Tag Archives

124 Articles

dziennik pesymistyczny

Domniemamy bruderszaft z mundurowym

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Wracałem ci ja nieborak do domu z przyjęcia gdzie wypiłem, no nie powiem, wypiłem, nawet nie wiem ile, bo kto by tam liczył w przyjemnym towarzyskie. Wracałem dla przyjemności piechotą, bo postanowiłem się przejść w uroczych, choć mroźnych, okolicznościach przyrody. A tu nagle wyrasta mi na drodze dwóch nieułomków, co to za twarz bez wyroku od razu pięć lat. Przyjemniaczki od razy zaczynają się spowiadać jak to często w takich razach bywa, że wszystko przegrali w pokera i teraz groszem nie śmierdzą, a pić się im chce. Opowiadają jak to wczoraj wyszli z więzienia, a do domu mają daleko. Wspominają też, że żony ich rzuciły, a temu mniejszemu pies zdechł przed tygodniem, obaj też co najmniej od osiemdziesiątego dziewiątego nic nie jedli. Ogólnie dramat.  Ja już wtedy wiedziałem jak to się skończy, bo przecież zawsze jakimś dziwnym trafem właśnie takich osobników przyciągam jak magnes. No i się nie pomyliłem, niestety.  Już po chwili prosili mnie o piętnaście złotych na bilet, o papierosa i o możliwość zadzwonienia z twojej komórki do umierającej babci w Zakopanym itd. Klasycznie chcieli wsparcia finansowego lub rzeczowego. Tłumaczyłem im – jak komu dobremu – że nie mam ani grosza, że nie pale a telefon zostawiłem w domu. Panowie byli jednak dość nieustępliwi i koniecznie chcieli sprawdzić czy aby na pewno nie posiadam przy sobie środków płatniczych, tytoniu oraz telefonu. „Wnet zakipiałem cały z tych moralnych strat, chciałem od razu jego rąbnąć w głupią pałę”, ale jak raz przypadkowym szczęściem w nieszczęściu pojawił się patrol mundurowych, więc panowie, co to chcieli usilnie coś pożyczyć nagle zniknęli jak pod wpływem magii.

Ja zostałem, bo to mnie napadnięto. To ja czułem się o ofiarą. – Wyliśmy? – zapytał mnie pan w mundurze przerywając w pół zdania moja oracje na temat  krzywd moralnych doznałem i możliwych strat majątkowych, których mogłem doznać. – Co się włóczysz po nocach nawalony? – dopytywał drugi funkcjonariusz.  Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że jestem z oficerami po imieniu. Ja nic takiego sobie nie przypominałem, ale jednak oni uparcie mówili mi per Ty.

Innym razem wracałem do domu ze spotkania, na której oprócz dobrego jedzenia był też alkohol. Wypiłem na przyjęciu kilka drinków, co skłoniło mnie oraz jeszcze kilku moich współbiesiadników do spaceru w drodze powrotnej do domu. Liczyłem, że w ten sposób pozbędę się z organizmu tych alkoholowych procentów. Podczas wieczornej przechadzki staraliśmy się przemknąć ulicami mojego prowincjonalnego miasta w ten sposób, aby nie rzucać się w oczy wystającym w bramach kamienic osobnikom. Szła sobie tak nasza wesoła gromadka spokojnie i choć zdarzało się, że któryś z nas zbyt głośno dyskutował ze swym towarzyszem spaceru, to w trosce o nasze bezpieczeństwo i spokój w mieście wzajemnie się uciszaliśmy. Faktycznie byłem w stanie, który służby mundurowe zakwalifikowałyby, jako wskazujący na spożycie, ale przecież daleko mi było do kroków nieskładnych.

Zbliżałem się do domu, więc pożegnałem się ze znajomymi, i pustawą o tej porze ulicą podążałem dalej do celu. Krok miałem zdecydowany, a że było mi raczej zimno to i tak nie miałem ochoty na śpiewy i głośna rozmowę z samym sobą. Nie śledziłem węża, nie tropiłem z nosem przy ziemi, nie zataczałem się tanecznie od krawężnika do krawężnika – po prostu zdecydowanie podążałem tam gdzie czekało na mnie ciepłe łóżeczko. Skręciłem za róg ulicy i tu nagle wyrosło przede mną jak spod ziemi dwóch panów w czarnych ubrankach oraz w jaskrawych kamizelkach z napisem wskazującym, że to oni tu strzegą porządku o nocnej porze. Starałem się ich grzecznie wyminąć, ale usłyszałem, że mam się zatrzymać oraz natychmiast wylegitymować. Zmroziło mnie, bo mam taką traumę z dawnych czasów i na widok munduru dostaję dreszczy, ale przypomniałem sobie, że przecież teraz to oni nam obywatelom wolnego państwa służą i nas bronią, więc poczułem się pewniej. I to mnie zgubiło. Odniosłem wrażenie, że powinienem zapytać o powód zatrzymania mojej skromnej osoby przez patrol umundurowany. A na dodatek jakoś tak mi się zebrało na wywód na temat wolności i praw obywatelskich. W tak zwanym „międzyczasie” z trudem, bo jakoś zaplątałem się we własnej garderobie, znalazłem jednak dowód osobisty, który przedstawiłem do wglądu organom porządku publicznego w liczbie dwóch Panów w czerni z jaskrawymi akcentami.

 I tu nagle mój nastrój radości nagle się zmienił radykalnie. Zdziwiło mnie, że jestem z tymi panami po imieniu. To znaczy oni ze mną są zaprzyjaźnieni, bo zwracali się do mnie per – Ty. Gdy bardzo grzesznie zapytałem czy ja też mogę poznać ich imiona, bo jak domniemywałem znamy się, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć okoliczności poznania. To nagle zrobiło się nie bardzo przyjemnie. Ja nagle z osoby po kilku drinkach awansowałem na pijaka, co to nie powinien się odzywać. Po chwili dowiedziałem się też, że jak się zaraz nie zamknę to wyląduję na dołku szybciej niż zdążę to nawet zauważyć. Panowie w mundurach dali mi jasno do zrozumienia, że jak się nie zamilknę to oni już będą wiedzieć, co ze mną, pijakiem zrobić. Oczywiście nie obyło się tu bez kilku grubszych słów w stosunku do mnie, których nie przytoczę, ale każdy pewnie je zna.

