Tag Archives

124 Articles

dziennik pesymistyczny

To idzie nowe, nowe, nowe…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Co tam Szanowny u Ciebie?  – spytałem, gdy tylko przysiadł na stołku barowym obok mojego miejsca. Uśmiechnął się w odpowiedzi. Wygładził niewidoczne zagniecenia na modnym garniturze. Poprawił krawat, pomachał kelnerce, popatrzył na sale i rzekł: Bardzo dobrze. Teraz gdy postanowiłem być prawym i sprawiedliwym, jest i będzie ze mną bardzo dobrze.

Nawet się ucieszyłem, choć ta droga polityczna jest mi mówiąc najładniej obca. Wyglądał lepiej, a to przecież dobrze. Prezentował się wspaniale. Nowy garnitur z czystej wełny, zegarek dobrej firmy, modny krawat, biała koszula dobrej jakości, spinki do niej też niczego sobie. Płaszcz, buty, ba, nawet parasol, wszystko nowe i świadczące o nowo nabytej zamożności. Cały był taki rozpromieniony i władczy. Zamówił wódeczkę jak zawsze, to prawda, ale za to najdroższą jaka była w lokalu. Zakąski też wybierał ze znawstwem. Dopytywał kelnerkę o szczegóły, grymasił, zastanawiał się, namyślał. No, panisko jednym słowem.

– Poprawiło się – zapytałem, gdy już zaprzestał epatowania dobrobytem na prawo i lewo.  – Ano, poprawiło – odparł. – Teraz służę, i należę, kolega kolegi mnie wciągnął. Doradzam. Teraz za mną prawo, to i sprawiedliwie muszę przyznać, mam się teraz lepiej – wyznał. – No to chwalić Pana – skwitowałem i zasugerowałem gestem żebyśmy wypili, na co przystał z wyższością wielmoży. Zaczęliśmy się gościć, choć raczej ja tu byłem w gościnie, on był fundatorem i dobrodziejem moim o czym nie dawał mi zapomnieć.

– A co tam z twoim mandatem za „usiłowanie spożycia alkoholu w miejscu objętym zakazem” – wypaliłem w połowie naszej biesiady, po czym zrozumiałem, że zbłądziłem i chyba przesadziłem. Nie powinienem pytać a tym samym przywoływać mroczne czasy jego opozycyjnego życia w niedostatku. – Zastanowimy się i przyjrzymy wszystkim szczegółom tego mandatu. Po za tym to nie żaden mandat lecz tylko opinia – powiedział spokojnie, całkiem jak taki pan, co to objaśnia narodowi co prezydent miał na myśli, gdy naród ma trudności z właściwym zrozumieniem.

– Ten mandat ma przede wszystkim walor historyczny, odnosi się bowiem do sytuacji, która w ostatnich dniach uległa zasadniczej zmianie – ocenił strzepując z rękawa marynarki niewidoczny pyłki. Zasugerował także, że cała ta „przygoda”, która skończyła się mandatem to wynik uzależnienia organów i ich przedstawicieli od wpływów politycznych.

Potem pijąc i zakąszając ocenił, że tamte zaprzeszłe wydarzenia wskazują, że nadszedł czas na głęboką refleksję nad modelem funkcjonowania pewnych instytucji. Według niego konieczne będą szeroko idące zmiany, które powinny zmierzać w kierunku stworzenia mechanizmów gwarantujących swobodę pewnych postępowań w sytuacjach skrajnych. – Apeluję do wszystkich sił politycznych o współpracę i wsparcie inicjatyw realizujących powyższe założenia – oświadczył patrząc na mnie, choć ze mnie żadna siła polityczna.

– Ten mandat wywołuje niesmak i zniechęcenie do tej szanowanej instytucji, przypuszczam, że tak jak u większości Polaków – to rzekłszy zapadł w milczenie, jak to miał w zwyczaju. A wiatr historii wionął od Warszawy, niosąc zmiany, zmiany, zmiany.

dziennik pesymistyczny

Nasze jesienne rozmowy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Codziennie budzę się coraz bardziej zdumiony tym, że muszę przeżyć jeszcze jeden dzień na tym zasranym świecie – rzekł mój przyjaciel opadając ciężko w czeluści wygodnego fotela w jednym z naszych ulubionych lokali z wyszynkiem.

Na tyle znałem przyjaciela żeby wiedzieć, że jego pesymizm jest jakby wdrukowany w jego geny. On po prostu nie widział dobrych stron egzystencji. Wszystko go denerwowało. Cały świat traktował w ten sposób jakby był on stworzony tylko po to żeby jego, mego przyjaciela, osobiście urazić.  Dlatego to powitanie nie wzbudziło we mnie większego zainteresowania. Zwyczajnie uznałem to za swoiste „dzień dobry”. – Co tam u Ciebie po za tym? – spytałem.

