Tag Archives

58 Articles

dziennik pesymistyczny

I ujrzałem wszystkie swoje grzechy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Tak, chyba już wiem, jaki jest mój największy grzech. Wygląda na to, że moją największą winą jest kompletny brak ambicji bycia najważniejszym czy najlepszym. Grzeszę tym, że nie staram się być najpiękniejszym, najdoskonalszym. No moja wina, że w żadnej z dziedzin nie jestem ten „naj”. Tak, wiem, moja wina, moja bardzo wielka wina.

Zawiniłem, i chociaż nie potrzebuje, to jednak robię taki malutki rachunek sumienia. Pieniądzu, tyś jest bogiem prawdziwym w tej krainie splendoru i biedy. Wybacz Panie, wybacz, że nie modle się nazbyt żarliwie do Ciebie każdego dnia, że za mało mi się chce i że za mało pragnę. O Panie nowej Polski, Mamono błogosławiona, wybacz, że nie składam Ci hołdów, że niedostatecznie się staram. Za mało chce mieć i nie chce za dużo posiadać. Ja wiem, że grzeszę tym, że chce tylko tyle mieć żeby starczyło i nic więcej mi nie potrzeba.

dziennik pesymistyczny

Dominujące cechy narodowe, czyli jak o mało nie popełniłem samobójstwa

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

I choćbym nawet nie chciał, choć bym się przed tym bronił, to okazało się, że jestem prawdziwym Polakiem. Posiadam wiele cech przypisywanych mojej nacji i choć niektóre chciałbym zwalczyć, to moja polskość zawsze we mnie bierze górę nad zdrowym rozsądkiem. Teraz też tak było. Mimo strachu ruszyłem przeciw wrogim siłom przeważającym, aby walczyć o honor i o własne przekonania.

I choć nie tak jak dziadowie z szablą na wroga, nie tak jak ojciec antyrządowo, to i ja nie gorszy, i choć szans nie miałem to bez namysłu ruszyłem do walki. Bo choć nie było wojny i wróg nie stał w granicach, to jednak nawet drobna, a już jeśli wielka krzywda się dzieje Polakowi, gotów on rzucić się na nieprzyjaciela nie bacząc na swoje predyspozycje ani szanse na wygraną. I choć tak przy spokojnej rozmowie przysiągłbym, że ja nigdy nie szarżowałbym z szabelką za nic mają śmierć a honor ponad wszystko to stało się inaczej. Jak mnie krew zalała to stawałem się jak dziadowie, i choć wróg nie wart był mojego zaangażowania, a i sprawa przyziemna była a nie ojczyźniana, to rzuciłem się jak Dawid przeciw Goliatowi z tą tylko różnicą, że tym razem słabszy – czy ja – sromotnie przegrał starcie.

Ja tam jestem niespotykanie spokojny człowiek, ale jak mnie kto zeszli to najgorsze czy jak kto woli najlepsze cechy narodowe zamieniają mnie w wojownika, choć przyznaje bez umiejętności za to z zapałem. W imię obrony honoru niewiasty i w imię własnych przekonań rzuciłem się do starcia z neandertalczyka na sterydach, koksem karmionym chłopem. No, muszę przyznać, że matka ziemia, ojczyzna nasza ukochana, wykarmiła małorolnego na pokaz. Wielgachne było chłopisko, i na siłowni nie tylko kark wyhodował pokaźny i okazały, więc szanse na wygraną miałem marne jak nie żadne, ale to mnie przecież nie powstrzymało.

A ja? Cóż, ja to mizerota, no może nie ze względu na masę ciała, ale na pewno na siłę mięśni.  Tak to jest jak się ma genetycznie naznaczony wstręt do wysiłku fizycznego. Ja to bardziej taki podobny do Woody’ego Allena jestem, no dobrze bardziej z postury, więc sami rozumiecie, że żaden ze mnie komandos ani mistrz sztuk walki. Rozum podpowiadał – zostaw, nie warto – to jednak geny narodowe zwyciężyły i rozpocząłem szarże na wroga nie bacząc na niebezpieczeństwo.  Ostatni przebłysk zdrowego rozsądku kazał mi wyrównać szanse narzędziem zemsty, ale i tak na wiele nie to zdało. Gdy krwawa mgła zalała mi zmysły, gdy stawałem dzielnie, choć niezdarnie, to nie zastanawiałem się nad konsekwencjami, tylko walczyłem. I przegrałem.

Jak można się było się spodziewać nierówna walka zakończyła się dla mnie sromotną klęską. Teraz obolały mam czas na refleksje. Może i w duszy mam wojownika, ale to na nic. Predyspozycje ciała i umiejętności mam nieadekwatne do wizji swojej osoby. Ale czy zrobiłbym to jeszcze raz? No pewnie. Bo przecież jestem Polakiem, więc choćby dlatego. Dlatego jeśli trzeba to na śmierć, no jeśli nie na śmierć to przynajmniej nie zważając na urazy i złamania.

