dziennik pesymistyczny

Zapominalski

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Gdzie jest Jaś – usłyszałem zdenerwowany głos sąsiadki. – O cholera, taki jestem zalatany… zostawiłem go w samochodzie – doleciała do mnie odpowiedź jej męża. – Jak można zapomnieć o własnym dziecku! – sąsiadka krzyczała w ślad za swym małżonkiem, który przeskakując po kilka stopni pędził w dół klatki schodowej.  – Dzień dobry, uuuffff…zapomniałem zabrać dziecko z samochodu, wyobraża pan sobie…uuuuffff – rzucił mi zdyszany sąsiad w przelocie. – Zdarza się – odpowiedziałem. Faktycznie, co tu powiedzieć. Zdarza się. Gdy już wspiąłem się po schodach na swoje poddasze i wszedłem do mieszkania, postanowiłem sprawdzić, co tam się dzieje z małolatem uwięzionym przez rodzica w aucie.  Gdy wyjrzałem przez okno zobaczyłem jak mój znajomy próbuje uwolnić lekko spanikowanego dzieciaka z fotelika samochodowego. Dla usprawiedliwienia mojego sąsiada muszę dodać, że on swojego potomka, zostawił na parkingu przed blokiem na dosłownie kilka minut. Mijał mnie przecież na klatce schodowej… a jego roztargnienie uświadomiła mu żona, gdy tylko zobaczyła go w drzwiach wejściowych do mieszkania. Nie minęło więcej niż cztery – pięć minut. – Pięknie – powiedziałem sam do siebie patrząc na ojca przytulającego swoją pociechę. Czy można być takim zapominalskim? Oczywiście, że można. Jesteśmy tacy zabiegani i zaaferowani własnymi sprawami, że czasem zapominamy o całym bożym świecie. – Zdarza się – jak już powiedziałem mojemu sąsiadowi. Nawet najlepszym. I tym mniej lepszym. Pamiętam jak pewien mój znajomy opowiadał mi o tym, jak uszkodził swą własną nogę zapomniawszy zabrać ją spomiędzy drzwi samochodu a progu karoserii. Trzasnął w złości drzwiczkami pojazdu tak mocno, że prawie złamał kończynę. Sam sobie zrobił krzywdę. Wiem, że to niewiarygodne… ale jednak to autentyczne zdarzenie. Mnie się często zdarza wejść do kuchni i… zapomnieć, po co się tam udałem. Moja koleżanka z pracy notorycznie zapominała zatankować auto. Przypominała siebie o tej, dość ważnej czynności, gdy gdzieś daleko od domu czy od najbliższej stacji samochód zatrzymywał się z powodu braku paliwa.  Mnie kiedyś zdarzyło się zerwać z łóżka, umyć, ubrać, zjeść śniadanie – wszystko to w wielkim pośpiechu z powodu poczucia spóźnienia się do pracy…A gdy już stałem w drzwiach przypomniałem sobie, że jest sobota. I nie muszę iść do pracy. Dlatego spokojnie można powiedzieć, że to się zdarza. Jak w wierszu Tuwima: Był sobie słoń wielki – jak słoń. Zwał się ten słoń Tomasz Trąbalski. Wszystko, co miał, było jak słoń! Lecz straszny był Zapominalski.