– Ja, proszę ja Ciebie, to tak żyje bez przekonania.  Tak właściwie z przymusu, bo jak wiesz nie jestem zbyt odważny, więc nie skończę z tym. No to sobie tak żyje. Z dnia na dzień. Jak ktoś nie ma przyszłości to stara się doceniać dzień dzisiejszy i żyć nim – powiedział i zaczął się melancholijnie rozglądać po sali jakby kogoś szukał, czy na coś czekał.

Z racji tego że przeważnie nie spotykaliśmy się tylko po to żeby szczerze porozmawiać, ale też coś wypić postanowiłem zamówić u przecudnej urody kelnerki. Dawałem znaki, że chce złożyć zamówienie i już po kilku minutach tego mojego machania łapkami panienka zwróciła ma mnie ocząt swych błękity. Zamówiłem conieco i odprowadziliśmy kelnerkę wzrokiem. – Ładna – zapytałem i stwierdziłem fakt jednocześnie.

– Ładna. Nawet piękna.  No i co z tego. Wszystko przemija – usłyszałem od przyjaciela to co mogłem się od niego spodziewać usłyszeć. Kelnerka mimo swojej eterycznego wygładu dość sprawie i szybko przydźwigała kubełek z lodem, w nim większe conieco, szklanki, kieliszki i ustawiła to przed nami na stoliku. – Jakieś nowości? – zapytałem nalewając „po pięćdziesiątce”.

– Jestem potwornie zmęczony. Nie żebym tam od razu się przepracowywał. W tym sensie to nic nie robię, albo robię niewiele. Zmęczony jestem tym, że cały czas ktoś coś ode mnie chce. Banki, instytucje, urzędy… czuje się osaczony. Jak zwierzę podczas pogoni. Słyszę za plecami ciągłe ujadanie. Tylko daj, daj, zapłać, opłać, wyjaśnij, odpowiedz…. no kurwa, nie zostawią człowieka w spokoju, choćby na chwile. Ciągle czegoś chcą – wyrecytował jednym tchem przyjaciel i dał znak abym nalał, co uczyniłem. Wypiliśmy.

– Nie masz wrażenia, że wszystko co jest wokół nas zmusza człowieka do zarabiania. Po prostu, aby przeżyć, musisz podporządkować się przymusowi uczestniczenia w łańcuchu pokarmowym kapitalizmu. Musisz zarabiać. Pracować. Każde odstępstwo jest karane. Bo jak się sprzeciwisz, to będą cię tak długo nękać, że albo spadniesz po za margines tego co się nazywa społeczeństwem albo się podporządkujesz regułą panującym w społeczeństwie – mówił.

– No ja wiem, że wszystko kosztuje i trzeba na to mieć pieniądze. Trzeba pieniądze zarabiać. No i to czyniłem przez dziesięciolecia. Ale wiesz, ja mam dość. Zwyczajnie przestało mi się chcieć. Nie z próżniactwa, ale z wyczerpania i zniechęcenia. Wiesz, musisz być kimś. Coś mieć. Posiadać. Być. Bywać. A jak tego nie chcesz, lub zwyczajnie już nie możesz tego chcieć, uważają cię za leniwego nieroba i pasożyta – powiedział i zapadł się głęboko w fotel. Oboje lubiliśmy jesień. Te nasze rozmowy. To picie. Dlatego piliśmy i rozmawialiśmy. Po kilku godzinach zapłaciłem rachunek zastanawiając się ile jeszcze razy zarobię wystarczająco dużo żeby móc pić i rozmawiać.

dziennik pesymistyczny

Życie po proroczym śnie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Pewnej nocy miałem sen. Koszmar w zasadzie to był jakich miewam wiele gdy tylko uda mi się na chwile zasnąć – wyznał mi przyjaciel. Staliśmy w naszym ulubionym miejscu. Zieleń przyrody walczyła tu, ze zmiennym szczęściem, z industrialnymi zapędami człowieka. Ale miejsce nadal było przyjemne i nadawało się do spokojnego i przyjemnego konsumowanie małego conieco. A jak wiadomo w wolnej Polsce jest coraz mniej takich miejsc gdzie spokojny człowiek może się spokojnie napić na świeżym powietrzu. Taka to już widać różnica miedzy czasami minionej dyktatury a teraźniejszością wolności.

– Sen miałem – kontynuował opowieść przyjaciel. – Sen taki, zupełnie taki jaki miał ten znany murzyn z Ameryki co też miał sen i przez ten sen był bardzo znany. – Miałem sen, a w nim bardzo realistycznie ujrzałem własne pożegnanie z doczesnością pośród grzmoty donośnych i błyskawic oraz śpiewów anielskich – wyznał przyjaciel. Na takie dictum nie miałem sensownej odpowiedzi, więc zaproponowałem żebyśmy się napili, bo to zawsze pomaga.  No i wypiliśmy.