Nie wiem co tworzy świadomość narodowości. Na pewno nie przypadkowość miejsca urodzenia, więc może wychowanie, presja społeczna, historyczne oddziaływanie szkoły? A może to genetyka? Może Polak zachowuje się jak Polak, bo ma specyficzne, właściwe tylko tej narodowości cechy charakteru. Ja tak się zachowałem. Choć zdroworozsądkowo wiedziałem, że przegram i narażam się na dotkliwe pobicie to jak straciłem nad sobą kontrole, to jak prawdziwy Polak, nie zważałem na nic i rzuciłem się bronić przekonań i honoru. No i jak to często u nas bywa przegrałem. Ale przecież jak prawdziwy Polak czuje, że jednak jestem moralnym zwycięzcą.

dziennik pesymistyczny

Obowiązek meldunkowy wiecznie żywy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Podczas świątecznych porządków wpadł mi w ręce fragment broszurki wydanej nielegalnie pod koniec PRL-u. Autor artykułu traktującego o zniewoleniu Polaków przez uwcześnię rządzących wymieniał tam kilka przykładów, jakimi to system komunistyczny gnębi społeczeństwo. Jednym z podstawowych oskarżeń przeciw PRL-owskiej władzy a jednocześnie koronnym przykładem łamania podstawowych praw człowieka i obywatela był dobrze nam znany obowiązek meldunkowy.

Czy to nie dziwne, że minęło już przeszło dwadzieścia pięć lat nowej, wolnej, przecież o wiele lepszej Polski a ten obowiązek, który swoje początki ma jeszcze w czasach stalinowskich nadal nas niewoli i gnębić będzie jeszcze długo. A przecież dawna opozycja to teraz nasza demokratycznie wybrana władza. Przecież nie powinno być już kłopotów ze zniesieniem tego, co za PRL-u było tak znienawidzone? I tak dawnym opozycjonistom przeszkadzało.

Obowiązek meldunkowy miał być zniesiony już bardzo dawno temu. Ale jak to bywa w naszej krainie uśmiechu, coś tam się nie udało, coś nie bardzo zagrało i tak już mija ćwierć wieku obowiązku meldunkowego obowiązującego w wolnej Polsce. – Międzyresortowy Zespół ds. Przygotowania Administracji Rządowej do Zniesienia Obowiązku Meldunkowego zarekomendował pozostawienie obowiązku rejestracji miejsca zamieszkania w obecnie obowiązującej formie – przyznała rzeczniczka Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Opinia tego zespołu o tak wspaniałej nazwie jest istotna i wielce zabawna jednocześnie, bo przecież tylko u nas może istnieć komisja, która miała przygotować zniesienie obowiązku meldunkowego a zarekomendowała jego pozostawienia.

Obowiązek meldunkowy polega na zameldowaniu się lub wymeldowaniu z miejsca pobytu stałego lub czasowego, zgłoszeniu wyjazdu lub powrotu poza granice Rzeczypospolitej Polskiej z zamiarem stałego pobytu, jak i bez takiego zamiaru, ale na okres dłuższy niż sześciu miesięcy. Ciąży zarówno na obywatelach RP jak i na cudzoziemcach. Powyższej powinności dopełnić należy w ciągu trzydziestu dni od dnia przybycia do miejsca pobytu stałego.

Dlatego pamiętaj obywatelu krainy wolności Rzeczypospolitej Polskiej! Masz ponadto obowiązek meldować się podczas urlopu, deklarować swoje wykształcenie i stosunek do służby wojskowej. Właściciele, dozorcy i administratorzy nieruchomości pamiętajcie! Macie prawny obowiązek donoszenia na niezameldowanych lokatorów. Tak sobie pomyślałem, może trzeba jeszcze raz opublikować broszurkę wydaną przed trzydziestu laty? Tak dla przypomnienia o co walczyła dawna opozycja która teraz jest u władzy . Bo jak widać punkt widzenia zmienia się w zależności od punktu siedzenia. Inaczej było w dawnej opozycji inaczej jest w ławach rządowych.

dziennik pesymistyczny

Fleksitarianin z przypadku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jestem fleksitarianinem. Tak drogi czytelniku. Nie chciałem nim być, nie wiedziałem, że nim jestem, a jednak nim jestem. A jak już nim jestem, to postanowiłem być z tego faktu dumny i zadowolony. Odkryłem też że przez większość mojego życia byłem fleksitarianinem i nawet o tym nie wiedziałem. W mrocznych czasach dzieciństwa, w okresie słusznie dawno minionym, za lat młodzieńczych, w nowej Polsce, w pierwszej pracy i na kolejnych szczeblach kariery, w korporacji, w firmach rodzinnych i na państwowych posadach, podczas prowadzenia własnego biznesu, w trzeciej Rzeczpospolitej i w tej czwartej, przez wszystkie te lata byłem mimowolnym fleksitarianinem. I co gorsza nie zdawałem sobie z tego sprawy.

Ale przyszedł ten dzień objawienia. Pewna pani z telewizji oznajmiła podczas programu kulinarnego, że jest fleksitarianką. Nie żebym od razu zareagował na to kulinarne wyjście z szafy (Coming out – dla tych co nie mogą bez angielskiego), bo przecież nie wiedziałem nawet, co to takiego. Ale po zgłębieniu tematu doszedłem do wniosku, że byłem i jestem zajadłym fleksitarianinem. Od razu wszystkich uspokajam, że nie wstąpiłem to religijnej sekty, nie postanowiłem zmieniać świata za pomocą przemocy (przynajmniej na razie), nie mam dziwnych zapędów erotycznych ani nie studiuję dziwacznej idei politycznej.