A ja przecież tylko grzecznie zapytałem o powód protekcjonalności i fraternizacji funkcjonariuszy w stosunku do mojej osoby. Bardzo daleki jestem od tego żeby nie doceniać pożytecznej pracy mundurowych, co to muszą się użerać, co noc z nietrzeźwymi. Naprawdę doceniam ich zaangażowanie, ich trud i ciężką służbę. Ale mam tylko taką maluteńka prośbę o to, żeby traktować nawet pijanego, lub tak jak w moim przypadku leciuchno zaprawionego z szacunkiem. Bo przecież, choć po kilku głębszych to jednak nadal mam swoje prawa. I zasługuję nie na tego Pana Pawła, a nie od razu pijaka. Bo przecież spożyłem alkohol za cenę zawierająca wysoką akcyzę, kupiłem go w legalnym sklepie, zapłaciłem za niego podatek VAT, więc w jakieś tam części sfinansowałem istnienie państwa zatrudniającego funkcjonariuszy w mundurach. Więc proszę z większym szacunkiem do mnie oraz do innych pijących.

dziennik pesymistyczny

Kronika policyjna

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

 – W poniedziałek, 4 listopada, o godzinie 8:10 dyżurny straży miejskiej otrzymał interwencje, iż na ulicy Kilińskiego przy Staszica dochodzi do kradzieży płotu – przeczytałem na stronie pewnego lokalnego portalu informacyjnego. Po lekturze takich wiadomości zawsze dręczą mnie pytania czy sprawcy dokonali tego czynu zabronionego zwyczajnie z biedy czy też może, aby się wzbogacić na sprzedaży desek z płotu? Czy do tego straszliwego czynu pchnęła ich chęć zdobycia kilku złotych na chleb (nawet taki w płynie) czy raczej sprawcy chcieli po dokonaniu kradzieży zysk ze sprzedaży płotu wpłacić do banku i potem żyć w bogactwie do końca życia?

Chętnie poznałbym tło tych wydarzeń. Dowiedziałbym się czegoś więcej. Ale takie notki zawsze są takie suche. Zawsze mam wrażenie, że ich autorem nie jest dziennikarz, który w pocie i trudzie studiował ten trudny zawód latami lub zdobywał doświadczenie zawodowe przez lata, lecz policjant lub strażnik miejski, który zwyczajnie sporządził notkę z interwencji.  Potem zapisek trafił faksem lub maile do redakcji aby następnie w niezmienionej formie znaleźć się na stronie wśród innych doniesień, informacji oraz artykułów.

„Na miejsce wysłano patrol straży miejskiej, funkcjonariusze ujęli dwóch mężczyzn” – czytam dalej i znów z podświadomości do świadomości pcha mi taka chęć, aby poznać tło wydarzeń. Tak bardzo chciałbym poczytać jak przebiegła interwencja. Poznać jakieś szczegóły tej niebezpiecznej misji funkcjonariuszy straży miejskiej. „Na posesji stwierdzono rozłożoną część płotu w tym również deski drewniane” – przeczytałem i to był błąd, bo teraz będzie mnie męczyć pytanie bez odpowiedz: z jakiegoż to materiału wykonana była „rozłożoną część płotu”. Bo przecież, jeśli „w tym (były) również deski drewniane” to jakież, motyla noga, były te inne części niedrewniane?

„Jeden z mężczyzn przyznał się do kradzieży płotu” – donosi portal informacyjny. No dobrze, jeden ze sprawców się przyznał, a co drugim? Zaprzeczał? Nie przyznawał się? Twierdził, że tylko przechodził kierując swe kroki do kościoła? Nic o nim nie wiadomo. Wiadomo za to, że „sprawców zdarzenia przewieziono na I komisariat policji, gdzie zostali przekazani do dyspozycji oficera dyżurnego”. No tak, dobrze, ale nadal nie dowiedziałem się jak ich losem zadysponował oficer dyżurny? Co się z nimi stało? Same zagadki. Psia kostka, zawsze tak jest, że takie notki rodzą więcej pytań niże odpowiedzi.

dziennik pesymistyczny

Weź się w garść

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

– Musisz się zebrać w sobie. Prawdziwy mężczyzna musi być silny. Nie trzeba się mazać, tylko sprężyć, zebrać w sobie i ruszać się do roboty. Bo nic nie jest za darmo! Musisz porzucić smutne myśli. Więcej optymizmu! Musisz myśleć bardziej pozytywnie! – słucham tej motywacyjnej wyliczanki, no bo tak mam, że jak ktoś do mnie dzwoni to z grzeczności odbiegam telefon.

Obudziłem się o trzeciej trzydzieści jeden rano, więc zwyczajowo miałem niechciany czas na przemyślenia. Ta sama godzina od wielu miesięcy z dokładnością, co do dziesięciu minut. Nie mogę spać, więc mój mózg mimo mojej niechęci co do tej jego czynności i tak analizuje moje życie. Nie powiem, nawet nieźle się czułem. Nie żebym tam znów tryskał radością, bo takiego uczucia nie pamiętam od lat. Po prostu, zwyczajnie prawie nic nie czułem. Byłem pusty. Byłem wyjałowiony. Czyli jak na mnie czułem się dobrze. Byłem trochę ociężały. Chciało mi się pić, dlatego wstałem z łóżka. Znalazłem powód, bo przecież chęci do tego heroicznego czynu nie miałem. Czułem jeszcze pewne odrętwienie, lecz nie był to kac. Wstałem. Czułem w całym ciele mrowienie. Wiedziałem, że to zupełnie normalne. Zawsze tak jest przed tym jak odliczę kolejny dzień wyciskają tabletki z opakowań. Łazienka. Okno. Kuchnia. Okno. Telewizor. Okno. Łazienka. Łóżko. Poleżę. Posiedzę. Powtarzam.  Dzwoni telefon.