dziennik pesymistyczny

Jednostka niczym

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Obserwując dyskusje nad kolejnymi zmianami w przepisach emerytalnych przypominałem sobie o moim znajomym, który czekał właśnie na ten dzień, w którym osiągnie ten upragniony przez niego wiek. Był już schorowany, ale jeszcze brakowało mu odpowiedniej liczby lat przepracowanych. Nie był jednak na tyle chory by w myśl przepisów państwowych dostać rentę. Liczył, więc na to, że odpocznie sobie na emeryturze. Takie miał on skromne marzenie, że już za pół roku przestanie przychodzić do pracy lub przynajmniej będzie miał możliwość wyboru czy chce nadal pracować czy może odda się innym zajęciom. Przez ostatnie lata pracy z nim, nie było dnia, by, choć raz nie wspomniał, że to już niedługo. Że już za kilka miesięcy. Każda dyskusja z nim na jakikolwiek temat schodziła w końcu na ten temat. Po prostu był bardzo zmęczony. Miał już dość, ale w myśl przepisów państwowych nie przysługiwała mu jeszcze emerytura. Musiał poczekać. Leczył się a dostęp do służby zdrowia jest, jaki jest, więc na każde badania czy wizytę u lekarza też musiał poczekać. Bo w naszym kraju trzeba nauczyć się cierpliwości. Nie można tak zwyczajnie iść do lekarza, bo u nas są zawsze przejściowe trudności, do których społeczeństwo musi się przyzwyczaić i przeczekać. Był więc cierpliwy. Płacił podatki i czekał. Liczył na to, że już za kilka miesięcy odpocznie po latach ciężkiej pracy. I co? I zmarł dwa miesiące, jeśli dobrze pamiętam, przed tą upragnioną datą, kiedy miał nabyć emerytalne uprawnienia. Nie doczekał. Całe życie odkładał teoretycznie na godziwą emeryturę, ale nie doczekał. Wczoraj przeczytałem w gazecie, że zmiany w systemie emerytalnym będą miały pozytywny wpływ na kondycję finansów publicznych. Tak podobno uważają pytani przez Polską Agencję Prasową ekonomiści. Dobrze. Ale czy będą miały taki wpływ miały na kondycję tych, którzy te emerytury dostają lub będą dostawać? Teoretycznie tak. Ale to tylko teoretyczne rozważania. Kilka lat temu podobne zapewnienia o długich wakacjach na wyspach kanaryjskich po przejściu na emeryturę słyszałem przy wprowadzaniu otwartych funduszy emerytalnych. I okazało się, że tamto nie było najlepszym rozwiązaniem. Teraz będzie lepsze. I pewnie to też nie jest ostateczne. W tej całej dyskusji nad zmianami bardzo mało jest człowieka, więcej jest finansów państwowych. Tak jakby jedno z drugim nie miało wiele wspólnego. Mnie nikt nie tłumaczy: nie bój się dostaniesz taka emeryturę, że nie będziesz się musiał o nic martwić. Raczej słyszę: nie licz na nic… dostaniesz grosze, bo państwo ma wieczne przejściowe trudności, ale płacić musisz, bo jesteś tego państwa obywatelem. Ja nie ma pewności czy cokolwiek dostanę. Nie mam pewności czy doczekam. Niczego nie jestem pewien. Poza podatkami oczywiście. – Proponujemy więc, aby równocześnie wprowadzić system dobrowolny, na początek dwa procent, potem trzy procent, a od 2017 roku cztery procent dodatkowego ubezpieczenia – tak mówi premier. Czyli rozumiem, że jeśli nie poradzę sobie sam, to nie mam co na nich liczyć? Coraz częściej odnoszę wrażenie, że jestem wykorzystywany, jako budulec i siła napędowa państwa, rozumianego jako zbiór urzędników. Mam pracować maksymalnie długo a potem szybko umrzeć, by nie obciążać finansów państwa. Już Majakowski pisał – Jednostka niczym,  jednostka bzdurą.

dziennik pesymistyczny

Przecież to niewiele, czyli domowa emigracja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się imię i nazwisko mojej koleżanki, z którą nie rozmawiałem już…no, będzie już z sześć lat. – O proszę. Jaka niespodzianka – pomyślałem. – Cześć – wykrzyczałem z nadzieją i zdziwieniem do słuchawki. Ale usłyszałem w odpowiedzi tylko trzaski charakterystyczne dla przypadkowego połączenia. – Halo, halo – krzyczałem. Ale nic to nie dało. Tylko trzaski, szumy i pikanie przypadkowo naciskanych klawiszy. Szkoda. Nie udało się. Oddzwoniłem, ale nie przyniosło to nic więcej. Numer był zajęty. Całe to wydarzenie skłoniło mnie do przemyśleń, ile to już lat minęło odkąd ostatni raz widziałem moją znajomą tak twarzą w twarz. Na żywo. Tak, to już z dziesięć lat! Potem rozmawialiśmy już tylko telefonicznie i to coraz rzadziej. Aż w końcu kilka lat temu kontakt zupełnie się urwał. A teraz ten telefon z innego czasu i zupełnie innej przestrzeni. Bo ona już przecież ponad dekadę mieszka w Norwegii. Niby nie tak daleko. Wystarczy wsiąść w samolot i już. Blisko. Ale czy na pewno. Przecież to nie jest na drugiej stronie ulicy. Nie w innej dzielnicy. Nie da się tak po prostu, po pracy, wyskoczyć na chwilę do niej, aby się spotkać i pogadać. Wyjechała za pracą. Za lepszym życiem. Tak jak bardzo wielu Polaków. To dobrze, że tak można, ale źle, że nas to tak bardzo podzieliło. Jakoś nie mogę zapomnieć o tym telefonie. To takie nierzeczywiste i bardzo dziwne, gdy ktoś pojawia się w twoim życiu tak niespodziewanie i tak po wielu latach. Nie dodzwoniłem się, więc wysłałem wiadomość tekstową. I co? I nic. Cisza. Może to całkowity przypadek. Może to tylko przypadkowy zestaw znaków wybrany w kieszeni jakiegoś Norwega czy Norweżki, którzy przez przypadek otrzymali od operatora numer telefoniczny mojej koleżanki, gdy ona z niego zrezygnowała. Ja w pamięci telefonu przechowuję wszystkie numery, jakie kiedykolwiek dostałem. Dlatego mnie się właśnie to nazwisko wyświetliło na aparacie. Taki wielki międzynarodowy zbieg okoliczności. Ale to zdarzenie uświadomiło mi jak niewielu mam znajomych tu blisko mnie. W moim mieście. Jak niewielu jest w moim życiu przyjaciół, którzy nie wyemigrowali. Uświadomiło mi jak czasami czuję się samotny. Jak bardzo mam poczucie, że to właśnie ja jestem na emigracji, bo jeśli ojczyzna to wszystko, co bliskie, to bardzo wiele osób z tej mojej ojczyzny przeniosło się za granicę.

