Tag Archives

242 Articles

dziennik pesymistyczny

Społeczna selekcja naturalna

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Aż 6097 Polaków odebrało sobie życie w 2013 roku. To najdramatyczniejszy wynik w ostatnim ćwierćwieczu.  Wygląda na to, że od ponad dwudziestu lat trwa w Polsce swoista społeczna selekcja naturalna. Nie żeby to było w jakiś sposób przez kogoś konkretnego zamierzone. To raczej takie ciche przyzwolenie. Taka zachęta do tego, żeby silne wypierało to, co słabe. Żeby zdrowy i silny pracujący podatnik wypierał tego słabego, który sobie w kapitalizmie nie radzi. Na pewno stworzono bardzo dobry klimat ku temu.

Najsilniejsi, najbardziej pazerni – bezwzględni wyznawców kapitalizmu, jako nowej religii – wypierają słabych, tych, którzy z różnych przyczyn nie potrafili dostosować się do nowych, twardych zasad życia społecznego. Bo jak wynika z moich obserwacji, w tym nowym systemie społecznym nie ma miejsca dla jednostki zwyczajnie innej. Wszystko musi być takie podobne, uregulowane, powtarzalne. Od dzieciństwa przygotowujemy się do życia jako ciężko pracujący podatnik. Albo pracujesz i dajesz sobą rządzić albo jesteś bardziej bezwzględny i silniejszy… i to ty rządzisz innymi.  Stanowisko w społecznej hierarchii to nagroda za wygraną w wyścigu szczurów.

Państwo potrzebuje siły roboczej. Nic, więc dziwnego, ze bardzo szybko kapitalizm stał się nową religią. Bezlitosną, jaka kiedykolwiek istniała, bo nieznającą ani odkupienia, ani litości.  Propaganda państwa tak ustawiła społeczne myślenie, tak dostosowała prawo, tak określiła obowiązku obywatelskie i tak naucza nowe pokolenia, że człowiek inny niż przewidują normy nie ma prawa bytu. Albo się dostosujesz, albo giniesz. Taka selekcja naturalna. Albo się przystosujesz, zaadaptujesz do kapitalistycznych warunków albo żyjesz po za systemem i społeczeństwem, a tam bardzo często po prostu przestajesz być.

Rosnąca liczba samobójstw to nie tylko odzwierciedlenie obecnej sytuacji społeczno-gospodarczej. Nie wszystko można tłumaczyć kryzysem. Bo kryzys w Polsce jest prawie zawsze, od ponad półwieku i był też wcześniej. To raczej wynik presji, jaką wywiera na człowieka społeczeństwo oraz państwo ze swoimi instytucjami. Obywatel niepracujący jest dla państwa zbyteczny. Nie płaci podatków, więc nie ma prawie żadnych praw. Jest zbyteczny. Społeczeństwo, ci wyznawcy nowego Boga, zażarcie bronią nowego wyznania ujadając na tych niedostosowanych. Ci, którzy z różnych przyczyn nie poradzili sobie w nowym systemie „wyzysku dla zysku” nie są akceptowani.

Nie tylko utrata pracy, ale też beznadzieja samej pracy. Wieczny stres, gonitwa za pieniądzem i sukcesem zawodowym są niejednokrotnie prawdziwymi przyczynami wzrostu liczny samobójstw. To właśnie leży u podstaw problemu. To wypalenie, udręka i beznadziejność istnienia. Człowiek traci pracę, nie może znaleźć nowej, traci status życiowy, wszyscy się od niego odwracają, nie ma pieniędzy, nie ma często domu, nie ma na leki, nie ma prawa do właściwej opieki lekarskiej a to prowadzi do rezygnacji. I następuje koniec.

