dziennik pesymistyczny

Świat w opakowaniu zastępczym

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Kilka dni temu pojawiła się w internecie inicjatywa „dnia bez Smoleńska”. Pomyślałem wtedy: brawo! Nareszcie ktoś głośno powiedział to, o czym wielu do tej pory tylko myślało lub mówiło w ścisłym gronie znajomych.  Od razu poparłem pomysł ustanowienia tego choćby jednego dnia bez ciągłego mielenia smoleńskiego tematu i jak widziałem nie byłem w tym osamotniony. Zmartwiłem się, gdy dotarła do mnie wiadomość, że pomysł został przez inicjatorów porzucony. Od czasu do czasu słyszę z ust polityków, że jakiś temat jest tematem zastępczym. Nagłaśnianym i lansowanym przez ich konkurentów po to tylko, aby przykryć ważniejsze sprawy, o których ktoś nie chciałby mówić. Idąc śladem tego rozumowania dochodzę do wniosków, że takich politycznych motywów zastępczych jest u nas sporo. Tak jakby łatwiej było w sejmie czy w studiu telewizyjnym kłócić się o odpowiedzialność ministra obrony narodowej w sprawie katastrofy rządowego samolotu, niż rozmawiać o powodach rosnących cen żywności. Czasem mam wrażenie, że żyję w całkiem innej rzeczywistości niż ci, których oglądam w telewizji i o których czytam w gazetach. Oni tam o odwołaniu ministra dyskutują po kilkanaście godzin, a ja zastanawiam się nad tym, jak przeżyć za to, co mi zostało z pensji do końca miesiąca. Żyjemy w dwóch osobnych światach, w których Ci, co u władzy urządzają dla mnie teatralne dyskusje nad tematem, który może jest i ważny, ale dla mnie maluczkiego nie najważniejszy. Przeczytałem dziś wyniki badań, z których wynika, że Polaków najbardziej niepokoją: bezrobocie, opieka zdrowotna oraz bieda i nierówności społeczne. A ja mam wrażenie, że nie słyszałem w sejmie od dawna ożywionej wielogodzinnej dyskusji na te tematy. Nie słyszałem doniesień o zwołaniu specjalnej komisji celem wyjaśnienia, dlaczego bezrobocie nie spada a rośnie.  Postawa patriotycznego zgorszenia i wiecznego żalu jest bezpieczniejsza, bo niczego nie obiecuje.Można latami dociekać czy to Rosjanie są odpowiedzialni za katastrofę pod Smoleńskiem. W przypadku bezrobocia trzeba by obiecać, że coś się z tym zrobi. A tu można dyskutować i dyskutować bez końca. Można bez końca walić w smoleński bęben, żeby wszystko inne zagłuszyć. 

dziennik pesymistyczny

Niektórzy są równiejsi

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 18

– Tłumaczyłem temu strażnikowi miejskiemu, jak komu dobremu, że nie wiedziałem, że tu nie można parkować – opowiadał jeden pan, drugiemu panu o swych przykrych dla niego kontaktach ze stróżami porządku.  Słyszałem opowieść,lecz nie podsłuchiwałem. Po prostu panowie stali w kolejce do kasy przede mną,a ja nie miałem nic innego do roboty. – Tłumaczę mu, że nie dalej jak kilka dni temu w tym samym miejscu stał ich radiowóz i wcale nie uczestniczył w żadnej akcji, więc myślałem, że można tu parkować – kontynuował opowieść mój sąsiad z kolejki. – I wiesz, co mi odpowiedział? Że komu wolno temu wolno, a mnie niewolno… i należy mi się mandat – dodał. Byłem ciekaw, co dalej się stało z tym parkowaniem w niedozwolonym miejscu. Ale niestety, kolejka do kasy się przesuwała i pani w kasie zaczęła obsługiwać tego pana, co opowiadał, więc nie dowiedziałem się jak ta przygoda ze strażnikami się zakończyła. Przypomniałem sobie o tej zasłyszanej opowieści wieczorem, gdy oglądałem wiadomości telewizyjne.  Dowiedziałem się z nich, że pewien sędzia z pomorza został zatrzymany przez policję, bo prowadził samochód pod wpływem alkoholu. Jakby tego było mało, razem z sędzią,który był nietrzeźwy jechał jego przełożony, który po przyjeździe do sądu nie zabronił sędziemu uczestniczyć w rozprawach, w których wydawał wyroki.  Potem dowiedziałem się z innego materiału dziennikarskiego, że jeśli jest się komendantem powiatowym policji to można grzecznie poprosić swojego kolegę po fachu, żeby nie wlepiał mandatu i punktów karnych, i w ten sposób uniknąć grzywny i dostać tylko pouczenie.  Tak mi się to wszystko zestawiło w jedno. Ten sędzia, co to po pijaku wydawał wyroki za przyzwoleniem przełożonego i ten policjant,który nie dostał mandatu, bo poprosił grzecznie kolegę by mu go anulował, oraz ten pan z kolejki w kasie mi się przypomniał z tym: – komu wolno temu wolno –wypowiedzianym przez strażnika miejskiego. I doszło do mnie po raz kolejny wżyciu, to, co słyszałem za młodu: – co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie. W tamtych czasach, gdy mi to powtarzano to ja rzeczywiście nie byłem dopuszczony do pełni praw bom jeszcze był małoletni. Ale teraz, gdy jestem już dorosły i mam,jako obywatel tego kraju gwarantowane przez konstytucję prawa i obowiązki to coraz częściej dochodzę do smutnych wniosków, że w zasadzie to nic się nie zmieniło. Bo przecież to każdy ma inne prawa. Inne policjant czy sędzia a inne ja czy inny szarak pospolity.  I choć wszyscy są równi to niektórzy są równiejsi. Czy na pewno podlegam takim samym prawom jak urzędnik państwowy? Nie mam wątpliwości, że nie. Czasem znów słyszę ten głos z czasów dzieciństwa: – co wolno wojewodzie to nie tobie…