– Jakbyś się trochę ruszył z domu to od razu by Ci przeszło. Poszukaj czegoś, jakiegoś zajęcie, nie trzeba się tak kurwa zadręczać. Postaw się, do chuja, w końcu do pionu. Jakbyś wyszedł do ludzi, to by Ci, kurwa, od razu przeszło – to kolejny telefon od kolejnego światłego kolegi. Słucham, bo z natury nie odmawiam nikomu prawa do własnego zdania.

Dawno już przestałem wychodzić z domu bez bardzo, ale to bardzo wyraźnego powodu. Jak już wychodzę to staram się spotykać jak najmniej ludzi. Lubię puste sklepy. Miejsca gdzie jestem sam, lub prawie sam. Nienawidzę tłumu. Ograniczam kontakt z drugim człowiekiem do minimum. Nie cierpię spotykać się z ludźmi. Mam kilku akceptowanych przyjaciół i kolegów, reszta świata mogłaby dla mnie nie istnieć. Zamykałem się w sobie. Zakupy, potem szybko do domu. Jak najszybciej do bezpiecznych czterech ścian. Aby ich nie widzieć. Nie czuć ich w przenośni i dosłownie.

– Słuchaj widziałem ogłoszenie o pracy. No, nie możesz przecież tak cały dzień w domu. Musisz iść do ludzi… Trzeba się wziąć w garść, nie załamywać, tylko to w sobie przezwyciężyć. Tak, praca wśród ludzi to by Cię od razu odmieniła, dałaby Ci siłę do życia – słucham i słucham, a głos w słuchawce mówi i mówi…

Dom. Tu jedynie czuje się dobrze. Czytam książki, oglądam filmy, patrzę w telewizor. Nic szczególnego. Bezpieczna monotonia kolejnego dnia, który udało się wyrwać przeznaczeniu. Tylko ten siedzący we mnie smutek. To wieczne przygnębienie. Nic mnie już nie cieszy. Nic nie sprawia radości. Wszystko wokół mnie tak jakby działało na zwolnionych obrotach. Czas wlecze się niemiłosiernie a ja z nim. Czekam. Czytam gazetę i już po chwili nie czytam tylko myślę. Odpływam w abstrakcyjne rozmyślanie.  To “życie jest główną przyczyną depresji”.

– Na co ty narzekasz, masz dwie ręce, dwie nogi… inni to dopiero mają. A Ty? Zdrowy chłop… no przestań się nad sobą użalać, weź się wreszcie za siebie, zrób coś ze swoim życiem, jak się postarasz to dasz radę, tylko musisz tego chcieć – telefon zadzwonił po raz kolejny, potem jeszcze raz.  – Dzień dobry! A jak u Ciebie? Tak samo? No, bo Ty nie umiesz sobie wytłumaczyć… no nie można tak żyć.  No, weź się w końcu w garść, zadbaj o siebie i o swoje życie.  Postaraj się skupić na tym, co dla ciebie najlepsze. Działaj, nie siedź tak… zrób coś – znów podniosłem na moje nieszczęście słuchawkę i odebrałem telefon. Teraz słucham dobrych rad. – Taaaa – powiedział skrzeczący głos. – Życzę Ci wszystkiego najlepszego. Pamiętaj: trzymaj się i nie daj się! Bądź silny! Do widzenia. – Do widzenia – powiedziałem na zakończenie i odłożyłem telefon.

Nim zdążyłem odetchnąć po kolejnej porcji dobrych rad, już rozmyślania przerwał mi ostry, natrętny dzwonek telefonu. Podszedłem, podniosłem aparat i powiedział nieswoim głosem: – Słucham. – Jak się masz? Dzień dobry! Wszystko u ciebie dobrze? – usłyszałem kolejnego radosnego. – W jak najlepszym porządku – odpowiedziałem szybko. – Ejże, coś kręcisz – powiedział z niedowierzaniem głos w słuchawce. – Jak się czujesz? No wiem, że nie najlepiej. Ale musisz być silny. A jak tam z pracą?  – Świetnie – wyrwało mi się nim pomyślałem, co mówię. – Dobra, dobra… mnie nie oszukasz, pamiętaj weź się za siebie.  A swoją drogą to ta twoja ma z tobą krzyż pański.

Nie zdążyłem nawet wyjść z pokoju, gdy telefon zadzwonił po raz kolejny. Wróciłem i podniosłem słuchawkę. Nie zdążyłem nawet powiedzieć słowa, bo głos człowieka z drugiej strony był znacznie szybszy.  – To ty? Co tam u ciebie? – W porządku – odpowiedziałem beznamiętnie. – Tak wiem, wcale nie w porządku, tak tylko mówisz, ja wiem, wiem, wiem… – terkotał głos w słuchawce. – No, kochany nie możesz się tak zamykać, co to za pesymizm? Wmawiasz sobie, że jesteś chory. Wyjdź z domu, zrób coś… nie można mieć takich czarnych myśli. Pamiętaj, że masz przyjaciół. Powodzenia, słyszysz? – mówił głos w telefonie. Tak, słyszałem. Słyszałem to już tyle razy, że nawet gdybym nie słuchał to i tak wiedziałbym, co mówią. Kolejny dzień upływa w przyjaznej atmosferze wzajemnego zrozumienia.

dziennik pesymistyczny

Ostateczne rozliczenie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jestem już gotowy do drogi. Ostatecznie spakowany. Ostatecznie uporządkowany. Przyglądam się walizom, zawiniątkom, pakunkom. Po raz kolejny i wciąż od nowa przestawiam je i układam w coraz to nowsze konfiguracje. To mój cały dobytek.  To co udało mi się zgromadzić przez całe życie. To moje „ja” zapisane w dokumentach i zaklęte w bliskich mi przedmiotach. Pewno tu mnie na wiele sposobów. Pełno niespełnienia. Nienapisane książki. Niezapłacone rachunki. Niezrealizowane marzenia. Niedopowiedzenia. Niedomówienia. Jakieś papiery. Jakiś płyty, kasety, patyki. Motyl, znaczek, temperówka.  W szufladach pełno wspomnień. Kamyczków, sznurków, zdjęć, biletów do i z. Mały żołnierzyk. Miś. Pluszowy prosiaczek. Szkiełko. Długopis.  Książeczka wojskowa. To moje życie zaklęte w przedmiotach. Stosy ulubionych i po prostu przeczytanych książek. Tu pismo z jakieś wszechwładnej instytucji. A tam ponaglenie w sprawie płatności od panów prądu i wody. List z bardzo ważnego urzędu. Dokumenty potwierdzające moje istnienie.

