Tag Archives

58 Articles

dziennik pesymistyczny

Bezmyślenie osobnicze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Cały czas myślę i to jest moje największe przekleństwo. Bo gdybym nie myślał lub myślał mniej, choć trochę, to może łatwiej bym się dopasowywał, uspołeczniał. Bez myślenia byłbym szczęśliwszy, pracowitszy, bardziej uporządkowany. Nie zastanawiałbym się, dlaczego co rano muszę wstać do pracy. Bo praca byłaby dla mnie czymś najzupełniej naturalnym. Żył bym spokojniej bez ciągłej potrzeby dociekań. Czy jakbym ograniczył narkotyczną wręcz potrzebę myślenia nie zadawałbym sobie tak społecznie bezsensownych pytań jak: dlaczego? Po co? Wykonywałbym polecenia i czułbym się szczęśliwszy. Stałbym się cennym członkiem społeczeństwa. Co dnia stawałbym przy maszynie. Siadał przy biurku. Stawałbym na stanowisku. Służyłbym pomocą. Skrzętnie bym pracował i zarabiał. Tak po prostu. Bez myślenia łatwiej by mi było znaleźć prace. Byłbym bardziej atrakcyjny dla wolnym rynku. Byłoby na mnie zapotrzebowanie. Stałbym się  społecznie kompatybilny. Byłym lepiej opłacany. Adekwatny. Taki swój. Masz. Kumpel. Byłbym wypłacalny. Miałbym zdolność kredytową. Byłbym wiarygodny dla banków. Gdybym tylko mniej myślał. Choć ociupinkę. Mniej analizował. Gdybym nie szukał dziury w całym. Byłbym szczęśliwszy. Bardziej lubiany. Miałbym więcej kolegów, no bo z pracy. Miałbym więcej przyjaciół, bo by mnie było stać na przyjaźnie. Miałbym lepszą opinie w środowisku.  Miałbym większy dom. Większe mieszkanie. Może nawet w wieku sześćdziesięciu trzech lat spłaciłbym w końcu hipotekę?  Mógłbym pracować wydajniej. Dosłownie wszędzie. Robić wszystko co się ode mnie by wymagało. Mógłbym bez problemów wyjechać za pracą. Żyć bez lęku. Bez nadmiernego myślenia byłoby łatwiej i sprawniej. Wydajniej.

Gdybym nie myślał tak wiele, mniej bym się denerwował. Wiadomości telewizyjne, nagłówki w gazetach napawałyby mnie tylko optymizmem. Zwiększałyby moją potrzebę bardziej wytężonej pracy dla dobra nas wszystkich. Gdybym tak, choć na chwile przestał się zastanawiać, dlaczego jest tak jak jest, a nie jest inaczej, byłbym o wiele szczęśliwszy. Gdybym nie czytał, nie oglądał, nie bawił się, nie przyglądał się, nie rozmyślał w nadmiarze… gdybym zwyczajnie nie chciał wszystkiego zrozumieć, świat tak bardzo by mnie nie przerażał. Lepiej bym sypiał gdybym w nocy nie myślał o dniu następnym. Może nie brałbym leków? Może byłbym bardziej realny. Mniej oddalony. Teraźniejszy. Nie denerwował się. Jakżeż ja byłbym spokojny bez nadmiernego myślenia. Może nawet byłbym bardziej wolny, bo przecież nawet nie zastanawiałbym się nad zniewoleniem. Ale chyba najważniejsze, że byłbym bardziej przystosowany do tego świata. Nie chciałbym nic zmieniać. Nie stawałbym niewygodnych pytań. Wiedziałbym przecież, że nic nie zmienię. Gdyby się tak dało nie myśleć. Wyłączyć pokrętłem, aż do kliknięcia oznaczającego koniec myślenie.  Jeśli nie wyłączyć całkowicie, to przynajmniej przyciszyć, stłumić myślenie.