dziennik pesymistyczny

Niewytłumaczalna nagość

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 61

Życie potrafi jednak zaskakiwać. Jako wielki fan telewizji, która jak już to wielokrotnie w tym miejscu podkreślałem stanowi moje okno na świat, zmuszony jestem do oglądania reklam. Poza tym, co lubię oglądać. Nie da się od reklam uciec, więc trzeba się do nich przyzwyczaić.  Są przecież nierozerwalną częścią telewizyjnego biznesu. Są reklamy lepsze i są te gorsze.Osobną kategorie stanowią te reklamy, które zawierają goliznę. Goła baba w telewizyjnej reklamie to jeszcze u nas przejdzie, ale jak pojawi się na ekranie goły facet … to dopiero wielkie zgorszenie. Jako mężczyzna bezdzietny, nie mam, na co dzień możliwości obserwacji małoletnich przed ekranem. Ale znam bardzo wiele osób, które dzieci posiadają i wiem od nich, że należy pilnować, aby pociechy nie oglądały telewizji w nadmiarze. A gdy już zasiądą przed telewizorem to trzeba przypilnować,aby oglądały raczej takie programy czy kanały, które są dla najmłodszych przeznaczone. Ja to wiem i moi znajomi, którzy są rodzicami, też o tym wiedzą.Ale najgorsze jest wtedy, gdy któraś mama o tym nie wie i dopuści do tego, że jej małoletnia córka zobaczy w telewizji reklamę z gołym panem. To już jest zdecydowanie najgorsza możliwość, że wszystkich. W niczym nie można tego porównać do obrazów wojen czy relacji z klęsk żywiołowych, które mogłoby zobaczyć dziecko. Goły mężczyzna na ekranie jest gorszym złem niż kilkuminutowa relacja z obszarów objętych wojną z trupami w tle. Bo golizna na ekranie to zło największe. Komisja Etyki Reklamy oddaliła skargę na spot telewizyjny Radia ZET– przeczytałem dziś na jednym z portali internetowych. W proteście zarzucono pewnej reklamie tego radia, że pokazany w niej nagi mężczyzna to nieodpowiedni widok dla dzieci. Znam ten spot bardzo dobrze i raczej nie zauważyłem, aby pokazany tam facet machał swymi klejnotami do dzieci zgromadzonych przed ekranem. A tu proszę,jakie życie jest zaskakujące. Ten nagus z reklamy, co to zakrywa dłońmi skrzętnie to, co tam ma między swymi nogami zgorszył pewną trzyletnią dziewczynkę zgodnie z relacją jej mamy. A w zasadzie nie tyle ją, co jej mamusię. Matka owa poczuła się tak wielce zniesmaczona tym przejawem permanentnej pornografii, bonie mogła w żaden sposób wytłumaczyć dziecku obrazu gołego mężczyzny na ekranie. Fakt to straszliwe! Jak dziecku wytłumaczyć, że panowie pod ubraniem są nadzy? Akcja reklamy, o której tu mowa dzieje się w szpitalu, gdzie na łóżku czekając, pewnie na jakiś zabieg, spoczywa golas. To tak zbulwersowało matkę trzyletniej dziewczynki, że musiała się jej skargą zająć aż komisja etyki.Twórcy spotu pokazali, że czasami lekarzowi musimy pokazać się nago. Ot i całe wytłumaczenie,które polecam niezaradnej mamusi trzyletniej dziewczynki. Proste, ale nie dla wszystkich jak się okazuje. Tego nie mogła matka wytłumaczyć dziecku, ale skargę to już napisać umiała. Faktycznie to przecież niewytłumaczalne żeby goły facet leżał na łóżku.  A ja myślałem, że to taka niewinna reklama, żartobliwa, zadziorna… a tu się okazało, że podstępnie byłem epatowany pornografią. Cóż ja dorosły, a ile dzieci zostało uświadomionych o tym, że mężczyzna zdejmując ubranie stanie się goły.  Skandaliczny skandal.  Proponuję tez zakazać bajki o królu, co to był nagi. Przecież to istna pornografia niewytłumaczalna dla trzyletnich dziewczynek. 

dziennik pesymistyczny

Gdzie jest moja gwarantowana wygrana?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