 

Jest taka piosenka Jacka Kaczmarskiego zatytułowana Nasza Klasa. Ja też wzorem autora mogę zapytać, co się stało z moimi znajomymi i przyjaciółmi? Ich adresy to numery domów gdzieś w Londynie, Bracknell, gdzieś w Szkocji, na Islandii a nie w moim i ich rodzinnym mieście. Teraz jak chcę zadzwonić do kolegi czy koleżanki to wybieram dziesiątki cyfr na telefonie, bo przecież łączę się z Kanadą czy Hiszpanią. Jest dokładnie jak u Kaczmarskiego: Kaśka z Piotrkiem są w Kanadzie, bo tam mają perspektywy, Staszek w Stanach sobie radzi, Paweł do Paryża przywykł, (…) Za to Magda jest w Madrycie i wychodzi za Hiszpana, Maciek w grudniu stracił życie, gdy chodzili po mieszkaniach, Janusz, ten, co zawiść budził, że go każda fala niesie, Jest chirurgiem – leczy ludzi, ale brat mu się powiesił. Mijają lata a ta piosenka jest jakby coraz bardziej aktualna. Ja znam już tylko przyjaciół z widzenia… bo widuję ich na skypie. Znam ich tylko z liter na ekranie. Rozmawiamy poprzez maile. Przez łącza internetowe. Jesteśmy blisko, choć geograficznie tak daleko. – Już nie chłopcy, lecz mężczyźni. Już kobiety, nie dziewczyny, Młodość szybko się zabliźni, nie ma w tym niczyjej winy, Wszyscy są odpowiedzialni, wszyscy mają w życiu cele, Wszyscy w miarę są normalni, ale przecież to niewiele – słyszę w głowie powtarzające się słowa piosenki. I tak sobie myślę przeglądając książkę z numerami w moim telefonie, że znów nie mam się, z kim spotkać wieczorem, bo kolejny z przyjaciół wyjechał. Ma rację Jacek Kaczmarski:  Wszyscy w miarę są normalni, ale przecież to niewiele.

 