Nie zagrażałbym sobie i innym, gdybym mniej myślał. Nie poszukiwałbym praw. Bo bym znał prawdy tak z boskiego nadania. Nie dociekałbym, nie pragnąłbym, bo wiedziałbym, że jest jak jest. Byłbym bardziej propaństwowy, prospołeczny, patriotyczny, bo przecież za pewnik bym przyjmował prawa i obowiązki. Gdybym nie myślał tak wiele, to pewnie doszedłbym do czegoś. Stałbym się posiadaczem. Miałbym i byłoby mnie stać. Byłbym wzorowym obywatelem każdego państwa. Czasem chce tego, chciałbym przestać być inny. Być zwyczajny. Szary. Uporządkowany.  Porachowany. Usystematyzowany. Może nawet bez natręctwa myślenia stałbym się lepszym, bo bym zapewniał i zaspokajał.  A to wszystko bym miał gdybym tak nadmiernie, tak pazernie nie starał się zrozumieć. Pojąc. Ogarnąć. Jakbym przestał myśleć, choć na czas jakiś. Do czasu aż bym się dorobił. Zapewnił sobie byt. Obrósł materialnie. Pewnie przed to moje wciąż myślenie, przez ten potok całego dociekania mam poczucie nierealności. W zasadzie, tak teoretycznie to wszystko wokół mnie nic, a nic mnie to obchodzi. No, może przynajmniej niewiele. Praktycznie jednak cały czas o tym myślę i to mnie osamotnia. Gdybym mniej myślał to byłbym szczęśliwszy?

dziennik pesymistyczny

Wiedział, nie powiedział, a to było tak

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 6

Wiem, ale nie powiem. To jest motto tych politycznych, wierzących. Tych święcie przekonanych. Badaczy ukrytych prawd. Tych, co doznają objawień. Tych, co posiedli wiedzę o faktach i zjawiskach ukrytych. Teraz oni wiedzą, znają prawdę, ale nie mogą o niej powiedzieć. Nie mają dowodów, ale wierzą, są przekonani. Znają dowody, ale nie mogą ich ujawnić. Odkryli nagle coś nieznanego ogółowi, ale nie ujawnią szczegółów dla dobra ogółu oczywiście. Posiadają wiedzę tajemną, która wyzwoli nas, Polskę całą, piękną, żyzną i niemałą… Prawda została im objawiona, ale nie mogą o niej teraz mówić. Oni coś wiedzą, ale konkretnie, co wiedzą, tego już nie powiedzą.

Dziecięce przekomarzanie było dla mnie wspomnieniem bardzo odległym w czasie, ale teraz to „ wiem, ale nie powiem” powróciło i bynajmniej nie za sprawą dziecięcych zabaw. Teraz to dokazywanie dla dorosłych. A nawet bardzo dorosłych. Teraz to sprawa polityczna. Teraz to sprawa wiary i przekonań. Całkiem niedawno pewien poseł powiedział, że są dowody na to, że trzy osoby przeżyły katastrofę smoleńską. Nie zdradził jednak, kto przeżył. – Po blisko trzech latach badań mogę powiedzieć z olbrzymią dozą pewności czy prawdopodobieństwa, że relacje o tym, że trzy osoby przeżyły (katastrofę), są wiarygodne – mówił ten szef zespołu do spraw. Jak dla mnie, powiedział tyle, że wie, ale nie powie skąd to wie. Czyli znów to dręczące dziecinne stwierdzenie powróciło, tym razem, w dorosłej politycznej formie. – Możemy powiedzieć na pewno. Tak, samolot został zniszczony przez eksplozję. A jak do tego doszło, w jakim zakresie i kto był autorem tej straszliwej zbrodni to jest rzecz, którą będziemy analizowali w przyszłości. Na razie stwierdzamy fakt – powiedział poseł. Czyli tradycyjne już: wiem, ale nie powiem.

