Tag Archives

242 Articles

dziennik pesymistyczny

Jak wyszedłem z siebie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

No i stało się. Doigrałem się. Wyszedłem z siebie. Wyszedłem z siebie i teraz stoję obok mnie samego i przyglądam się memu pustemu obecnie ciału. Ładna ze mnie skorupka. Co prawda leży toto żałośnie tak jakoś w łóżku zakopane w betach z otwartym pustymi oczami i rozdziawioną gębą. Ale nie jest najgorzej.-  Niebrzydki nawet jestem – skonstatowałem z zadowoleniem.  Szlachetny taki profil. No, przynajmniej mnie się podobam. A jednak dziwnie tak patrzeć na siebie nie w lutrze tylko, że tam powiem na żywo, oczywiście w przenośni zważywszy na sytuacje. Łysą głowę okala lekuchny wianuszkiem króciuśkich włosków. Nos taki rzymski, sporawy nawet. Ale za to broda, tak, ona jest imponująca. Biblijny patriarcha prawie. Podsumowując, choć cały jestem starszawo, taki nijako zanikający, to jednak nadal całkiem do rzeczy.

Stercze tak sobie i się gapie na siebie, bo jak już wspominałem sytuacja była taka, że wyszedłem z siebie i stanąłem obok. Pokój, moja cela doczesnej egzystencji nic się też nie zmieniła od czasu mojego wyjścia z własnej cielesności doczesnej.  A zawsze byłem przekonany, że wraz z mym zejściem odejdzie wszystko co jest wokół mnie a świat się rozpadnie w drobny mak i zapanuje nicość, a tu niespodzianka wszystko trwa jak trwało, choć już beze mnie. Bardzo nieładnie ze strony wszechświata, że tak sobie trwa, gdy ja tak już niematerialny patrzę na to co ze mnie pozostało.

A co po mnie pozostało? Rozejrzę się. Stół, trzy krzesła, kredens, stosy książek na podłodze i na półkach, kolekcja gazet, durnostojki, misie, świnki, muszelki, kamyczki, ubrania w szafie i na wieszaku, coś tam w cyfrowym zapisie. Obrazy na ścianach. Tyle gratów, tyle rzeczy, tyle wspomnień w nich zawartych, tyle książek przeczytanych i co teraz? Nic, pustka. Teraz to już to wszystko nie moje.  Pogubi się to wszystko. Rozpadnie. Przepadnie na śmietnikach i u obcych. To co było ważne dla mnie, teraz jest tylko stosem niepotrzebnych rzeczy.

Odsunąłem się o pół kroku czując lekkość bytu, która była mi obca, gdy jeszcze byłem w sobie. Teraz gdym taki stał się eteryczny, gdy po raz pierwszy wyszedłem z siebie musiałem się zastanowić co dalej. Nie można przecież tak stać i gapić się na własne ciało. Coś trzeba zrobić. Starałem się sobie przypomnieć co tam uczeni w piśmie opowiadali o chwili, kiedy Najwyższy zawezwie do siebie jakieś ziemskie niebożątko, ale nie mogłem sobie przypomnieć zaleceń co czynić w takich terminach. Starałem się sobie uświadomić, że musi być przecież samoistna procedura, która zawiedzie mnie albo na anielskie niebiańskie łąki albo w piekielne kazamaty. Ale jak na razie nie było ani otaczającej mnie światłości, ani tunelu, do którego mógłbym się udać by w nim iść ku światłu. Nie słyszałem głosów anielskich, śpiewu ptaków niebiesiech czy choćby serafinów lub cherubinków.  – No cóż – pomyślałem – poczekam, w końcu przecież moje całe życie składało się z czekania, więc mam w tym niewątpliwa praktykę.

Stałem sobie tak i czekałem na nieuniknione jak mi się wydawało, ale nic się nie działo i to właśnie stawało się już co raz bardziej nudne i nieciekawe. Moje ciało astralne co prawda nie odczuwało zmęczenia, ale takie stanie bezsensu było nużące. – No dobrze – pomyślałem – jak nie to nie, nie będę się narzucał. Jak mnie nigdzie i nikt nie chce to nie będę się tak błąkał niepotrzebny miedzy światami. Czułem się jak wtedy, kiedy nie zabrano mnie na wymarzone i tak upragnione wakacje. No przykro mi się po prostu zrobiło, co tu ukrywać.

Postanowiłem więc wrócić. Na nowo wejść w siebie. Bo przecież jak wyszedłem, to i wejść się da. Jak postanowiłem, tak zrobiłem, bo co tak tu będę sam stał bez sensu i powodu. Wcisnąłem więc na powrót to moje astralne i jak najbardziej niematerialne ciało w siebie fizycznego, w tą maszynę z mięsa, i od razu tak mi się ciężko zrobiło, ale swojsko jednocześnie. No i na powrót byłem, istniałem, żyłem.  Ale to nadal było bez sensu.

dziennik pesymistyczny

Życie po proroczym śnie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Pewnej nocy miałem sen. Koszmar w zasadzie to był jakich miewam wiele gdy tylko uda mi się na chwile zasnąć – wyznał mi przyjaciel. Staliśmy w naszym ulubionym miejscu. Zieleń przyrody walczyła tu, ze zmiennym szczęściem, z industrialnymi zapędami człowieka. Ale miejsce nadal było przyjemne i nadawało się do spokojnego i przyjemnego konsumowanie małego conieco. A jak wiadomo w wolnej Polsce jest coraz mniej takich miejsc gdzie spokojny człowiek może się spokojnie napić na świeżym powietrzu. Taka to już widać różnica miedzy czasami minionej dyktatury a teraźniejszością wolności.

