Tag Archives

58 Articles

dziennik pesymistyczny

Katolicyzm religia panująca

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Może jeszcze formalnie Polska nie jest państwem wyznaniowym. Ale do takiego państwa, w którym katolicyzm jest religią państwową zmierzamy raźnym marszowym krokiem. Lub raczej dreptamy jak zakonnik po zakonnych krużgankach.  Kiedyś większość polityków, działaczy katolickim, no i oczywiście duchowieństwa,  kwestowała rozdział państwa od religii po cichutku, tak niezbyt głośno, tak żeby nie zapeszyć i nie wzbudzać paniki. Ale teraz wszystko się zmieniło.  Polski biskup rzymskokatolicki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski postanowił powiedzieć jasno i głośno, „o co walczymy, dokąd zmierzamy” – jak mawiali klasycy.

– Państwo i Kościół nie są tylko instytucjami żyjącymi obok siebie, swoim własnym autonomicznym życiem. To są dwie instytucje zdane na siebie. I to zdane na podobieństwo ciała i duszy. Kościół, jeśli jest autentyczny, powinien być duszą państwa, bez duchowych wartości, jakie przynosi Kościół, ciało państwa obumiera – przekonywał tłum wiernych nasz biskup rzymskokatolicki. Takie słowa łamiące podstawową – zawartą też w Konstytucji RP – zasadę rozdziału państwa od kościoła wypowiada polski hierarcha kościelny.

Wiem, że wielu z prałatów kościelnym widząc klęskę kierowniczej roli kościoła w życiu społeczeństwa, chce to społeczeństwo na siłę umoralnić. Polski kościół chce ratować swój autorytet poprzez jeszcze silniejsze połączenie z aparatem państwa. W myśl zasady „my was tak długo będziemy kochać, aż wy nas w końcu pokochacie”.  To jedno.  Drugie, to to, że nie mogą pojąc jak może biskup rzymskokatolicki kwestionować nauczanie II Soboru Watykańskiego. Kościół właśnie tam definitywnie i jednoznacznie potwierdził, że rezygnuje z budowy gdziekolwiek i kiedykolwiek „katolickiego państwa”. Przyjęto tam zasadę że katolicyzm w różnorodnym społeczeństwie nie może być wyznacznikiem na siłę ustanawiającym kierunki i zasady organizujące życie publiczne. A zatem, jak to możliwe, że ten hierarcha kościelny sprzeciwia się woli i prawom własnego kościoła? Dalibóg nie wiem, czy to zwykła głupota czy chęć władzy? Mam jednak cichą nadzieje, że to pierwsze.

W swym kazaniu na Jasnej Górze ksiądz arcybiskup z rozrzewnieniem wspominał stare, dobre czasy, w których Konstytucja z 1791 roku, co prawda, unowocześniła i zmieniła ustrój państwa, struktury sprawowania władzy, ale też „katolicyzm uznała za religię panująca”. – Nasza ojczyzna potrzebuje dzisiaj, podobnie jak za czasów konstytucji majowej odnowy, jeśli ma ona mieć przed sobą swoje jutro – mówił podczas homilii arcybiskup. To nic innego jak nawoływanie do uznania katolicyzmu za religie państwową. Co dalej? Przymusowa chrystianizacja obywateli?

– Religia jest głównym czynnikiem uspołecznienia, wychowania i wyrabiania cnót w społeczeństwie – podkreślał kaznodzieja. Zaczynam się bać takich słów, bo jeśli to nie zwykła głupota, jakiś starczy uwiąd to przecież tylko patrzyć jak jakiś polityk wpadnie na pomysł, żeby idee „wychowania i wyrabiania cnót w społeczeństwie” wprowadzać w życie pod przymusem. Co to jest średniowiecze?

 – Próba kształtowania spraw ludzkich z pominięciem Boga prowadzi do całkowitego zlekceważenia człowieka. Dlatego nawet ten, który nie umie znaleźć drogi do Boga, winien starać się tak, jak gdyby Bóg istniał – przekonuje przewodniczącego Episkopatu. W tym zdaniu już nawet nie sugeruje, że niewierzący mają jakąkolwiek szanse na istnienie i swobodne wyrażanie poglądów w społeczeństwie gdzie panuje państwowy katolicyzm. Arcybiskup uważa, że pominiecie Boga to pominiecie człowieczeństwa. Czyli ten, kto kwestionuje istnienie Boga, przestaje być człowiekiem? Jeśli tak, to takich „nieukształtowanych” może ksiądz radzi eliminować?  – „Nawet ten, który nie umie znaleźć drogi do Boga, winien starać się tak, jak gdyby Bóg istniał” – to zdanie jest tak kuriozalne, że istotnie może wskazywać, że klecha ma coś nie bardzo pod sufitem.

– Słabość dzisiejszego wymiaru życia społecznego, kulturalnego i politycznego w naszej ojczyźnie ma swoje korzenie w odcinaniu się państwa od Kościoła – naucza Przewodniczący Episkopatu. Ale spokojnie, już on ten słabość wykorzeni. Ba, nawet wbrew zasadom II Soboru Watykańskiego. Bo jak to w Polsce często bywa, polski katolik jest świętszy od papieża. A może to jednak tylko jakaś czasowa słabość dostojnika polskiego kościoła? Wciąż mam nadzieje, bo słysząc słowa przewodniczącego: „To właśnie odcinania się od wartości, które wyrastają z Ewangelii, sprawia, że 2,5 mln osób, przeważnie młodych, musiało wyjechać za chlebem, kolejne 2 mln jest bezrobotnych, blisko 4 mln żyją na skraju ubóstwa” mam szeroki uśmiech na twarzy.  Jeśli dobrze zrozumiałem tego księdza, to Polacy masowo uniknęliby emigracji, bezrobocia, nędzy gdyby tylko państwo polskie byłoby państwem wyznaniowym. Pomijając jawną głupotę takich twierdzeń, to warto dodać, że przecież zdecydowana większość naszego społeczeństwa deklaruje przywiązania do zasad ewangelii, więc pewnie znajduje się tam spora liczba polityków czy urzędników państwowych. Czy oni wszyscy przez ponad dwadzieścia lat ignorowali wartości? Odcinali się od ewangelii?