Ten swoisty detektyw parlamentarny jest jak ten święty Antoni, patron osób i rzeczy zaginionych oraz spraw beznadziejnych. On doszedł do prawdy. Została mu objawiona. „Po blisko trzech latach badań” On już wie, On „z olbrzymią dozą pewności czy prawdopodobieństwa” zna prawdę, ale całej prawdy, tak wprost, tak zwyczajnie, bez owijania w bawełnę, nie może powiedzieć. – (…) nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy trzy osoby przeżyły. Ale są wiarygodne informacje z trzech źródeł, że tak było. Obowiązkiem polskiej prokuratury jest to sprawdzić – wtóruje mu rzecznik prawych i sprawiedliwych. I znów to denerwujące: wiem, że to prawda, ale nie powiem wszystkiego. Ten polityk mówi, a ja słyszę, że: ktoś coś tam wie, że On słyszał tylko, ale On w to wierzy. Bo On, jest przekonany, że ten, co mu powiedział, ten posiadacz prawdy, jest dla niego wiarygodny, ale na wszelki wypadek niech ktoś tę prawdę objawioną sprawdzi.

– Przy obecnej wiedzy jedyną teorią, która wszystko wyjaśnia, porządkuje wiedzę, i daje konkluzje, jest teoria zamachu. Natomiast z całą pewnością jeszcze trzeba te sprawy bardzo pogłębić – powiedział pan prezes, odwieczny i niespełniony zbawca Polski. Znów, no znów słyszę to: wiem, ale nie powiem.  Znów ktoś posiada wiedzę, jest przekonany o prawdzie, ale żebym ja mógł poznać prawdę, to trzeba tę wiedzę o prawdzie dla mnie specjalnie pogłębić.  Wszyscy coś wiedzą, ale nam nie powiedzą.  Dla naszego dobra oczywiście, bo prawda byłaby dla mnie, dla nas, tak bolesna, że chyba by nas zabiła… i kto by opłacał zabawę w ten cyrk? Kto by płacił podatki?

Konkretnie, no błagam… Panowie! Konkretnie!, Raz! No błagam! Raz powiedzcie całą prawdę, niech i ja doznam objawienia. Raz, choć raz powiedzcie: Kto? Jak? I dlaczego? I co najważniejsze: po co? A nie tylko: ja wiem, ale wam nie powiem.

dziennik pesymistyczny

Pozbawiony słodkiego życia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Społeczeństwo nie może fundować słodkiego życia nietrwałym, jałowym związkom osób, z których społeczeństwo nie ma żadnego pożytku, tylko ze względu na łączącą ich więź seksualną – grzmiała z mównicy sejmowej posłanka prawych i sprawiedliwych pani Krystyna P. Jako mężczyzna żyjący już ponad dziesięć lat w wolnym związku z kobietą, poczułem się zdecydowanie dotknięty wypowiedzią posłanki. Przez te mijające właśnie dwie dekady nowej Polski nie doświadczyłem szczególnie „słodkiego życia” fundowanego mi przez społeczeństwo czy państwo, jako instytucję. Nie przypuszczam też, żeby przepisy nowej ustawy o związkach partnerskich w jakiś szczególny sposób mnie, oraz mojej życiowej partnerce takie „słodkie życie” zafundowały.

Nie chcę szczególnych przywilejów. Po prostu chciałbym, żeby moja dziewczyna mogła się dowiedzieć o moje zdrowie gdy, nie daj Boże, znajdę się w szpitalu. Chciałbym, żeby mogła po mnie zwyczajnie dziedziczyć, gdyby przytrafiło mi się coś złego. Chcę prostych, zwykłych praw. Nic szczególnego. Chciałbym takich praw, jakie mają związki zalegalizowane przez kościół czy przez państwo. Chciałbym praw, które przysługują małżeństwom, bo dlaczego by nie? Jesteśmy gorsi, bo nie „uświęciliśmy” naszego związku obrzędem w świątyni? Bo nie przysięgaliśmy przed urzędnikiem państwowym? Nie chcę przywilejów, lecz równych praw! A pani posłanka Krystyna P. mi ich odmawia.

Obraźliwa jest też dla mnie sugestia pani poseł, jakoby mój związek z partnerką jest takim, z którego „społeczeństwo nie ma żadnego pożytku”. Nie wnikałbym w to, jaki pożytek jest z samotnego życia pani poseł, ale ta pani mnie sprowokowała, więc sobie pozwoliłem.  Tyle lat, chcąc nie chcąc, płaciłem podatki na utrzymanie tego państwa i w miarę możliwości spełniałem moje powinności wobec społeczeństwa. Jestem przekonany, że kto, jak kto, ale pani poseł Krystyna P. nie powinna oceniać czy moje życie w związku z moją dziewczyną przynosi „korzyści” społeczeństwu. Jest to w najwyższym stopniu bezprawne, a jeśli nie bezprawne, to przynajmniej niesprawiedliwe.