– Sen miałem – kontynuował opowieść przyjaciel. – Sen taki, zupełnie taki jaki miał ten znany murzyn z Ameryki co też miał sen i przez ten sen był bardzo znany. – Miałem sen, a w nim bardzo realistycznie ujrzałem własne pożegnanie z doczesnością pośród grzmoty donośnych i błyskawic oraz śpiewów anielskich – wyznał przyjaciel. Na takie dictum nie miałem sensownej odpowiedzi, więc zaproponowałem żebyśmy się napili, bo to zawsze pomaga.  No i wypiliśmy.

– Nie żebym wierzył w sny – snuł dalej opowieść przyjaciel – zasadniczo to wiem, że to tylko projekcje mózgu działającego na wolnych obrotach, ale że sen był taki sugestywny… to tak wyszło, że niechcący jednak uwierzyłem. A że zgodnie z moją wizją proroczą miałem opuścić ten ziemski łez padół za dwa tygodnie od sennej wizji to postanowiłem odliczać do wspomnianej daty.

Tak było w istocie. Już od pewnego czasu, czyli jak się właśnie okazało od dwóch tygodni mój przyjaciel odliczał upływające dni wysyłając informacje o tym urbi et orbi poprzez media społecznościowe. Nawet miałem go zapytać do czego odlicza, ale że mniej więcej wiedziałem choć wiedzieć nie chciałem, więc nie pytałem.

– Moje przekonanie, co do prawdziwości mojego proroctwa i do słuszności wyboru dnia ostatecznego pożegnania z doczesnością potwierdził dodatkowo list, którym odebrałem na poczcie. Napisała do mnie bardzo ważna instytucja państwowa. Straszyła mnie ona przez swego urzędnika, że jeśli w przeciągu dwóch tygodni nie rozliczę się z władzą ostatecznie to ona mnie ostatecznie… no już ta instytucja pokaże mi co potrafi – ciągnął opowieść przyjaciel.  – Jakby tego było mało to okazało się, że pewna religijna grupa z Filadelfii w Stanach Zjednoczonych przewiduje, że tego właśnie dnia nastąpi koniec świata – dodał.

– I jak tu było nie odliczać, gdy takie znaki we śnie i na jawie? – zapytał zasadnie przyjaciel. Musze przyznać mu racje, że po takich widomych znakach sam zacząłbym odliczać. Znów wypiliśmy, a on wyznał, że takie odliczanie do tej chwili niewiadomej, te jego dni ostatnich, to wszystko zmieniło w nim perspektywę postrzegania świata. Dostał on – jak mówił – możliwość dostrzeżenia w doczesności, w każdym dniu, czegoś ważnego. Dało mu to nadnaturalny dystans do jego emocji i do kłopotów, które go osaczają. – Widocznie, gdy się już wie, że coś jest nieuniknione to można się bardziej skupić na tu i teraz. Doznaje dwóch sprzecznych uczuć, strachu przed życiem i zachwytu nad życiem, jak powiedział pewien klasyk  – zakończył. Piliśmy spokojnie, rozmawiając o pięknie, literaturze, sztuce, filmie, polityce lub w milczeniu cieszyliśmy się tym, co tu robimy w tak pięknych okolicznościach przyrody.

dziennik pesymistyczny

Niewygodne pytania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

No i okazało się, że jestem faszystą, prawicowym ekstremistą, chamidłem, nieukiem, niemającym Boga w sercu samolubem, gimbopatriotą niezasługującym na miano człowieka, co to nie zna historii, pozbawiony jest wrażliwości, wychowania, ale też wiedzy, no i odwagi, zgniłym emocjonalnie, niemoralnym hejterem. Zostałem nawołującym do nienawiści na tle rasowym i religijnym skurwielem, podsycam nienawiść twórcą polskiego piekła. A wszystko, dlatego, że ośmieliłem się wyrazić swoją opinie w sprawie emigrantów na pewnym forum internetowym.

Cóż takiego napisałem, że naraziłem się na takie szykany ze strony zdrowego jądra naszego społeczeństwa? Otóż poważyłem się w bardzo spokojny i jak mi się wydawało zrównoważony sposób wyrazić wątpliwości, co do huraoptymistycznego i bezkrytycznego poparcia dla fali emigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki zalewających Europę.  Media i rządy mego państwa oraz państw zachodnich straszyły mnie przez lata islamskim ekstremizmem, więc naprawdę nie wiem, dlaczego z dnia na dzień mam stać się zwolennikiem integracji i współistnienia z wyznawcami Proroka we własnym państwie i mieście. Czym jest integracja emigrantów w Europejczykami poznałem dotkliwie w Paryżu i w Londynie. I choć może nie prowadziłem tam terenowych badań socjologicznych to znam osoby, które tam mieszkają od lat i wiele mi o tej sprawie opowiedziały. A to ukształtowało moje poglądy.

Dowiedziałem się od jednej pani, która napisała do mnie w komentarzu do mojego wpisu, że jestem pozbawiany podstawowych zasad moralnych, bo nie rozumiem, że jak jest wojna to ludzie uciekają przed wrogiem. Sprawdziłem profil wspomnianej pani na jednym z portali społecznościowych, jak to się ładnie zwykło nazywać, i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że pani jest wielce patriotycznie nastawiona i sądząc ze zdjęć i z wpisów przez nią tam zamieszczonych stawałaby dzielnie i mężnie przeciw nieprzyjacielowi, który odważyłby się zaatakować nasze granice. I nie tylko ona by stawała, lecz radziłaby wszystkim polskim mężczyzną oraz każdemu Polakowi z osobna walczyć dzielnie i z honorem aż do męczeńskiej śmierci w obronie ojczyzny i własnego domu. Wielce do szlachetne przyznaje, ale ta wojnolubna postawa zrodziła we mnie pytanie: dlaczego ta pani nam każe umierać za ojczyznę a nie razi jej, że większość emigrantów to mężczyźni w wieku poborowym którzy uciekli przed wojną? Z raportu Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców wynika, że aż 75 procent ludzi, którzy forsują granice państw europejskich to mężczyźni. Oni nie powinni bronić swojej ojczyzny? Czy jeśli wróg byłby w naszych granicach tak samo ochoczo pani ta poparłaby emigracje Polaków do Niemiec? Nie wydaje mi się. Może to okrutne, ale chyba jak najbardziej prawdziwe i pokazujące podwójną moralność niektórych ludzi. Jest zdecydowanie przyczyna takiej fali emigracji i jest przyczyna, dla której przerażająca większość emigrantów to mężczyźni w wieku poborowym.