– Nasze społeczeństwo starzeje się, pogłębia się jego kastowość, postępuje alienacja młodych w pracy, lekceważeni są robotnicy, którzy miesiącami nie otrzymują zapłaty za swoją pracę, pod koniec roku nie przyjmuje się chorych do szpitali, więzienia nie mogą pomieścić skazanych, lekceważy się miliony głosów w sprawie wieku emerytalnego i wieku szkolnego – grzmi z ambony kaznodzieja zapominając oczywiście, że to przecież to właśnie w 98 procentach katolickie społeczeństwo, jest za tą sytuacje odpowiedzialne.   Naprawdę ustanowienie katolicyzm religią panującą niewiele w tej materii zmieni na lepsze. A obawiam się, że połączenie państwa i kościoła w jedno zaprowadzi nas z powrotem do średniowiecza.  – Dla niektórych może to brzmieć prowokacyjnie, ale taka jest prawda – pozwolę sobie na jeszcze jeden cytat z arcybiskupa.

 

dziennik pesymistyczny

Propaganda wyborcza na egzaminach gimnazjalnych

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

ytułu

Uśmiechniętą urna wyborcza mówiąca: spotkajmy się w niedziele?  Przy niej pogodne postacie. Wesolutka pani i radosny pan z pieskiem. To ilustracja odnosząca się do pytania z testu egzaminu gimnazjalnego dla uczniów z 2014 roku dotyczącego zagadnień z historii i WOS, czyli wiedzy o społeczeństwie. Do ilustracji, którą opisałem wcześniej trzeba dopasować poprawną odpowiedz. Pytanie: czy plakat zachęca do: a) humanitarnego traktowania zwierząt, b) prowadzenia zdrowego trybu życia, c) wspólnych niedzielnych spacerów, d) aktywnego uczestnictwa w wyborach. A Państwa zdaniem która odpowiedź jest prawdziwa i poprawna? Tak wiem, dla większości oczywiście odpowiedź „d”. Dla mnie problem nie leży w tym, że pytanie jest banalnie proste, tylko w tym, że jest idealnym przykładem jak państwo uczy posłusznych dla samego siebie rozwiązań.

Bo, przecież już dziecko w gimnazjum musi być pewne, że „demokracja nie jest ustrojem idealnym, ale jest najlepszy, jaki dotychczas istnieje” – jak mawiał Churchill. Już od małego trzeba, żeby każdy obywatel nie wiał wątpliwości, co to tego, że państwowy system parlamentarny jest idealnym rozwiązaniem. Nikt w państwowej szkole nie wspomni przecież, że są inne sposoby. Bo i po co? Po co wychowywać ludzi, którzy się zastanawiają? Przyszły poprawnie myślący obywatel ma grzecznie głosować i czerpać z tego teatru radość i wielkie zadowolenie, że ma na cokolwiek wpływ. Bo przecież państwo z założenia opiera się na „ woli (fikcyjnej) ludu”. I już od dzieciństwa ma być dla każdego w państwie jasne, że lud to „uznany za małoletniego wieczny uczeń, którego uważa się za mało zdolnego, by zdał kiedykolwiek egzaminy, by przyswoił sobie wiedze swoich nauczycieli i mógł obejść się bez dyscypliny”. Już uczeń gimnazjum nie może mieć najmniejszych, (co potwierdzi wybraniem poprawnej odpowiedzi w teście) wątpliwości, że władze w demokracji parlamentarnej sprawuje klasa polityczna i aparat biurokratyczny. A ich pozycja musi być i jest potwierdzana rytuałem wyborczym.

„Ciche porozumienie między A, B i C, że wybiorą w głosowaniu D na swojego przedstawiciela, żeby ów pozbawił mnie własności lub życia, nijak nie uprawnia D do zrobienia tego. Tak samo jest złodziejem, tyranem i mordercą, działając, jako ich reprezentant, jak byłby nim, gdyby działał wyłącznie na swoja odpowiedzialność” – twierdził Lysander Spooner. Tak, to szkoła państwowa i nikt nie będzie tam nauczał, że ten system jest wadliwy. Ale może przydałoby się, choć zdanie i tym, że parlamentaryzm nie jest jedynie słusznym rozwiązanie? Tak dla przyzwoitości?

„Oto niedziela, kiedy się odbywają te święte wybory. Kandydatów nie brakuje, są odpowiedni dla wszelkich gustów i we wszelkich kolorach: maciora nie odróżniłaby wśród nich swoich małych. Ale, na Boga, o ile zmieniają się kolory i etykietki kandydatów, jedna rzecz się nie zmienia: zachwalanie! (…) wszyscy obiecują ludziskom, że będą się dla nich zaharowywać na śmierć” – pisał Emile Pouget. Może trzeba wytłumaczyć dzieciakom, ze nie wszystko jest tak cudownie doskonałe? I nie prowadzić w szkole propagandy doskonałości systemu parlamentarnego.

Może przydałoby się dopisać pod tym rysunkiem z testu egzaminacyjnego odpowiedz „e”? Równie poprawną. Że absencjonizm, czyli nie uczestnictwo w wyborcach jest nadal prawem i wolnym wyborem człowieka, ale też możliwym nadal wyborem polskiego obywatela państwa, w którym przyszło nam żyć. Może egzaminy gimnazjalne do nie miejsce na propagandę „jedynie słusznych” państwowych idei?

dziennik pesymistyczny

Za „usiłowanie spożycia”

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Mandat za „usiłowanie spożywania alkoholu w miejscu publicznym” wysokości pięćdziesięciu złotych zaproponowali policjanci pewnemu panu, który stał przed swoim blokiem trzymając w ręce zamkniętą butelkę z piwem. Gdy pierwszy raz o tym usłyszałem byłem pewny, że to tylko taki idiotyczny żart. Ale okazało się, że to poważna sprawa. Tak poważna, że na sali sądowej właśnie zakończył się jej pierwszy etap. I jak zapowiada ukarany grzywną to jeszcze nie koniec.

Przypomniałem sobie, że nie dalej jak właśnie dzisiaj wracałem do domu z butelką wódki w torbie. – I co z tego? –  ktoś spyta. Ano sporo, bo tym niewinnym czynem bardzo się naraziłem. Mógł zostać teoretycznie nałożony na mnie mandat wysokości pięćdziesięciu złotych. Bo przecież miałem przy sobie alkohol. Co ważniejsze spotkałem kolegów i chwile rozmawialiśmy na ulicy. I o zgrozo! Rozmawialiśmy o tym, że może byśmy coś tak kiedyś wspólnie wypili. Ja tam byłem trzeźwy jak rybka, czego nie mogę powiedzieć o kolegach którzy już się zaszczepili.  Dla panów w niebieskich mundurach sprawa byłaby oczywista. Moi koledzy w stanie wskazującym. Ja w butelką wódki niecnie ukrytą w torbie. No jak nic mandat za „usiłowanie spożywania alkoholu w miejscu publicznym” mogłem przytulić. Miałem ogromne szczęście.