Nie wiem też, dlaczego niezamężna i bezdzietna pani poseł Krystyna P. mówi  o „nie – trwałym, jałowym związkom”. Nie znam tej pani, więc nie wiem, co spowodowało, że jej życie jak rozumiem zostało pozbawione nawet tego jałowego związku. Chciałbym tylko podkreślić, że mój związek partnerski przetrwał zdecydowanie dłużej, niż związek uświęcony przez urząd i duchowieństwo, więc nie widzę tu żadnej nietrwałości. A pozostajemy w nim nie TYLKO ze względu na łączącą nas „więź seksualną”. Ale chyba, pani poseł, jako niezamężna i pewnie nieżyjąca w związku partnerskim (wnioskuję ze słów pani poseł) nie bardzo rozumie te zagadnienia.

– Zjawisko związków jednopłciowych jest sprzeczne z naturą. Pozwalają obnosić w przestrzeni publicznej skłonności seksualne, czym naruszają poczucie estetyki i moralności większości Polaków – raczyła wyjaśnić Polakom posłanka prawych i sprawiedliwych. Pani poseł Krystyna P. mnie uraziła, więc czuję się, choć trochę usprawiedliwiony w tym co zrobię.  Odważę się ocenić fizyczną powłokę tej parlamentarzystki. Jeśli posłanka Krystyna P.,  pozwala sobie na ocenianie, co „jest sprzeczne z naturą” a co nie jest,  to i ja mogę pooceniać. Nie chcę, ale muszę – jak mawiał klasyk.  Jako heteroseksualnemu mężczyźnie zdarza mi się, że oceniać piękno i nie piękno kobiet. Chyba to nie jest „sprzeczne z naturą” a wręcz naturalne, prawda?  Widywałem podobizny tej pani wiele razy, w telewizji, na zdjęciach w gazetach czy w internecie.  I jakbym miał ocenić, tak jak pani poseł ocenia innych, to zmuszony byłbym stwierdzić, że to, co widzę zdecydowanie narusza moje „poczucie estetyki”.  Co ja poradzę? Tak jest zapewne, dlatego, że słodko sobie żyję, a społeczeństwo nie ma ze mnie „żadnego pożytku”.

Ps. Krystyna P., bo imię i nazwisko byłoby reklamą, a nie chciałbym reklamować…

 

dziennik pesymistyczny

Analiza uzależnień

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jestem na tyle wolny, na ile pozwalają mi na to moje uzależnienia. Czyli tak naprawdę jestem powszednim niewolnikiem. Wstaję rano, bo tak wypada czynić z rana. Bo tak jestem zaprogramowany. Przedszkole, szkoła, praca. Ósma rano. Znak – nakaz.  Zniewolenie. Możesz się oczywiście uwolnić, ale spróbuj nie zarabiać. Bez tego nie można żyć. Jestem niewolnikiem pieniądza. Niewolnikiem czasu, który powinienem poświęcić na jego zarabianie. Jestem niewolnikiem banków.

dziennik pesymistyczny

Nie mogę być członkiem tej wspólnoty…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Temperatura za oknem bliska zeru. Były minister sprawiedliwości podobno też jest zerem. Choć według ostatnich doniesień i to może być znacznie niedoszacowane.  Zimno. Klimat taki nieznośny. Za oknem śnieg. Po  chodnikach przemykają  przechodnie. Dzień zimowy jak co dzień. W zasadzie nic się nie zmieniło. A jednak wydaje mi się że to co obserwuję jest jakieś takie…  nie moje. Obce. Wrogie. Śnieg pada spokojnie tysiącami płatków. Teraz już wiem, że funkcjonariuszom państwowych służb specjalnych i prokuratorom nie grozi kara za manipulowanie dowodami. Nastąpiło przedawnienie. Co czuję? Nic nie czuję. Bo tak mnie nauczono. Zima w pełni. Spokojnie. Patrzę na swoje dłonie. – To tylko kolejna afera – uspokajam sam siebie. Taka aferka z tych telewizyjnych. Pojawiła się to i zniknie. Stopi się. Przyjdzie nowa, lepsza. Przyglądam się jak dzieci lepią bałwana ze śniegu.