Jestem już spakowany. Gotowy do drogi. Uporządkowałem co mogłem. Poukładałem w małe i większe stosiki zapisane na papierze moje życie. Jest tego tak mało i tak dużo jednocześnie. Jestem już gotowy. Mogę odejść w każdej chwili. Choć nie bardzo wiem dokąd konkretnie się wybieram, bo to wielka niewiadoma.  Jakżeż przeogromna, jakżeż nadęta jest ta nuda oczekiwania na ostateczność. Ta bezgraniczna pustka. Ta niechęć i niemoc do przebywania wśród ludzi. Spaceruje a właściwie człapie, sam nie wiem, gdzie i po co. Czekam na otchłań, na wieczność, na ostateczność.

Odliczam dni wyciskając kolejne tabletki przed śniadaniem i po kolacji. Beznamiętnie czytam kolejną zerwana kartkę z kalendarza. Czekam. Żyje na kredyt. Dzień za dniem przechodząc obok spakowanych bagaży wspomnień. Żegnam się z roślinką na parapecie. Głaszczę czule na do widzenia moje ukochane książki.  Przeglądam po raz kolejny stosy gazet z moich kolekcji. – A może dziś posiedzę w zepsutym od roku, ale przecież i tak nadal moim, samochodzie? – wymyślam sobie zajęcia na następne godziny oczekiwania . Czekam na impuls. Na znak. Na sygnał. Żyje jak na dworcu. Wyczekując pociągu który, na szczęście dla mnie, znów się spóźnia. Bo choć musze wyjechać, to bardzo chciałbym zostać. Spaceruje po peronie codziennych zdarzeń wyczekując na przybycie ostateczności. Coś kupuje, wydaję pieniądze, ale wcale mnie to nie rozwesela. Coś wypije, coś zakąszę aby zapomnieć, że czekam.  Rano znów czekam ze zdwojoną siłą w jeszcze większym napięciu i zdenerwowaniu.

Spaceruje wśród walizek i kartonów pełnych niezrealizowanych spraw i pomysłów. Przeskakuje nad tobołkami z uczuciami. Krążę wśród  paczek z pragnieniami. Coś zjem w kuchennej stołówce. Trwam sobie w mojej domowej poczekalni. Przysiądę przy stole jak na dworcowej ławce. Poczytam w oczekiwanie ma przybycie transportu do wieczności. Pooglądam. Posłucham. Poczekam.  Przecież wcale mi się nie spieszy. Jestem tu, bo wiem że musze wyjechać. Ale chęci ku temu we mnie żadnych. Wszystko wydaje mi się takie nie wartę zainteresowanie. Takie banalnie puste. Takie skretyniałe. Skarlałe. Godzinami wpatruje się z ludzi biegających jak mrówki i tak ich owadzio właśnie postrzegam. To wszystko jest takie martwe i powiędłe jeszcze za życia. Takie nieistotne. Takie przyziemne. Powtarzalne. Przewidywalne. Smutne i nudne.

Nasłuchuje kroków na schodach.  Każde uderzenie w poręcz, każde szurniecie butów o kamienne schody to może być dla mnie znak, że już czas się zbierać. Że nadszedł mój czas. Że mój czas się wypełnił.  – Czy to już? Czy to po mnie ? – pytam sam siebie. Nie mam żalu, jeśli znów to tylko pomyłka. Czekam, bo wiem, że to nadejdzie ale tego nie oczekuje. „Przygnębienie jakieś dziwne mną owładnęło – chcę czegoś chcieć, ale wszystko mi jest obojętne. Pojutrze wyjeżdżam – tym lepiej. Zupełnie jestem sam”.

dziennik pesymistyczny

Lotnisko w przyszłości

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– A gdyby tu było nagle przedszkole w przyszłości i wasz synek mały tędy przechodził w przyszłości – takie słowa wypowiada milicjant w komedii Stanisława Barei. Właśnie to słynne i pamiętne „w przyszłości” powinno stać się mottem dla władz mojego miasta, głównego inwestora miejskiego portu lotniczego.

Tu bowiem właśnie, od wielu lat, w znoju i trudzie, władza miejska buduje dla obywateli zaznających życia doczesnego, ale i dla przyszłych pokoleń lotnisko. Po co się tak trudzi? Po co buduje? Po co staje naprzeciw tak wielu przeciwnością losu – zapyta nie jeden niedowiarek i pesymista. Ano, dlatego – odpowie władza – bo lotnisko „odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa”. A kiedy ten cud miejskiej inwestycji zostanie otwarty? Ano w przyszłości – odpowiadają urzędnicy. A kiedy jakieśkolwiek tanie linie lotnicze będą regularnie latać z lotniska? – pytają zainteresowani. – Niestety nie możemy opowiedzieć. O wszystkich faktach poinformują nas wszystkich w odpowiednim czasie zarządzający Portem Lotniczym. Czyli w przyszłości– odpowiada władza. W odpowiednim czasie, to się stanie. W przyszłości bliżej nieustalonej.  – Reszta faktów poznamy pewnie w odpowiednim czasie – zapewniają urzędnicy.

I tak mamy tu, w moim mieście lotnisko cywilne. To znaczy mamy mieć, już niedługo, bo termin oddania inwestycji znów się trochę opóźnił. Coś tam stoi na przeszkodzie. Trzeba jeszcze kilku pieczątek i kilku pozwoleń brakuje. Ale w przyszłości się wszystko załatwi i wyprostuje.  Teraz dowiaduje się z mediów, że miejski port lotniczy uzyskał certyfikat lotniska cywilnego. – To oznacza, że w niedalekiej przyszłości nasze lotnisko zacznie w pełni funkcjonować – podkreślają urzędnicy. I kluczowe jest tu „w przyszłości”.