dziennik pesymistyczny

Istny tłumok, czyli porady dla pań posiadających służące

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Sylwester, przynajmniej dla mnie, to czas, w którym często powracam do czasów już minionych. Wspominam to, co się wydarzyło w moim życiu i w świecie mnie otaczającym podczas mijającego roku. Podsumowuję po prostu. Gdy przeszukiwałem swoją domową biblioteczkę poszukując inspiracji w dziedzinie kulinariów natrafiłem na książkę kucharską z dawnych lat. Miałem przygotować sałatkę na dzisiejszy wieczór i brakowało mi pomysłów. A gdzie ich miałem szukać jak nie w książkach kucharskich. Mam ich kilka, ale sam nie wiem, dlaczego najbardziej zainteresowała mnie dziś ta, która jest w moim zbiorze najstarsza. Nie jakaś starodawna sprzed kilku wieków, ale swoje lata już ma. Alina Gniewkowska „Współczesna kuchnia domowa’, Wydawnictwo E. Kuthana Warszawa – Kraków. Przeczytałem na okładce. Przekartkowałem księgę, ale pierwszy z brzegu przepis już mnie zniechęcił. Bo to i ilości produktów potrzebnych do przyrządzenia potrawy nie przystają już do naszych czasów oraz tak ogólnie za tłusto to wszystko wyglądało. I pewnie tak by smakowało. A przecież teraz wszystko ma być light. Dlatego nie widziałem szansy na skorzystanie z tych przepisów… Ale pod koniec książki znalazłem coś bardzo ciekawego, rozdział zatytułowany: Przypomnienia dla gospodyń. I teraz jego fragment pozwolę sobie zacytować: Teraz maleńka uwaga dla Pań, które są o tyle szczęśliwe, że w dzisiejszych ciężkich czasach mają służące. Pani powinna dbać o to, by służąca miała to, co jej się należy, starać się o to, żeby miała zaufanie do swej Pani, gdyż to ją od złego może uchronić. Jeśli nie umie czytać, nauczyć ją, wybierać jej książki interesujące, z których będzie jakiś pożytek. Wytłumaczyć jej, że życie nie jest igraszką, że i ona jest do tego stworzona, by mieć kiedyś swoje domowe ognisko, że powinna się nauczyć oszczędności, dać jej wskazówki i rady, jak zarobionym groszem obracać, radzić jej, ażeby sobie po trochu sprawiła bieliznę, a później o „łachach” myślała. Dbać o to, żeby dziewczyna była czysta, nie żałować jej mydła do prania. (…) podając do stołu dziewczyna powinna się przyczesać i nałożyć fartuch, a tym bardziej, jeśli są goście. Bardzo często widziałam, że Panie nie bardzo zwracają uwagę na swoje służące i nieraz w zamożnych domach służąca wchodzi do pokoju jak istny „ tłumok”, nie wie, jak się podaje do stołu, palta podać nie umie etc. No tak… tyle z książki… jak to wiele się zmieniło…  może znów się zmienia… I znów stanie się to aktualne. Znów są ciężkie czasy, a niektóre Panie posiadają służące.

dziennik pesymistyczny

Romantyzm biznesu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

– Musimy się wszyscy w tym nadchodzącym roku porządnie zabrać do roboty – usłyszałem zza niedomkniętych drzwi głos wielce natchniony. To przemawiał pewien manager do zespołu sprzedaży, którym kierował z woli właścicieli firmy. – Przecież wszyscy przychodzimy tu by zarabiać pieniądze dla naszych rodzin. Dlatego musimy jako zespół połączyć nasze siły, zjednoczyć się w wysiłkach, aby firma osiągnęła sukces na naszym lokalnym jakże trudnym rynku. Bo jeśli nasza firma będzie odnosić sukcesy to i wy będziecie więcej zarabiać. A przecież dobro waszych rodzin i waszych dzieci na pewno najbardziej leży wam na sercu. Pieniądze, które tu w trudzie i znoju zarobicie zapewnią przecież dobrobyt waszych rodzinom. A to jest dla was na pewno ważne – kontynuował natchnioną przemowę pan kierownik. Stałem na korytarzu. Wiem, że to nie ładnie tak podsłuchiwać. Ale właśnie miałem zapukać… Już palec prawie dotykał drzwi… ale jakoś tak nie chciałem przeszkadzać i z tej tylko przyczyny… no i może trochę z ciekawości stałem tak w zawieszeniu i słuchałem natchnionego głosu managera który wygłaszał motywująca przemowę do swych podwładnych. A padło za tymi drzwiami jeszcze wiele słów wzniosłych i o wielkim ciężarze emocjonalnym. Ten człowiek interesu na kierowniczym stanowisku przemawiał niczym ksiądz z ambony do swych parafian zgromadzonych w świątyni. Było w przemówieniu i o Bogu, o chrześcijańskich tradycjach naszego narodu, o tym że praca uszlachetnia, o tym że wszystkim jest teraz ciężko, o tym że będzie zdecydowanie lepiej choć teraz jest trudno, o tym że, nie ma w zespole miejsca dla tych, co nie chcą ciężko pracować dla wspólnego dobra oraz o tym, że trzeba wierzyć, że będzie lepiej. Nie zabrakło też słów o tym, że jeśli ktoś potrzebuje pomocy – nie dając sobie rady na trudnym rynku – to może się zwrócić do niego, do swojego kierownika, a on mu wszelkiej pomocy udzieli. Wyprostuje ścieżki jego, że tak powiem, bo mi się tak dziwnie skojarzyło. Wspomniał też o tym, że firma teraz nie może podwyższyć płac, bo jej na to nie stać… ale jak tylko wszyscy uczciwie zabiorą się do roboty, to w przyszłym roku jest pewna szansa na to ze może będą oni (pracownicy) zarabiać więcej. Ale o ile więcej nie powiedział. Nie wiem jak pracownicy tej firmy handlowej z branży motoryzacyjnej, ale ja się wzruszyłem i poczułem zapał do wytężonej pracy. Bo to takie wielce motywujące słowa tam padły z ust menagera. Mówca nie zapomniał też wspomnieć o tym, że cały zespół buduje potęgę spółki. O tym, że firma to druga rodzina. Że wszyscy powinni się wspierać w dążeniu do celu jakim jest sukces firmy. A ja w jakiś cudowny sposób spod tych drzwi przeniosłem się myślami w czasy dzieciństwa. – Budowaliśmy, budowaliśmy aż zbudowaliśmy… hurra – usłyszałem w głowie przemówienie Kiwaczka z pewnej rosyjskiej bajki dla dzieci. Pomyślałem sobie… przyjdę później. Nie będę przeszkadzał. Niech mówi. A oni – pracownicy – niech słuchają.  Niech ich ogarnie romantyzm polskiego biznesu.