A może tak nie dać się pokonać? Może nie poddawać się prawom selekcji? Może się zbuntować i żyć? Jeśli nie ma już nadziei, to może ostatnia nadzieja jest w buncie? Może właśnie tak warto skanalizować ból istnienia? Ja będę kontynuował mój sprzeciw wobec narzucania mi jednostronnych koncepcji życia, ekonomicznych, intelektualnych, etycznych czy jakichkolwiek innych. Nie poddam się. I nie zamierzam nigdzie stąd odchodzić, mimo przymusu i presji społecznej selekcji naturalnej. Zostaje, na złość wszystkim.

dziennik pesymistyczny

Żyć i zobaczyć

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Tak, a więc tu przychodzą ludzie, aby żyć, myślałbym raczej, że tu można umierać – napisał kiedyś austriacki poeta Rainer Maria Rilke. Nie trudno zgodzić się z takim oglądem świata. No dobrze, przyznam to, niech będzie, przynajmniej mnie nie jest trudno tak jak Rilke postrzegać ten nasz świat.  Przychodzimy tu by żyć, a raczej umierać. Gdy tylko się rodzimy to już w pewnym sensie przygotowujemy się na śmierć. Nasze życie, na tym łez padole, to droga do śmierci. To nieuniknionego.

Teraz, gdy kolejny z moich przyjaciół odszedł w nieznane, ku wieczności, przeniósł się na łono Abrahama, zszedł był z tego świata lub po prostu umarł. Gdy kolejny z tych, których ceniłem i lubiłem nie żyje, myślę coraz częściej o tym, że liczy się tylko chwile obecna. Nie ma przyszłości, ani nie ma przeszłości. Jest tylko tu i teraz. To dzisiaj, teraz jest najważniejsze i co dobre jest jedyne. Tak, cieszę się każdym kolejnym dniem, bo z radością nowo narodzonego witam się z nim i wiem, że jeśli nie spotkają mnie nieszczęścia ostateczne to będzie to dobry dzień. Zasypiam z nadzieją, ale nie planuje dnia następnego. Nie czekam na niego. Jeśli będzie to dobrze, jeśli nie to też nie będę rozczarowany. Nie będę zasmucony. Raczej po prostu zwyczajnie – nie będę, więc nie będę musiał być „jakiś”.

– Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość – mawia Woody Allen. Dlatego ja nie mam planów, mam za to marzenia. Marze o tym, że odwiedzę w maju przyjaciół, że w czerwcu pojadę ma wakacje. To nie są plany na przyszłość, bo jak pokazały wydarzenia ostatnich dni na Ukrainie, nic nie jest na zawsze i wszystko może się zmienić. Po co się przejmować tym, co będzie, roztrząsać to, co było, jeśli i tak na to, co z nami będzie mamy bardzo, ale to bardzo minimalny wpływ. Jeśli ktoś żyje w klatce państwowych, urzędniczych, religijnych, społecznych czy finansowych ograniczeń to może tylko marzyć o wolności. W żadnym razie nie może planować. Rybka w akwarium nie może zamierzać morskich podróży. Dlaczego więc mamy się dręczyć planami na przyszłość?

– Z naszej półki biorą – słyszałem wielokrotnie to zdanie w formie żartu. Teraz, gdy zamieniło się ono w rzeczywistość nie czuje smutku, czuje w zasadzie tylko żal, że nie wszystko jeszcze zrobiłem. Że jest przede mną jeszcze tyle miejsc do odwiedzenia, tyle książek do przeczytania, tyle filmów, dróg, miejsc, spotkań… jest za mało czasu. Jestem tu by żyć, a więc żyje, dopóki nie przyjdzie mi umierać. Nie skarżę się, raczej czuje pewien niedosyt wyrażeń. Takie uczucie niespełnienia, ale niefrustrujące.

Kilka razy w życiu ci, których szanowałem za poglądy i obdarzyłem przyjaźnią przekonywali mnie, że śmierć to nie koniec. Teraz, gdy po raz kolejny stałem nad grobem, tego, co już wie jak jest naprawdę, zastanawiałem się czy ten obrzęd, te modły księdza, te symbole, to wszystko nie jest tylko ostatnią próbą zapewnienia umarłemu biletu wstępu do tego, co nieznane i miejmy nadzieje wieczne. Bez względu na jego poglądy religijne zapewniamy siebie i tego, którego już niema, że śmierć to nie koniec.