– Lotnisko cywilne to jedna z najważniejszych inwestycji prorozwojowych naszego miasta i regionu radomskiego. Budowa lotniska to trudny proces,(…). Sam proces rozpoczął się w 2006 roku jeszcze za czasów moich poprzedników – mówił prezydent miasta skromnie zapominając, że miejska spółka buduje sobie lotnisko już od roku 1989 roku.

– Głównymi problemami lotniska są teraz m.in. montaż radiolatarni, który miał rozpocząć się w maju, ale wiemy przecież, że ten termin został przesunięty na wrzesień. Trzeba również przedłużyć pas startowy o 500 m oraz dobudować płytę postojową. Ale to przyszłość. Przed nami wiele lat rozwoju lotniska. Miasto musi być przygotowane na wsparcie finansowe portu. O samofinansowaniu się możemy mówić dopiero za jakieś 10-11 lat od momentu funkcjonowania lotniska – uściślił prezydent.

W Hiszpanii, która często jest przyrównywana do Polski jest czterdzieści dziewięć lotnisk. Na kilku z nich nigdy nie wystartował, ani nie wylądował żaden samolot. Teraz, jak gdzieś przeczytałem, planowane jest zamknięcie prawie trzydziestu z nich. Czy tak będzie z lotniskiem w moim mieście? Nie wiem. Ale umowy z operatorem lotniczym, który byłby zainteresowany lotami z tego lotniska to przyszłość a nie teraźniejszość. Bardzo zaczynam się martwić, czy nie wybudowaliśmy słomianego misia? Bo nie można przyjąć założenia, jako przemyślanej strategii, że jak już wybudujemy sobie port lotniczy to ktoś pewnie zechce na nim wylądować, i z niego wystartować. Nie można zakładać, że jakoś tam będzie, że pewnie jakiś samolot zabierze stąd pasażerów do Londynu, Dublina czy Paryża. Port lotniczy, według szacunków, żeby nie przynosić strat musi obsługiwać, co najmniej milion pasażerów rocznie, minimalnie około trzystu tysięcy. Jak bez umów z tanimi przewoźnikami lotniczymi będzie to możliwe? Jeśli lotnisko będzie przynosiło straty to, co się wtedy zrobi? Za przykładem z „Misia” – protokół zniszczenia?

– Kiedy i przy jakiej liczbie pasażerów loty będą opłacalne? – pyta opozycja magistrat i prezydenta. – To największy projekt od czasu doprowadzenia do (miasta) kolei. Czas, by zrealizować (…) pewien sen. Pieniądze nie przyjdą od razu, będziemy dokładać do tej spółki długo. Ale to w końcu przyniesie efekt – mówił prezydent.  I radził, że lepiej czasem „nie mówić wcale, niż mówić źle”.

„W przyszłości” to słowa kluczowe przy tej inwestycji. – Kiedy ktoś zapyta: kiedy uruchomienie lotniska? Kiedy będą się odbywać tam regularne loty? Kiedy dowiemy się, który z poważnych operatorów lotniczych jest zainteresowany obsługą lotniska?  Kiedy lotnisko będzie na siebie zarabiać? Kiedy przestanie żyć na dotacjach i dofinasowaniu?  Wtedy odpowiedz jest zawsze jedna: w przyszłości.

dziennik pesymistyczny

Dziecionieroby i dziecioroby

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Czy w Polsce obowiązuje jakiś państwowy czy prawny nakaz płodzenia dzieci? Jeśli nie, to dlaczego co chwilę słyszę płacze o tym jak to ciężko jest tym, co posiadają dzieci? Dlatego ciągle ktoś wytyka mi nie posiadanie potomstwa?

Ja rozumiem polityków i urzędników, którym zależy na powiększaniu armii płatników podatków. Ja wiem, że decydentom zawsze będzie zależeć na tych, co z posiadania potomstwa stworzyli heroiczny zawód.  Bo zadowolony podatnik wychowa nowych zadowolonych z systemu potulnych podatników. Klika mamuś i tatusiów zawsze będzie uprzywilejowana, bo taki jest sens istnienia państwa. Ale jedno mnie wnerwia. Dlaczego do ciężkiej cholery, co jakiś czas znajduje się jakiś polityk czy inny nawiedzony działacz, który na siłę wciska mi dziecko w brzuch?

Dobrze, nie mnie.  Bo ja nie mogę mieć dzieci, to znaczy nie mogę ich urodzić, ale piewcy dziecioróbstwa, co rusz naciskają mnie, abym wycisnął ze swych lędźwi soki i konieczne, na chwałę Polski i narodu, zapłodnił moją partnerkę.

– Mam dość budowania wrażenia, że państwo i społeczeństwo robi łaskę wielodzietnym, przyznając im jakieś „udogodnienia”. Mam dość, bo wcale tak nie jest. Wielodzietność i wielodzietni zwyczajnie się państwu opłacają, a nasza inwestycja w jego rozwój jest absolutnie fundamentalna. To nasze dzieci bowiem (określane niekiedy potomstwem „dzieciorobów”) będą pracować na emerytury dla „dziecionierobów”, dla rozmaitej maści „podwójnych singli”, konkubentów czy nawet niekiedy małżonków, którzy z własnej woli (bo o nich mowa, a nie o tych, którzy dotknięci są głębokim cierpieniem bezdzietności) nie chcą mieć i nie mają dzieci. One będą się opiekować staruszkami, którzy po życiu pełnym uciech, trafią do domów starców, bo nie będzie nikogo, kto będzie się nimi chciał i mógł zajmować. One wreszcie utrzymywać będą na swoich wątłych (bo jest ich bardzo mało) barkach odwróconą piramidę demograficzną, która jest skutkiem tego, że wygodni i konsumistycznie nastawieni libertyni nie chcą mieć dzieci – napisał Tomasz P. Terlikowski na portalu fronda.pl, proponując, by państwo podniosło podatki dla bezdzietnych par.