To pani z telewizji odkryła we mnie fleksitarianina, a raczej nazwała to co było nienazwane. Opadły mi łuski z oczu i ujrzałem świat inaczej, do moje życie kulinarne chmurne i durne nagle nabrało kolorów, bo mogłem je nazwać, zaszufladkować. Mogłem przyłączyć się to tych znanych i lubianych, ba nie tyle mogłem, co odkryłem, że jestem im równy przynajmniej w sposobie żywienia. Mam jedną wspólną cechę (dobra, po za oczywistymi z racji gatunku i rasy) z tymi, co to w telewizji ukazują mi sens i cel życia.

Ale nie tylko moja skromna osoba w tak przypadkowy sposób odkryła, kim naprawdę jestem. Ta która uprzytomniła mnie z ekranu również przez zbieg okoliczności odkryła, kim jest naprawdę.     – Dowiedziałam się przez przypadek, że całkiem nieświadomie i to już kilka lat temu zostałam fleksitarianką. O co chodzi? Otóż mięso jem sporadycznie. W zasadzie mogłabym się bez niego obyć, ale wegetarianką nie śmiałabym się nazwać, bo jednak czasami mam ochotę na trochę mięsnego białka: na kurczaka z grilla, pieczoną rybę czy nawet chudego tatara. Nachodzi mnie może raz w tygodniu. I tyle wystarczy żeby stać się fleksitarianinem. Nigdzie o tym wcześniej nie słyszałam, ale teraz okazuje się, że zupełnie intuicyjnie stosuję ponoć najzdrowszą dietę świata – przeczytałem na blogu kingarusin.bloog.pl we wpisie zatytułowanym Seksi Fleksi.

Jakaż bliska jest mi twoja filozofia Kingo Rusin! Ja mam tak samo. Mnie też przypadek uświadomił. To dzięki tobie wiem, że moja dieta ma teraz sens.  Przecież ja podobnie całkiem nieświadomie i to już kilkadziesiąt lat temu zostałam fleksitarianinem. Mięso jadam sporadycznie. Wołowiny nie widziałem już… nie pamiętam od kiedy. No dobrze, nie tyle nie widziałem, bo mogę na nią popatrzeć w sklepie, co nie smakowałem, ale smaku też nie pamiętam. Szczególnie w ostatnich latach stałem się ortodoksem w swej nowo nazwanej diecie. Czasem coś tam chapnę mięsnego. Skrzydełko z kurczaka. Czasem trochę wieprzowiny, jeśli jest akurat w promocji. Czasem rybę, gdy kończy się jej w sklepie okres przydatności do spożycia. W zasadzie obywam się bez mięsa, ale wegetarianinem nie śmiałbym się nazwać, bo jednak czasami mam ochotę na trochę mięsnego białka. Jednak moja codzienna dieta to przede wszystkim warzywa i czasem owoce. Nie powiem, czasami (no dobrze przeważnie) mam ochotę na: kurczaka z grilla, pieczoną rybę czy nawet tatara, ale to dla mnie za drogie, więc pałaszuje ziemniaki lub sałatkę.

I choć zostałem fleksitarianinem z przypadku – podobnie jak znana prezenterka – to teraz odczuwam radość i wzruszenie, że intuicyjnie stosuję ponoć najzdrowszą dietę świata. Odczuwam też wdzięczność, bo przecież do niedawna myślałem, że nie jadam mięsa częściej, bo mnie na nie zwyczajnie nie stać, a tu proszę jest inne wytłumaczenie. I to, jakie eleganckie. Jakżeż modne i jakie subtelne. Jestem fleksitarianinem i jestem z tego dumny, bo inaczej byłbym tak pospolicie biedny.

dziennik pesymistyczny

Domniemamy bruderszaft z mundurowym

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Wracałem ci ja nieborak do domu z przyjęcia gdzie wypiłem, no nie powiem, wypiłem, nawet nie wiem ile, bo kto by tam liczył w przyjemnym towarzyskie. Wracałem dla przyjemności piechotą, bo postanowiłem się przejść w uroczych, choć mroźnych, okolicznościach przyrody. A tu nagle wyrasta mi na drodze dwóch nieułomków, co to za twarz bez wyroku od razu pięć lat. Przyjemniaczki od razy zaczynają się spowiadać jak to często w takich razach bywa, że wszystko przegrali w pokera i teraz groszem nie śmierdzą, a pić się im chce. Opowiadają jak to wczoraj wyszli z więzienia, a do domu mają daleko. Wspominają też, że żony ich rzuciły, a temu mniejszemu pies zdechł przed tygodniem, obaj też co najmniej od osiemdziesiątego dziewiątego nic nie jedli. Ogólnie dramat.  Ja już wtedy wiedziałem jak to się skończy, bo przecież zawsze jakimś dziwnym trafem właśnie takich osobników przyciągam jak magnes. No i się nie pomyliłem, niestety.  Już po chwili prosili mnie o piętnaście złotych na bilet, o papierosa i o możliwość zadzwonienia z twojej komórki do umierającej babci w Zakopanym itd. Klasycznie chcieli wsparcia finansowego lub rzeczowego. Tłumaczyłem im – jak komu dobremu – że nie mam ani grosza, że nie pale a telefon zostawiłem w domu. Panowie byli jednak dość nieustępliwi i koniecznie chcieli sprawdzić czy aby na pewno nie posiadam przy sobie środków płatniczych, tytoniu oraz telefonu. „Wnet zakipiałem cały z tych moralnych strat, chciałem od razu jego rąbnąć w głupią pałę”, ale jak raz przypadkowym szczęściem w nieszczęściu pojawił się patrol mundurowych, więc panowie, co to chcieli usilnie coś pożyczyć nagle zniknęli jak pod wpływem magii.