– Nie żebym wierzył w sny – snuł dalej opowieść przyjaciel – zasadniczo to wiem, że to tylko projekcje mózgu działającego na wolnych obrotach, ale że sen był taki sugestywny… to tak wyszło, że niechcący jednak uwierzyłem. A że zgodnie z moją wizją proroczą miałem opuścić ten ziemski łez padół za dwa tygodnie od sennej wizji to postanowiłem odliczać do wspomnianej daty.

Tak było w istocie. Już od pewnego czasu, czyli jak się właśnie okazało od dwóch tygodni mój przyjaciel odliczał upływające dni wysyłając informacje o tym urbi et orbi poprzez media społecznościowe. Nawet miałem go zapytać do czego odlicza, ale że mniej więcej wiedziałem choć wiedzieć nie chciałem, więc nie pytałem.

– Moje przekonanie, co do prawdziwości mojego proroctwa i do słuszności wyboru dnia ostatecznego pożegnania z doczesnością potwierdził dodatkowo list, którym odebrałem na poczcie. Napisała do mnie bardzo ważna instytucja państwowa. Straszyła mnie ona przez swego urzędnika, że jeśli w przeciągu dwóch tygodni nie rozliczę się z władzą ostatecznie to ona mnie ostatecznie… no już ta instytucja pokaże mi co potrafi – ciągnął opowieść przyjaciel.  – Jakby tego było mało to okazało się, że pewna religijna grupa z Filadelfii w Stanach Zjednoczonych przewiduje, że tego właśnie dnia nastąpi koniec świata – dodał.

– I jak tu było nie odliczać, gdy takie znaki we śnie i na jawie? – zapytał zasadnie przyjaciel. Musze przyznać mu racje, że po takich widomych znakach sam zacząłbym odliczać. Znów wypiliśmy, a on wyznał, że takie odliczanie do tej chwili niewiadomej, te jego dni ostatnich, to wszystko zmieniło w nim perspektywę postrzegania świata. Dostał on – jak mówił – możliwość dostrzeżenia w doczesności, w każdym dniu, czegoś ważnego. Dało mu to nadnaturalny dystans do jego emocji i do kłopotów, które go osaczają. – Widocznie, gdy się już wie, że coś jest nieuniknione to można się bardziej skupić na tu i teraz. Doznaje dwóch sprzecznych uczuć, strachu przed życiem i zachwytu nad życiem, jak powiedział pewien klasyk  – zakończył. Piliśmy spokojnie, rozmawiając o pięknie, literaturze, sztuce, filmie, polityce lub w milczeniu cieszyliśmy się tym, co tu robimy w tak pięknych okolicznościach przyrody.

dziennik pesymistyczny

Ostateczne rozwiązanie, czyli to wszystko nie jest takie proste

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– To nie jest karwatwarz takie proste – rzekł do mnie przyjaciel, gdy mu zwróciłem uwagę na fakt, że zgodnie z jego wcześniejszymi zapowiedziami został mu jeden tylko lub aż jeden dzień życia.  – Niby technicznie jestem przygotowany, wiem co i jak, wszystko sobie zaplanowałem, nabyłem sprzęt i takie tam inne, to jednak zostawiam tu kilka spraw nierozwiązanych i to mnie tu jeszcze trzyma – ciągnął opowieść – więc jak wspominałem, to wszystko nie jest takie proste.

Mój przyjaciel jest jak ta sójka co się wybiera za morze. Od przeszło dziesięciu lat nosi się z zamiarem opuszczenia tego łez padołu na zawsze, ale jakoś tak za każdym razem zostaje jeszcze na trochę. Jeden z naszych wspólnych znajomy wypomina mu w takich razach, że jest jak jego – tego znajomego – babcia, która będąc okazem zdrowia umierała przez ponad trzydzieści lat, zapowiadając swoje odejście przy każdej rodzinnej uroczystości słowami: to już jest nasze ostatnie spotkanie, następnego już nie doczekam.

Przyjaciel też tak ma jak ta sójka z wyprawą czy wspomniana babcia z umieraniem. On od prawie zawsze miał zamiar pożegnać się z tym światem. Ale zawsze mu coś w tym przeszkadzało. A to zakochał się wielce nieszczęśliwie i już, już miał nas opuścić w sposób nagły choć spodziewany, a tu nagle okazywało się, że radykalnie się odkochał i samoegzekucja została na pewien czas odroczona. A to szarość i marność życia kazała mu statecznie się pożegnać, a tu się nagle okazało, że ktoś go na wódeczkę zaprasza, więc nie może odmówić i znów nici z odejścia. Ciągle coś mu przeszkadzało.

Pretekstów to opuszczenia rzeczywistości miał mój przyjaciel bez liku. A to wspomniane kłopoty miłosne, a to chorobowe, a to finansowe, a to prawnofinansowe. Można by jeszcze długo wymieniać. Tak czy inaczej przyjaciel żegnał się z życie regularnie, co pewien czas, z tym tylko, że za każdym razem przekładał datę ostatecznego rozwiązania.