Siedząc na tarasie kawiarni patrzę na park. Wystawiam moją spragnioną słońca, zarośnięta gębę do słońca. Jestem jak robak, który wylazł z pod kamienia, wlazł na niego i teraz cieszy się słońcem. Całkiem nie po robaczemu myślę o tym, co przeczytałem w gazecie. O tym, że jak informuje pani Justyna z Komendy Miejskiej Policji w 2013 roku na terenie miasta i powiatu doszło do 55 samobójstw, podczas gdy dla porównania w roku 2003 było ich tylko 25. Grzeje się na słońcu, patrzę na bezlistne badyle, które gotują się na wybuch zieleni, i myślę o tym „znaczącym wzroście” i wiem, że chyba po raz pierwszy od wielu lat wbrew mojej pesymistycznej naturze (a może dzięki niej) mając wybór wybieram życie.

Tak, nadal uważam jak Rilke, że „raczej (…) tu można umierać. Ale tym razem, bez jakikolwiek planów na przeszłość, to „raczej” w zupełności mnie zadowala i w pełni satysfakcjonuje. – Pożywiom -uwidim – jak to mówią „starożytni Rosjanie”. I ja zdecydowanie chce dziś: żyć i zobaczyć.

dziennik pesymistyczny

Bunt nienazwany

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Od ponad trzech miesięcy na Ukrainie rozwija się ruch, który moim zdaniem błędnie interpretują nasi politycy, komentatorzy polityczni i cześć dziennikarzy. Chyba warto w końcu zauważyć, że od samego początku Ukraińcy – przynajmniej tak twierdzą Ci, z którymi rozmawiałem – mieli bardzo specyficzne i osobliwe podejście do „Europy”. Im unia europejska kojarzy się ze społeczeństwem bez korupcji, z wysokim wynagrodzeniem za prace, z dostępem do medycyny na wysokim poziomie, z godnymi rentami i emeryturami wypłacanymi na czas, z rządami prawa, z uczciwymi politykami, i nieskorumpowanymi urzędnikami państwowymi. Czyli z ideałem. Tego dokładnie chcieli mieszkańcy PRL-u i do tego dożyli dwadzieścia pięć lat temu. Teraz Ukraińcy, jak kiedyś my, chcą uśmiechniętych twarzy na czystych i zadbanych ulicach, mieszkań w rozsądnych cenach, chleba, kiełbasy, wódki, modnych ubrań, nowych samochody itd. Oni mają geopolitykę i zwykłą politykę w głębokim poważaniu. Chcą jechać na zachód bez wiz i mieć to samo, co bogacze, na których się wystarczająco już napatrzyli. To pełne sklepy i czyste ulice, to modne ubrania i drogie lśniące samochody są tym, czego pragną najbardziej.

Dla mnie ukraińska rewolucja „to nowy, jeszcze nienazwany bunt społeczny, zdecydowanie nie polityczny”. Tam ludzie nie walczą o abstrakcyjne polityczne ideały, ale o czyste ulice i o godne życie. Ten ukraiński bunt to nie bunt polityczny, to bunt społeczny. Wybuch niezadowolenie z sytuacji ekonomicznej. Ludzie omamiani od lat wizją zachodnio europejskiego dobrobytu chcieli tego samego, co widzieli w Warszawie, Berlinie, Paryżu czy Londynie. To nie przewrót polityczny jak nam się od dawna wmawia. To nie polityczna, czy partyjna operacja mająca na celu zmianę rządów i skierowanie kraju na drogę szybkiego marszu ku unii europejskiej. To chaotyczny bunt, to nieprzewidywalna rewolucja społeczna. Na Majdanie już nikt lub prawie nikt nie wierzy politykom i nie ma to znaczenia czy są z opozycji czy z obozu rządzącego. Oni chcą bezwarunkowego zwycięstwa, ustąpienia prezydenta, zemsty na milicjantach z oddziałów specjalnych, ukarania odpowiedzialnych za przelew krwi na Ukrainie. To dla nich oznacza wolność. Ale przede wszystkim chcą zmian w życiu doczesnym.