Ja tylko zapytałem, dlaczego Unia Europejska nie mogłaby w zdecydowany sposób zakończyć konfliktu zbrojnego w Syrii, czyli szybko rozwiązać problem u źródła doprowadzając do zakończenia wojny i powodów emigracji. Według danych Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców (UNHCR) już ponad 300 tysięcy imigrantów i uchodźców przedostało się przez Morze Śródziemne od początku bieżącego roku. A ocenia się, że kolejnych 600 tysięcy dotrze tu do końca roku. I choć wiem, że cześć uchodźców naprawdę ucieka przed wojną to nie wierze że jest tak w stu procentach. Dlatego warto zapytać:  kto organizuje logistycznie emigracje? Kto wspiera i przerzucą emigrantów przez kolejne granice aż do Unii? Ci uchodźcy twierdza że za przejazd o Europy muszą zapłacić po kilka tysięcy dolarów, jak biednych ludzi którzy wszystko stracili stać na wydanie takich pieniędzy?Jest tylko jeden zainteresowany dostarczeniem milionów muzułmanów do Europy tylko, że każdy boi się przyznać, kto za tym stoi. Przed kilkoma miesiącami władze Libii ostrzegały Europę, że terroryści Państwa Islamskiego wykorzystują transporty uchodźców dla przerzucania do Europy bojowników. Tu nie chodzi o tolerancje czy jej brak, tu chodzi o prawo zadawania czasem niewygodnych pytań.

dziennik pesymistyczny

Koniec bez nagłych zmian

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Co byś zrobił gdybyś dowiedział się, że pozostało Ci tylko dwa tygodnie życia – zapytał mnie przyjaciel odrywając się od czytania gazety. Pytanie miało związek z artykułem, a ja odpowiedziałem mu coś zdawkowego w stylu: chciałbym przeżyć ostatnie chwile jak najbardziej intensywnie. Pytanie powróciło do mnie, gdy leżałem bezsennie czekając na świt. No i teraz już wiedziałem jak przeżyłbym te ostatnie dwa tygodnie życia. Po prostu, nie zrobiłbym nic innego niż to co robiłem i robię do tej pory. Nic bym nie zmienił i to nie tylko, dlatego, że mnie na zmiany nie stać w sensie finansowym, lecz także, dlatego że nie widzę takiej potrzeby.

Żyje z dnia na dzień i nie bardzo chciałoby mi się coś zmieniać w obliczy ostateczności. Trochę z wrodzonego lenistwa, a trochę z poczucia beznadziejności takich zmian. To moje istnienie powolne, bez pośpiechu, chaotycznie, bez planów na przyszłość jest w zasadzie dość miłe. Stres już prawie wyparłem i tylko czasami przypływa do mnie z kolejnymi listami czy telefonami. Każdy dzień jest inny i zaskakujący, i choć w zasadzie bardzo podobny do poprzedniego to przecież nie dokładnie taki sam. Mam swoje książki, swoje zwierzątko, swoje pisanie, swój własny realny i nierealny świat i chciałbym żeby taki pozostał do końca.

Nie mam potrzeby nagłych zmian tylko, dlatego że raptownie pojawiłaby się granica mojej egzystencji. Nie pojadę w podróż dookoła świata, żeby nadrobić stracony czas, żeby zaliczyć to co nie widziałem. Nie zrobię czegoś ryzykownego, czego nie zrobiłem do tej pory. Pomijając fakt, że to absolutna abstrakcja, bo i tak nie mam funduszy na wypad choćby nad najbliższą rzekę a co dopiero nad polskie morze lub nad ocean. Nie mam potrzeby zmian. I choć rozważam czysto teoretycznie, to jednak taka diagnoza mojego myślenia przynosi mi ulgę i spokój.

Gdyby pozostało mi tylko dwa tygodnie życia to zapewne tak jak każdego dla wstałbym rano by zrobić to co robiłem do tej pory przez ostatnie trzy lata. Nie spieszyłbym się. Nie starałbym się opóźniać nadchodzącego kresu, tylko trwałbym w bierności i żył jak dotychczas. Nie odczuwam potrzeby celebry własnego końca. Koniec do koniec i nic więcej. A że każdy dzień może być przecież ostatnim, to nie mam potrzeby czegoś zmieniać tylko, dlatego że koniec jest bliski.