Teraz też wpadł w podobny nastrój. Opowiadał mi miedzy jednym a drugim polaniem i wypiciem wódeczki, że oto na tym świecie szary człeczyna, taki jak on czy ja, robi wciąż to samo. Je, śpi, wstaje i chodzi do roboty, wraca z niej i znów się kładzie na spoczynek. Opowiadał że to taki cholerny i wielce niesprawiedliwy automatyzm odmóżdżający. Każdego dnia to samo. Każdy dzień jest do siebie podobny. I on, ten mój przyjaciel, nie może tego dłużej wytrzymać. To już znałem. Bardzo dobrze to znałem. Słyszałem te jego narzekania na świat doczesny już tyle razy, że doznałem kolejnego efektu kaczki, czyli spłynęło to po mnie jak woda. Jednak tym razem dodał jeszcze jeden powód rozstania się z rzeczywistością, który wydał mi się ciekawy i niepokojąca zasadny.

Wspomniał mianowicie przyjaciel o tym, że w wyniku ogólnonarodowego spisku, w którym prawie wszyscy obywatele naszego państwa są obelgami skierowanymi bezpośrednio w niego, doznał ogromnej straty finansowej, z której już pewnie się nie podniesie. – Widzisz bez tych pieniędzy czy jak mówi nasz ukochany lud pracujący miast i wsi pieniążków żyć nie sposób. A że ja nie posiadam i nie zapowiada się na zmianę tego stanu, to z tej przyczyny zaczynam tracić grunt pod nogami w sensie dosłownym – żalił się skutecznie mój przyjaciel. Jak wiadomo powszechnie, w naszej odrodzonej po wiekach PRL-u ojczyźnie nowym bogiem stała się mamona i kto jej nie posiada i w jej posiadanie efektywnie  wejść nie potrafi z różnych względów musi żyć w nędzy albo po prostu opuścić doczesność i nie narażać państwa i społeczeństwa na straty i przykrości obcowania z takim nieudacznikiem.

– Nie stać mnie na życie – zawyrokował mój przyjaciel i zadysponował następną kolejkę lekarstwa na melancholie, które zdecydowanie tylko koiło a nie leczyło. – Jak wspomniałem, technicznie to ja jestem przygotowany, mam co potrzeba, wybrałem dogodne miejsce i stosowny czas, ale to nie jest takie proste, bo to widzisz nie wszystko przeczytałem, nie wszystko dożyłem do końca. Na przykład w styczniu ma w kinach lecieć ten film co to go chciałem obejrzeć a tak… no sam rozumiesz. Po za tym nie zdążyłem się jeszcze ze wszystkimi pożegnać… a tu termin goni – wyjaśniał.

Popiliśmy zdrowo i rozstaliśmy się z uściskach. I choć przyjaciel żałował, że to nasze ostatnie spotkanie, to coś mi mówi, że się jeszcze z pewnością zobaczymy. Bo on przecież już tyle lat odchodzi a wciąż trwa w tej nierównej walce z rzeczywistością. Samotny bohater doczesności. I tylko myśl mnie taka dręczy, że wszyscy żyjemy jak na dworcu w ciągłym oczekiwaniu na ostateczny wyjazd, nasz lub naszych przyjaciół.

dziennik pesymistyczny

Weźmy się i zróbcie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Przynieście polskie flagi w niedzielę, czeka was niespodzianka, będziecie musieli wziąć tę niespodziankę na siebie – tak ponad dwa lata temu w Rio de Janeiro kardynał, metropolita krakowski, mówił do zgromadzonych na papieskiej mszy Polaków. No i po dwóch latach okazało się, że faktycznie za zapowiadaną niespodziankę, czyli za Światowe Dni Młodzieży, które odbędą się w Krakowie w 2016 roku zapłacą wszyscy podatnicy.

– To, co dotyczy Kościoła, liturgii, ołtarzy, spraw religijnych, Kościół bierze na siebie. Inne wydatki, miedzy innymi organizacja miejsc, inwestycje w drogi, to sprawa nie nasza, tylko samorządów – powiadomił społeczeństwo kardynał na dziesięć miesięcy przed planowaną przez kościół imprezą. I jak tu nie wierzyć w proroctwa hierarchów kościoła. Zapowiedział niespodziankę i niespodzianka jest. Zapowiadał, że za kościelną imprezę zapłacą wszyscy, wierzący i niewierzący? Zapowiadał i słowa dotrzymał. Strona kościelna załatwi co tam potrafi najlepiej, czyli śpiewy i modlitwy a inne wydatki to już nie oni, to już bardziej ci świeccy.

To tak jakbym zaprosił moich znajomych na imprezę, od razu zaznaczyć, że ja na siebie biorę tylko sprawy duchowe, to znaczy mogę dla nich zatańczyć i zaśpiewać a sprawy dojazdu, jedzenia i picia, ewentualnego noclegu, obsługi, sprzątania oraz transportu i wszystkiego co wiąże się z udaną i bezpieczną imprezą weźmie ma siebie jeden z przyjaciół, o czym go właśnie powiadamiam. Wiem, że moim porównaniem zapewne obrażam uczucia religijne, szkaluje i szydzę, ale nic na to nie poradzę, że ta sytuacja tak właśnie wygląda.