– W końcu się udało! Wygrywasz gwarantowaną nagrodę w grze o 100.000 zł! Po odbiór odeślij darmowego sms na numer (…) Wow! Gratulujemy – taka wiadomość tekstowa przyszła na mój telefon dziś rano. Każdy, kto dostał takiego smsa pierwszy raz jest pewnie mile zaskoczony tym, że mimo tego, że nie wykazał żadnej inicjatywy, aby pomóc szczęściu to jednak wygrał i to okrągłe sto tysięcy. Ja jestem już przyzwyczajony. Wygrywam tak teoretycznie przynajmniej raz na dwa dni. To nic szczególnego dla mnie. Takie smsy są dla mnie czymś naturalnym jak to, że muszę mój telefon komórkowy podładowywać, co pewien czas. Kiedyś próbowałem walczyć z tym, aby takich esemesów nie dostawać. Wydzwaniałem do operatora, denerwowałem się… niepotrzebnie. Teraz już wiem, że tak jak nie mam wpływu na pogodę tak nie mam wpływu na wyłudzaczy. Bo ja po prostu jestem szarakiem bez dostatecznej ilości pieniędzy na walkę, a za tymi firmami, które planują mnie zmusić do wysłania płatnego smsa obietnicą wygranej stoją wielkie pieniądze. – Pilny komunikat! Ten nr został wskazany do odbioru 20.000 zł! Zgarnij wygraną!20.000zł czeka na przelew! Odpowiedz TAK!  na nr… – to kolejna próbka radosnej twórczości mającej mnie przekonać do wysłania płatnej odpowiedzi. Jakby tak zliczyć to z tą dzisiejszą „wygraną” i tą wczorajszą mam już teoretycznie 120.000 zł – Gratulujemy! Ten nr telefonu został wybrany z puli! Decyzja o przekazaniu 20.000 zł zapadła! Odpowiedz TAK na nr (…) i usiądź, odpowiedź będzie zaskakująca – przeczytałam kolejnego esemesa. Czyli już sto czterdzieści tysięcy złotych.  Kiedyś w ramach badań mojej naiwności wysłałem wiadomość zwrotną i odpowiedź rzeczywiście mnie zaskoczyła. Okazało się,że mam szanse na kolejną wygraną, jeśli znów coś wyślę. I tak w kółko. A przecież decyzja zapadła, więc gdzie są moje pieniądze?!  Czyli jestem teoretycznie bogaty. –Zablokowane wiadomości! Twój numer otrzymał 4 wiadomości MMS. By je zobaczyć odpisz odbieram na numer … – to kolejny sms z mojej kolekcji dziwnych smsów. Czyli jak nie kusi mnie kasa to może połaszczę się na MMSy, które z jakiegoś powodu nie przyszły do mnie na telefon tylko do nich i tam się zablokowały. –Apelujemy do właściciela tego telefonu! Odbierz nagrodę! Odpisz TAK! na… – to kolejna wiadomość. Ciekawe, kiedy będą mnie błagać?  – Przecież piszemy! Komisja ds. nagród przyznaje Ci nagrodę gwarantowaną w grze o 100.000! Po odbiór pisz.. – to kolejna próbka. Tym razem autor wiadomości ma do mnie chyba pretensje, że jestem głuchy na jego starania. Na koniec zostawiłem prawdziwą perełkę: – Dla Ciebie Noworoczny bon o wartości aż 50 zł do wykorzystania w Aptece na leki lub kosmetyki! Wyślij sms na … dalej jest standardowo. Czy to normalne żebym w kilka tygodni wygrał tyle pieniędzy plus nagrody i bon do apteki? Nie przekonam się, bo raz już się raz nabrałem. Czy oni muszą mnie denerwować tymi wiadomościami? – Pytam retorycznie sam siebie. I sam sobie odpowiadam. Pewnie,bo zawsze jest szansa, że się w końcu złamię i oni na mnie zarobią.

dziennik pesymistyczny

Jedyny odpowiedzialny

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Przez całkowity przypadek wysłuchałem dziś tyrady pewnego jegomościa na temat grzeczności oraz przyczyn jej braku, które leżą, jego zdaniem, w latach – jak to szanowny pan określił – komunizmu. Zmusiły mnie do tego okoliczności. Po prostu byłem z tym panem oraz z innymi ludźmi zamknięty w małym pudełku windy.  – Jak tak można… zamknęli mi drzwi przed nosem a wołałem, aby przytrzymali windę – zagadał pan zwracając się do wszystkich i na szczęście do nikogo. Odpowiedziała mu cisza, bo chodziło mu o tych ludzi z drugiego wagonika windy, na który nie zdążył się załapać.  – Widzą przecież, że starszy człowiek idzie i nic… nawet się śmiali, że nie zdążę – kontynuował starszy mężczyzna. 