dziennik pesymistyczny

Statystyczne znikniecie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Choć już siódmy miesiąc spada wskaźnik bezrobocia, liczba osób, które podjęły pracę, jest mniejsza niż przed rokiem – przeczytałem na stronach gazety, której przyznaje, najczęściej nie czytam gdyż zajmuje się ona dziedzinami życia społecznego, które interesują mnie tylko w stopniu minimalnym czyli polityką, ekonomią lub gospodarką. W tej prasowej notatce nie to mnie zainteresowało, że już siódmy miesiąc wskaźnik bezrobocia sobie spada, ale to, że mimo tego iż statystycznie coraz mniej jest w naszym kraju ludzi bez pracy to jednak osób, które podjęły prace nie jest wcale więcej. To jakieś wielkie statystyczne znikniecie? Zapewne jest kilku znawców tematu, ekonomistów czy innych speców od gospodarki, którzy z łatwością wyjaśnią, dlaczego zniknęło tylu bezrobotnych, którzy nie pojawili się w statystykach jako pracujący, ale ja znalazłem własne wyjaśnienie. Nie musiałem długo szukać, bo w tej samej gazecie odkryłem notkę informującą o lawinowo rosnącej liczbie samobójstw w Polsce. Autor informował o tym, że samobójców mamy już niemal dwa razy więcej, niż ofiar wypadków drogowych. W samobójstwach tracą życie głównie mężczyźni, którzy już wcześniej coś stracili. Na przykład pracę, pozycję, pieniądze. Nie trzeba dużo oby skojarzyć fakty i wysnuć tezę, że ta zaginiona liczba obywateli, która zniknęła ze statystach bezrobotnych, a nie pojawiła się, jako statystyczni pracujący – po prostu nie żyje.

Według badań naukowców „polskich, zagranicznych i amerykańskich” najczęściej odchodzą z tego świata osoby które straciły pracę. Czyli znów pojawia się idealne dopasowanie. Stracili pracę, byli bezrobotni, przestali być bezrobotni, bo nie żyją. Nie podjęli pracy, bo odeszli z tego łez padołu. W naszym nowym kraju szczęśliwości, który od dwudziestu pięciu lat jest miejscem, w którym nowym bogiem stał się pieniądz, kariera i pozycja w społeczeństwie, coraz więcej osób nie wytrzymuje pogoni za szczęściem.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) opublikowała statystyki dotyczące liczby samobójstw na świecie. Według danych tej instytucji, co roku życie odbiera sobie osiemset tysięcy osób – czyli co czterdzieści sekund ktoś popełnia samobójstwo. W wielu europejskich krajach to już najpowszechniej występująca choroba. Podobnie jest w Polsce, choć tu władza zdaje się kompletnie nie dostrzegać problemu. Fala samobójstw przybrała już rozmiary epidemii, ale tak jakby prawie nikt tego nie zauważał. Do tego dochodzą nerwice, lęki, depresja, wypalenie zawodowe, ale to nadal często nie są tak do końca w mniemaniu wielu urzędników „prawdziwe” choroby. Prawie dwadzieścia trzy procent Polaków może cierpieć na różnego rodzaju zaburzenia psychiczne – jak wynika danych Komisji Europejskiej, ale spróbujcie pójść na chorobowe z powodu wypalenia zawodowego. Życzę powodzenia w przekonaniu na przykład urzędników ZUS-u, że jesteście naprawdę chorzy i należą się Wam gwarantowane prawem świadczenia.

Jak widać w naszym domu wolności, tej świątyni nowego ładu społecznego o dwudziestopięcioletniej tradycji nie ma miejsca dla osób słabszych, nieprzystosowanych czy zwyczajnie chorych. To kraj sukcesu, gdzie chorzy na depresje czy nerwicę psują pozytywny wizerunek ludziom sukcesu. Bo przecież statystycznie jest coraz lepiej, a tych, co już nie ma… no, po prostu nie ma. Zniknęli ze statystyki, ze spisu mieszkańców, wyborców czy bezrobotnych. Zostali wykreślani z listy podatników i świadczeniobiorców. Może to taka lekko sterowana przez bierność władzy selekcja naturalna? Kto wie, ważne że statystycznie żyje nam się lepiej.

Dane statystyczne za newser.com.

dziennik pesymistyczny

Weź się w garść

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

– Musisz się zebrać w sobie. Prawdziwy mężczyzna musi być silny. Nie trzeba się mazać, tylko sprężyć, zebrać w sobie i ruszać się do roboty. Bo nic nie jest za darmo! Musisz porzucić smutne myśli. Więcej optymizmu! Musisz myśleć bardziej pozytywnie! – słucham tej motywacyjnej wyliczanki, no bo tak mam, że jak ktoś do mnie dzwoni to z grzeczności odbiegam telefon.

Obudziłem się o trzeciej trzydzieści jeden rano, więc zwyczajowo miałem niechciany czas na przemyślenia. Ta sama godzina od wielu miesięcy z dokładnością, co do dziesięciu minut. Nie mogę spać, więc mój mózg mimo mojej niechęci co do tej jego czynności i tak analizuje moje życie. Nie powiem, nawet nieźle się czułem. Nie żebym tam znów tryskał radością, bo takiego uczucia nie pamiętam od lat. Po prostu, zwyczajnie prawie nic nie czułem. Byłem pusty. Byłem wyjałowiony. Czyli jak na mnie czułem się dobrze. Byłem trochę ociężały. Chciało mi się pić, dlatego wstałem z łóżka. Znalazłem powód, bo przecież chęci do tego heroicznego czynu nie miałem. Czułem jeszcze pewne odrętwienie, lecz nie był to kac. Wstałem. Czułem w całym ciele mrowienie. Wiedziałem, że to zupełnie normalne. Zawsze tak jest przed tym jak odliczę kolejny dzień wyciskają tabletki z opakowań. Łazienka. Okno. Kuchnia. Okno. Telewizor. Okno. Łazienka. Łóżko. Poleżę. Posiedzę. Powtarzam.  Dzwoni telefon.

– Jakbyś się trochę ruszył z domu to od razu by Ci przeszło. Poszukaj czegoś, jakiegoś zajęcie, nie trzeba się tak kurwa zadręczać. Postaw się, do chuja, w końcu do pionu. Jakbyś wyszedł do ludzi, to by Ci, kurwa, od razu przeszło – to kolejny telefon od kolejnego światłego kolegi. Słucham, bo z natury nie odmawiam nikomu prawa do własnego zdania.