W połowie września odbyła się nadzwyczajna sesja rady miasta Krakowa. Na której radni usiłowali dowiedzieć się od urzędników miejskich oraz od reprezentującego stronę kościelną księdza, jaki jest przewidywany budżet Światowych Dni Młodzieży. Rajcy krakowscy starali się dociec ile na imprezę organizowaną przez kościół wyłoży Archidiecezja Krakowska, a ile będzie musiał dołożyć samorząd. Na zakończenie sesji ustalono jedynie, że pieniędzy na organizacje Światowych Dni Młodzieży jest za mało i że trzeba poprosił o pieniądze rząd.

Tak dokładnie to chyba nikt nie wie ile samorząd czy państwo ma dopłacić do kościelnej imprezy, bo szacunki są różne. Według doniesień prasowych brakująca kwota to około 80 milionów złotych. Zadziwia mnie po raz kolejny arogancja hierarchów kościoła, którzy organizując imprezę religijną kompletnie ignorują fakt, że ich na nią nie stać. Nie przejmują się wydatkami, bo wiedzą że nikt nie śmie się im przeciwstawić. Żaden polityk nie chce zadzierać z kościołem, więc urzędnicy sypną groszem, choćby nawet niechętnie.

– W krajach biednych nikt się nie pytał, ile będą kosztowały Światowe Dni Młodzieży. Tylko w krajach bogatych. Oznacza to, że Polska należy do krajów bogatych – rzekł kardynał, metropolita krakowski. Czyli stać nas, to znaczy ich na organizacje imprezy w myśl zasady: weźmy się i zróbcie.

dziennik pesymistyczny

Niewygodne pytania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

No i okazało się, że jestem faszystą, prawicowym ekstremistą, chamidłem, nieukiem, niemającym Boga w sercu samolubem, gimbopatriotą niezasługującym na miano człowieka, co to nie zna historii, pozbawiony jest wrażliwości, wychowania, ale też wiedzy, no i odwagi, zgniłym emocjonalnie, niemoralnym hejterem. Zostałem nawołującym do nienawiści na tle rasowym i religijnym skurwielem, podsycam nienawiść twórcą polskiego piekła. A wszystko, dlatego, że ośmieliłem się wyrazić swoją opinie w sprawie emigrantów na pewnym forum internetowym.

Cóż takiego napisałem, że naraziłem się na takie szykany ze strony zdrowego jądra naszego społeczeństwa? Otóż poważyłem się w bardzo spokojny i jak mi się wydawało zrównoważony sposób wyrazić wątpliwości, co do huraoptymistycznego i bezkrytycznego poparcia dla fali emigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki zalewających Europę.  Media i rządy mego państwa oraz państw zachodnich straszyły mnie przez lata islamskim ekstremizmem, więc naprawdę nie wiem, dlaczego z dnia na dzień mam stać się zwolennikiem integracji i współistnienia z wyznawcami Proroka we własnym państwie i mieście. Czym jest integracja emigrantów w Europejczykami poznałem dotkliwie w Paryżu i w Londynie. I choć może nie prowadziłem tam terenowych badań socjologicznych to znam osoby, które tam mieszkają od lat i wiele mi o tej sprawie opowiedziały. A to ukształtowało moje poglądy.

Dowiedziałem się od jednej pani, która napisała do mnie w komentarzu do mojego wpisu, że jestem pozbawiany podstawowych zasad moralnych, bo nie rozumiem, że jak jest wojna to ludzie uciekają przed wrogiem. Sprawdziłem profil wspomnianej pani na jednym z portali społecznościowych, jak to się ładnie zwykło nazywać, i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że pani jest wielce patriotycznie nastawiona i sądząc ze zdjęć i z wpisów przez nią tam zamieszczonych stawałaby dzielnie i mężnie przeciw nieprzyjacielowi, który odważyłby się zaatakować nasze granice. I nie tylko ona by stawała, lecz radziłaby wszystkim polskim mężczyzną oraz każdemu Polakowi z osobna walczyć dzielnie i z honorem aż do męczeńskiej śmierci w obronie ojczyzny i własnego domu. Wielce do szlachetne przyznaje, ale ta wojnolubna postawa zrodziła we mnie pytanie: dlaczego ta pani nam każe umierać za ojczyznę a nie razi jej, że większość emigrantów to mężczyźni w wieku poborowym którzy uciekli przed wojną? Z raportu Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców wynika, że aż 75 procent ludzi, którzy forsują granice państw europejskich to mężczyźni. Oni nie powinni bronić swojej ojczyzny? Czy jeśli wróg byłby w naszych granicach tak samo ochoczo pani ta poparłaby emigracje Polaków do Niemiec? Nie wydaje mi się. Może to okrutne, ale chyba jak najbardziej prawdziwe i pokazujące podwójną moralność niektórych ludzi. Jest zdecydowanie przyczyna takiej fali emigracji i jest przyczyna, dla której przerażająca większość emigrantów to mężczyźni w wieku poborowym.