– To wszystko przez tych komuchów, nauczyli ich chamstwa, bo sami z chamstwa wyrośli – kontynuował szanowny pan. Tak jak poprzednio odpowiedziała mu tylko cisza. Może dlatego, że siedemdziesiąt procent naszych współpasażerów tak na oko miało niedużo więcej niż dwadzieścia kilka lat. Dlatego więc nie czuli się odpowiedzialni. Jegomość zdążył jeszcze przytoczyć kilka przykładów na to, że mentalność ukształtowana w latach komunizmu pozostała w dzisiejszych ludziach po dziś dzień, … ale na szczęście dojechałem już na swoje piętro i nie byłem zmuszony do wysłuchiwania dalszych wynurzeń na temat przyczyń niegrzeczności wśród naszego społeczeństwa. Tak, to był całkowity przypadek, ale coś (kilka lat spędzonych świadomie w dawnym ustroju) zmusiło mnie do kontynuowania mych myśli o tym jak wielki wpływ na Polaków miały lata PRL-u. Przecież tak naprawdę to ja, co chwilę słyszę, że przyczyny pewnych zjawisk mi współczesnych sięgają korzeniami czasów polskiego „komunizmu”.  Wiem, na pewno są takie zjawiska w życiu społecznym, których przyczyn można upatrywać w systemie, którego nie ma już ponad dwadzieścia lat. Ale nie można przypisywać mu odpowiedzialności za wszystkie zło. 

Nie mam wątpliwości, jaki był poprzedni system rządów w naszym kraju i wiem jak duży wywarł wpływ na nasze życie, ale ciężko jest obarczyć odpowiedzialnością za teraźniejsze zło tylko to, co było a nie widzieć przyczyn całkiem współczesnych. Ulegamy często takim tendencjom, aby przypisywać współczesne grzechy wychowaniu, które nas kształtowało w przeszłości. Ale czy na pewno? Czy czterdziestoletni właściciel firmy niewidzący niczego złego w zaniżaniu wynagrodzenia swoim pracownikom jest nieodrodnym synem „komunistycznego” systemu? Czy dwudziestoletnie panienki, które z premedytacją zamykają drzwi windy przed starszym panem to wynik „socjalistycznego” wychowania? Czy dwie szpetne plamy na obliczu polskiego Kościoła: agenturalna współpraca niektórych hierarchów z tajną policją komunistyczną oraz przypadki deprawowania seksualnego dzieci oraz kleryków – sięgają korzeniami czasów PRL? – jak wyczytałem dziś w pewnym tygodniku. Nie wiem. Jeśli nawet tak jest, to nie jest to jedyna przyczyna. Może czas zauważyć, że „komunizm” skończył się u nas ponad dwadzieścia lat temu i że nie może on już być jedyną przyczyną zła. Za część współczesnych nikczemności odpowiada już to, co nas otacza współcześnie przez ostatnie dwie dekady.

dziennik pesymistyczny

Partyjni znajomi i przyjaciele królika

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Zapisałam się do Pis-u – oznajmiła mi koleżanka zaraz po zwyczajowym „dzień dobry”. Gdy minął u mnie pierwszy szok wywołany tym nader nieoczekiwanym wyznaniem, postanowiłem dociec powodów, jakie nią kierowały. Byłem wielce zdziwiony jej decyzją, bo nie przepuszczałem nawet, że moja znajoma posiada jakiekolwiek poglądy polityczne. A tu proszę, nie dość, że je posiadała to jeszcze zapałała uwielbieniem do tych, co to na naszej scenie politycznej uchodzą za prawych i sprawiedliwych. To zdecydowanie była wielka niespodzianka, bo do tej pory w czasie naszych wspólnych spotkań towarzyskich przyjaciółka przeważnie nie uczestniczyła w sporach światopoglądowych. A wręcz przeciwnie, była tą, która zawsze głośno domagała się zakończenia dyskusji na takie tematy. – Dziewczyno! Co skłoniło Cię to takich zaskakujących kroków – zapytałem szczerze zdumiony jej nagłym odkryciem w sobie duszy prawicowca? – Czy po wysłuchaniu ostatniej mowy prezesa do narodu tak Cię naszło na partyjne członkostwo? – Spytałem. – Wiesz jak jest, jak nie masz znajomości, to nie dostaniesz dobrej pracy – usłyszałem w odpowiedzi. – I ja się właśnie zapisałam do Pis-u, by te znajomości mieć – dodała. Dowiedziałem się, w wyniku jej wyjaśnień, że moje przyjaciółki ustaliły na niedawnym spotkaniu ich kółka wzajemnej adoracji, że najszybsza droga kariery wiedzie właśnie przez znajomości partyjne. Aby jednak zachować równowagę, czy parytety, jak kto woli, część z nich postanowiła zapisać się do platformy a część do prawych i sprawiedliwych. Aby w ten sposób jak najbardziej zbliżyć się do tych trzymających władzę i zachować równowagę. Pogratulowałem serdecznie koleżance wyboru i życzyłem szybkiej kariery tak dla niej jak i dla naszych wspólnych znajomych. Pożegnawszy przyjaciółkę, już w samotnej drodze do biura zastanawiałem się nad tym, co usłyszałem. I wyszło mi, że to nie jest wcale takie głupie rozwiązanie. W ten sposób zyskają znajomości u tych rządzących obecnie jak i u opozycji. Jaki by nie był wynik wyborów one zawsze kogoś z polityków będą znały. I nie ma, co się dziwić ich wyrachowaniu. Przecież wszystkie dostały dobry przykład ze szczytów władzy. A i też lokalnie znalazłoby się kilka przykładów na zdobycie pracy przez znajomości. Niepotrzebnie się dziwię ich koniunkturalizmowi. Przecież na tym to w końcu polega. Ja znam Staśka, Stasiek zna Heńka, oni znają Władka a wszyscy znają Monikę. A i po linii partyjnej też Monika jest znana i popierana przez Jadwigę, która przecież należy do tej samej partii, co Stanisław, Henryk i Władysław. Czyli wszyscy się znamy… więc dlaczego nie znaleźć pracy dla Moniki w urzędzie jeśli jest w potrzebie. I tak tworzy się grupa trzymających prawdziwą władzę i rozdzielających posady. A inspiracja? Proste. Moje koleżanki też przecież oglądały konferencję prasową działaczy SLD, podczas której ogłoszono listę z nazwiskami osób należących – jak określa to Sojusz – do spółdzielni Grabarczyka. Czyli takich, którzy znaleźli pracę dzięki znajomości z ministrem infrastruktury. – Bo znam i ufam – jak ostatnio słyszałem. Dlatego nie ma, co się dziwić, że one tak lgną do tych partyjnych znajomości. Bo jak się już zapiszą to zdobędą zaufanie a potem godną posadę na urzędach. Po znajomości oczywiście.