Dawno już przestałem wychodzić z domu bez bardzo, ale to bardzo wyraźnego powodu. Jak już wychodzę to staram się spotykać jak najmniej ludzi. Lubię puste sklepy. Miejsca gdzie jestem sam, lub prawie sam. Nienawidzę tłumu. Ograniczam kontakt z drugim człowiekiem do minimum. Nie cierpię spotykać się z ludźmi. Mam kilku akceptowanych przyjaciół i kolegów, reszta świata mogłaby dla mnie nie istnieć. Zamykałem się w sobie. Zakupy, potem szybko do domu. Jak najszybciej do bezpiecznych czterech ścian. Aby ich nie widzieć. Nie czuć ich w przenośni i dosłownie.

– Słuchaj widziałem ogłoszenie o pracy. No, nie możesz przecież tak cały dzień w domu. Musisz iść do ludzi… Trzeba się wziąć w garść, nie załamywać, tylko to w sobie przezwyciężyć. Tak, praca wśród ludzi to by Cię od razu odmieniła, dałaby Ci siłę do życia – słucham i słucham, a głos w słuchawce mówi i mówi…

Dom. Tu jedynie czuje się dobrze. Czytam książki, oglądam filmy, patrzę w telewizor. Nic szczególnego. Bezpieczna monotonia kolejnego dnia, który udało się wyrwać przeznaczeniu. Tylko ten siedzący we mnie smutek. To wieczne przygnębienie. Nic mnie już nie cieszy. Nic nie sprawia radości. Wszystko wokół mnie tak jakby działało na zwolnionych obrotach. Czas wlecze się niemiłosiernie a ja z nim. Czekam. Czytam gazetę i już po chwili nie czytam tylko myślę. Odpływam w abstrakcyjne rozmyślanie.  To “życie jest główną przyczyną depresji”.

– Na co ty narzekasz, masz dwie ręce, dwie nogi… inni to dopiero mają. A Ty? Zdrowy chłop… no przestań się nad sobą użalać, weź się wreszcie za siebie, zrób coś ze swoim życiem, jak się postarasz to dasz radę, tylko musisz tego chcieć – telefon zadzwonił po raz kolejny, potem jeszcze raz.  – Dzień dobry! A jak u Ciebie? Tak samo? No, bo Ty nie umiesz sobie wytłumaczyć… no nie można tak żyć.  No, weź się w końcu w garść, zadbaj o siebie i o swoje życie.  Postaraj się skupić na tym, co dla ciebie najlepsze. Działaj, nie siedź tak… zrób coś – znów podniosłem na moje nieszczęście słuchawkę i odebrałem telefon. Teraz słucham dobrych rad. – Taaaa – powiedział skrzeczący głos. – Życzę Ci wszystkiego najlepszego. Pamiętaj: trzymaj się i nie daj się! Bądź silny! Do widzenia. – Do widzenia – powiedziałem na zakończenie i odłożyłem telefon.

Nim zdążyłem odetchnąć po kolejnej porcji dobrych rad, już rozmyślania przerwał mi ostry, natrętny dzwonek telefonu. Podszedłem, podniosłem aparat i powiedział nieswoim głosem: – Słucham. – Jak się masz? Dzień dobry! Wszystko u ciebie dobrze? – usłyszałem kolejnego radosnego. – W jak najlepszym porządku – odpowiedziałem szybko. – Ejże, coś kręcisz – powiedział z niedowierzaniem głos w słuchawce. – Jak się czujesz? No wiem, że nie najlepiej. Ale musisz być silny. A jak tam z pracą?  – Świetnie – wyrwało mi się nim pomyślałem, co mówię. – Dobra, dobra… mnie nie oszukasz, pamiętaj weź się za siebie.  A swoją drogą to ta twoja ma z tobą krzyż pański.

Nie zdążyłem nawet wyjść z pokoju, gdy telefon zadzwonił po raz kolejny. Wróciłem i podniosłem słuchawkę. Nie zdążyłem nawet powiedzieć słowa, bo głos człowieka z drugiej strony był znacznie szybszy.  – To ty? Co tam u ciebie? – W porządku – odpowiedziałem beznamiętnie. – Tak wiem, wcale nie w porządku, tak tylko mówisz, ja wiem, wiem, wiem… – terkotał głos w słuchawce. – No, kochany nie możesz się tak zamykać, co to za pesymizm? Wmawiasz sobie, że jesteś chory. Wyjdź z domu, zrób coś… nie można mieć takich czarnych myśli. Pamiętaj, że masz przyjaciół. Powodzenia, słyszysz? – mówił głos w telefonie. Tak, słyszałem. Słyszałem to już tyle razy, że nawet gdybym nie słuchał to i tak wiedziałbym, co mówią. Kolejny dzień upływa w przyjaznej atmosferze wzajemnego zrozumienia.

dziennik pesymistyczny

Musisz być kimś?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Atrakcyjna praca, rodzina, zajebisty płaski telewizor, pralka, samochód, kino domowe, zagraniczne wakacje, otwieracz do puszek, dobre zdrowie i dietetyczne żarcie, ładne mieszkania, ubezpieczenie, kredyt, dom, sportowy ubiór, przyzwoite  garnitury, teleturnieje, niezdrowe żarcie, dzieci, spacery, etat, dwa etaty, karta kredytowa, golf, harley po czterdziestce, czysty wóz, pełna szafa ubrań. Święta z rodziną, fundusz emerytalny, prywatne ubezpieczenie zdrowotne, niski cholesterol, opiekę dentystyczną, zwolnienie podatkowe, w niedziele do kościoła, w każdy poniedziałek do pracy. Do emerytury spłacać kredyt na mieszkanie. Wybrać karierę. Wybrać rodzinę.