dziennik pesymistyczny

Słuszną linię ma nasza władza

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Dość już narzekania że nasz naród nie daje rady w odwiecznej rywalizacji z innymi nacjami! Teraz nikt nie powie, że Polak nie potrafi… A w zasadzie Polka i Polak nie potrafią. A tak po prawdzie to dwóch Polaków i jedna Polaka… No, tak chyba będzie najwłaściwiej. Ale wystarczy już tych wstępów. Do rzeczy. Urodziły nam się w naszym cudownym – to znaczy znanym z cudów – kraju nad Wisłą dwojaczki. Ale nie takie zwykłe bliźniaki jak na zgniłym zachodzie czy innej Ameryce! U nas narodziły się takie dzieciątka co to mają jedna mamę, co jest oczywiste, ale do tego mają dwóch ojców! Pierwszym jest eks-mąż matki, drugim jej obecny konkubent. To siódmy taki opisany przypadek na świecie! Więc Polak potrafi! Zadziwiona Europa, cudów dokonują ręce robotnika oraz chłopa – że pozwolę sobie na cytat z filmu Alternatywy 4. Z tym tylko zastrzeżeniem, że tego cudu „chłopy” nie dokonały rękoma, ale czymś zgoła innym. Tak czy inaczej wielkie są dokonana naszej narodowej siły witalnej skrywanej w lędźwiach Polaków. Profesor Ewa Bartnik z Instytut Genetyki i Biotechnologii Uniwersytetu Warszawskiego w telewizji TVN 24 przyznała, że do tego rodzaju zapłodnień dochodzi nadzwyczaj rzadko. Pani naukowiec stwierdziła, że poza Polską znane jej są tylko trzy takie przypadki – z Chin, Turcji i Stanów Zjednoczonych. Czyli dołączyliśmy do światowej czołówki w tej dziedzinie. – Strasznie Państwa przepraszam, ale przed chwileczką dostałem wiadomość, ze szpitala żona urodziła syna, chłopak, więc chciałem żonie – kwiaty, a maleństwu na przywitanie tego świata jakiś bilet na dobrą wróżbę… Pozwolą Państwo? – rzekł pewien Miś w komedii Stanisława Barei. Teraz trzeba by maleństwom, nie jeden bilet, ale tak z dwa przynajmniej! Albo i samolot? A furę to już na pewno. Może pan premier powinien się z matką i ojcami spotkać? Ale jakoś o tym nic się słychać. Takie osiągniecie na skale światową a tu nic. Rząd milczy! I jest to skandaliczny skandal – że odwołam się do słów  klasyka. Przecież ten cud narodzin bliźniaków z dwóch ojców jest naszym wielkim zwycięstwem! On odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To są narodziny na skalę naszych możliwości. Ty wiesz, Drogi Czytelniku co my robimy tymi cudownymi narodzinami? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo i nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to bliźniaki z dwóch ojców i jednej matki! A nie wszędzie się to zdarza. Pani profesor w telewizji dodała też, że nie tylko dwojaczki mogą mieć dwóch ojców, ale także trojaczki. – Nie jest powiedziane, że takich przypadków nie ma. (…) Teoretycznie jest to możliwe. Czyli naprawdę nie jest to nasze ostanie słowo w tej dziedzinie! Słuszną linię ma nasza władza. I nagle sobie uświadomiłem, że my nie możemy tak tego promować… Bo przecież pani matka mogła mieć dwóch partnerów w czasie owulacji, albo któregoś z nich jeszcze przed jajeczkowaniem. A to przecież nie po katolicku! Dwóch panów i jedna pani! Toż to nie po bożemu! No i znów nici z promocji Polski na świecie… Szkoda.