dziennik pesymistyczny

Prędzej doczekamy się teleportów?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Gdyby ludzie mieli nad wszystkim władzę, świat przestałby istnieć – przeczytałem i zapamiętałem te słowa wypowiedziane przez Fiodora Dostojewskiego. Istotnie, nie ma takiej władzy i ludzi władzy, którzy mieliby na wszystko wpływ. Zawsze znajdzie się jakaś dziedzina naszej rzeczywistości, z którą rządy przegrywają. Nie chodzi mi tu o takie oczywiste oczywistości – że znów posłużę się cytatem z klasyków – jak powodzie, susze, śnieżyce czy inne kataklizmy zadane nam przez naturę. Jest coś, co zostało stworzone przez człowieka, a jednak trwa od lat w naszej ojczyźnie w dość trwałej i nie poddającej się zmianą formie. Tak jakby rzeczywiście żadni ludzie władzy nie mieli na przestrzeni wieku na to żadnego wpływu. To prawdziwa zagadka. Naprawdę można przyjąć -parafrazując Dostojewskiego – że gdyby ludzie osiągnęli władzę nad koleją, świat przestałby istnieć. Tak, w naszym kraju opanować można wszystko oprócz kolei żelaznych. Przeczytałem na miejskiej stronie internetowej list prezydenta mojego prastarego grodu do Ministra Infrastruktury, w którym,  w imieniu mieszkańców, wyraża nasz pierwszy obywatel protest przeciwko rządowym zamiarom odłożenia na bliżej nieokreślony czas realizacji tak istotnej dla naszego miasta inwestycji, jaką jest modernizacja kolei na trasie biegnącej z mojego miasta do Warszawy. Przeczytać w liście można, że trasa kolejowa, obok budowy dróg ekspresowych, jest dla mieszkańców regionu ogromną szansą rozwoju społeczno – gospodarczego, szansą na nowe miejsca pracy, tym bardziej, że region charakteryzuje się wysokim strukturalnym bezrobociem. Bez właściwej komunikacji ze stolicą  możemy pogrzebać nasze nadzieje na zainteresowanie przedsiębiorców z zewnątrz lokowaniem  swoich inwestycji  w naszym mieście. Zostanie ono pozbawione wielu korzystnych wpływów, jakie wywarłyby we właściwym czasie zrealizowane inwestycje drogowe i kolejowe.  Gród mój– jak twierdzi prezydent – potrzebuje wielu inwestycji, w tym kolejowych, aby powoli acz skutecznie niwelować zapóźnienia gospodarcze i społeczne względem innych obszarów kraju. Taka polityka transportowa państwa – uważa prezydent – jest nieuzasadniona i krzywdząca dla wszystkim mniejszych miast, które i tak, aby dorównać większym, muszą pokonywać szereg innych trudności i wielokrotnie więcej się starać w wielu dziedzinach. To prawie dokładne cytaty z listu. – Zgadzam się z prezydentem – pomyślałem – dobrze prawi. Ale jednocześnie nie mogłem się pozbyć myśli, że ja już to gdzieś kiedyś, dość niedawno czytałem. Prawie dokładnie to samo, co w liście było gdzieś już napisane. I nagle mnie olśniło! Widziałem mniej więcej taki sam tekst w książce zatytułowanej – Nowy informator oraz skorowidz, czyli spis nieruchomości(…) oraz alfabetyczny wykaz właścicieli tychże nieruchomości i właścicieli nieruchomości na przedmieściach m. położonych. Dzieło to wydane zostało drukiem w 1902 roku. Autor wydawnictwa, sprzed ponad wieku, pisze optymistycznie „Miasto nasze odżyje, a to dzięki projektowi wybudowania kolei żelaznej (…), – gdyż wtedy, wedle ogólnego poglądu, (gród mój – dopisek autora) stałby się, niejako przedmieściem Warszawy, o trzy godziny drogi od niej oddalonej; a dość niskie, obecnie ceny placów, taniość produktów, robotnika i materjałów i niższa od Warszawy cena mieszkań (o 50 proc.) powinny zachęcić kapitalistów do zakładania fabryk i urządzania zakładów przemysłowych”. Minęło sto lat a pod tym tekstem mógłby się dziś podpisać współczesny prezydent miasta. Wygląda na to, że ani władza carska, czy niepodległa Rzeczpospolita, czy też PRL a nawet dwadzieścia lat wolności… nic nie potrafiły zmienić…, bo problem z kolejowym połączeniem mojego miasta ze stolicą jest stały. I trwać będzie na wieki wieków. Amen.