Jest przestępstwo to musi być kara. Tak było dotychczas. Ale widać coś tam się na wyżynach władzy zmieniło, bo teraz państwowy policjant może wlepić mandat nie za czyn dokonany tylko za jego „usiłowanie”. Takie porządki prawne to ja tylko w kinie widziałem. Ale w tym najdziwniejszym z krajów absurd jest czymś zupełnie naturalnym. W Polsce widocznie można dostać mandat za „usiłowanie spożywania alkoholu w miejscu publicznym” i nawet sądu to nie zdziwi, a wręcz przeciwnie.

Sąd rejonowy wydał wyrok w sprawie nieboraka, który twierdził, że policjanci chcieli mu wypisać mandat za trzymanie zamkniętego piwa. Sąd uznał, że ten obywatel jednak pił piwo, a nie tylko usiłował. Wymierzył mu grzywnę w wysokości 50 zł, obciążył też kosztami procesu – 160 zł. Sędzia tym samym dała wiarę policjantom, którzy w czasie procesu przekonywali, że butelka z piwem była, co prawda zakapslowana, ale nieoryginalnie, a zawartość była w połowie wypita. Funkcjonariusz zapewniał, że szklane opakowanie dokładnie obejrzał. Innego zdania był kolega oskarżonego. Jego zdaniem policjant nie oglądał butelki z piwem. Jak opowiedział, mężczyzna schował piwo do kieszeni jeszcze w sklepie. W czasie interwencji funkcjonariusz miał zapytać go, co ma w kieszeni. Mężczyzna wyjął butelkę na chwilę, pokazał policjantowi i zaraz schował.

Sąd w uzasadnieniu tłumaczył, że nie ma podstaw, żeby nie wierzyć funkcjonariuszom m.in. ze względu na ich dobrą znajomość prawa i pełnioną funkcję. Gratuluje uzasadnienia. U nas jest już dokładnie jak u Orwella: „wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych”?. Bo jak inaczej rozumieć brak wiary w prawdomówność zwykłego obywatela, i tak wielkie zaufanie do prawdomówność funkcjonariusza. Tak, to naprawdę przykład prawdziwej równości wobec prawa.

– Żołnierz dziewczynie nie skłamie, chociaż nie wszystko jej powie – śpiewano w dawnych, mrocznych czasach złego systemu. W tym wypadku wygląda na to, że funkcjonariusz policji funkcjonariuszowi władzy sądowniczej nigdy nie skłamie. A czy prawdę mu powie? Cóż, przecież jak ktoś wypisuje mandat za „usiłowanie spożywania alkoholu w miejscu publicznym” to na pewno ma „dobrą znajomość prawa”. Nie są to najlepsze wieści dla tych co nie są funkcjonariuszami.  Bo można już teoretycznie skazać – np. za usiłowanie obalenia ustroju metodami terrorystycznymi – pierwszego z brzegu bogu ducha winnego obywatela. Przecież wystarczy jak będzie oskarżać funkcjonariusz. Znajdzie się też pewnie sędzia, który stwierdzi, że nie ma podstaw, żeby nie wierzyć funkcjonariuszom m.in. ze względu na ich dobrą znajomość prawa i pełnioną funkcję. I pozamiatane. I siedzisz bracie za usiłowanie.

dziennik pesymistyczny

Społeczna selekcja naturalna

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Aż 6097 Polaków odebrało sobie życie w 2013 roku. To najdramatyczniejszy wynik w ostatnim ćwierćwieczu.  Wygląda na to, że od ponad dwudziestu lat trwa w Polsce swoista społeczna selekcja naturalna. Nie żeby to było w jakiś sposób przez kogoś konkretnego zamierzone. To raczej takie ciche przyzwolenie. Taka zachęta do tego, żeby silne wypierało to, co słabe. Żeby zdrowy i silny pracujący podatnik wypierał tego słabego, który sobie w kapitalizmie nie radzi. Na pewno stworzono bardzo dobry klimat ku temu.

Najsilniejsi, najbardziej pazerni – bezwzględni wyznawców kapitalizmu, jako nowej religii – wypierają słabych, tych, którzy z różnych przyczyn nie potrafili dostosować się do nowych, twardych zasad życia społecznego. Bo jak wynika z moich obserwacji, w tym nowym systemie społecznym nie ma miejsca dla jednostki zwyczajnie innej. Wszystko musi być takie podobne, uregulowane, powtarzalne. Od dzieciństwa przygotowujemy się do życia jako ciężko pracujący podatnik. Albo pracujesz i dajesz sobą rządzić albo jesteś bardziej bezwzględny i silniejszy… i to ty rządzisz innymi.  Stanowisko w społecznej hierarchii to nagroda za wygraną w wyścigu szczurów.

Państwo potrzebuje siły roboczej. Nic, więc dziwnego, ze bardzo szybko kapitalizm stał się nową religią. Bezlitosną, jaka kiedykolwiek istniała, bo nieznającą ani odkupienia, ani litości.  Propaganda państwa tak ustawiła społeczne myślenie, tak dostosowała prawo, tak określiła obowiązku obywatelskie i tak naucza nowe pokolenia, że człowiek inny niż przewidują normy nie ma prawa bytu. Albo się dostosujesz, albo giniesz. Taka selekcja naturalna. Albo się przystosujesz, zaadaptujesz do kapitalistycznych warunków albo żyjesz po za systemem i społeczeństwem, a tam bardzo często po prostu przestajesz być.

Rosnąca liczba samobójstw to nie tylko odzwierciedlenie obecnej sytuacji społeczno-gospodarczej. Nie wszystko można tłumaczyć kryzysem. Bo kryzys w Polsce jest prawie zawsze, od ponad półwieku i był też wcześniej. To raczej wynik presji, jaką wywiera na człowieka społeczeństwo oraz państwo ze swoimi instytucjami. Obywatel niepracujący jest dla państwa zbyteczny. Nie płaci podatków, więc nie ma prawie żadnych praw. Jest zbyteczny. Społeczeństwo, ci wyznawcy nowego Boga, zażarcie bronią nowego wyznania ujadając na tych niedostosowanych. Ci, którzy z różnych przyczyn nie poradzili sobie w nowym systemie „wyzysku dla zysku” nie są akceptowani.