Ja tylko zapytałem, dlaczego Unia Europejska nie mogłaby w zdecydowany sposób zakończyć konfliktu zbrojnego w Syrii, czyli szybko rozwiązać problem u źródła doprowadzając do zakończenia wojny i powodów emigracji. Według danych Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców (UNHCR) już ponad 300 tysięcy imigrantów i uchodźców przedostało się przez Morze Śródziemne od początku bieżącego roku. A ocenia się, że kolejnych 600 tysięcy dotrze tu do końca roku. I choć wiem, że cześć uchodźców naprawdę ucieka przed wojną to nie wierze że jest tak w stu procentach. Dlatego warto zapytać:  kto organizuje logistycznie emigracje? Kto wspiera i przerzucą emigrantów przez kolejne granice aż do Unii? Ci uchodźcy twierdza że za przejazd o Europy muszą zapłacić po kilka tysięcy dolarów, jak biednych ludzi którzy wszystko stracili stać na wydanie takich pieniędzy?Jest tylko jeden zainteresowany dostarczeniem milionów muzułmanów do Europy tylko, że każdy boi się przyznać, kto za tym stoi. Przed kilkoma miesiącami władze Libii ostrzegały Europę, że terroryści Państwa Islamskiego wykorzystują transporty uchodźców dla przerzucania do Europy bojowników. Tu nie chodzi o tolerancje czy jej brak, tu chodzi o prawo zadawania czasem niewygodnych pytań.

dziennik pesymistyczny

Dominujące cechy narodowe, czyli jak o mało nie popełniłem samobójstwa

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

I choćbym nawet nie chciał, choć bym się przed tym bronił, to okazało się, że jestem prawdziwym Polakiem. Posiadam wiele cech przypisywanych mojej nacji i choć niektóre chciałbym zwalczyć, to moja polskość zawsze we mnie bierze górę nad zdrowym rozsądkiem. Teraz też tak było. Mimo strachu ruszyłem przeciw wrogim siłom przeważającym, aby walczyć o honor i o własne przekonania.

I choć nie tak jak dziadowie z szablą na wroga, nie tak jak ojciec antyrządowo, to i ja nie gorszy, i choć szans nie miałem to bez namysłu ruszyłem do walki. Bo choć nie było wojny i wróg nie stał w granicach, to jednak nawet drobna, a już jeśli wielka krzywda się dzieje Polakowi, gotów on rzucić się na nieprzyjaciela nie bacząc na swoje predyspozycje ani szanse na wygraną. I choć tak przy spokojnej rozmowie przysiągłbym, że ja nigdy nie szarżowałbym z szabelką za nic mają śmierć a honor ponad wszystko to stało się inaczej. Jak mnie krew zalała to stawałem się jak dziadowie, i choć wróg nie wart był mojego zaangażowania, a i sprawa przyziemna była a nie ojczyźniana, to rzuciłem się jak Dawid przeciw Goliatowi z tą tylko różnicą, że tym razem słabszy – czy ja – sromotnie przegrał starcie.

Ja tam jestem niespotykanie spokojny człowiek, ale jak mnie kto zeszli to najgorsze czy jak kto woli najlepsze cechy narodowe zamieniają mnie w wojownika, choć przyznaje bez umiejętności za to z zapałem. W imię obrony honoru niewiasty i w imię własnych przekonań rzuciłem się do starcia z neandertalczyka na sterydach, koksem karmionym chłopem. No, muszę przyznać, że matka ziemia, ojczyzna nasza ukochana, wykarmiła małorolnego na pokaz. Wielgachne było chłopisko, i na siłowni nie tylko kark wyhodował pokaźny i okazały, więc szanse na wygraną miałem marne jak nie żadne, ale to mnie przecież nie powstrzymało.

A ja? Cóż, ja to mizerota, no może nie ze względu na masę ciała, ale na pewno na siłę mięśni.  Tak to jest jak się ma genetycznie naznaczony wstręt do wysiłku fizycznego. Ja to bardziej taki podobny do Woody’ego Allena jestem, no dobrze bardziej z postury, więc sami rozumiecie, że żaden ze mnie komandos ani mistrz sztuk walki. Rozum podpowiadał – zostaw, nie warto – to jednak geny narodowe zwyciężyły i rozpocząłem szarże na wroga nie bacząc na niebezpieczeństwo.  Ostatni przebłysk zdrowego rozsądku kazał mi wyrównać szanse narzędziem zemsty, ale i tak na wiele nie to zdało. Gdy krwawa mgła zalała mi zmysły, gdy stawałem dzielnie, choć niezdarnie, to nie zastanawiałem się nad konsekwencjami, tylko walczyłem. I przegrałem.