Musisz być najlepszy, najdoskonalszym pracownikiem, doskonałym przedsiębiorcą, biznesmenem. Zarabiać. Mieć . Posiadać. Pokazać się. Zaharować się, aby mieć dla siebie, dla dzieci. Dla kilkorga dzieci, bo tak kościół naucza. A przecież religijność jest teraz w modzie. Jest bardzo trendy. Być zdeklarowanym katolikiem. Działać w partii. Może dostrzegą. Może wybiorą. Ulokować się wysoko w strukturach władzy. Elitarne wyznaniowe szkoły. Z poczuciem wyższości i pogardą odróżnić się od bezideowej, ateistycznej hołoty.  Być konserwatystką. Być narodowcem.

Być prawicowcem. I pracować. Pracować. Ale nie tak osiem godzin i do domu. Przynajmniej ze dwanaście. Dla dzieci. Dla przyszłych pokoleń. Zarobić na wakacje.  Na święta. Bo trzeba mieć pieniądze na długi weekend. Po dwunastu godzinach w biurze czas do domu. Ale trzeba zabrać pracę do domu. Siedzimy do późna w nocy. Trzeba być operatywnym, dyspozycyjnym. Trzeba zadowolić właściciela. Niedospany, ale pracowity. Jeśli nie zrobiłem wszystkiego przez pięć dni, to nadgonię przez weekend. Dam rade.

Nowe meble do nowego mieszkania, nowy samochody na dogodne raty. Dwadzieścia pięć lat wolności. Dziecko w katolickiej szkole. Trzeba zapłacić czesne. Studia za granicą. Niech ma dziecko szanse. Za młodu przecież uczęszczał na angielski i niemiecki, grał na fortepianie, uprawiał karate, śpiewał w chórze. Szkoda by to się zmarnowało.  Może będzie lepiej zarabiał? Najlepsza, bo najdroższa uczelnia. Na to wszystko trzeba zarobić. Trzeba dogonić zachód. Być Europejczykiem. Klękajcie narody, Polacy to najdłużej pracująca nacja w Europie. To dopiero sukces.  Radujmy się mamy to samo co na Zachodzie depresje, psychozę, samobójstwa oraz brutalny rynek pracy. Czy wybrać takie życie? Wybrać pracę aż do śmierci, bo nikt nie dożyje przecież emerytury. Wybrać mobbing, brak ochrony socjalnej, pobieżne relacje z innymi ludźmi, osamotnienie, bezrobocie, emigracje zarobkowa, pogoń za pieniędzmi.

Zastanawiam się w niedzielny ranek, kim oni, kim ja, do cholery, jestem? Po co tu jestem? Jaki sens ma moje istnienie? Czy jestem tylko pracą? Czym jestem bez pracy? Czy dla tego państwa jestem tylko płatnikiem podatków? Dlaczego miałbym chcieć tak żyć? Istnieć tak bez sensu. Dla pieniędzy. „Ja nie przegram, bo ja nie gram, bo nie mam żadnej ambicji”.  Ja nie przystaje do ogólnie przyjętych norm. „Pragnę jedynie miękkiej, mglistej przestrzeni, w której mogę żyć, i jeszcze żeby zostawiono mnie w spokoju”.

dziennik pesymistyczny

Ostateczne rozliczenie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jestem już gotowy do drogi. Ostatecznie spakowany. Ostatecznie uporządkowany. Przyglądam się walizom, zawiniątkom, pakunkom. Po raz kolejny i wciąż od nowa przestawiam je i układam w coraz to nowsze konfiguracje. To mój cały dobytek.  To co udało mi się zgromadzić przez całe życie. To moje „ja” zapisane w dokumentach i zaklęte w bliskich mi przedmiotach. Pewno tu mnie na wiele sposobów. Pełno niespełnienia. Nienapisane książki. Niezapłacone rachunki. Niezrealizowane marzenia. Niedopowiedzenia. Niedomówienia. Jakieś papiery. Jakiś płyty, kasety, patyki. Motyl, znaczek, temperówka.  W szufladach pełno wspomnień. Kamyczków, sznurków, zdjęć, biletów do i z. Mały żołnierzyk. Miś. Pluszowy prosiaczek. Szkiełko. Długopis.  Książeczka wojskowa. To moje życie zaklęte w przedmiotach. Stosy ulubionych i po prostu przeczytanych książek. Tu pismo z jakieś wszechwładnej instytucji. A tam ponaglenie w sprawie płatności od panów prądu i wody. List z bardzo ważnego urzędu. Dokumenty potwierdzające moje istnienie.

Jestem już spakowany. Gotowy do drogi. Uporządkowałem co mogłem. Poukładałem w małe i większe stosiki zapisane na papierze moje życie. Jest tego tak mało i tak dużo jednocześnie. Jestem już gotowy. Mogę odejść w każdej chwili. Choć nie bardzo wiem dokąd konkretnie się wybieram, bo to wielka niewiadoma.  Jakżeż przeogromna, jakżeż nadęta jest ta nuda oczekiwania na ostateczność. Ta bezgraniczna pustka. Ta niechęć i niemoc do przebywania wśród ludzi. Spaceruje a właściwie człapie, sam nie wiem, gdzie i po co. Czekam na otchłań, na wieczność, na ostateczność.

Odliczam dni wyciskając kolejne tabletki przed śniadaniem i po kolacji. Beznamiętnie czytam kolejną zerwana kartkę z kalendarza. Czekam. Żyje na kredyt. Dzień za dniem przechodząc obok spakowanych bagaży wspomnień. Żegnam się z roślinką na parapecie. Głaszczę czule na do widzenia moje ukochane książki.  Przeglądam po raz kolejny stosy gazet z moich kolekcji. – A może dziś posiedzę w zepsutym od roku, ale przecież i tak nadal moim, samochodzie? – wymyślam sobie zajęcia na następne godziny oczekiwania . Czekam na impuls. Na znak. Na sygnał. Żyje jak na dworcu. Wyczekując pociągu który, na szczęście dla mnie, znów się spóźnia. Bo choć musze wyjechać, to bardzo chciałbym zostać. Spaceruje po peronie codziennych zdarzeń wyczekując na przybycie ostateczności. Coś kupuje, wydaję pieniądze, ale wcale mnie to nie rozwesela. Coś wypije, coś zakąszę aby zapomnieć, że czekam.  Rano znów czekam ze zdwojoną siłą w jeszcze większym napięciu i zdenerwowaniu.