Ja zostałem, bo to mnie napadnięto. To ja czułem się o ofiarą. – Wyliśmy? – zapytał mnie pan w mundurze przerywając w pół zdania moja oracje na temat  krzywd moralnych doznałem i możliwych strat majątkowych, których mogłem doznać. – Co się włóczysz po nocach nawalony? – dopytywał drugi funkcjonariusz.  Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że jestem z oficerami po imieniu. Ja nic takiego sobie nie przypominałem, ale jednak oni uparcie mówili mi per Ty.

Innym razem wracałem do domu ze spotkania, na której oprócz dobrego jedzenia był też alkohol. Wypiłem na przyjęciu kilka drinków, co skłoniło mnie oraz jeszcze kilku moich współbiesiadników do spaceru w drodze powrotnej do domu. Liczyłem, że w ten sposób pozbędę się z organizmu tych alkoholowych procentów. Podczas wieczornej przechadzki staraliśmy się przemknąć ulicami mojego prowincjonalnego miasta w ten sposób, aby nie rzucać się w oczy wystającym w bramach kamienic osobnikom. Szła sobie tak nasza wesoła gromadka spokojnie i choć zdarzało się, że któryś z nas zbyt głośno dyskutował ze swym towarzyszem spaceru, to w trosce o nasze bezpieczeństwo i spokój w mieście wzajemnie się uciszaliśmy. Faktycznie byłem w stanie, który służby mundurowe zakwalifikowałyby, jako wskazujący na spożycie, ale przecież daleko mi było do kroków nieskładnych.

Zbliżałem się do domu, więc pożegnałem się ze znajomymi, i pustawą o tej porze ulicą podążałem dalej do celu. Krok miałem zdecydowany, a że było mi raczej zimno to i tak nie miałem ochoty na śpiewy i głośna rozmowę z samym sobą. Nie śledziłem węża, nie tropiłem z nosem przy ziemi, nie zataczałem się tanecznie od krawężnika do krawężnika – po prostu zdecydowanie podążałem tam gdzie czekało na mnie ciepłe łóżeczko. Skręciłem za róg ulicy i tu nagle wyrosło przede mną jak spod ziemi dwóch panów w czarnych ubrankach oraz w jaskrawych kamizelkach z napisem wskazującym, że to oni tu strzegą porządku o nocnej porze. Starałem się ich grzecznie wyminąć, ale usłyszałem, że mam się zatrzymać oraz natychmiast wylegitymować. Zmroziło mnie, bo mam taką traumę z dawnych czasów i na widok munduru dostaję dreszczy, ale przypomniałem sobie, że przecież teraz to oni nam obywatelom wolnego państwa służą i nas bronią, więc poczułem się pewniej. I to mnie zgubiło. Odniosłem wrażenie, że powinienem zapytać o powód zatrzymania mojej skromnej osoby przez patrol umundurowany. A na dodatek jakoś tak mi się zebrało na wywód na temat wolności i praw obywatelskich. W tak zwanym „międzyczasie” z trudem, bo jakoś zaplątałem się we własnej garderobie, znalazłem jednak dowód osobisty, który przedstawiłem do wglądu organom porządku publicznego w liczbie dwóch Panów w czerni z jaskrawymi akcentami.

 I tu nagle mój nastrój radości nagle się zmienił radykalnie. Zdziwiło mnie, że jestem z tymi panami po imieniu. To znaczy oni ze mną są zaprzyjaźnieni, bo zwracali się do mnie per – Ty. Gdy bardzo grzesznie zapytałem czy ja też mogę poznać ich imiona, bo jak domniemywałem znamy się, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć okoliczności poznania. To nagle zrobiło się nie bardzo przyjemnie. Ja nagle z osoby po kilku drinkach awansowałem na pijaka, co to nie powinien się odzywać. Po chwili dowiedziałem się też, że jak się zaraz nie zamknę to wyląduję na dołku szybciej niż zdążę to nawet zauważyć. Panowie w mundurach dali mi jasno do zrozumienia, że jak się nie zamilknę to oni już będą wiedzieć, co ze mną, pijakiem zrobić. Oczywiście nie obyło się tu bez kilku grubszych słów w stosunku do mnie, których nie przytoczę, ale każdy pewnie je zna.