dziennik pesymistyczny

Hipotetyczność bytu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

– Teoretycznie to ja miałem być wysokim, postawnym blondynem o niebieskich oczach – usłyszałem od mojego kolegi Łukasza przy okazji naszego przypadkowego spotkania na ulicy. Faktycznie mógł taki być tylko hipotetycznie, bo jest on praktycznie wzrostu raczej nikczemnego, oczy ma czarne a o włosach pozostało tylko wspomnienia. Ten wywód mojego kolegi o teorii własnego wyglądu zapoczątkował artykuł z lokalnej gazety, w którym przedstawiono założenia do przetargu na remont dworca kolejowego. Kolega w nerwach podstawiał mi tę gazetę pod oczy i uderzając w nią palcem powtarzał: – widziałeś!, Widziałeś?! W wizji przyszłości gmach kolejowy jawił się ogromny w pięknym połączeniu starego z nowoczesnością. – Jak zobaczę, to uwierzę – rzekł kolega wzorem świętego Tomasza. – W planach to ja miałem dziś wizytę u lekarza, ale jak tam dotarłem to okazało się, że lekarza nie ma, bo wyjechał na nieplanowany pogrzeb w rodzinie, o którym dowiedział się dziś rano – powiedział Łukasz. Potem jeszcze padło z jego ust kilka dosadnych słów podsumowujących jego przekonania o państwowej służbie zdrowia.    Pierwszy raz w życiu słyszał o pogrzebie, o którym zawiadamia się rodzinę kilka godzin przed uroczystością.  – Teoretycznie można – orzekłem. – Teoretycznie! Teoretycznie to my mamy państwową służbę zdrowia na światowym poziomie – rzekł w zdenerwowaniu. Muszę się z nim zgodzić, bo w teorii i w planowaniu nasze rządy nie mają sobie równych. Pamiętam jak dwadzieścia lat temu wizjonerzy naszej gospodarki i ekonomii mieli plany, które miały nasz zmęczony i biedny naród doprowadzić do dobrobytu. Ta powszechna szczęśliwość miała nastąpić tak jakoś teraz.  A jak widać nie bardzo się udało. Ale nadal teoretycznie wszystko jest prawie w najlepszym porządku i idzie zdecydowanie ku lepszemu – jak się mnie zapewnia.

Jak wprowadzałem się do mojego mieszkania kilka lat temu słyszałem od developera obietnicę, podpartą podobno na obietnicach włodarzy miasta, że już za rok do mojego bloku będzie prowadzić piękny chodnik. Niestety do dzisiejszego wieczora plany nie zamieniły się w rzeczywistość.  Czytam od kilku dni w gazetach na temat nowych planów rządu w sprawie mojej emerytury. I coś mi mówi, że to czysta teoria, bo ja tych pieniędzy na pewno nie zobaczę a przynajmniej nie w takiej sumie, jaka jest w planach.  – A słyszałeś o nowych planach rządu dotyczących budowy dróg i autostrad – zapytał mnie kolega. – Pewnie, teoretycznie ma być lepiej – odpowiedziałem. Wszędzie dopada nas ta hipotetyczność naszego bytu. W planach ma być lepiej.  Plany naprawcze są w oświacie, kulturze, gospodarce, dostępie do pracy, służbie zdrowia.  Ba, nawet w sporcie. Plany są ambitne ale zweryfikuje je życie i wtedy powstaną…  nowe plany.  – Hej młody Junaku, smutek zwalcz i strach. Może na tym piachu za trzydzieści lat przebiegnie, być może, jasna, długa, prosta, szeroka jak morze Trasa Łazienkowska! – Pozwolę sobie na cytat z klasyków rozważań teoretycznych. Tam (w latach błędów i wypaczeń) i teraz kluczem do zrozumienia naszej rzeczywistości, i rozmiłowania w planowaniu, są słowa „ być może”. Odnoszę wrażenie graniczące z pewnością, że u nas właśnie tę prostą zasadę zawartą w piosence przyjęto za motto. Można pod nią podstawić wszystko.  Hej obywatelu Polski, smutek zwalcz i strach. Może na tym piachu, (jeśli nie rozkradną kruszywa) za trzydzieści lat przebiegnie, być może, jasna, długa, prosta, szeroka jak morze autostrada lub droga ekspresowa! I już mamy wyjaśnienie. Jest plan ambitny, ale i perspektywa jego realizacji jest bezpiecznie odległa. A wszystko opiera się na słowach „być może”.  Bo przecież planować każdy może…  gorzej z realizacją.