Nie tylko utrata pracy, ale też beznadzieja samej pracy. Wieczny stres, gonitwa za pieniądzem i sukcesem zawodowym są niejednokrotnie prawdziwymi przyczynami wzrostu liczny samobójstw. To właśnie leży u podstaw problemu. To wypalenie, udręka i beznadziejność istnienia. Człowiek traci pracę, nie może znaleźć nowej, traci status życiowy, wszyscy się od niego odwracają, nie ma pieniędzy, nie ma często domu, nie ma na leki, nie ma prawa do właściwej opieki lekarskiej a to prowadzi do rezygnacji. I następuje koniec.

A może tak nie dać się pokonać? Może nie poddawać się prawom selekcji? Może się zbuntować i żyć? Jeśli nie ma już nadziei, to może ostatnia nadzieja jest w buncie? Może właśnie tak warto skanalizować ból istnienia? Ja będę kontynuował mój sprzeciw wobec narzucania mi jednostronnych koncepcji życia, ekonomicznych, intelektualnych, etycznych czy jakichkolwiek innych. Nie poddam się. I nie zamierzam nigdzie stąd odchodzić, mimo przymusu i presji społecznej selekcji naturalnej. Zostaje, na złość wszystkim.

dziennik pesymistyczny

Politycy powinni się bać wyborców

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Związek zawodowy „Solidarność” ma zamiar piętnować tych, którzy w jego opinii przyczynili się do pogorszenia sytuacji polskich pracowników – informuje dziennik „Rzeczpospolita”. W tej politycznej akcji związkowcy spróbują zaszkodzić części kandydatów do europarlamentu poprzez wytykanie im błędów i niepowodzeń. Trudno nie poprzeć takiej akcji. Obywatele wskazują na miejsca gdzie politycy – łagodnie mówiąc – mijali się z prawdą w swoich wypowiedziach lub wykazywali się ignorancją w swoim postępowaniu. W ten sposób związkowcy namawiają wyborców do nie głosowania na tych skompromitowanych kandydatów. To proste jak drut. Całkowicie zgodne z teoretycznymi zasadami demokracji. Całkowicie dopuszczalne w państwie prawa, jakim podobno jest Polska. Ale pewien dziennikarzy z śniadaniowej telewizji informacyjnej uważa, że to całkowity skandal. Podczas tradycyjnej dla niego pogawędki o niczym, na wizji wyśmiewał pomysł związkowców. Naigrawał się, że koszty, jakie związkowcy z „Solidarności” chcą przeznaczyć na kampanie oraz ewentualne procesy sądowe mogłyby być wydanie znacznie lepiej. Ja tam nie spodziewam się już od dawna po tym dziennikarzu niczego, co mogło go zbliżyć do ogólnie pojętego profesjonalizmu. Ale zawsze jest tak, że jak już jestem pewny, że ten facet przekroczył na moich oczach granicy absurdu i zwyczajnej głupoty, że już dalej posunąć się nie może, to on znów zrobi krok dalej. Ma po prostu chłopak talent do zabawiania, i pewnie, dlatego go TV trzymają.

Jego jeszcze mogę zrozumieć. Taki ma klaunowskie zajęcie. Robi to, co robi, bo dobrze na tym zarabia. Ale gdy opowiadałem o tej inicjatywie związkowców pewnemu lokalnemu politykowi ten ku mojemu zdziwieniu był równie zbulwersowany zamiarami ludzi z „Solidarności”. – To już nie wolno wytykać błędów kandydatowi na urząd? – pytałem. A on na to, że to skandal, bo przecież są jakieś reguły gry politycznej, że tak nie można, że to brutalizacja życia politycznego, że jak tak można wytykać błędy, że trzeba rozmawiać, a nie szkalować itd. – Człowieku, przecież jak ktoś coś obiecywał a potem złamał obietnice, to chyba dobrze, że się go z tego rozlicza poprzez przypomnienie tego faktu – tłumacze mu spokojnie. A ten na to, że to nie tak, że „kampania wyborcza ma swoje prawa”, że przecież to tak jak z reklamą, że należy spodziewać się, że nie wszystko będzie zrealizowanie, że podczas kampanii wyborczej wyznacza się tylko ogólne cele, które niestety czasem życie weryfikuje i inne takie dyrdymały. – To, że jak coś obiecam a potem tego nie zrealizuje to nie znaczy, że kłamałem w swojej kampanii, po prostu czasem nie da się wszystkiego zrobić podczas jednej kadencji – przekonywał mnie do swoich racji.

Dla niego tego polityka to skandaliczny skandal – że przywołam klasyka. Uważa on, że w tak brutalnej akcji „Solidarność” spróbuje utrącić niektórych kandydatów do europarlamentu nie zważając na konsekwencje takich działań. Według „Rzeczpospolitej” w akcji związkowców ucierpieć mogą Julia Pitera, Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, Barbara Kudrycka, Michaił Boni, Adam Szejnfeld, Jacek Rostowski a także Władysław Kosiniak-Kamysz. – To nie są ludzie z mojej bajki, ale takie podejście do sprawy może jeszcze bardziej ograniczyć zaufanie wyborców do elit politycznych i tym samym obniżyć frekwencje w wyborach, która i tak jest bardzo niska – stwierdził mój znajomy polityk.

W jego przekonaniu wytykanie błędów i zakłamania działaczów to nic innego jak sekowanie klasy politycznej. Cóż, on, choć nadal jest „lokalny” do z ambicjami.  Taką wybrał drogę zarabiania pieniędzy, więc mu się nie dziwię, ale nie zmienia to faktu, że w demokracji przynajmniej teoretycznie nie chodzi o to żeby chuchać na polityków tylko za każdym razem mówić im: sprawdzam.  I tak właśnie robią związkowcy (przynajmniej w swych zapowiedziach). Czy politycy zdolni są do wszelkich niegodziwości, aby zdobyć władze i ją utrzymać? Oczywiście, że tak, ale bardziej zdolni są do zwykłej niekompetencji. Dlatego zawsze trzeba ich obserwować i wytykać błędy.