Podczas odczytywania uzasadnienia wyroku w procesie pewnego lekarza – łapówkarza, sędzia państwowy ocenił taktykę organów ścigania jako „przerażającą”. Ale to nie ma znaczenia, bo się przedawniło. – Budzi to skojarzenia nawet nie z latami osiemdziesiątymi, ale z metodami z lat czterdziestych  i pięćdziesiątych, czasów największego stalinizmu – mówił sędzia. I co? I nic. Przecież nic nie było – jak chcą prawi i sprawiedliwi.  Nie było „przewinień dyscyplinarnych” ze strony funkcjonariuszy państwowych służb specjalnych i prokuratorów, którzy prowadzili nocne, następujące jedno po drugim,  wielogodzinne przesłuchania oskarżonych i świadków. Podobno zainteresowani sami tak chcieli. Nic się nie stało. – Sędzia przesadził – mówi poseł partii, której poparcie jest bliskie zeru. Sąd uznał za „fałszywy i zmanipulowany, sporządzony przez kiepskiego reżysera” emitowany w telewizjach materiał służb specjalnych z zatrzymania lekarza-łapówkarza.  Pamiętam też, na moje nieszczęście,  jak minister sprawiedliwości mówił, że już „nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”. I co, i nic… Nie mogę być już członkiem tej wspólnoty…

 

dziennik pesymistyczny

Polska – oto jest pytanie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W polskojęzycznej Wikipedii najczęściej wyszukiwanym hasłem okazała się być… Polska. Wychodzi na to, że najczęściej wpisujemy w wyszukiwarkę nazwę naszego kraju! Mam nadzieję, że nie jest to tylko przejaw tego, że Polacy zwyczajnie, co kilka dni sprawdzają, aby się upewnić, gdzie to, w jakim kraju i w jakim państwie żyją. – Co to jest Polska?  – czyżby to pytanie było tym, które najczęściej zadają w internecie mieszkańcy tej pięknej, acz jak widać zagadkowej, krainy? – Gdzie ja właściwie jestem? – pytają polscy internauci i szukają odpowiedzi w Wikipedii.

Może moje nadzieje, co do intencji rodaków szukających w internetowej bazie wiedzy, odpowiedzi na to, co to jest Polska są za bardzo naciągane. Tak, jest to możliwe. Ale również nie można wykluczyć takiej możliwości, że to wielbiciele myśli politycznej wodza prawych i sprawiedliwych, co kilka dni sprawdzają czy Polska to nadal kondominium rosyjsko-niemieckie?  A najłatwiej sprawdzić w internecie, który jest naszym oknem na świat – jak mawiał klasyk. I to zapewne, dlatego tak znakomity rezultat hasła „Polska”. Bo to zdecydowanie zdyscyplinowany elektorat.  Może się też wydawać, że tak dobry wynik w Wikipedii, to zasługa młodzieży z wszechpolskich ruchów narodowych. Przecież to niewykluczone, że ci patriotycznie nastawieni młodzi ludzie chcąc się dokształcić szukają informacji o Polsce. Poza tym, w naszym kraju z dużą regularnością prawdziwi Polacy demonstrują pod hasłem „Tu jest Polska”. Może wcześniej sprawdzają w Wikipedii gdzie to ich „Tu” jest obecnie.  Co roku, prawie w połowie listopada, nacjonaliści organizują swoje marsze ulicami polskich miast i miasteczek. Od zeszłego roku kroczą pod hasłem Marsz Niepodległości. Jest przecież możliwe, że tuż przed wyruszeniem z domu, kontrolnie sprawdzają w internetowym kompendium wiedzy pod hasłem „ Polska” czy aby od ostatniego ich protestu ojczyzna nasza, jest mniej, czy też już bardziej niepodległa.