Otóż panie Terlikowski, jako ten, który nie chce mieć dzieci zwracam panu uwagę na fakt, że posiada Pan dzieci na własną odpowiedzialność. Nikt pana nie zmuszał. Jeśli nie chciał pan, aby „one” musiały się „opiekować staruszkami, którzy po życiu pełnym uciech, trafią do domów starców”. To zwyczajnie, było bachorów nie robić. Ja nie chce mnie dzieci, nie dlatego, że jestem wygodny i „konsumistycznie” nastawiony. Nie chce powoływać na ten świat nowego życia z odpowiedzialności.  Rozglądał się pan dookoła ostatnio? Nie widzi pan dokąd ten świat zmierza? Sam pan wielokrotnie narzekał na zepsucie tego świata. Czy sprowadzanie dzieci na ten łez padół jest odpowiedzialne?

Czy naprawdę mam, za pana namową, spłodzić niewolnika czy kolejnego nadzorcę w tym wiecznym wyścigu szczurów? (z całym szacunkiem do szczurów). Mam spłodzić dzieciaka, który – wedle pana słów – „utrzymywać będą na swoich wątłych (bo jest ich bardzo mało) barkach odwróconą piramidę demograficzną”? Ja zwyczajnie tego nie chce. Bo czuje się odpowiedzialny za nowe życie.  Pana pomysły to nic innego, jak powrót do tradycji. W Polsce, w okresie po 1945 roku, obowiązywał podatek (a właściwie podwyższona kwota podatku dochodowego) potocznie nazywana „bykowym”. Płaciły go osoby bezdzietne, nieżonate i niezamężne powyżej 21 roku życia (od 1 stycznia 1946 do 29 listopada 1956), a później powyżej 25 roku życia (do 1 stycznia 1973). Pewnie chciałby pan, aby państwo i społeczeństwo nałożyło takie ponownie „udogodnienia” na bezdzietnych? Cóż, mogę to zrozumieć.  Takie widać wychowanie. Takie PRL-owskie tradycje.

– Moja wizja przyszłości jest tak precyzyjna, że gdybym miał dzieci, udusiłbym je natychmiast – napisał kiedyś Emil Cioran. Ja nie jestem tak radykalny. Nie ma potrzeby od razu dusić.  Po prostu, mam podobnie taką precyzyjną wizje przyszłości, że za nic nie chce i nie chciałbym mieć dzieci.

dziennik pesymistyczny

Urzędniczy „brak świadomości”

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Kiedyś była „pomroczność jasna”, która wszystko wytłumaczyła. Teraz ogromną karierę w moim mieście robi „brak świadomości”. A wszystko to za sprawą dyrektora kancelarii prezydenta miasta, który w piśmie pokontrolnym Najwyższej Izby Kontroli tłumaczył, że pewne „umowy zawarto bez zastosowania przepisów ustawy prawa zamówień publicznych, w tym przypadku z powodu braku świadomości konieczności stosowania przepisów wynikających z w/w ustawy”.

NIK przeprowadził kontrolę działalność magistratu w zakresie szeroko pojętej promocji miasta w latach 2011-2013. Okazało się, że w tym okresie czasu miasto zawarło dwie umowy o dzieło z osobą fizyczną na łączną kwotę 145 tys. 700 zł. Wspomniana wyżej „osoba fizyczna” miała zbierać i opracowywać materiały tekstowe, fotograficzne oraz przygotowywać do druku gazetę wychwalającą sukcesy miejskiej władzy. Okazało się, że urzędnik podpisał umowę bez respektowania prawa zamówień publicznych. A zrobił to „z powodu braku świadomości konieczności stosowania przepisów”.

Podobno nieznajomość prawa nie zwalnia od odpowiedzialności za jego naruszanie. Tak przynajmniej jest w teorii. Jestem bardzo ciekaw, jak to zostanie zastosowane w praktyce. Czy urzędnik, który miał brak świadomości, że ewidentnie łamie przepisy, teraz odpowie za naruszenie prawa?  Mam takie przeczucie graniczące z pewnością, że to już kres afery. Była kontrola, urzędnik odpowiedział na zarzuty, że nie miał świadomości… i po sprawie. Przypominałem sobie, że ten sam dyrektor kancelarii prezydenta miasta, przekonywał mnie kiedyś, że całkowicie niemożliwe jest to, aby w magistracie dochodziło do jakichkolwiek błędów i wypaczeń.  A ja mam skłonności do teorii spiskowych. Pewnie wtedy też nie miał świadomości, że się myli. To bardzo wygodne.

Płynie z opisanego przypadku urzędniczego „braku świadomości” jeszcze jedna nauka dla szaraka obywatela. Jeśli teraz coś przeskrobie Szanowny Czytelniku, złamiesz jakieś przepisy, naruszysz – nie daj Bóg – prawo, jakieś principia czy regulaminy, to już wiesz jak tłumaczyć się przed państwową władzą czy sprawiedliwością.  Po prostu, tak po naszemu, po urzędniczemu, napisze, że nie miałem świadomości, że coś tam naruszasz. Napisz w akcie skruchy, że „z powodu braku świadomości konieczności stosowania przepisów” tak szalenie zawiniłeś. I mam nadzieje, że mi władza Ci wybaczy, bo nie miałem przecież świadomości, że robisz coś złego. Całkiem jak ten dyrektor kancelarii prezydenta mojego miasta. Jemu się udało uniknąć prawa i sprawiedliwości, to Tobie pewnie też się uda.

dziennik pesymistyczny

Jak wynika z naszych informacji…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nowa „linia lotnicza” rodem z mojego miasta – szokuje czytelników tytułem lokalna gazeta. Podana jest nawet nazwa nowego przewoźnika. „Trzy, cztery airbusy mają znaleźć się we flocie” (…) – zachwyca się autorka artykułu. Gazeta to informacyjna, nie plotkarska, więc wierze dziennikarce, że to sprawdzona informacja i czytam dalej.

 „Jak wynika z naszych informacji teraz zapadła decyzja o uruchomieniu własnej linii lotniczej oferującej przeloty czarterowy. (…)” – czytam z rosnącą radością, że to właśnie moje miasto zostało wybrane na siedzibę nowej firmy, która, mam nadzieje z sukcesem, powalczy o dominacje na tym trudnym rynku. „Osoby związane z firmą nie potwierdzają, ale też nie zaprzeczają tym informacją. Szczegóły dotyczące projektu mogą być podane jeszcze w tym tygodniu. (…)” – podgrzewa moje emocje autorka tekstu. „ Mogą być trzy, cztery samoloty” – czytam z wypiekami na twarzy i dumą w sercu.