To będzie bardzo bolesna dla polityków kampania i bardzo słusznie. Trzeba wreszcie pokazać, że politykom, że ktoś im patrzy na ręce. Przypomnieć, że ktoś zawsze obserwuje i że pamięta ich obietnice i zobowiązania. Bo dość już mówienia o tym, że nasza klasa polityczna jest zła, że się z nią nie zgadzamy. Czas na czynny opór. Czas na to żeby nie pozwolić politykom, aby robili to, z czym się nie zgadzamy. Ludzie nie powinni bać się rządzących, to władza powinna się bać ludzi.

dziennik pesymistyczny

Żyć i zobaczyć

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Tak, a więc tu przychodzą ludzie, aby żyć, myślałbym raczej, że tu można umierać – napisał kiedyś austriacki poeta Rainer Maria Rilke. Nie trudno zgodzić się z takim oglądem świata. No dobrze, przyznam to, niech będzie, przynajmniej mnie nie jest trudno tak jak Rilke postrzegać ten nasz świat.  Przychodzimy tu by żyć, a raczej umierać. Gdy tylko się rodzimy to już w pewnym sensie przygotowujemy się na śmierć. Nasze życie, na tym łez padole, to droga do śmierci. To nieuniknionego.

Teraz, gdy kolejny z moich przyjaciół odszedł w nieznane, ku wieczności, przeniósł się na łono Abrahama, zszedł był z tego świata lub po prostu umarł. Gdy kolejny z tych, których ceniłem i lubiłem nie żyje, myślę coraz częściej o tym, że liczy się tylko chwile obecna. Nie ma przyszłości, ani nie ma przeszłości. Jest tylko tu i teraz. To dzisiaj, teraz jest najważniejsze i co dobre jest jedyne. Tak, cieszę się każdym kolejnym dniem, bo z radością nowo narodzonego witam się z nim i wiem, że jeśli nie spotkają mnie nieszczęścia ostateczne to będzie to dobry dzień. Zasypiam z nadzieją, ale nie planuje dnia następnego. Nie czekam na niego. Jeśli będzie to dobrze, jeśli nie to też nie będę rozczarowany. Nie będę zasmucony. Raczej po prostu zwyczajnie – nie będę, więc nie będę musiał być „jakiś”.

– Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość – mawia Woody Allen. Dlatego ja nie mam planów, mam za to marzenia. Marze o tym, że odwiedzę w maju przyjaciół, że w czerwcu pojadę ma wakacje. To nie są plany na przyszłość, bo jak pokazały wydarzenia ostatnich dni na Ukrainie, nic nie jest na zawsze i wszystko może się zmienić. Po co się przejmować tym, co będzie, roztrząsać to, co było, jeśli i tak na to, co z nami będzie mamy bardzo, ale to bardzo minimalny wpływ. Jeśli ktoś żyje w klatce państwowych, urzędniczych, religijnych, społecznych czy finansowych ograniczeń to może tylko marzyć o wolności. W żadnym razie nie może planować. Rybka w akwarium nie może zamierzać morskich podróży. Dlaczego więc mamy się dręczyć planami na przyszłość?

– Z naszej półki biorą – słyszałem wielokrotnie to zdanie w formie żartu. Teraz, gdy zamieniło się ono w rzeczywistość nie czuje smutku, czuje w zasadzie tylko żal, że nie wszystko jeszcze zrobiłem. Że jest przede mną jeszcze tyle miejsc do odwiedzenia, tyle książek do przeczytania, tyle filmów, dróg, miejsc, spotkań… jest za mało czasu. Jestem tu by żyć, a więc żyje, dopóki nie przyjdzie mi umierać. Nie skarżę się, raczej czuje pewien niedosyt wyrażeń. Takie uczucie niespełnienia, ale niefrustrujące.

Kilka razy w życiu ci, których szanowałem za poglądy i obdarzyłem przyjaźnią przekonywali mnie, że śmierć to nie koniec. Teraz, gdy po raz kolejny stałem nad grobem, tego, co już wie jak jest naprawdę, zastanawiałem się czy ten obrzęd, te modły księdza, te symbole, to wszystko nie jest tylko ostatnią próbą zapewnienia umarłemu biletu wstępu do tego, co nieznane i miejmy nadzieje wieczne. Bez względu na jego poglądy religijne zapewniamy siebie i tego, którego już niema, że śmierć to nie koniec.

Siedząc na tarasie kawiarni patrzę na park. Wystawiam moją spragnioną słońca, zarośnięta gębę do słońca. Jestem jak robak, który wylazł z pod kamienia, wlazł na niego i teraz cieszy się słońcem. Całkiem nie po robaczemu myślę o tym, co przeczytałem w gazecie. O tym, że jak informuje pani Justyna z Komendy Miejskiej Policji w 2013 roku na terenie miasta i powiatu doszło do 55 samobójstw, podczas gdy dla porównania w roku 2003 było ich tylko 25. Grzeje się na słońcu, patrzę na bezlistne badyle, które gotują się na wybuch zieleni, i myślę o tym „znaczącym wzroście” i wiem, że chyba po raz pierwszy od wielu lat wbrew mojej pesymistycznej naturze (a może dzięki niej) mając wybór wybieram życie.

Tak, nadal uważam jak Rilke, że „raczej (…) tu można umierać. Ale tym razem, bez jakikolwiek planów na przeszłość, to „raczej” w zupełności mnie zadowala i w pełni satysfakcjonuje. – Pożywiom -uwidim – jak to mówią „starożytni Rosjanie”. I ja zdecydowanie chce dziś: żyć i zobaczyć.

dziennik pesymistyczny

Bunt nienazwany

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Od ponad trzech miesięcy na Ukrainie rozwija się ruch, który moim zdaniem błędnie interpretują nasi politycy, komentatorzy polityczni i cześć dziennikarzy. Chyba warto w końcu zauważyć, że od samego początku Ukraińcy – przynajmniej tak twierdzą Ci, z którymi rozmawiałem – mieli bardzo specyficzne i osobliwe podejście do „Europy”. Im unia europejska kojarzy się ze społeczeństwem bez korupcji, z wysokim wynagrodzeniem za prace, z dostępem do medycyny na wysokim poziomie, z godnymi rentami i emeryturami wypłacanymi na czas, z rządami prawa, z uczciwymi politykami, i nieskorumpowanymi urzędnikami państwowymi. Czyli z ideałem. Tego dokładnie chcieli mieszkańcy PRL-u i do tego dożyli dwadzieścia pięć lat temu. Teraz Ukraińcy, jak kiedyś my, chcą uśmiechniętych twarzy na czystych i zadbanych ulicach, mieszkań w rozsądnych cenach, chleba, kiełbasy, wódki, modnych ubrań, nowych samochody itd. Oni mają geopolitykę i zwykłą politykę w głębokim poważaniu. Chcą jechać na zachód bez wiz i mieć to samo, co bogacze, na których się wystarczająco już napatrzyli. To pełne sklepy i czyste ulice, to modne ubrania i drogie lśniące samochody są tym, czego pragną najbardziej.