A ja przecież tylko grzecznie zapytałem o powód protekcjonalności i fraternizacji funkcjonariuszy w stosunku do mojej osoby. Bardzo daleki jestem od tego żeby nie doceniać pożytecznej pracy mundurowych, co to muszą się użerać, co noc z nietrzeźwymi. Naprawdę doceniam ich zaangażowanie, ich trud i ciężką służbę. Ale mam tylko taką maluteńka prośbę o to, żeby traktować nawet pijanego, lub tak jak w moim przypadku leciuchno zaprawionego z szacunkiem. Bo przecież, choć po kilku głębszych to jednak nadal mam swoje prawa. I zasługuję nie na tego Pana Pawła, a nie od razu pijaka. Bo przecież spożyłem alkohol za cenę zawierająca wysoką akcyzę, kupiłem go w legalnym sklepie, zapłaciłem za niego podatek VAT, więc w jakieś tam części sfinansowałem istnienie państwa zatrudniającego funkcjonariuszy w mundurach. Więc proszę z większym szacunkiem do mnie oraz do innych pijących.

dziennik pesymistyczny

Myśli niespokojne

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

1

Pływam w beznadziejności własnej egzystencji. W chaosie codzienności.  W ustawicznym stylu dowolnym zamiatam bezradnie łapkami w zimnej, mokrej, lepkiej rzeczywistości kolejnych dni, tygodni, miesięcy, lat. Staram się utrzymać na powierzchni. Przeżyć, nie utonąć. Być. Istnieć. A może zaistnieć? Nie, to już zabawa nie dla mnie. Jeszcze walczę. Jeszcze się staram. Ale coraz bardziej mam dość ciągłej walki o byt, o istnienie, o przetrwanie. Nienawidzę tego długiego marszu przez instytucje i urzędy. Tej biurokratycznej miernoty i ich ciągłego coś ode mnie chciejstwa. A może przestać wierzgać i spokojnie pójść na dno? Tak dla świętego spokoju. Ku zadowoleniu instytucji strzegących ładu społecznego.

2

Znudzenie. Dojmująca pustka. Samotność. Idę sam już nie wiedząc, dokąd i po co. Byle iść. Każdy krok to sekunda, więc idę wolno. Aby skrócić czas oczekiwania. Tak żeby nie dojść za szybko. Aby jeszcze przez chwile nie wrócić. Bo choć nadal tam mieszkam, to tak jakby mnie już tam nie było. Wszystko jest jednodniowe. Jednorazowe. Doczesne. Z krótkim terminem spożycia. Szybko psujące. Tymczasowe. Na chwile.

3

A jeżeli mnie już nie ma? Co wtedy? Może mnie się tylko to wszystko wydaje rzeczywistością? Może to tylko wytwór mojej wyobraźni?  Może wszystko co czuje, widzę i doświadczam sam sobie wywołuję? Może to ja jestem wielkim kreatorem otaczającego mnie świata. Bo przecież wszystko postrzegam przez siebie, to dlaczego nie mogę być centralną postacią? Może to ja tu zapalam i gaszę światło? To tylko od mojej woli zależy egzystencja wszystkiego co mnie dotyczy?

4

Czasem wydaje mi się, że mnie już tutaj nie ma. Choć oddycham, jem, chodzę, siedzę, czytam, pisze, oglądam czy śpię, choć to wszystko jest – to prawdziwego mnie w tym wszystkim już dawno nie ma. Snuje się ulicami bez większego celu. Idę wolno, bo nie mam do czego i dokąd się spieszyć. Wszystko wokół mnie gna na złamanie karku, a ja wolno, spokojnie w całkiem moim prywatnym tępię. Bo mnie z światem pośpiechu już nic nie łączy, bo mnie tu już nie ma. Lubię się tak zanurzać w ten ludzki nurt zabiegania. Lubię jak opływa mnie ludzki pośpiech. I choć wydaje mi się to tak idiotyczne, tak prymitywne to jednak nadal mnie to bawi na swój pokręcony sposób. Sprzedawcy w sklepach, ludzie na ulicach, w kawiarniach, w biurach, w autobusach, w parkach. Zanurzam się co dnia po kilka godzin w tym egzystencjonalnym pośpiechu. Czasem nawet wydaje mi się, że chcę czegoś chcieć, ale już po chwili wszystko na nowo staje się mi obojętne.

5

– Jesteś kapitanem swojego okrętu – słyszę często. No proszę i oto jestem. Tak jak wszyscy chcieliście. Dopasowałem się. Stoję dumnie w drewnianej bali pod narodową flagą dumnie powiewającą na maszcie.  Macham zawzięcie jednym wiosłem starając się wypłynąć na szersze wody życiowego sukcesu. Staram się nawet czasem zapomnieć, że nigdy nie trzeba zgadzać się z tłumem, nawet jeśli ma rację. Robię co w mojej mocy. Tak to ja, naprawdę staram się wpasować w społeczeństwo. Ale z jakiś powodów nie mogę tego zrobić. Tak było zawsze. Ja po prostu tu nie pasuje.

dziennik pesymistyczny

O wyższości sumienia nad prawem stanowionym

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nigdy nie narzekałem na swoje sumienie. Jestem wręcz z niego bardzo zadowolony, ogólnie rzecz ujmując jestem z nim w zgodzie oraz uważam za dobrze uformowane. Jako obywatela państwa i jako ochrzczonego, w obu przypadkach nie z własnej woli ale jednak, bardzo uradowały mnie słowa pewnego arcybiskupa z dominującego w tym państwie kościoła, który był łaskaw zauważyć, że „gdy dochodzi do konfliktu między dobrze uformowanym sumieniem a prawem stanowionym, obywatel ma zawsze prawo do sprzeciwu sumienia.