dziennik pesymistyczny

Ręka w rękę po wyższe ceny

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 30

To ta wredna niewidzialna ręka rynku co kilka dni zmienia ceny na stacjach benzynowych na coraz to wyższe. Ten ukrywający się silnoręki, robi to zapewne pospołu z podstępnymi wewnętrznymi mechanizmami funkcjonowania gospodarki. Te czynniki od nikogo niezależne tak się na nas ostatnio uparły, że co rusz sprowadzają na nas podwyżki. Czy Ciebie drogi Czytelniku nie dziwi, że za wszystkie te skoki cenowe tak naprawdę nikt konkretnie nie odpowiada? Nie ma winnych są tylko zadziwieni. Nie ma winnych są tylko zaskoczeni. A wszystkim sterują duchy wolnego rynku. Nikt na tym nie zarabia, przynajmniej teoretycznie, tylko to się jakoś tak samo z siebie dzieje. Bo przecież każda podwyżka cen jest podyktowana ogólną sytuacją na rynku. – Kto to widział żeby cena za litr paliwa wynosiła prawie pięć złotych – żalił się tak do wszystkich i do nikogo konkretnego pewien kierowca na stacji benzynowej? – Jeszcze nie widziałem, ale pewnie zobaczę… i te pięć złotych… i sześć złotych za litr też pewnie niedługo zobaczę – odpowiedział mu drugi z kierowców w kolejce do dystrybutora. – I kto za to odpowiada? – starał się znaleźć winnego ten pierwszy. – Nikt, to rynek sam to reguluje. Cena ropy na świecie wzrosła – starał się wyjaśnić ten drugi. – Trzeba płakać i płacić, co pan zrobisz… jeździć trzeba – wyraził swą wielce pesymistyczną opinię kolejny kierowca.  Tankując auto tak się zastanawiałem nad tym, że równie dobrze można tę niewidzialną rękę rynku uczynić odpowiedzialną za wszystko. Za wszelkie trudności i kłopoty, które nas spotykają w gospodarce. Za obniżkę realnych wynagrodzeń nie odpowiada nikt i nic, poza ogólną sytuacją na rynku pracy. Za podwyżki cen paliw – już wyjaśniłem – że nikt nie odpowiada poza duchem i tymi, co tam w dalekich krajach tę ropę z ziemi wydobywają. Za podwyżki cen gazu czy elektryczności też nie ma odpowiedzialnych, bo przecież praw ekonomii nie można przekonać do zaniechania podwyżek. Jeśli cena węgla kamiennego wzrośnie próżno szukać winnego, bo to przecież niczyja wina. Jak chleb, masło, czy mleko w sklepie zaskoczą nas swoimi cenami to winić trzeba … no może tylko wyższe ceny prądu i paliwa.
I kółko się zamyka. A za wyższy Vat? Oczywiście odpowiedzialna jest ogólna sytuacja w państwowych finansach. Dodatkowo można na działalność niewidzialnej ręki rynku zwalić też to, co i tak jest niewidoczne, czyli nowe drogi i autostrady. Plus jeszcze chaos na kolei na przyczepkę.  A ja mam takie nieskromne marzenie. Wiem, że nieosiągalne. Ale co ja zrobię, że takie mam. Chciałbym poznać – z imienia i nazwiska – tego pierwszego w tym łańcuszku przyczynowo skutkowym. Tego pierwszego, który zmienił cenę na wyższą tak, by potem wszyscy inni mogli się na niego powoływać przy każdej swojej podwyżce cen. Bo przecież gdzieś na świecie, w czasie lub przestrzeni musi istnieć ten pierwszy odpowiedzialny, który to wszystko spowodował. Bo teraz mam takie nieodparte wrażenie, że niewidzialna ręka niewidzialną rękę myje i świetnie się niektórym z tego żyje. 

