobrze finansowane z budżetu partie nie zdołały przekonać do siebie nawet połowy społeczeństwa to chyba to jednak źle wydane pieniądze. Mam taki pomysł. A może tak płacić za uczestnictwo w wyborach? To by się dopiero przyczyniło do rozwoju demokracji! Każdy po dwieście złotych za uczestnictwo w wyborach.  To dopiero byłaby prawdziwa demokracja. Jak płacimy za to żeby utrzymywać partie, to możemy też na podobnej zasadzie zacząć hodować wyborców? W końcu przecież od dawna wiadomo, że pieniądze są najważniejsze i bez nich nie ma prawdziwej demokracji.  

 

dziennik pesymistyczny

Za dużo śniegu…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Polska pod śniegiem – przeczytałem dziś rano na przesuwającym się przez ekran telewizora pasku. A że kolor paska sugerował, że to jakaś nadzwyczajna wiadomość zerwałem się z łóżka, aby sprawdzić czy jest tak źle jak sugerował ten alarmujący ton notatki. Za oknem spokojnie padał śnieg i daleko jeszcze było do tragedii. Za plecami słyszałem zaniepokojony głos telewizyjnego redaktora, który ogłaszał kolejne klęski związane z zimą. – Potężne kłopoty ze śniegiem na drogach, kolei i na lotniskach – oznajmił pan z telewizji. Faktycznie za oknem mogłem zobaczyć jak trwa wielka walka kierowcy z warunkami atmosferycznymi. Dla mnie to nic nowego. Odkąd tu mieszkam jeszcze nie zdarzyło się, aby administracja mojego domu tak od razu i z własnej inicjatywy zabrała się do odśnieżenia parkingu. Tam zimę zauważają tak koło stycznia i nic ich nie przekona, że jest inaczej. Na urzędnika nie ma rady. Jak nie zadzwonisz do nich i nie nakrzyczysz to nie ma, co liczyć, że sami z siebie coś zrobią. Za parkingiem jest miejska droga, ale niestety nie znalazła się w pierwszej grupie do odśnieżania. Dlatego jak już udało się kierowcy, którego obserwowałem, wydostać z zasypanego parkingu wjechał on na białą drogę i… tam znów się zakopał. Czyli jak zawsze. Jak co roku prawie.

Za oknem spokojnie i kojąco padał sobie śnieg. A w telewizji kolejny dziennikarz ogłaszał narodową tragedię.  – Pani kierowniczko, ja to wszystko rozumiem… Ja rozumiem, że wam jest zimno, ale jak jest zima to musi być zimno! Tak? Pani kierowniczko, takie jest odwieczne prawo natury! – przypomniało mi się zdanie z polskiej komedii. No tak! Jak jest zima to pada śnieg. I chyba nie jest to nic nowego i niespodziewanego w naszej strefie geograficznej. I dla mnie nie jest to niespodzianka. A jednak odnoszę wrażenie, że dla wielu jest to jakieś wielkie zaskoczenie, że jak jest zima to jest zimno i pada śnieg. Jak zrobi się biało to wszystkich to zdecydowanie zaskakuje.  Nie żeby mnie nie denerwowało to, że muszę przedzierać się do pracy przez zaspy. Ale pogodziłem się już ze swym losem. Ja wiem, że nie ma, co nawet odśnieżać samochodu, bo i tak nie wyjadę z parkingu pod blokiem. Ja wiem, że nie ma, co czekać na autobus, bo i tak się spóźni lub nie przyjedzie wcale. Bo jest zima. Wiem, że muszę ciepło się ubrać i brnąć do pracy piechotą przez nieodśnieżone chodniki. Bo u nas w mieście jest podstawowa zasada, że bardziej dba się o kierowców niż o pieszych. Ale o tym wiem, że jak jest zima to musi być zimno. I wiem, że nie ma, co liczyć na służby, bo one zawsze są zaskoczone. A może to nie zima zaskoczyła drogowców, bo oni za zawsze byli doskonale przygotowani, to po prostu spadło za dużo śniegu i tego się nikt nie spodziewał.