dziennik pesymistyczny

Zuchwałość w sercu, gdy pieniądz w kieszeni

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Punkt widzenia zdecydowanie zależy od punku siedzenia, a najedzony nigdy nie zrozumie głodnego. Przekonałem się o tym podczas spotkania ze znajomymi. Nie chodzi mi oczywiście o to, kto i jaki zajmował stołek w kawiarni i co tam spożywano, ale o to, że czasami ludzie w zależności od ilości posiadanych pieniędzy coraz bardziej zapominają, że nie wszyscy mają ich tyle samo, co oni. – Ja to nie wyobrażam sobie zimy bez spędzenia przynajmniej kilku dni na nartach w Alpach – powiedziała pani Kasia. – Dokładnie, jak nie wyjadę gdzieś na tydzień lub dwa… to potem nie można ze mną wytrzymać – zgodziła się z przedmówczynią pani Ilona. Przy stoliku byliśmy w mniejszości. My, mężczyźni. Tylko ja i kolega.  Resztę stanowiły panie. Ja z mym znajomym wpadliśmy tam „na jednego” w drodze do domu a panie już tam były, więc się przysiedliśmy za ich namowami. Okazało się, że nasze koleżanki i znajome spotykają się w tym miejscu regularnie. – Na takie damskie ploteczki – wyjaśniła jedna z nich, choć wcale tych wyjaśnień nie potrzebowaliśmy. Znaliśmy się z paniami z miasta – jak to lubi określać mój przyjaciel. Nasze koleżanki to w większości kobiety sukcesu. Czyli takie, co to posiadają jakiś interes lub pracują, jako urzędniczki wyższego szczebla. Ogólnie mówiąc powodzi im się finansowo. – Zamówiłam kawę chyba z godzinę temu i ta baba jeszcze mi nie przyniosła – usłyszałem głos jednej z pań. – To skandal jak się tu traktuje gości. Nie ma już dobrych kelnerek – potwierdziła druga. Po chwili wszystkie się zgodziły, co do istoty problemu z obsługą w lokalu i zaczęło się narzekanie na dzisiejszy personel. Dokładnie chodziło paniom o to, że trudno teraz znaleźć odpowiednią osobę do pracy. – Musiałam zwolnić pracownicę. Wyobraźcie to sobie, powiedziała, że chce odebrać sobie wolne za pracę w soboty i w niedziele – powiedział ta, która jest właścicielką sklepu z odzieżą w centrum handlowym.     Będzie mi tu stawiać warunki! Smarkula – dodała. – No i co? No i co? – Dopytywały się koleżanki. – Nic. Mam już nową – usłyszały w odpowiedzi. Potem dowiedzieliśmy się z kolegą z kolejnych wypowiedzi pań, że ich pracownice to w przeważającej większości nierozgarnięte tłumoki, co to tylko liczą na kasę, ale pracować im się nie chce.  – Ani to nic nie przeczyta ani nigdzie nie wyjedzie. Ostatnio jedna opowiadała, że nie kupiła przez ostatnie pół roku żadnej książki – opowiadała przerażanym koleżankom pani Kasia. – Nie chodzi toto do teatru ani niczym się nie zainteresuje – poprała ją koleżanką.  – Żeby przynajmniej do kina poszły, ale nie… gdzie tam tylko z pracy do domu i znów do pracy – wtrąciła pani Ilona. 

Siedzieliśmy sobie z boczku z kolega i popijaliśmy to, co tam mieliśmy do popijania. Słuchaliśmy tego wywodu pań o tym jak to damski personel w ich firmach jest tępy, niedouczony, nieoczytany, nieznający świata, chamski, wiecznie zmęczony, bezczelny, niewdzięczny, mało pracowity i tak dalej. I dużo więcej.    Szanowne panie – nagle usłyszałem głos mojego znajomego – Szanowne panie!  Mam do was pytanie: ile płacicie swoim pracownicom? Koleżanki po tym jak minęło ich zaskoczenie pytaniem kolegi, ustaliły, że przeciętna pensja w ich firmach nie przekracza tysiąca złotych netto.  – Ja wydaję na swą marną, samotną i skromną egzystencje około 700 zł na same opłaty. Kredyt na mieszkanie. Czynsz. Telefon. Internet. Prąd. Woda. Telewizja. Pewnie one też podobne mają wydatki. Zostaje im trzysta … Czy szanowne panie uważają, że te kobiety tylko ze swej głupoty wolą nie wydawać tych pieniędzy na wakacje, książki, kino czy teatr?  – kontynuował kolega. Że tylko z wrodzonej czy nabytej tępoty wolą wydawać na jedzenie czy ubrania? – dodał.  – Cena książki to dziś przeciętnie około 50 złotych nie wspominając o bilecie do teatru – wtrąciłem się do rozmowy. – Może płaćcie im więcej, to będzie ich stać na książki czy na teatr – zakończył kolega. Nastała cisza. – A słyszeliście dziewczyny, że jest nowe spa – powiedziała po chwili pani Ilona… i było po temacie. Dopiliśmy to, co mieliśmy z kolegą do wypicia i ulotniliśmy się cichutko.  – Człowiek nie jest do końca świadom zuchwałości, która kryje się w jego sercu, dopóki nie usłyszy słodkiego brzęku monet w kieszeni – powiedział kiedyś Carsol Ruiz Zafon. Zgadzam się z nim.