– III Rzeczpospolita jest szybko rozwijającym się państwem – czytamy w Wikipedii i od razu jaśniejszy staje się kolejny dzień. Nie wiem, co spowodowało, że tak wielu z nas, Polaków, szukało w roku dwa tysiące dwunastym wiedzy o tym państwie gdzie przyszło im się z wyroku losu lub Boga narodzić i być do niego przypisanym. Na szczęście w tym ciągłym ustalaniu i dowiadywaniu się, w jakim to kraju i państwie żyjemy nie jesteśmy osamotnieni. Podobnie problemy z ustaleniem – gdzie ja to aktualnie jestem? Co to za kraj? – mają Szwedzi. U naszych sąsiadów zza morza, podobnie jak u nas, nazwa ich kraju to najczęściej przeglądane hasło w Wikipedii.

Jeszcze większym zaskoczeniem jest drugie miejsce w zestawieniu. Znalazło się hasło: „zamek swobodny” oznaczające element broni strzeleckiej. I to jest dopiero informacja. Szczególnie bolesna, jeśli na pierwszym miejscu najczęściej wyszukiwanym hasłem w polskojęzycznej Wikipedii okazała się być „Polska”. Strach się bać.

 

Źródło badań: Wirtualnemedia.pl.

 

dziennik pesymistyczny

„Bohaterem staje się błazen”

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Tradycyjnie w Polsce czas, w którym wierni rzymskokatolickiego kościoła świętują, lub świętować powinni narodziny Boga – Człowieka, jest dla hierarchów kościoła czasem wygłaszania umoralniających mów okolicznościowych. Całkowicie ich rozumiem, bo przynajmniej tej jednej nocy kościoły są pełne i jest, do kogo mówić. Tradycją stało się też przypominanie wiernym przez różne ekscelencje, że Kościół w Polsce jest obleganą twierdzą,  a siły zła czyhają tylko, aby zniszczyć tradycyjny model rodziny. Nie zdziwiło mnie więc szczególnie, że i w tym roku pewien arcybiskup, zwyczajowo przypomniał, że jesteśmy świadkami wyraźnego ataku na rodzinę i kościół. Ale też z radością zauważyłem, że z wielu jego wypowiedziami zgadzam się z pełni, choć chyba z innych pobudek.

– Błazen zajmuje miejsce mędrca, nauczyciela, kapłana. Błazen, wszystko mu wolno. Piana na ustach staje się wzorem niejednego działacza politycznego, któremu wszystko wolno, bezkarnie może obrażać innych ludzi. Myślę, że warto powiedzieć, zauważyć jak często paraliżuje lęk przed prawdą ludzi dzisiaj w świecie – powiadał metropolita. O i tu się zgadzam z dostojnikiem rzymskokatolickim.  Idąc za jego radą nie ulegam paraliżowi i nie odczuwam leku przed prawdą. Ale chyba inaczej pojmujemy tę prawdę. Chyba też inaczej widzimy  kto tu jest błaznem, który „zajmuje miejsce mędrca, nauczyciela, kapłana”. Posłużę się przykładem z miasta Torunia (nie piszę dokładnie, o kogo mi chodzi, bo i tak każdy wie, a po co robić reklamę). Mam nadzieję, że ekscelencja mówiąc o pianie na ustach błazna, o działaczach politycznych obrażających „innych ludzi” dostrzega, że to zjawisko w polityce powszechne i u tych, co stają często pod sztandarem rzymskiej wiary i u tych po stronie przeciwnej.  – Gadzina skórę zmienia, a przecież kąsa jednako – jak podobno mawiał Stańczyk.