Dla mnie ukraińska rewolucja „to nowy, jeszcze nienazwany bunt społeczny, zdecydowanie nie polityczny”. Tam ludzie nie walczą o abstrakcyjne polityczne ideały, ale o czyste ulice i o godne życie. Ten ukraiński bunt to nie bunt polityczny, to bunt społeczny. Wybuch niezadowolenie z sytuacji ekonomicznej. Ludzie omamiani od lat wizją zachodnio europejskiego dobrobytu chcieli tego samego, co widzieli w Warszawie, Berlinie, Paryżu czy Londynie. To nie przewrót polityczny jak nam się od dawna wmawia. To nie polityczna, czy partyjna operacja mająca na celu zmianę rządów i skierowanie kraju na drogę szybkiego marszu ku unii europejskiej. To chaotyczny bunt, to nieprzewidywalna rewolucja społeczna. Na Majdanie już nikt lub prawie nikt nie wierzy politykom i nie ma to znaczenia czy są z opozycji czy z obozu rządzącego. Oni chcą bezwarunkowego zwycięstwa, ustąpienia prezydenta, zemsty na milicjantach z oddziałów specjalnych, ukarania odpowiedzialnych za przelew krwi na Ukrainie. To dla nich oznacza wolność. Ale przede wszystkim chcą zmian w życiu doczesnym.

Ktoś kiedyś, jakiś polityk jeden z drugim, w przypływie genialności i we własnym interesie pokazał Ukraińcom ideał i nazwał go „Unia Europejska”. Dlatego, gdy prezydent Janukowycz ogłosił, że społeczeństwo nie dorosło jeszcze do „europeizacji”, że nie podpisze umów stowarzyszeniowych z UE i że lepiej Ukraińcom będzie w nowym „związku radzieckim” to w ludziach coś pękło i zaczął się bunt. I zaczął się „Euromajdan”. Ale „Europa”, jak uważam i jak sądzę po czytanych i zasłyszanych wypowiedziach Ukraińców, to w rzeczywistości nigdy nie był główny cel protestujących. To antyrządowe i antyrosyjskie nastroje były znacznie silniejsze. I teraz już nikt nie pamięta tamtej retoryki, która początkowo była przyczyną demonstracji. Wiele osób zgadza się, że sam termin „Euromajdan” jest już anachroniczny. Teraz otwarcie wszyscy twierdzą, że nie dbają o UE i chcą tylko odejścia znienawidzonego reżimu. Takie uczucie jest akceptowane w szerokich kręgach protestujących.

– My tylko chcemy godnie żyć – słyszę od znajomego Ukraińca. To nie jest zawołanie polityczne to pragnienie bardzo podstawowe, takie zwyczajnie ludzkie pragnienie i prawo. Z poczucia upokorzenia zrodził się sprzeciw wobec zaszczytów, przywilejów urzędników i oligarchów, sprzeciw wobec podziałom ludzi na tych bardzo bogatych i przez to uprzywilejowanych, i na tych żyjących w nędzy i upodleniu, których głosu nikt nie słuchał.

Władza Janukowycza trzymała ludzi w uzależnieniu od skorumpowanej struktury urzędniczego państwa. Krępowała w okowach biedy, świeciła w oczy nadmiernym bogactwem, mamiła przyszłym dobrobytem w bliżej nieokreślonej przyszłości. Dlatego nie można się dziwić, że ludzie połączeni w masy postanowili uogólnić się i przemienić się w naród, który pragnie zmian, choć sam chyba do końca nie wie jak te zmiany mają wyglądać. Majdan był i nawet teraz jest w pewnym sensie miejscem spotkań, a teraz walki, które może zjednoczyć wszystkie warstwy społeczne w oderwaniu od polityki. I choć występuję tam nacjonalizm, to mam wrażenie, że jest to nacjonalizm wynikający z osamotnienia ludzi pozostawionych samych sobie i nikomu już niewierzących. To nacjonalizm zjednoczenia przeciw korupcji politycznej kryjącej się za demokracja parlamentarną. Oni chcą nowych wyborów, choć dobrze wierzą, że ta legalnie wybrana władza teraz do nich strzela. Dlatego to jest bunt. To ekonomiczna, ponadpartyjna, antydemokratyczna, nacjonalistyczna w sensie, o jakim wspominam powyżej, i trochę anarchistyczna rewolta narodowa.

A najgorsze i zarazem najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że po zwycięstwie narodu nad Tytanią, znów przyjdą politycy i znów wszystko zacznie się od nowa. – Lud powinien służyć rewolucji; gdy jednak rewolucja jest skończona musi powrócić do domu i pozostawić trudy rządzenia wykształconym – rzekł kiedyś Brissot. Obawiam się, że to właśnie, co wydarzyło się w Polsce dwadzieścia pięć lat temu, powtórzy się znów na Ukrainie.  Ponownie jaśnie oświeceni politycy, urzędnicy, finansjera i wszelkiej maści demokraci i państwowi liberałowie znów wyślą lud do domów po skończonej rewolucji i utworzą nowy, lepszy świat dla siebie, nie dla ludu.

dziennik pesymistyczny

Niepoprawne politycznie walentynkowe rozważania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ludzie przestali wierzyć w wielka miłość. Uwięziły ją paragrafy i normy. Teraz przed zakochaniem trzeba sprawdzić metrykę, kartę zdrowia, wypłacalność przyszłej partnerki czy partnera. Warto też prześledzić czy nie występuje miedzy nimi zależność służbowa lub jakieś inne zabronione sprzężenie. Miłość, uczucie, seks w końcu musi być przede wszystkim poprawny politycznie. Miłość taka namiętna, bez granic może się przykro skończyć dla tych, co ją czynią.

Otwieram dziś gazetę i co widzę? Dziennikarze donoszą, że pewnej trzydziestosiedmioletniej nauczycielce oskarżonej o obcowanie płciowe z nieletnim grozi nawet 12 lat więzienia. Kobieta współżyła ze swoim uczniem i ma z nim dziecko. To faktycznie straszne. Współżyła z uczniem. Pewnie siłą zmuszała go do czynów niegodnych, a on biedny się opierał, ale uległ przemocy i choć pewnie nie chciał to jak widać musiał i zapłodnił. Co dalej? Teraz dziecko musi się urodzić, bo jako nienarodzone podlega ochronie i na mocy prawa i z patronatu kościoła katolickiego. Potem przyszłą matkę, trzeba zamknąć na 12 lat. Dziecko trafi do sierocińca, bo przecież taka zboczona matka nie może go wychować. I po sprawie.