dziennik pesymistyczny

No future?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Gdy słyszę kolejną obietnicę polityków o tym, że po przejściu na emeryturę będę mógł godnie żyć, za to co dostanę od państwa, coraz mniej jestem o tym przekonany. Całe moje dorosłe życie odkładałem w obowiązkowych podatkach na to, żeby tak się stało, ale pewności, że w zamian dostanę emeryturę, na zadowalającym mnie poziomie, dziś już nie mam.

Nie wynika to tylko z mojego nastawienia do świata. Nie jest to tylko wynikiem tego, że mam wielkie skłonności do szukania czarnych scenariuszy. Nie, ja po prostu nie mam podstaw, aby komukolwiek z naszej klasy politycznej zaufać.  – Miało być lepiej a wyszło jak zawsze – tak zdecydowanie za często powtarza przy kolejnych okazjach mój znajomy. To zdanie starcza mu za cały komentarz polityczny. On już dawno przestał mieć złudzenia. On już od dawna żyje w przekonaniu, że liczy się tylko ten dzień, który właśnie jest. On nie dostrzega przyszłości i niczego nie planuje. Bo jak można coś zaplanować, gdy nie znasz reguł gry. Ktoś wmawiał mi i jemu kilka lat temu, że w wyniku reformy emerytalnej spędzimy swe dni ostatnie w dostatku na tropikalnej wyspie i ja zaufałem, że tak będzie.  Bo jakie miałem wyjście. I tak dokonano tego dla mojego dobra pod przymusem. Nie miałem wyjścia. A teraz? Teraz słyszę, że znów konieczne są zmiany. Bo jak ich nie będzie… to nie będzie dla mnie emerytalnej przyszłości. Nie wiem, czym się różnią teoretyczne rozważania jednego czy drugiego polityka na temat księgowania moich składek. Nie chcę tego wiedzieć. Ja chcę tylko jednego. Mieć stuprocentową pewność, że po osiągnięciu wieku emerytalnego nie umrę z głodu i chłodu. A tej pewności dziś nie mam. Bo ja już raz zaufałem i okazało się, że na starość nie czeka mnie tropikalna wyspa, a raczej torba i kij. Mój przyjaciel nie wierzy w przyszłość już o wielu lat. Stara się żyć jak najszybciej i jak najmocniej. Łapać każdy dzień jakby miał być  jego ostatnim. Żyć chwilą. Bo on już zatracił wiarę w możliwości naszego państwa. – Oni tylko  dbają o to, co zapewni im kolejne lata u władzy, a ty i inni naiwni macie za zadanie tę ich władzę sfinansować  – mówił mi dziś rano.  – Te wszystkie reformy, kłótnie, spory, teoretyczne rozważania,  to tylko polityczny teatr dla maluczkich, aby jeszcze raz uwierzyli, że za dziesięć czy piętnaście  lat będzie zdecydowanie lepiej niż jest teraz  – przekonywał mnie z zapałem.  

On to, co zarobi wydaje teraz, zaraz, natychmiast, bo nie ma dla niego jutra. Stara się jak najbardziej unikać konieczności finansowych danin.  Żyje w szarości gospodarki. Bo przestał wierzyć. Stracił wiarę, lub może nigdy jej nie miał? Zastanawiam się czy polityk zaciągając u mnie kredyt zaufania powinien go spłacić w takim samym stopniu, w jakim ja muszę spłacać swój kredyt bankowi? Tak. Powinien.  A ja wciąż słyszę kolejne obietnice, ale nie widzę poprawy sytuacji.  I wzrasta we mnie przekonanie, że tak naprawdę to nikt nie wie jak to będzie za kilka lat. Nie mogę na nikogo liczyć. Narasta we mnie pewność, że obietnice polityków nigdy nie zostaną zrealizowane. Że kolejna reforma emerytalna to obietnica raju… ale po śmierci.  

– Mam poczucie, że żyję w czasach końca wszelkich systemów – usłyszałem od znajomego. On nie wierzy już od dawna w żadne możliwości zmiany panującego u nas systemu. – Pamiętasz, pamiętasz… ja miałem kiedyś na kurtce napis: no future. Nie chcę płacić za ich życie, wolę swoje – dodał. Czy to egoizm? Może. A może we mnie są jeszcze złudzenia. Choć jest ich coraz mniej, bo coraz bardziej nabieram pewności, że państwo raz na zawsze ustaliło najlepszy dla siebie porządek, w którym większość społeczeństwa jest głównym płatnikiem dla trwałości państwa. Że dla mnie są tylko obietnice a dla nich realne pieniądze.