Jak już wspominałem powyżej jestem obywatelem i mam na to dowód osobisty, mam PESEL i inne numery i identyfikatory, które czynią mnie przynależnym do tego państwa. Jako osoba która we wczesnym dzieciństwie została ochrzczona siłą tego wydarzenia pozostaje do dziś rzymskim katolikiem. Od tego czasu  jakoś tak nie było kiedy to zmienić, a może z czystego lenistwa tak to wynikło, tak czy inaczej nigdy nie dokonałem aktu apostazji i teraz proszę, to że jestem obywatelem i katolikiem może się na coś przydać.

Z natury jestem marudny. Jestem wiecznie niezadowolony, w opozycji do wszystkiego. Jak mówią często moi bliscy mam taką anarchistyczną dusze. Zawsze coś mi się nie podoba, czegoś bym nie chciał, coś bym zmieniał, zawsze mam własne zdanie, które wielokrotnie nie jest zgodne z obowiązującą państwową linią, z państwowym prawem i ustalonym przez polityków porządkiem. I chociaż zawsze się sprzeciwiałem to nie stał za mną żaden autorytet, który popierałby moje buntownicze, zgodne z moim sumieniem, zapędy. Dlatego przyznaje, że wielką radość sprawił mi arcybiskup, który swym majestatem i swym autorytetem potwierdził to, co od zawsze wiedziałem. Już nie muszę się przejmować prawem. Już mogę w głębokim poważaniu mieć obowiązki. Teraz, gdy coś nie będzie zgodne z moim sumieniem mam pełne prawo a nawet obowiązek sprzeciwić się temu. Nie zawaham się postawić wyżej moich przekonań, zgodnych z moim sumieniem, ponad prawo stanowione. Jeśli w konflikt wejdzie prawo i sumienie, za radą arcybiskupa wybiorę zgodność z sumieniem.

Nie wiem, co na początku z wnerwiających mnie praw państwowych stanie w konflikcie z moim sumieniem. Jest przecież tego a tak dużo. No, na przykład zawsze denerwowały mnie za wysokie podatki. No to teraz, od dziś będę płacić tyle ile będę chciał, dokładnie tyle na ile pozwala mi moje sumienie. Przecież, jako Polak i katolik, mam do tego pewne prawo poparte słowami arcybiskupa. W zasadzie mogę odmówić wszystkiego tego, co nakazuje mi stanowione prawo i zawsze powołać się na niezgodność tych nakazów z moim sumieniem, ale może zacznę od drugorzędności. Niech tylko jakiś funkcjonariusz służb państwowych spróbuje mnie ukarać za spożywanie napojów alkoholowych w miejscu publicznym. Niech ja tylko dostane mandat zgodny z prawem za spożywanie, to jak nic odwołam się w sądzie do konfliktu między moim dobrze uformowanym sumieniem a prawem stanowionym, bo jako obywatel i katolik mam zawsze prawo do sprzeciwu sumienia. Pije publicznie z godnie z sumieniem i w nosie mam prawo.

Jeśli lekarz, a teraz i nauczyciel mają prawo do stosowania „klauzuli sumienia” to dlaczego nie mogę na sumienie powołać się ja, szarak zwykły a jednak przecież obywatel? A czemu ja miałbym być gorszy od pana doktora czy pani nauczycielki? Mam przecież dobrze uformowane sumienie, więc jak nic mam prawo do stosowania sprzeciwu wobec praw stanowionych przez państwo.

Kierujący pracami Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup  uważa, że organy administracji państwowej „mają być bezstronne wobec światopoglądu”, nie mogą, więc „narzucać” im swojej wizji świata. I jak się tu z klecha nie zgodzić.  Arcybiskup powołuje się też na fragment z Katechizmu: „Obywatel nie jest zobowiązany w sumieniu do przestrzegania zarządzeń władz cywilnych, jeżeli są one sprzeczne z wymogami porządku moralnego, z podstawowymi prawami osób lub wskazaniami Ewangelii”.

No to oświadczam za radą arcybiskupa, że nie jestem zobowiązany, nie będę przestrzegał, za to będę do woli naruszał i nie szanował, gdyż to będzie zgodne z moim sumieniem. A co? Nie wolno mi? Sam arcybiskup do tego mnie namawiał.

dziennik pesymistyczny

Dziecionieroby i dziecioroby

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Czy w Polsce obowiązuje jakiś państwowy czy prawny nakaz płodzenia dzieci? Jeśli nie, to dlaczego co chwilę słyszę płacze o tym jak to ciężko jest tym, co posiadają dzieci? Dlatego ciągle ktoś wytyka mi nie posiadanie potomstwa?

Ja rozumiem polityków i urzędników, którym zależy na powiększaniu armii płatników podatków. Ja wiem, że decydentom zawsze będzie zależeć na tych, co z posiadania potomstwa stworzyli heroiczny zawód.  Bo zadowolony podatnik wychowa nowych zadowolonych z systemu potulnych podatników. Klika mamuś i tatusiów zawsze będzie uprzywilejowana, bo taki jest sens istnienia państwa. Ale jedno mnie wnerwia. Dlaczego do ciężkiej cholery, co jakiś czas znajduje się jakiś polityk czy inny nawiedzony działacz, który na siłę wciska mi dziecko w brzuch?