dziennik pesymistyczny

Karuzela z prezesami

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Cytaty z polskich komedii zrealizowanych w czasach błędów i wypaczeń są jak słowa Lenina – wieczne żywe. Pewnie każdy, jeśli nie pamięta, to przynajmniej mu się kojarzy scena z filmu w reżyserii Stanisława Barei, w którym Barbara Rylska mówi do Wojciecha Pokory: „ Marysiu, mój mąż jest z zawodu dyrektorem…”. Od tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego roku – kiedy nakręcono tę komedię – minęło już sporo czasu. Zmienił się nawet ustrój, ale mentalność ludzi władzy pozostała taka sama. Nadal jest tak, że dyrektor czy prezes to dla niektórych jedyny zawód, jaki mogą wykonywać. Po wyborach samorządowych zaczęła się na szczytach władzy karuzela stanowisk. Dotychczasowy zastępca prezydenta mojego miasta, musiał ustąpić miejsca na swoim dotychczasowych fotelu osobie wytypowanej na wiceprezydenta, przez PSL-owskiego koalicjanta zwycięskiego PiS-u. Jednak znajomi partyjni nie mogą przecież pozwolić, aby ich kolega został bez pracy. Dlatego ten, który był zastępcą włodarza miasta, dostanie teraz pracę w miejskiej spółce.  No i co najważniejsze nie straci finansowo na tej spodziewanej zamianie miejsc. Okazało się, że teraz były wiceprezydent ma zostać powołany przez radę nadzorczą do zarządu miejskiej spółki. Taki wniosek postawił prezydent. Jakoś tak się zawsze dziwnie składa, że jak ktoś jest już we władzach, to zawsze w tych władzach pozostanie. Tak jakby naprawdę był z zawodu dyrektorem czy prezesem i nie mógł zajmować się czymś innym. Ba, nawet można dla niego utworzyć stanowisko, jeśli takiego dotychczas nie było. Pan ten ma być w firmie magistrackiej drugim wiceprezesem, choć przez lata kolejni prezesi mieli tylko jednego zastępcę. Oczywiście nie wiadomo też, co takiego stało się, że nagle potrzebne jest takie wzmocnienie personalne w tej spółce. Co więcej, okazało się, że był jeszcze plan awaryjny, jeśli sam nie wiem, nie spodoba się temu Panu stanowisko w spółce zajmującej się budownictwem mieszkaniowym. Jeśli nie tam, to przecież były prezydencki zastępca mógł trafić do nowej pracy w ciepłownictwie lub w wodociągach. Zawsze jest tak, że po wyborach zaczyna się karuzela stanowisk. Taki swoisty podział łupów. To taka chyba już nasza tradycja w administracji samorządowej. Wraz z objęciem władzy, stanowiska są rozdzielane wśród działaczy zwycięskiej partii. I tak jest teraz. Były ustalenia z koalicjantem, że kto inny zasiądzie w fotelu wiceprezydenta. Trzeba więc zrobić tak, aby ten dotychczasowy nie poczuł się pokrzywdzony. – Będzie Pan zadowolony! Jak czytałem o tej zamianie miejsc w gazecie, to jakbym cały czas słyszał to powtarzające się zdanie. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nikogo to jakoś nie dziwi. Że wszystkim wydaje się to wręcz oczywiste. Bo tak widocznie być musi, że wiceprezydent nie może być mniej niż prezesem.

dziennik pesymistyczny

Przecież kimś tam trzeba być…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 116

– Pan to się targuje niczym Żyd jakiś – powiedziała mi dziś rano przekupka, gdy starałem się najbardziej zbić cenę za karpia. – A bardzo dziękuje – opowiedziałem, bo wydawało mi się, że to – bardzo specyficzny – ale jednak komplement. – Ja bym się na pana miejscu obraził – wtrącił się do rozmowy starszawy elegancko ubrany jegomość stojący za mną w ogonku po ryby. – Ale nie jest pan na moim miejscu, a mnie to nie przeszkadza a wręcz nawet pochlebia – odpowiedziałem. Mój sąsiad z kolejki popatrzył na mnie wymownie oraz bardzo badawczo, po czym wznosząc oczy ku niebu począł znacząco wzdychać, wzywając imię Pan Boga na daremno. Ja będąc w świątecznym nastroju nie skomentowałem tego jego wzdychania. Po trwającym jeszcze z dwie minuty ustalaniu ceny z przekupką odwróciłem się, pożegnałem grzecznym „do widzenia” i odszedłem w swoją stronę. – Ci żydzi to są wszędzie – doleciało zza moich pleców, ale na pewno skierowane to było do mnie. Już się miałem odwrócić i skomentować… ale pomyślałem – po co? Przecież ten starszy pan tego i tak nie zrozumie. Boże jedyny w niebiesiech, czym i kim ja już nie byłem. Choć przyznam, że Żydem jestem nazywany dość często. No, dobrze… nie żeby tak codziennie, ale tak raz na miesiąc to już z pewnością. Może to przez tę moją fizjonomię w której sporych wielkości nos odgrywa znaczącą rolę. A to dla niektórych upodabnia mnie do przedstawiciela narodu wybranego. I jak tu dyskutować z takim nordykiem o jasnych włosach co to we własnym mniemaniu jest – Polak i katolik. Jemu pewnie jeszcze mamusia nad kołyską mówiła, że ten co nos ma duży to pewnie Żyd a takich szanować nie wolno. Z tradycją trudno dyskutować.  A ta nasza narodowa tradycja to już chyba najsilniej ma zakorzeniony obraz Żyda. I co ja mam zrobić, przepraszać za mój wielki nos? Informować uprzejmie, że to raczej z winy przodków którzy mieszkali na południu Europy. Że to taka bardziej rzymska kichawa niż żydowska? Zresztą takie tłumaczenie już samo w sobie byłoby czymś niestosownym i poniżającym.