– To jest też niekiedy historia nasza, naszej codzienności, że nie mamy odwagi, już się przyzwyczailiśmy i nie umiemy mówić prawdy. Kłamiemy nawet wtedy, kiedy usiłujemy mówić prawdę – zauważył patriarcha. I znów muszę się zgodzić, bo przecież to, co piszę wynika z mojego wewnętrznego przymusu mówienia prawdy.  Ekscelencja zauważa też, że ludzie, którzy chcą mówić prawdę są dyskwalifikowani. I jak się tu nie zgodzić. – Moje słowa – wyrwało mi się wewnętrznie, gdy przeczytałem o tym, że patriarcha uważa, że w Polsce jest demokracja sterowana oraz, że „można uzyskać wszystko, jeśli się ma duże pieniądze, jeśli się ma duży dostęp do grupy ludzi, wszystko wtedy staje się relatywne”. Mam też nadzieję, że obaj(jeszcze raz przepraszam że stawiam się na równi z ekscelencją, bo przecież jestem niegodny) nie kłamiemy nawet wtedy, kiedy usiłujemy mówić prawdę.

W jednym się nie zgadzam z purpuratem.  Zawsze mnie dziwiło, że te około dziewięćdziesiąt pięć procent naszego społeczeństwa, które przynajmniej według własnych deklaracji jest katolickie tak łatwo daje się oblegać też pozostałej mniejszości naszego społeczeństwa. I te marne „pięć procent „ znów zaatakowało skutecznie większość zamkniętą w kościelnej twierdzy. – Myślę, że dzisiaj (…) jest wyraźny atak na tradycyjny model rodziny, złożonej z jednego mężczyzny i z jednej kobiety, rodziny wielodzietnej – mówił arcybiskup.  Jak silna może być te „pięć procent”, że tak skutecznie atakuje „tradycyjny model rodziny”, że w tych dziewięćdziesięciu pięciu procentach Polaków zachwiała się wiara w to, że rodzina jest złożona z „z jednego mężczyzny i z jednej kobiety” otoczonej mrowiem przychówku.

– Niech mi pokaże którykolwiek z tych ludzi, którzy wymyślili to wielkie kłamstwo historyczne, w którym miejscu ewangelia mówi o przemocy? Gdzie Kościół zachęca do przemocy? To jest dramat zakłamywania – mówił hierarcha.  Proszę bardzo: „Z woli Bożej opanowali miasto i urządzili nieopisaną rzeź do tego stopnia, że leżące obok jezioro, szerokie na dwa stadia, wydawało się pełne krwi, która tam spłynęła”. Zajęło mi to minutę. To tylko jeden cytat.  Ale co ja tam wiem, ja jestem tylko maluczkim, daleko mi do mądrości ekscelencji i jego znajomości pisma. Gdzie Kościół zachęca do przemocy? Historia kościoła to chyba nie tylko nawoływanie do miłości i zrozumienia?  Było wielu takich wiernych, i chyba nadal jest, którzy uważają, że likwidacja niewiernych jest spełnieniem woli Bożej. Ale w jednym się z ekscelencją zgadzam, jest to „dramat zakłamywania”.

I chyba nikt mi już nie powie, że jako ten, kto często dawany jest, jako przykład tych, co atakują i oblegają katolicko – narodową – tradycyjnie – rodzinną twierdzę, czasami nie zgadzam się z tymi, których jest tu około dziewięćdziesięciu pięciu procent oraz z tym, który przynajmniej teoretycznie powinien im przewodzić. I jeśli jestem błaznem? Trudno, nie jestem tu sam.

dziennik pesymistyczny

A wyburzyć, parkingi porobić

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jest pewien plac w naszym szarym prowincjonalnym mieście, o który toczy nieustanną walkę pani redaktor z pewnej gazety. Plac jest od lat pusty jak głowa urzędnika, a zaradni mieszkańcy wykorzystują tę wolną przestrzeń, aby parkować tam auta. Taki stan rzeczy, choć prosty, nie podoba się pani redaktor, która od wielu miesięcy, czy może już od lat walczy o to, aby plac nie był parkingiem. Jak przeczytałem w ostatnim raporcie z frontu walki z parkującymi na placu pani redaktor uznała w końcu zwycięstwo swych wrogów i oznajmiła, że plac jest parkingiem. „Dla wszystkich wygodnickich (…). I te zwyczaje wkrótce wejdą w nawyk ich dzieciom.” Czyli hańba nam i naszym dzieciom, jeśli się nie opanujemy.