Dobrze, nie mnie.  Bo ja nie mogę mieć dzieci, to znaczy nie mogę ich urodzić, ale piewcy dziecioróbstwa, co rusz naciskają mnie, abym wycisnął ze swych lędźwi soki i konieczne, na chwałę Polski i narodu, zapłodnił moją partnerkę.

– Mam dość budowania wrażenia, że państwo i społeczeństwo robi łaskę wielodzietnym, przyznając im jakieś „udogodnienia”. Mam dość, bo wcale tak nie jest. Wielodzietność i wielodzietni zwyczajnie się państwu opłacają, a nasza inwestycja w jego rozwój jest absolutnie fundamentalna. To nasze dzieci bowiem (określane niekiedy potomstwem „dzieciorobów”) będą pracować na emerytury dla „dziecionierobów”, dla rozmaitej maści „podwójnych singli”, konkubentów czy nawet niekiedy małżonków, którzy z własnej woli (bo o nich mowa, a nie o tych, którzy dotknięci są głębokim cierpieniem bezdzietności) nie chcą mieć i nie mają dzieci. One będą się opiekować staruszkami, którzy po życiu pełnym uciech, trafią do domów starców, bo nie będzie nikogo, kto będzie się nimi chciał i mógł zajmować. One wreszcie utrzymywać będą na swoich wątłych (bo jest ich bardzo mało) barkach odwróconą piramidę demograficzną, która jest skutkiem tego, że wygodni i konsumistycznie nastawieni libertyni nie chcą mieć dzieci – napisał Tomasz P. Terlikowski na portalu fronda.pl, proponując, by państwo podniosło podatki dla bezdzietnych par.

Otóż panie Terlikowski, jako ten, który nie chce mieć dzieci zwracam panu uwagę na fakt, że posiada Pan dzieci na własną odpowiedzialność. Nikt pana nie zmuszał. Jeśli nie chciał pan, aby „one” musiały się „opiekować staruszkami, którzy po życiu pełnym uciech, trafią do domów starców”. To zwyczajnie, było bachorów nie robić. Ja nie chce mnie dzieci, nie dlatego, że jestem wygodny i „konsumistycznie” nastawiony. Nie chce powoływać na ten świat nowego życia z odpowiedzialności.  Rozglądał się pan dookoła ostatnio? Nie widzi pan dokąd ten świat zmierza? Sam pan wielokrotnie narzekał na zepsucie tego świata. Czy sprowadzanie dzieci na ten łez padół jest odpowiedzialne?

Czy naprawdę mam, za pana namową, spłodzić niewolnika czy kolejnego nadzorcę w tym wiecznym wyścigu szczurów? (z całym szacunkiem do szczurów). Mam spłodzić dzieciaka, który – wedle pana słów – „utrzymywać będą na swoich wątłych (bo jest ich bardzo mało) barkach odwróconą piramidę demograficzną”? Ja zwyczajnie tego nie chce. Bo czuje się odpowiedzialny za nowe życie.  Pana pomysły to nic innego, jak powrót do tradycji. W Polsce, w okresie po 1945 roku, obowiązywał podatek (a właściwie podwyższona kwota podatku dochodowego) potocznie nazywana „bykowym”. Płaciły go osoby bezdzietne, nieżonate i niezamężne powyżej 21 roku życia (od 1 stycznia 1946 do 29 listopada 1956), a później powyżej 25 roku życia (do 1 stycznia 1973). Pewnie chciałby pan, aby państwo i społeczeństwo nałożyło takie ponownie „udogodnienia” na bezdzietnych? Cóż, mogę to zrozumieć.  Takie widać wychowanie. Takie PRL-owskie tradycje.

– Moja wizja przyszłości jest tak precyzyjna, że gdybym miał dzieci, udusiłbym je natychmiast – napisał kiedyś Emil Cioran. Ja nie jestem tak radykalny. Nie ma potrzeby od razu dusić.  Po prostu, mam podobnie taką precyzyjną wizje przyszłości, że za nic nie chce i nie chciałbym mieć dzieci.

dziennik pesymistyczny

Urzędniczy „brak świadomości”

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Kiedyś była „pomroczność jasna”, która wszystko wytłumaczyła. Teraz ogromną karierę w moim mieście robi „brak świadomości”. A wszystko to za sprawą dyrektora kancelarii prezydenta miasta, który w piśmie pokontrolnym Najwyższej Izby Kontroli tłumaczył, że pewne „umowy zawarto bez zastosowania przepisów ustawy prawa zamówień publicznych, w tym przypadku z powodu braku świadomości konieczności stosowania przepisów wynikających z w/w ustawy”.

NIK przeprowadził kontrolę działalność magistratu w zakresie szeroko pojętej promocji miasta w latach 2011-2013. Okazało się, że w tym okresie czasu miasto zawarło dwie umowy o dzieło z osobą fizyczną na łączną kwotę 145 tys. 700 zł. Wspomniana wyżej „osoba fizyczna” miała zbierać i opracowywać materiały tekstowe, fotograficzne oraz przygotowywać do druku gazetę wychwalającą sukcesy miejskiej władzy. Okazało się, że urzędnik podpisał umowę bez respektowania prawa zamówień publicznych. A zrobił to „z powodu braku świadomości konieczności stosowania przepisów”.