Jak można się było się spodziewać nierówna walka zakończyła się dla mnie sromotną klęską. Teraz obolały mam czas na refleksje. Może i w duszy mam wojownika, ale to na nic. Predyspozycje ciała i umiejętności mam nieadekwatne do wizji swojej osoby. Ale czy zrobiłbym to jeszcze raz? No pewnie. Bo przecież jestem Polakiem, więc choćby dlatego. Dlatego jeśli trzeba to na śmierć, no jeśli nie na śmierć to przynajmniej nie zważając na urazy i złamania.

Nie wiem co tworzy świadomość narodowości. Na pewno nie przypadkowość miejsca urodzenia, więc może wychowanie, presja społeczna, historyczne oddziaływanie szkoły? A może to genetyka? Może Polak zachowuje się jak Polak, bo ma specyficzne, właściwe tylko tej narodowości cechy charakteru. Ja tak się zachowałem. Choć zdroworozsądkowo wiedziałem, że przegram i narażam się na dotkliwe pobicie to jak straciłem nad sobą kontrole, to jak prawdziwy Polak, nie zważałem na nic i rzuciłem się bronić przekonań i honoru. No i jak to często u nas bywa przegrałem. Ale przecież jak prawdziwy Polak czuje, że jednak jestem moralnym zwycięzcą.

dziennik pesymistyczny

Koniec bez nagłych zmian

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Co byś zrobił gdybyś dowiedział się, że pozostało Ci tylko dwa tygodnie życia – zapytał mnie przyjaciel odrywając się od czytania gazety. Pytanie miało związek z artykułem, a ja odpowiedziałem mu coś zdawkowego w stylu: chciałbym przeżyć ostatnie chwile jak najbardziej intensywnie. Pytanie powróciło do mnie, gdy leżałem bezsennie czekając na świt. No i teraz już wiedziałem jak przeżyłbym te ostatnie dwa tygodnie życia. Po prostu, nie zrobiłbym nic innego niż to co robiłem i robię do tej pory. Nic bym nie zmienił i to nie tylko, dlatego, że mnie na zmiany nie stać w sensie finansowym, lecz także, dlatego że nie widzę takiej potrzeby.

Żyje z dnia na dzień i nie bardzo chciałoby mi się coś zmieniać w obliczy ostateczności. Trochę z wrodzonego lenistwa, a trochę z poczucia beznadziejności takich zmian. To moje istnienie powolne, bez pośpiechu, chaotycznie, bez planów na przyszłość jest w zasadzie dość miłe. Stres już prawie wyparłem i tylko czasami przypływa do mnie z kolejnymi listami czy telefonami. Każdy dzień jest inny i zaskakujący, i choć w zasadzie bardzo podobny do poprzedniego to przecież nie dokładnie taki sam. Mam swoje książki, swoje zwierzątko, swoje pisanie, swój własny realny i nierealny świat i chciałbym żeby taki pozostał do końca.

Nie mam potrzeby nagłych zmian tylko, dlatego że raptownie pojawiłaby się granica mojej egzystencji. Nie pojadę w podróż dookoła świata, żeby nadrobić stracony czas, żeby zaliczyć to co nie widziałem. Nie zrobię czegoś ryzykownego, czego nie zrobiłem do tej pory. Pomijając fakt, że to absolutna abstrakcja, bo i tak nie mam funduszy na wypad choćby nad najbliższą rzekę a co dopiero nad polskie morze lub nad ocean. Nie mam potrzeby zmian. I choć rozważam czysto teoretycznie, to jednak taka diagnoza mojego myślenia przynosi mi ulgę i spokój.

Gdyby pozostało mi tylko dwa tygodnie życia to zapewne tak jak każdego dla wstałbym rano by zrobić to co robiłem do tej pory przez ostatnie trzy lata. Nie spieszyłbym się. Nie starałbym się opóźniać nadchodzącego kresu, tylko trwałbym w bierności i żył jak dotychczas. Nie odczuwam potrzeby celebry własnego końca. Koniec do koniec i nic więcej. A że każdy dzień może być przecież ostatnim, to nie mam potrzeby czegoś zmieniać tylko, dlatego że koniec jest bliski.

dziennik pesymistyczny

Nieprzystawalny

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ja się zdecydowanie nie nadaje do współczesności. Ja po prostu tu nie pasuje. Jestem nieprzystający tak do społeczeństwa jak i do tego państwa. Może urodziłem za późno albo może za wcześnie. Ta kapota utkana z praw i obowiązków obywatela jest dla mnie w rękawach za krótka w barach za szeroka i jakoś tak ogólnie mi nie leży. Czuje, że na siłę zostałem w nią ubrany jak w kaftan bezpieczeństwa.

Mnie nie interesuje rywalizacja, która dla moich współplemieńców stała się świętą wiarą którą wyznają i której składają ofiary. I choć nie wyznaje kultu posiadania, to też nie jestem ascetą, lubię mieć to, co ułatwia mi życie. Ale nie mam potrzeby własności czegoś za cenę poddania się innym. Nie mam, to nie mam. Mam to mam. Nie będę mieć dziś, to może znajdę to jutro. Nie odczuwam presji posiadania.