Pani redaktor przypomina, że już „trzy tygodnie temu pisałam o tym, że plac (…) znów zmienił się w parking. Ktoś odsunął gazon stojący przy przejściu dla pieszych (…) tak, że można wjechać na plac bez obaw o zarysowanie karoserii.”  I znowu doszło do zgorszenia. Choć mieszkańcy wcielili przecież w czyn magistrackie hasło promocyjne, które brzmi ”Siła w Precyzji”. Jednak pani redaktor uznała to za akt wygodnictwa. Obywatele „ochoczo korzystają z darmowego parkingu. Przez te trzy tygodnie nic się nie zmieniło.” – denerwuje się pani redaktor.

A czym tu się denerwować. Wszystko na tym placu dzieje się zgodnie z miejską tradycją. Nawet na przełomie XIX i XX wieku, kiedy zakątek zwany był rajszulą. Nie wszystkim mieszkańcom Radomia podobały się organizowane tam targowiska. Ale furmanki i tak tam parkowały. W 1910 roku, dla uczczenia 500 rocznicy bitwy pod Grunwaldem, postanowiono nazwać plac Jagiellońskim. Targi odbywały się tam jednak nadal, także w czasie okupacji, gdy na kilka lat zmieniono nazwę na Reichplatz. Po wojnie nastąpiła kolejna przeróbka w nazwie – i pojawił się Plac Zwycięstwa. W jego centralnym punkcie, ówczesne władze miasta postanowiły postawić pomnik ku czci żołnierzy Armii Czerwonej. Ale na placu wciąż prowadzono handel i parkowało tam wszystko, czym przywożono produkty na targ, co w tamtych czasach wzbudzało też kontrowersje u niektórych. Po odzyskaniu „wolności”, po 1989 roku plac znów wrócił do nazwy Jagielloński. Zniknął za to pomnik ku czci żołnierzy Armii Czerwonej a powstał czy pozostał pusty plac pięknie otoczony zielenią, schodkami oraz murkiem. Pośrodku pojawiła się piaskownica w podstawie nieistniejącego już pomnika.

Od wyburzenia obelisku wszyscy ważni w tym mieście snuli plany, co zrobić z placem. Ktoś nawet chciał tam biurowca o jedenastu kondygnacjach. Na przełomie XX i XXI wieku władze miasta zamierzały dla odmiany zlokalizować tam nową siedzibę sądu rejonowego. Ostatnie lata to przede wszystkim dyskusje pro pomnikowe. Jedni chcieli wzniesienia na placu rzeźby ku czci królewicza Kazimierza. Konkurenci pomnikowi chcieli na placu zobaczyć rzeźbę poświęcona żołnierzom AK. Był też projekt pomnika – „Powiew”, czyli bramy z powiewająca nad nią kotarą. Pomnik miał symbolizować przejście między światami, otwarte podmuchem wolności. Tu też skończyło się na planach. A gdy tak dyskutowano nad kolejnymi koncepcjami, każdego lata plac zamieniał się budkę piwną z toaletami wokół, oraz boiskiem do gry w siatkówkę.

Mam kolegę, który podobnie jak ja uwielbia pewną scenę z filmu „Szczęśliwego Nowego Jorku”, w której główny bohater Serfer, co prawda tłumaczy coś zgoła innego słuchaczom, ale wypowiada piękne zdanie idealnie pasujące do tego, co tu opisuję. – A wyburzyć, parkingi porobić. Może by się wam w głowach rozpogodziło – mówi Serfer. No właśnie! A może szanowna pani redaktor, i wy włodarze miasta posłuchacie woli narodu, czy jak kto woli mieszkańców?  Jeśli po wyburzeniu tego, co tam było, i przy niechęci do nowych pomników wybrali obywatele parking, to niech ten parking tam z przyzwoleniem władz, kościoła i wolnej prasy pozostanie.

Może nie trzeba ambitnych planów przywrócenia świetności? Może ludzie już sami sobie wybrali, co tam chcą mieć na tym placu? Jeśli nie stać nas na nic innego, albo nie możemy się porozumieć, co tam na tym placu chcemy, to niech po nas przynajmniej parkingi pozostaną.