Podobno nieznajomość prawa nie zwalnia od odpowiedzialności za jego naruszanie. Tak przynajmniej jest w teorii. Jestem bardzo ciekaw, jak to zostanie zastosowane w praktyce. Czy urzędnik, który miał brak świadomości, że ewidentnie łamie przepisy, teraz odpowie za naruszenie prawa?  Mam takie przeczucie graniczące z pewnością, że to już kres afery. Była kontrola, urzędnik odpowiedział na zarzuty, że nie miał świadomości… i po sprawie. Przypominałem sobie, że ten sam dyrektor kancelarii prezydenta miasta, przekonywał mnie kiedyś, że całkowicie niemożliwe jest to, aby w magistracie dochodziło do jakichkolwiek błędów i wypaczeń.  A ja mam skłonności do teorii spiskowych. Pewnie wtedy też nie miał świadomości, że się myli. To bardzo wygodne.

Płynie z opisanego przypadku urzędniczego „braku świadomości” jeszcze jedna nauka dla szaraka obywatela. Jeśli teraz coś przeskrobie Szanowny Czytelniku, złamiesz jakieś przepisy, naruszysz – nie daj Bóg – prawo, jakieś principia czy regulaminy, to już wiesz jak tłumaczyć się przed państwową władzą czy sprawiedliwością.  Po prostu, tak po naszemu, po urzędniczemu, napisze, że nie miałem świadomości, że coś tam naruszasz. Napisz w akcie skruchy, że „z powodu braku świadomości konieczności stosowania przepisów” tak szalenie zawiniłeś. I mam nadzieje, że mi władza Ci wybaczy, bo nie miałem przecież świadomości, że robisz coś złego. Całkiem jak ten dyrektor kancelarii prezydenta mojego miasta. Jemu się udało uniknąć prawa i sprawiedliwości, to Tobie pewnie też się uda.

dziennik pesymistyczny

Nie do wiary

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Jak mając ręce skute z tyłu kajdankami wyjąć z kabury konwojującego Cię czujnego policjanta pistolet a następnie oddać strzał po uprzednim przeładowaniu broni?  Potrafiłbyś to uczynić drogi czytelniku? A dokonałbyś tego wyczynu po pijanemu? Na tylnym siedzeniu samochodu, który właśnie pokonuje rondo?  Ja bym nie potrafił. Nie znam też nikogo, kto by to zdołał uczynić. To wymaga nadludzkiej wprost zręczności.  A może nawet umiejętności na pograniczu magii. Harry Houdini nie powstydziłby się takiej sztuczki. Był jednak ktoś, kto tego dokonał jak się okazało na swoje nieszczęście. I dla tego ze współczuciem pisze „był” a nie „jest”. Takie wysokiej klasy umiejętności przypisuje policja i tamtejsza prokuratura chłopakowi z małego miasteczka na Mazowszu.

Ale nie uprzedzajmy faktów – jak mawiał klasyk.  W pewien wiosenny wieczór policjanci zatrzymali dwudziestotrzyletniego mężczyznę. Do aresztu konwojowało zatrzymanego dwóch funkcjonariuszy. Jeden prowadził auto, a drugi siedział z tyłu obok aresztanta. Podczas jazdy chłopak odebrał broń policjantowi siedzącemu obok niego a następnie śmiertelnie się z niej postrzelił.  Taka jest wersja policji. I w taki przebieg wydarzeń świecie wierzy prokuratura.

– Wyniki będziemy znali za kilka dni, ale wiadomo już, że mężczyzna znajdował się pod znacznym wpływem alkoholu, a wystrzelona kula przeszyła jego ciało w okolicy krzyżowej i utknęła w dachu radiowozu, omijając kierowcę w bardzo bliskiej odległości. Policjanci potwierdzili w swoich wersjach wstępne ustalenia – powiedział zastępca Prokuratora Rejonowego.  Prokurator pytany przez dziennikarzy lokalnej gazety o to, czy możliwe jest wyciągnięcie pistoletu przez konwojowanego, który ma ręce skute z tyłu kajdankami, a następnie oddanie przez niego strzału odparł, że tak. – To był pistolet P-99, który nie wymaga odbezpieczenia i bardzo łatwo się przeładowuje – dodał.

Jakoś nie mogę sobie wyobraził tego zdarzenia. Ja bym na trzeźwo nie potrafił – jak napisałem na wstępie – co dopiero „pod znacznym wpływem alkoholu”. Trudno mi uwierzyć, że mocno pijany chłopak, ze skutymi na plecach rękoma, odbiera broń policjantowi, przeładowuje i następnie strzela do siebie. Pewnie nigdy nie się nie dowiem jak było naprawdę. Ale dziwi mnie to, że to jedyna wersja wydarzeń. Dziwi mnie, że prokurator prowadzący śledztwo tak łatwo głosi teorie o tym, iż z broni było bardzo łatwo oddać strzał. Chętnie zobaczyłbym jak Pan prokurator, który uważa, że to możliwe i łatwe, sam spróbuje wyjąc broń z kabury broniącego się policjanta ze skutymi na plecach rękoma a następnie przeładuje pistolet i oddaje strzał. Jeśli tego nie zobaczę to nie uwierzę.  I choć nic nie sugeruje, to tak po prostu trudno mi w to uwierzyć.