Prokuratura rejonowa w Kaliszu zarzuciła kobiecie obcowanie płciowe z osobą w wieku poniżej 15 lat. Fakt, mogła poczekać z tą miłością z rok, to kwalifikacja byłaby zupełnie inna. Ale, że się bezwstydnica zakochała i z molestowała dzieciątko, to trzeba ją w zamknąć i wyrzucić klucz. Do wszczęcia śledztwa doszło w październiku 2013 roku po publikacji prasowej. – Treść artykułu nakazywała sprawdzenie opisanych w nim okoliczności związanych z obcowaniem płciowym nauczycielki z jej 14-letnim uczniem, w następstwie, którego zaszła ona w ciążę i urodziła dziecko – podał prokurator. No i się zaczęło. Na początek trzeba było sprawdzić czy aby kobieta nie jest przypadkiem chora psychicznie, bo jak powszechnie wiadomo taka, co z czternastolatkiem obcuje przecież musi mieć coś z głową. W trakcie śledztwa niewiasta została poddana szczegółowemu badaniu przez biegłych psychiatrów a także biegłego seksuologa, którzy uznali, że w czasie zarzucanego jej czynu miała ona zachowaną poczytalność.

W trakcie przesłuchania kobieta nie zaprzeczyła oskarżeniom, że kochała się z czternastolatkiem. Uczeń też przyznał, że to on jest ojcem dziecka. Dlatego pewnie prokurator prowadzący postępowanie zarządził przeprowadzenie badania genetycznego w celu dodatkowej weryfikacji tych ustaleń. Potwierdziły one, że ojcem dziecka nauczycielki jest jej uczeń. Czy przy okazji ustalano, czy kobieta jest matką? O tym prokuratura milczy. Akt oskarżenia trafi teraz do sądu, więc to jeszcze nie koniec tej historii o zakazanej miłości.

Od wiek, wieków ludzie się zakochiwali, współżyli ze sobą i w wyniku tego rodziły się dzieci. Dobrze, czternastolatek nie powinien obcować ze starczą nauczycielką, bo choć jest sprawny fizycznie (ojciec dziecka) to może umysłowo jeszcze nie jest rozwinięty. Ale czy na pewno przeszła matka zasługuje na dwanaście lat więzienia? To najlepsze dla niej, dla ojca dziecka i dla nowonarodzonego? Dlaczego wszystko rozpatrujemy w tak jednoznacznych kategoriach? To absurdalne? Ona go uwiodła? A może on? Nikt o tym nie mówi? Wszyscy piszą i mówią nie o miłości, ale o obcowaniu płciowym z osobą w wieku poniżej 15 lat.

Za młodych lat zakochałem się w nauczycielce. Ale ona na szczęście nie uległa mojemu chłopięcemu urokowi. Pamiętam też, że owa nauczycielka była obiektem westchnień wielu moich kolegów, którzy robili dosłownie wszystko, aby tylko wpaść w oko ponętnej pani. Cóż ja króciak w okularach, ja nie miałem szans, ale przecież było wielu takich wśród chłopięcej szkolnej społeczności, co zdecydowanie zwracali uwagę i nie wyglądali na swój wiek. Teraz myślę o tym jakieś to katusze musiała przechodzić ta nasza pani nauczycielka. To straszne. Opierała się, mimo tylu adoratorów.  I nie uległa. Siłaczka prawdziwa.

W Walentynki, apeluje: ludzie, więcej zrozumienia dla wielkiej miłości! Chętnie poczytałbym o szczęśliwym zakończeniu tego romansu a nie o tym, co grozi chłopcu i zakochanej nauczycielce. Bo miłość z założenia jest chaotyczna. Zatracasz się w niej, nie panujesz nad sobą, nie osądzasz jej, i nie możesz opanować. Im większa miłość tym większy chaos.

dziennik pesymistyczny

O zagrożeniach płynących z polowania na bestię

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Człowiek, który zdecydował o podrzuceniu T. do celi kompromitujących materiałów, położył na szali jedne wartości przeciw drugim. Postawił naruszenie prawa przeciw ludzkiemu bezpieczeństwu. W mojej ocenie wybrał słusznie – ocenia profesor Marian Filar, karnista.

W zasadzie wszystko się zgadza. W tak zwanej ocenie społecznej pedofil i morderca jest bestią, którą trzeba zatrzymać w celi za wszelką cenę i wszelkimi środkami. Ale mnie dręczy inne pytanie: czy środki, które państwo wypracowało i uzyskało przy sprawie Mariusza T. nie będą wykorzystywane w przyszłości w sprawach, które nie będą dotyczyły seksualnych zwyrodnialców, ale na przykład osób, które zagrażają – w ocenie urzędników – bezpieczeństwu państwa? Czy policja, sądy inne instytucje państwa nie uzyskały, tak przy okazji, narzędzi, które wzmocnią nadzór nad niepoprawnymi i nieprawomyślnymi obywatelami?

Czy naprawdę mogę być absolutnie pewny, że nie stanie się tak, iż szalony urzędnik w przypływie gorliwości zobaczy w ludziach o innych poglądach terrorystów, którzy zagrażają istnieniu państwa i w świetle specustawy wsadzi ich na przymusowe leczenie w celu naprostowania poglądów? Powie ktoś: to niemożliwe! W demokratycznym państwie prawa?! Przy niezawisłych sądach?! To zupełnie niemożliwe. Ale czy na pewno? A sprawa tajnych więzień CIA w ośrodku agencji wywiadu w Starych Kiejkutach? Ile zapisów ustaw wtedy złamano? A czy Konstytucja RP nie została podeptana za 15 mln dolarów? Śledztwo w tej sprawie trwa od 2008 roku i pozostaje nierozstrzygnięte. I coś mi mówi, że trwać będzie aż do przedawnienia. Państwo zawsze będzie się kierować zasadą: jak się chce to można. Należy pamiętać, że prokuratorzy czy sędziowie to nie jakaś istniejąca niezależnie, w całkowitej próżni, nadprzyrodzona sprawiedliwość. To przecież zwykli urzędnicy państwowi opłacani przez państwo i jemu podlegli.

– Istnieje możliwość, że T. padł ofiarą prowokacji, nie mogę wykluczyć, że materiały pornograficzne zostały Mariuszowi T. podrzucone. Należy jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ważniejsze są prawa dzieci czy prawa wielokrotnego mordercy – stwierdził Leszek Miller szef jednej z największych partii opozycyjnych oraz były premier RP. Ta wypowiedz rodzi zasadne pytanie czy praktyka preparowania dowodów przez urzędników państwowych w celu uzyskania zamierzonych rezultatów jest codziennością dla instytucji państwowych czy tylko jednostkowym przypadkiem?