dziennik pesymistyczny

Nie ma demokracji bez pieniędzy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Pewna pani za pośrednictwem telewizora, który jak wszyscy wiemy jest dla większości z nas oknem na świat, wmawiała mi oraz innym widzom, że finansowanie partii politycznych z budżetu jest jak najbardziej słuszne i konieczne. Wspominała urocza pani – siedząc w telewizyjnym studiu w pięknej i drogiej garsonce – że taki sposób wydawania pieniędzy z podatków jest jak najbardziej właściwy, bo stymuluje naszą młodą i jeszcze niepewną swego demokrację. Może nie do końca dokładnie zacytowałem panine słowa, ale ogólnie rzecz ujmując właśnie o to jej chyba chodziło. Pieniądze muszą być, bo jak ich nie będzie to od razu nasza demokracja stoczy się w korupcję i nieczyste układy z biznesem. Nie najlepiej to świadczy o naszych politykach, którzy, gdy tylko zabrakłoby dla nich dotacji, nie znaleźliby innego wyjścia jak tylko sięgając po kasę z mętnych układów. – Alternatywą dla finansowania partii z budżetu jest szara strefa. To niejasne powiązania między biznesem i politykami. Biznesmeni nie są altruistami. Jeżeli fundują kampanię polityczną to oczekują czegoś w zamian – wyjaśniał niedawno jeden z prominentnych działaczy partii prawych i sprawiedliwych. Takie spojrzenie na tę sprawę potwierdza tylko moje przepuszczenie, że bez pieniędzy nie da się wygrać wyborów. Że demokracja w naszym państwowym wydaniu jest zależna od pieniędzy. Bo kasa zapewnia dostęp do reklamy, a bez reklamy nie da się przekonać wyborców do swoich racji. Wygląda na to, że jeśli przestaniemy pompować forsę w partie polityczne to uschną nam one, jako te roślinki bez wody.  Czyli bez brzęczącej monety, która wpada regularnie do kieszeni partyjnej nie da się działać dla dobra ojczyzny i narodu. Tak wiem, sejm po burzliwej walce, godnej lepszej sprawy, przyjął ograniczenia w finansowaniu partii politycznych. Ale czy coś to zmieniło? To tylko potwierdza moje przekonanie, że tak wielkie subwencje nie były do niczego potrzebne. Bo jeśli można teraz taniej to pewnie można też bez dotacji.

 

Jeśli dotujemy partyjnych działaczy to może w ramach wspierania struktur demokracji będziemy dotować także i wyborców. Któż – jak nie taki pojedynczy głosujący obywatel – jest godny największej ochrony przez państwo, swoistego hodowania, dmuchania i chuchania, pielęgnowania oraz obfitego podlewania pieniędzmi z budżetu. Przecież nikt nie ma wątpliwości, że bez wyborców nie będzie żadnej demokracji. Nawet bardziej nie będzie…niż bez partii politycznych dotowanych teraz z pięćdziesięcioprocentowym rabatem. Bez nich sobie jakoś poradzimy. Ale bez tych, co chodzą na wybory i tam głosują nie bardzo wyobrażam sobie istnienie ustroju demokratycznego. A o głosujących nikt nie dba. I to prawdziwy skandaliczny skandal, – że posłużę się słowami klasyka. Jeśli w Polsce głosuje mniej niż połowa uprawnionych do tej czynności to widać, że właśnie wyborca jest najbardziej zagrożoną wyginięciem grupą w państwowej demokracji. Może to wspomaganie subwencjami partii politycznych to źle wydatkowane pieniądze? Może powinniśmy wspierać tych, którzy wybierają się na głosowania? Taka jednorazowa dotacja za oddany głos byłoby najlepszym rozwiązaniem. Jakże podniosłaby się frekwencja przy urnach! Jeśli można z budżetu dać pieniądze partiom politycznym, to zdecydowanie lepiej płacić poszczególnym wyborcom za ich patriotyczny przywilej i obowiązek. A jak uniknąć alternatywy dla finansowania partii z budżetu, jakim szara strefa? Może każdy obywatel dobrowolnie przekazywałby jeden procent ze swych należnych państwu podatków na dowolną organizację lub partie polityczną? Że za radykalnie? Możliwe. Faktycznie, też mam obawy, że w takim swobodnym i demokratycznym wyborze, – komu przekazać datacje – Polacy wykazaliby się ogromnym skąpstwem i nie przekazywali nic nikomu.