Nie czuje potrzeby kłamania dla uzyskania tak władzy jak i wszelkich stanowisk. Nie chce władać za wszelką cenę.  I choć nie mogę powiedzieć, że mam udane życie to nie udaje się „na zmywak” do Londynu lub Dublina – parafrazując wypowiedz pewnej politycznej belki.  Wole zostać, tu nad Wisłą, bo gdzie mi będzie tak żle jak tutaj. „Wolę polskie gówno w polu, niż fijołki w Neapolu” – jak pisał poeta.

No i jeszcze mam jedno poważne niedopasowanie społeczne. Mam w głębokim poszanowaniu wszelkie gry zespołowe.  Nie kibicuje tym, co spoceni biegają po trawniku za piłeczką, więc „nie ma we mnie uczyć patriotycznych” – jak mnie określił pewien znajomy.

Większość tego, co ważne dla innych, ja nie zauważam, albo ignoruje. Nie mogę się wpasować w ogólnie przyjęte normy społeczne. Nawet tak banalne sprawy jak ogólnonarodowa tendencja do bycia wybieganym, wychudzonym, czerstwy i żylastym, z płaskim umięśnionym brzuszkiem jest dla mnie niekompatybilna.

Bardziej pociągają mnie sprawy i rzeczy które zdecydowanie są nie do przyjęcia przez zdrowe jądro naszego społeczeństwa. „Lubię pić, jestem leniwy, nie mam boga, polityki, idei ani zasad. Jestem mocno osadzony w nicości, w swego rodzaju niebycie, i akceptuję to w pełni”.

dziennik pesymistyczny

Obowiązek meldunkowy wiecznie żywy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Podczas świątecznych porządków wpadł mi w ręce fragment broszurki wydanej nielegalnie pod koniec PRL-u. Autor artykułu traktującego o zniewoleniu Polaków przez uwcześnię rządzących wymieniał tam kilka przykładów, jakimi to system komunistyczny gnębi społeczeństwo. Jednym z podstawowych oskarżeń przeciw PRL-owskiej władzy a jednocześnie koronnym przykładem łamania podstawowych praw człowieka i obywatela był dobrze nam znany obowiązek meldunkowy.

Czy to nie dziwne, że minęło już przeszło dwadzieścia pięć lat nowej, wolnej, przecież o wiele lepszej Polski a ten obowiązek, który swoje początki ma jeszcze w czasach stalinowskich nadal nas niewoli i gnębić będzie jeszcze długo. A przecież dawna opozycja to teraz nasza demokratycznie wybrana władza. Przecież nie powinno być już kłopotów ze zniesieniem tego, co za PRL-u było tak znienawidzone? I tak dawnym opozycjonistom przeszkadzało.

Obowiązek meldunkowy miał być zniesiony już bardzo dawno temu. Ale jak to bywa w naszej krainie uśmiechu, coś tam się nie udało, coś nie bardzo zagrało i tak już mija ćwierć wieku obowiązku meldunkowego obowiązującego w wolnej Polsce. – Międzyresortowy Zespół ds. Przygotowania Administracji Rządowej do Zniesienia Obowiązku Meldunkowego zarekomendował pozostawienie obowiązku rejestracji miejsca zamieszkania w obecnie obowiązującej formie – przyznała rzeczniczka Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Opinia tego zespołu o tak wspaniałej nazwie jest istotna i wielce zabawna jednocześnie, bo przecież tylko u nas może istnieć komisja, która miała przygotować zniesienie obowiązku meldunkowego a zarekomendowała jego pozostawienia.

Obowiązek meldunkowy polega na zameldowaniu się lub wymeldowaniu z miejsca pobytu stałego lub czasowego, zgłoszeniu wyjazdu lub powrotu poza granice Rzeczypospolitej Polskiej z zamiarem stałego pobytu, jak i bez takiego zamiaru, ale na okres dłuższy niż sześciu miesięcy. Ciąży zarówno na obywatelach RP jak i na cudzoziemcach. Powyższej powinności dopełnić należy w ciągu trzydziestu dni od dnia przybycia do miejsca pobytu stałego.

Dlatego pamiętaj obywatelu krainy wolności Rzeczypospolitej Polskiej! Masz ponadto obowiązek meldować się podczas urlopu, deklarować swoje wykształcenie i stosunek do służby wojskowej. Właściciele, dozorcy i administratorzy nieruchomości pamiętajcie! Macie prawny obowiązek donoszenia na niezameldowanych lokatorów. Tak sobie pomyślałem, może trzeba jeszcze raz opublikować broszurkę wydaną przed trzydziestu laty? Tak dla przypomnienia o co walczyła dawna opozycja która teraz jest u władzy . Bo jak widać punkt widzenia zmienia się w zależności od punktu siedzenia. Inaczej było w dawnej opozycji inaczej jest w ławach rządowych.