Spaceruje wśród walizek i kartonów pełnych niezrealizowanych spraw i pomysłów. Przeskakuje nad tobołkami z uczuciami. Krążę wśród  paczek z pragnieniami. Coś zjem w kuchennej stołówce. Trwam sobie w mojej domowej poczekalni. Przysiądę przy stole jak na dworcowej ławce. Poczytam w oczekiwanie ma przybycie transportu do wieczności. Pooglądam. Posłucham. Poczekam.  Przecież wcale mi się nie spieszy. Jestem tu, bo wiem że musze wyjechać. Ale chęci ku temu we mnie żadnych. Wszystko wydaje mi się takie nie wartę zainteresowanie. Takie banalnie puste. Takie skretyniałe. Skarlałe. Godzinami wpatruje się z ludzi biegających jak mrówki i tak ich owadzio właśnie postrzegam. To wszystko jest takie martwe i powiędłe jeszcze za życia. Takie nieistotne. Takie przyziemne. Powtarzalne. Przewidywalne. Smutne i nudne.

Nasłuchuje kroków na schodach.  Każde uderzenie w poręcz, każde szurniecie butów o kamienne schody to może być dla mnie znak, że już czas się zbierać. Że nadszedł mój czas. Że mój czas się wypełnił.  – Czy to już? Czy to po mnie ? – pytam sam siebie. Nie mam żalu, jeśli znów to tylko pomyłka. Czekam, bo wiem, że to nadejdzie ale tego nie oczekuje. „Przygnębienie jakieś dziwne mną owładnęło – chcę czegoś chcieć, ale wszystko mi jest obojętne. Pojutrze wyjeżdżam – tym lepiej. Zupełnie jestem sam”.

dziennik pesymistyczny

Propaganda wyborcza na egzaminach gimnazjalnych

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

ytułu

Uśmiechniętą urna wyborcza mówiąca: spotkajmy się w niedziele?  Przy niej pogodne postacie. Wesolutka pani i radosny pan z pieskiem. To ilustracja odnosząca się do pytania z testu egzaminu gimnazjalnego dla uczniów z 2014 roku dotyczącego zagadnień z historii i WOS, czyli wiedzy o społeczeństwie. Do ilustracji, którą opisałem wcześniej trzeba dopasować poprawną odpowiedz. Pytanie: czy plakat zachęca do: a) humanitarnego traktowania zwierząt, b) prowadzenia zdrowego trybu życia, c) wspólnych niedzielnych spacerów, d) aktywnego uczestnictwa w wyborach. A Państwa zdaniem która odpowiedź jest prawdziwa i poprawna? Tak wiem, dla większości oczywiście odpowiedź „d”. Dla mnie problem nie leży w tym, że pytanie jest banalnie proste, tylko w tym, że jest idealnym przykładem jak państwo uczy posłusznych dla samego siebie rozwiązań.

Bo, przecież już dziecko w gimnazjum musi być pewne, że „demokracja nie jest ustrojem idealnym, ale jest najlepszy, jaki dotychczas istnieje” – jak mawiał Churchill. Już od małego trzeba, żeby każdy obywatel nie wiał wątpliwości, co to tego, że państwowy system parlamentarny jest idealnym rozwiązaniem. Nikt w państwowej szkole nie wspomni przecież, że są inne sposoby. Bo i po co? Po co wychowywać ludzi, którzy się zastanawiają? Przyszły poprawnie myślący obywatel ma grzecznie głosować i czerpać z tego teatru radość i wielkie zadowolenie, że ma na cokolwiek wpływ. Bo przecież państwo z założenia opiera się na „ woli (fikcyjnej) ludu”. I już od dzieciństwa ma być dla każdego w państwie jasne, że lud to „uznany za małoletniego wieczny uczeń, którego uważa się za mało zdolnego, by zdał kiedykolwiek egzaminy, by przyswoił sobie wiedze swoich nauczycieli i mógł obejść się bez dyscypliny”. Już uczeń gimnazjum nie może mieć najmniejszych, (co potwierdzi wybraniem poprawnej odpowiedzi w teście) wątpliwości, że władze w demokracji parlamentarnej sprawuje klasa polityczna i aparat biurokratyczny. A ich pozycja musi być i jest potwierdzana rytuałem wyborczym.

„Ciche porozumienie między A, B i C, że wybiorą w głosowaniu D na swojego przedstawiciela, żeby ów pozbawił mnie własności lub życia, nijak nie uprawnia D do zrobienia tego. Tak samo jest złodziejem, tyranem i mordercą, działając, jako ich reprezentant, jak byłby nim, gdyby działał wyłącznie na swoja odpowiedzialność” – twierdził Lysander Spooner. Tak, to szkoła państwowa i nikt nie będzie tam nauczał, że ten system jest wadliwy. Ale może przydałoby się, choć zdanie i tym, że parlamentaryzm nie jest jedynie słusznym rozwiązanie? Tak dla przyzwoitości?