Chyba każdy mnie zrozumie, bo jak można sprawdzić na stronach producentów samolotów, jeden taki „airbus” to wydatek idący w setki milionów dolarów, więc aż mnie zmroziło z wrażenia. Człowiek żyje sobie w prowincjonalnym mieście, kupuje rzodkiewkę na targu i chleb powszechny w piekarni, a tuż obok niego wyrosła tak wielka firma, która nie tylko kupuje jeden samolot za setki tysięcy dolarów, ale nawet cztery! Zdecydowanie urzekła mnie ta historia z lokalnej gazety.

A tu nagle dopadła mnie rzeczywistość i autorka zgasiła moje marzenia, które tak pięknie rozpaliła mnie tytułem i początkiem artykułu: „Podobno nie od razu będą latać w barwach nowej linii lotniczej, a u jednego z już działających przewoźników”. No, co jest? To ja tu od tytułu aż do połowy artykułu czytam, że święto, że czas na euforie, że nowy przewoźnik… a tu „nie od razu będą latać w barwach nowej linii lotniczej”. No i co? I nic. – Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle – jak mawia mój przyjaciel. Dziennikarce lokalnej gazety bardzo dziękuje za emocje i czekam na tekst o tym, że jakaś firma z mojego miasta kolonizuje obce planety. Oczywiście, nie teraz kolonizuje, ale w przyszłości. Teraz to ona planuje zakup floty kosmicznej.  – Tu, w tym miejscu, mogło dojść do tragedii – mawiał klasyk. Jego śladem, i za tym stylem dziennikarstwa podąża wielu, niestety bardzo wielu adeptów tego zawodu.

dziennik pesymistyczny

Nie do wiary

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Jak mając ręce skute z tyłu kajdankami wyjąć z kabury konwojującego Cię czujnego policjanta pistolet a następnie oddać strzał po uprzednim przeładowaniu broni?  Potrafiłbyś to uczynić drogi czytelniku? A dokonałbyś tego wyczynu po pijanemu? Na tylnym siedzeniu samochodu, który właśnie pokonuje rondo?  Ja bym nie potrafił. Nie znam też nikogo, kto by to zdołał uczynić. To wymaga nadludzkiej wprost zręczności.  A może nawet umiejętności na pograniczu magii. Harry Houdini nie powstydziłby się takiej sztuczki. Był jednak ktoś, kto tego dokonał jak się okazało na swoje nieszczęście. I dla tego ze współczuciem pisze „był” a nie „jest”. Takie wysokiej klasy umiejętności przypisuje policja i tamtejsza prokuratura chłopakowi z małego miasteczka na Mazowszu.

Ale nie uprzedzajmy faktów – jak mawiał klasyk.  W pewien wiosenny wieczór policjanci zatrzymali dwudziestotrzyletniego mężczyznę. Do aresztu konwojowało zatrzymanego dwóch funkcjonariuszy. Jeden prowadził auto, a drugi siedział z tyłu obok aresztanta. Podczas jazdy chłopak odebrał broń policjantowi siedzącemu obok niego a następnie śmiertelnie się z niej postrzelił.  Taka jest wersja policji. I w taki przebieg wydarzeń świecie wierzy prokuratura.

– Wyniki będziemy znali za kilka dni, ale wiadomo już, że mężczyzna znajdował się pod znacznym wpływem alkoholu, a wystrzelona kula przeszyła jego ciało w okolicy krzyżowej i utknęła w dachu radiowozu, omijając kierowcę w bardzo bliskiej odległości. Policjanci potwierdzili w swoich wersjach wstępne ustalenia – powiedział zastępca Prokuratora Rejonowego.  Prokurator pytany przez dziennikarzy lokalnej gazety o to, czy możliwe jest wyciągnięcie pistoletu przez konwojowanego, który ma ręce skute z tyłu kajdankami, a następnie oddanie przez niego strzału odparł, że tak. – To był pistolet P-99, który nie wymaga odbezpieczenia i bardzo łatwo się przeładowuje – dodał.

Jakoś nie mogę sobie wyobraził tego zdarzenia. Ja bym na trzeźwo nie potrafił – jak napisałem na wstępie – co dopiero „pod znacznym wpływem alkoholu”. Trudno mi uwierzyć, że mocno pijany chłopak, ze skutymi na plecach rękoma, odbiera broń policjantowi, przeładowuje i następnie strzela do siebie. Pewnie nigdy nie się nie dowiem jak było naprawdę. Ale dziwi mnie to, że to jedyna wersja wydarzeń. Dziwi mnie, że prokurator prowadzący śledztwo tak łatwo głosi teorie o tym, iż z broni było bardzo łatwo oddać strzał. Chętnie zobaczyłbym jak Pan prokurator, który uważa, że to możliwe i łatwe, sam spróbuje wyjąc broń z kabury broniącego się policjanta ze skutymi na plecach rękoma a następnie przeładuje pistolet i oddaje strzał. Jeśli tego nie zobaczę to nie uwierzę.  I choć nic nie sugeruje, to tak po prostu trudno mi w to uwierzyć.

dziennik pesymistyczny

Katolicyzm religia panująca

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Może jeszcze formalnie Polska nie jest państwem wyznaniowym. Ale do takiego państwa, w którym katolicyzm jest religią państwową zmierzamy raźnym marszowym krokiem. Lub raczej dreptamy jak zakonnik po zakonnych krużgankach.  Kiedyś większość polityków, działaczy katolickim, no i oczywiście duchowieństwa,  kwestowała rozdział państwa od religii po cichutku, tak niezbyt głośno, tak żeby nie zapeszyć i nie wzbudzać paniki. Ale teraz wszystko się zmieniło.  Polski biskup rzymskokatolicki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski postanowił powiedzieć jasno i głośno, „o co walczymy, dokąd zmierzamy” – jak mawiali klasycy.