W celi T. miały zostać znalezione materiały o treści pornograficznej z udziałem nieletnich. Prokuratura stwierdziła jednak, że nie ma podstaw do wszczęcia śledztwa w tej sprawie. Minister sprawiedliwości odpiera zarzuty dotyczące tego, że znalezienie materiałów w celi T. jest prowokacją. Minister raczył zapewnić, że materiały nie mogły być podrzucone, bo cela T. była monitorowana. Przez kogo? Przez urzędników państwowych, tych samych, co znaleźli „pornograficzne” materiały? Jeśli tak to faktycznie nie mogły. Gdyby nie było to tragiczne to byłoby to po prostu zwyczajnie śmieszne.

Jeśli nawet przyjąć założenie, że nikt kompromitujących materiałów do celi nie podrzucił. To nikt nie zaprzeczy, że nie mogło być tak, że ktoś z ministerstwa sprawiedliwości lub jakiś inny nadgorliwy urzędnik wpadł na genialną w swej prostocie pomysł i zwyczajnie „przerobiono” pamiątki dewianta na materiały o treści pornograficznej z udziałem nieletnich.

Ustawa o nadzorze nad groźnymi przestępcami od początku budziła kontrowersje wśród prawników i niektórych polityków. Prezydent podpisał ją, ale zapowiedział jednocześnie skierowanie jej do trybunału konstytucyjnego. Mam spore obawy czy medialna pogoń za bestią nie jest przypadkiem próbą wprowadzenia do ustawodawstwa super rozwiązań prawnych idących w stronę przypominających instytucji przypominających osławione psychuszki. Czy naprawdę całkowicie pozbawiona podstaw jest moja obawa o to, że taka spec ustawa może stać się podstawą do represjonowania przeciwników politycznych a także osób uważanych za naruszające normy społeczne? Czy to wytwór mojej paranoi? Oby!

dziennik pesymistyczny

Miejska dendrofobia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Władze mojego miasta opanowała niebezpieczna fobia. Magistrat oraz podległe mu instytucje zapadły na poważną dendrofobie. Urzędników owładnął paniczny lęk przed drzewami. Bo jak inaczej nazwać to, że przez ostanie kilkanaście lat praktycznie zieleń w centrum miasta przestała istnieć.  Podpierając się przepisami, powołując na prawo i dlatego że władza zawsze wie lepiej niż obywatel tną drwale z urzędniczego wyroku wszystko co zielone i wyrosło wyżej niż na centymetr. Tu już nie chodzi o zwykłą niechęć do drzew i krzewów to jest już prawdziwa obsesja.

Pomiędzy rokiem dwa tysiące jedenastym a dwa tysiące czternastym na podstawie wydanych prawomocnych decyzji przez właściwe organy administracyjne takie jak Delegatura Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków oraz Wydział Ochrony Środowiska i Rolnictwa Urzędu Miejskiego dzielni drwale wycieli w parkach 1078 drzew, na miejskich skwerach i ulicach dodatkowo 86. Tylko przez trzy lata wyrżnięto 1164 drzewa! Krzaków nikt nie liczy. I dokonała tego dzieła tylko jedna miejska instytucja Zakład Usług Komunalnych, a przecież nie tylko oni są wykonawcami woli urzędników cierpiących na dendrofobie.

Ale to nie koniec. Miejscy urzędnicy w swym szaleństwie postanowili godnie powitać nowy rok i już w połowie stycznia ponownie ruszyły prace przy wycince drzew w miejskim parku. Drwale  z miejskiego Zakładu Usług Komunalnych ruszyli do ataku na to co zielone i wycinają na potęgę. Spośród 72 przeznaczonych do wycięcia drzew najmniejsze to lipa drobnolistna o obwodzie około 10 centymetrów, największy kasztanowiec o ponad dwumetrowym odwodzie. Inne drzewa, które pójdą pod topór, to: graby pospolite, lipy drobnolistne, jabłonie, wiśnie, robinie białe, śliwy, mirabelki, a także po kilka sztuk takich gatunków jak klon jawor, klon pospolity czy wiąz polny. Tu też wyrębu dokonano za zgodą delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków.

Czym spowodowana jest ta „rzeź”? Tłumaczenie zazwyczaj jest takie samo. „Wycinki drzew były spowodowane głównie koniecznością przygotowania zaniedbanego przez dekady drzewostanu do rewitalizacji zabytkowych zespołów parkowych oraz skwerów. Wiele z usuniętych drzew posiadało znaczne ubytki chorobowe i miało zaburzoną statykę, co kwalifikowało je do wycinki z uwagi na występujące realne zagrożenie dla zdrowia lub życia ludzi oraz mienia” – cytat z oficjalnego pisma ZUK. To zakrawa na straszliwą epidemie wśród drzew rosnących w mieście która powinni się jak najszybciej zająć dendrolodzy. Bo czy to możliwe żeby przez trzy lata prawie tysiąc czterysta drzew miało „znaczne ubytki chorobowe i miało zaburzoną statykę”.

Wycinka zawsze wzbudza emocje mieszkańców. Dlatego władza miejska tradycyjnie w ramach uspokojenia nastrojów społecznych głośno opowiada o licznych nasadzeniach które maja zastąpić drzewa które dopadły te mityczne (bo przecież kto tam może wiedzieć lub sprawdzić) „znaczne ubytki chorobowe”. Z tego co podaje Zakład Usług Komunalnych przez ostatnie trzy lata dokonano tylko 355 nowych nasadzeń drzew. Różnica miedzy tym co poszło pod topór, a tym co nasadzono jest zatrważająca. Ale magistraccy urzędnicy nadal mają dobry humor i głoszą prawdy objawione o tym że w parkach i na ulicach jest za duże zacienienie więc rżnąć trzeba, bo trawa nie chce rosną.

Moje miasto – to jak pisał w 1907 roku autor monografii historycznej – „należy do ładniejszych i czystszych miast prowincjonalnych Królestwa a przyczynia się to tego przedewszyskiem częściowa kanalizacja (…) oraz zadrzewienie niektórych ulic”. Przez długie lata mieszkańcy miasta cieszyli się wyjątkowo piękną przyrodą. Jednak przez ostatnie kilka lat władza robi wszystko co w jej mocy by to zmienić. Aż boje się pomyśleć, że to nie jest ostatnie słowo urzędników cierpiących na dendrofobie.