„Oto niedziela, kiedy się odbywają te święte wybory. Kandydatów nie brakuje, są odpowiedni dla wszelkich gustów i we wszelkich kolorach: maciora nie odróżniłaby wśród nich swoich małych. Ale, na Boga, o ile zmieniają się kolory i etykietki kandydatów, jedna rzecz się nie zmienia: zachwalanie! (…) wszyscy obiecują ludziskom, że będą się dla nich zaharowywać na śmierć” – pisał Emile Pouget. Może trzeba wytłumaczyć dzieciakom, ze nie wszystko jest tak cudownie doskonałe? I nie prowadzić w szkole propagandy doskonałości systemu parlamentarnego.

Może przydałoby się dopisać pod tym rysunkiem z testu egzaminacyjnego odpowiedz „e”? Równie poprawną. Że absencjonizm, czyli nie uczestnictwo w wyborcach jest nadal prawem i wolnym wyborem człowieka, ale też możliwym nadal wyborem polskiego obywatela państwa, w którym przyszło nam żyć. Może egzaminy gimnazjalne do nie miejsce na propagandę „jedynie słusznych” państwowych idei?

dziennik pesymistyczny

Za „usiłowanie spożycia”

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Mandat za „usiłowanie spożywania alkoholu w miejscu publicznym” wysokości pięćdziesięciu złotych zaproponowali policjanci pewnemu panu, który stał przed swoim blokiem trzymając w ręce zamkniętą butelkę z piwem. Gdy pierwszy raz o tym usłyszałem byłem pewny, że to tylko taki idiotyczny żart. Ale okazało się, że to poważna sprawa. Tak poważna, że na sali sądowej właśnie zakończył się jej pierwszy etap. I jak zapowiada ukarany grzywną to jeszcze nie koniec.

Przypomniałem sobie, że nie dalej jak właśnie dzisiaj wracałem do domu z butelką wódki w torbie. – I co z tego? –  ktoś spyta. Ano sporo, bo tym niewinnym czynem bardzo się naraziłem. Mógł zostać teoretycznie nałożony na mnie mandat wysokości pięćdziesięciu złotych. Bo przecież miałem przy sobie alkohol. Co ważniejsze spotkałem kolegów i chwile rozmawialiśmy na ulicy. I o zgrozo! Rozmawialiśmy o tym, że może byśmy coś tak kiedyś wspólnie wypili. Ja tam byłem trzeźwy jak rybka, czego nie mogę powiedzieć o kolegach którzy już się zaszczepili.  Dla panów w niebieskich mundurach sprawa byłaby oczywista. Moi koledzy w stanie wskazującym. Ja w butelką wódki niecnie ukrytą w torbie. No jak nic mandat za „usiłowanie spożywania alkoholu w miejscu publicznym” mogłem przytulić. Miałem ogromne szczęście.

Jest przestępstwo to musi być kara. Tak było dotychczas. Ale widać coś tam się na wyżynach władzy zmieniło, bo teraz państwowy policjant może wlepić mandat nie za czyn dokonany tylko za jego „usiłowanie”. Takie porządki prawne to ja tylko w kinie widziałem. Ale w tym najdziwniejszym z krajów absurd jest czymś zupełnie naturalnym. W Polsce widocznie można dostać mandat za „usiłowanie spożywania alkoholu w miejscu publicznym” i nawet sądu to nie zdziwi, a wręcz przeciwnie.

Sąd rejonowy wydał wyrok w sprawie nieboraka, który twierdził, że policjanci chcieli mu wypisać mandat za trzymanie zamkniętego piwa. Sąd uznał, że ten obywatel jednak pił piwo, a nie tylko usiłował. Wymierzył mu grzywnę w wysokości 50 zł, obciążył też kosztami procesu – 160 zł. Sędzia tym samym dała wiarę policjantom, którzy w czasie procesu przekonywali, że butelka z piwem była, co prawda zakapslowana, ale nieoryginalnie, a zawartość była w połowie wypita. Funkcjonariusz zapewniał, że szklane opakowanie dokładnie obejrzał. Innego zdania był kolega oskarżonego. Jego zdaniem policjant nie oglądał butelki z piwem. Jak opowiedział, mężczyzna schował piwo do kieszeni jeszcze w sklepie. W czasie interwencji funkcjonariusz miał zapytać go, co ma w kieszeni. Mężczyzna wyjął butelkę na chwilę, pokazał policjantowi i zaraz schował.

Sąd w uzasadnieniu tłumaczył, że nie ma podstaw, żeby nie wierzyć funkcjonariuszom m.in. ze względu na ich dobrą znajomość prawa i pełnioną funkcję. Gratuluje uzasadnienia. U nas jest już dokładnie jak u Orwella: „wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych”?. Bo jak inaczej rozumieć brak wiary w prawdomówność zwykłego obywatela, i tak wielkie zaufanie do prawdomówność funkcjonariusza. Tak, to naprawdę przykład prawdziwej równości wobec prawa.

– Żołnierz dziewczynie nie skłamie, chociaż nie wszystko jej powie – śpiewano w dawnych, mrocznych czasach złego systemu. W tym wypadku wygląda na to, że funkcjonariusz policji funkcjonariuszowi władzy sądowniczej nigdy nie skłamie. A czy prawdę mu powie? Cóż, przecież jak ktoś wypisuje mandat za „usiłowanie spożywania alkoholu w miejscu publicznym” to na pewno ma „dobrą znajomość prawa”. Nie są to najlepsze wieści dla tych co nie są funkcjonariuszami.  Bo można już teoretycznie skazać – np. za usiłowanie obalenia ustroju metodami terrorystycznymi – pierwszego z brzegu bogu ducha winnego obywatela. Przecież wystarczy jak będzie oskarżać funkcjonariusz. Znajdzie się też pewnie sędzia, który stwierdzi, że nie ma podstaw, żeby nie wierzyć funkcjonariuszom m.in. ze względu na ich dobrą znajomość prawa i pełnioną funkcję. I pozamiatane. I siedzisz bracie za usiłowanie.