 

dziennik pesymistyczny

Prezenty i podatki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Dwóch rzeczy można być pewnym – podatków, czyli tego, że nam ich państwowi urzędnicy nie odpuszczą aż do śmierci oraz tego, że zgodnie z tradycją, choć jeden z naszych kanałów telewizyjnych, wyemituje w święta komedię Kevin sam w domu. Takie połączenie w jednym zdaniu świąt oraz podatków wcale nie jest przypadkowe. Bo jak wyczytałem w gazecie Dziennik Gazeta Prawna nasz Fiskus uważa, że dając komuś prezent świąteczny, przekazujemy mu darowiznę. Jeśli obdarujemy najbliższą rodzinę to nie jest do problem. Najbliższa rodzina nie musi płacić od naszych prezentów, czy jak woli Fiskus darowizny, podatku. Kłopot zaczyna się, gdy pod choinką chcemy położyć prezent dla kogoś, kto nie jest jeszcze naszą rodziną. Czyli jeśli kupię – zakładając, że mnie na to będzie stać – mojej dziewczynie raz na pięć lat nawet średniej klasy laptopa oraz dobry aparat fotograficzny to, jako bonus do prezentu gwarantuję jej równocześnie wizytę w urzędzie skarbowym. Pewnie jest to forma wspierania rodziny, bo w przypadku konkubinatu, coroczny prezent w postaci na przykład naszyjnika z pereł może być problemem. Dlatego choć jak powszechnie wiadomo najlepszym przyjacielem dziewczyny są brylanty, to trzeba bardzo uważać na ceny prezentów. I może lepiej nie kupować drogiego zegarka a coś znacznie tańszego. Bo jeśli jesteśmy szczodrzy oraz stali w uczuciach mając jedną partnerkę przez pięć lat, i swojej sympatii kupować będziemy przez te lata prezenty, których wartość w sumie przekroczy dziewięć tysięcy sześćset trzydzieści siedem złotych, to będzie ona musiała udać się do urzędu skarbowego i tam zgłosić wartości otrzymanych upominków oraz zapłacić stosowny podatek.

 

Mój znajomy opowiadał mi o pewnym przypadku ze swojego życia. Podczas wigilijnego wieczoru jego teść ogłosił, że ma on dla swej ukochanej córki – a żony mojego kolegi – specjalny prezent. Całą rodziną udali się, więc wigilijni goście do garażu gdzie czekał na małżonkę mojego kolegi nowiutki samochód. Zaskoczenie i radość była wielka. Prezent to przecież nie byle jaki. Ale jeszcze większe zaskoczenie spotkało mojego znajomego, gdy po powrocie do wigilijnego stołu znalazł swój prezent, który otrzymał z okazji świąt od swoich teściów. Żona dostała nowe auto, on otrzymał parę bardzo ładnych i praktycznych… skarpet. Mój przyjaciel miał trochę żalu. Coś go tam pod sercem ukłuło. Bo przecież skarpetki to nie samochód i trudno je porównywać, ale jak się teraz okazuje taki sposób obdarowania był pewnie głęboko przemyślany. Teściowie dając auto córce obdarowywali przecież swą najbliższą rodzinę, przez co była ona zwolniona z obowiązku zapłacenia podatku. A jak wiadomo, zięć to żadna rodzina, więc pewnie on dostał skarpety właśnie, dlatego, żeby nie musiał płacić podatku od darowizny. Czyli ktoś o nim pomyślał. Nie chodziło o to, że go – jako męża ich córki nie doceniano. Teściowie wszystko to zrobili dla jego dobra, aby nie miał od kłopotów z Fiskusem. Obowiązek zapłacenia podatku ominie tylko osoby z najbliższej rodziny, gdyż są zwolnione z podatku przy przekazywaniu darowizn. A on, jako zięć tylko, a nie bliska rodzina mógł być narażony na zapłacenie podatku.