– Państwo i Kościół nie są tylko instytucjami żyjącymi obok siebie, swoim własnym autonomicznym życiem. To są dwie instytucje zdane na siebie. I to zdane na podobieństwo ciała i duszy. Kościół, jeśli jest autentyczny, powinien być duszą państwa, bez duchowych wartości, jakie przynosi Kościół, ciało państwa obumiera – przekonywał tłum wiernych nasz biskup rzymskokatolicki. Takie słowa łamiące podstawową – zawartą też w Konstytucji RP – zasadę rozdziału państwa od kościoła wypowiada polski hierarcha kościelny.

Wiem, że wielu z prałatów kościelnym widząc klęskę kierowniczej roli kościoła w życiu społeczeństwa, chce to społeczeństwo na siłę umoralnić. Polski kościół chce ratować swój autorytet poprzez jeszcze silniejsze połączenie z aparatem państwa. W myśl zasady „my was tak długo będziemy kochać, aż wy nas w końcu pokochacie”.  To jedno.  Drugie, to to, że nie mogą pojąc jak może biskup rzymskokatolicki kwestionować nauczanie II Soboru Watykańskiego. Kościół właśnie tam definitywnie i jednoznacznie potwierdził, że rezygnuje z budowy gdziekolwiek i kiedykolwiek „katolickiego państwa”. Przyjęto tam zasadę że katolicyzm w różnorodnym społeczeństwie nie może być wyznacznikiem na siłę ustanawiającym kierunki i zasady organizujące życie publiczne. A zatem, jak to możliwe, że ten hierarcha kościelny sprzeciwia się woli i prawom własnego kościoła? Dalibóg nie wiem, czy to zwykła głupota czy chęć władzy? Mam jednak cichą nadzieje, że to pierwsze.

W swym kazaniu na Jasnej Górze ksiądz arcybiskup z rozrzewnieniem wspominał stare, dobre czasy, w których Konstytucja z 1791 roku, co prawda, unowocześniła i zmieniła ustrój państwa, struktury sprawowania władzy, ale też „katolicyzm uznała za religię panująca”. – Nasza ojczyzna potrzebuje dzisiaj, podobnie jak za czasów konstytucji majowej odnowy, jeśli ma ona mieć przed sobą swoje jutro – mówił podczas homilii arcybiskup. To nic innego jak nawoływanie do uznania katolicyzmu za religie państwową. Co dalej? Przymusowa chrystianizacja obywateli?

– Religia jest głównym czynnikiem uspołecznienia, wychowania i wyrabiania cnót w społeczeństwie – podkreślał kaznodzieja. Zaczynam się bać takich słów, bo jeśli to nie zwykła głupota, jakiś starczy uwiąd to przecież tylko patrzyć jak jakiś polityk wpadnie na pomysł, żeby idee „wychowania i wyrabiania cnót w społeczeństwie” wprowadzać w życie pod przymusem. Co to jest średniowiecze?

 – Próba kształtowania spraw ludzkich z pominięciem Boga prowadzi do całkowitego zlekceważenia człowieka. Dlatego nawet ten, który nie umie znaleźć drogi do Boga, winien starać się tak, jak gdyby Bóg istniał – przekonuje przewodniczącego Episkopatu. W tym zdaniu już nawet nie sugeruje, że niewierzący mają jakąkolwiek szanse na istnienie i swobodne wyrażanie poglądów w społeczeństwie gdzie panuje państwowy katolicyzm. Arcybiskup uważa, że pominiecie Boga to pominiecie człowieczeństwa. Czyli ten, kto kwestionuje istnienie Boga, przestaje być człowiekiem? Jeśli tak, to takich „nieukształtowanych” może ksiądz radzi eliminować?  – „Nawet ten, który nie umie znaleźć drogi do Boga, winien starać się tak, jak gdyby Bóg istniał” – to zdanie jest tak kuriozalne, że istotnie może wskazywać, że klecha ma coś nie bardzo pod sufitem.

– Słabość dzisiejszego wymiaru życia społecznego, kulturalnego i politycznego w naszej ojczyźnie ma swoje korzenie w odcinaniu się państwa od Kościoła – naucza Przewodniczący Episkopatu. Ale spokojnie, już on ten słabość wykorzeni. Ba, nawet wbrew zasadom II Soboru Watykańskiego. Bo jak to w Polsce często bywa, polski katolik jest świętszy od papieża. A może to jednak tylko jakaś czasowa słabość dostojnika polskiego kościoła? Wciąż mam nadzieje, bo słysząc słowa przewodniczącego: „To właśnie odcinania się od wartości, które wyrastają z Ewangelii, sprawia, że 2,5 mln osób, przeważnie młodych, musiało wyjechać za chlebem, kolejne 2 mln jest bezrobotnych, blisko 4 mln żyją na skraju ubóstwa” mam szeroki uśmiech na twarzy.  Jeśli dobrze zrozumiałem tego księdza, to Polacy masowo uniknęliby emigracji, bezrobocia, nędzy gdyby tylko państwo polskie byłoby państwem wyznaniowym. Pomijając jawną głupotę takich twierdzeń, to warto dodać, że przecież zdecydowana większość naszego społeczeństwa deklaruje przywiązania do zasad ewangelii, więc pewnie znajduje się tam spora liczba polityków czy urzędników państwowych. Czy oni wszyscy przez ponad dwadzieścia lat ignorowali wartości? Odcinali się od ewangelii?

– Nasze społeczeństwo starzeje się, pogłębia się jego kastowość, postępuje alienacja młodych w pracy, lekceważeni są robotnicy, którzy miesiącami nie otrzymują zapłaty za swoją pracę, pod koniec roku nie przyjmuje się chorych do szpitali, więzienia nie mogą pomieścić skazanych, lekceważy się miliony głosów w sprawie wieku emerytalnego i wieku szkolnego – grzmi z ambony kaznodzieja zapominając oczywiście, że to przecież to właśnie w 98 procentach katolickie społeczeństwo, jest za tą sytuacje odpowiedzialne.   Naprawdę ustanowienie katolicyzm religią panującą niewiele w tej materii zmieni na lepsze. A obawiam się, że połączenie państwa i kościoła w jedno zaprowadzi nas z powrotem do średniowiecza.  – Dla niektórych może to brzmieć prowokacyjnie, ale taka jest prawda – pozwolę sobie na jeszcze jeden cytat z arcybiskupa.