Ktoś kiedyś, jakiś polityk jeden z drugim, w przypływie genialności i we własnym interesie pokazał Ukraińcom ideał i nazwał go „Unia Europejska”. Dlatego, gdy prezydent Janukowycz ogłosił, że społeczeństwo nie dorosło jeszcze do „europeizacji”, że nie podpisze umów stowarzyszeniowych z UE i że lepiej Ukraińcom będzie w nowym „związku radzieckim” to w ludziach coś pękło i zaczął się bunt. I zaczął się „Euromajdan”. Ale „Europa”, jak uważam i jak sądzę po czytanych i zasłyszanych wypowiedziach Ukraińców, to w rzeczywistości nigdy nie był główny cel protestujących. To antyrządowe i antyrosyjskie nastroje były znacznie silniejsze. I teraz już nikt nie pamięta tamtej retoryki, która początkowo była przyczyną demonstracji. Wiele osób zgadza się, że sam termin „Euromajdan” jest już anachroniczny. Teraz otwarcie wszyscy twierdzą, że nie dbają o UE i chcą tylko odejścia znienawidzonego reżimu. Takie uczucie jest akceptowane w szerokich kręgach protestujących.

– My tylko chcemy godnie żyć – słyszę od znajomego Ukraińca. To nie jest zawołanie polityczne to pragnienie bardzo podstawowe, takie zwyczajnie ludzkie pragnienie i prawo. Z poczucia upokorzenia zrodził się sprzeciw wobec zaszczytów, przywilejów urzędników i oligarchów, sprzeciw wobec podziałom ludzi na tych bardzo bogatych i przez to uprzywilejowanych, i na tych żyjących w nędzy i upodleniu, których głosu nikt nie słuchał.

Władza Janukowycza trzymała ludzi w uzależnieniu od skorumpowanej struktury urzędniczego państwa. Krępowała w okowach biedy, świeciła w oczy nadmiernym bogactwem, mamiła przyszłym dobrobytem w bliżej nieokreślonej przyszłości. Dlatego nie można się dziwić, że ludzie połączeni w masy postanowili uogólnić się i przemienić się w naród, który pragnie zmian, choć sam chyba do końca nie wie jak te zmiany mają wyglądać. Majdan był i nawet teraz jest w pewnym sensie miejscem spotkań, a teraz walki, które może zjednoczyć wszystkie warstwy społeczne w oderwaniu od polityki. I choć występuję tam nacjonalizm, to mam wrażenie, że jest to nacjonalizm wynikający z osamotnienia ludzi pozostawionych samych sobie i nikomu już niewierzących. To nacjonalizm zjednoczenia przeciw korupcji politycznej kryjącej się za demokracja parlamentarną. Oni chcą nowych wyborów, choć dobrze wierzą, że ta legalnie wybrana władza teraz do nich strzela. Dlatego to jest bunt. To ekonomiczna, ponadpartyjna, antydemokratyczna, nacjonalistyczna w sensie, o jakim wspominam powyżej, i trochę anarchistyczna rewolta narodowa.

A najgorsze i zarazem najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że po zwycięstwie narodu nad Tytanią, znów przyjdą politycy i znów wszystko zacznie się od nowa. – Lud powinien służyć rewolucji; gdy jednak rewolucja jest skończona musi powrócić do domu i pozostawić trudy rządzenia wykształconym – rzekł kiedyś Brissot. Obawiam się, że to właśnie, co wydarzyło się w Polsce dwadzieścia pięć lat temu, powtórzy się znów na Ukrainie.  Ponownie jaśnie oświeceni politycy, urzędnicy, finansjera i wszelkiej maści demokraci i państwowi liberałowie znów wyślą lud do domów po skończonej rewolucji i utworzą nowy, lepszy świat dla siebie, nie dla ludu.

dziennik pesymistyczny

Niepoprawne politycznie walentynkowe rozważania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ludzie przestali wierzyć w wielka miłość. Uwięziły ją paragrafy i normy. Teraz przed zakochaniem trzeba sprawdzić metrykę, kartę zdrowia, wypłacalność przyszłej partnerki czy partnera. Warto też prześledzić czy nie występuje miedzy nimi zależność służbowa lub jakieś inne zabronione sprzężenie. Miłość, uczucie, seks w końcu musi być przede wszystkim poprawny politycznie. Miłość taka namiętna, bez granic może się przykro skończyć dla tych, co ją czynią.

Otwieram dziś gazetę i co widzę? Dziennikarze donoszą, że pewnej trzydziestosiedmioletniej nauczycielce oskarżonej o obcowanie płciowe z nieletnim grozi nawet 12 lat więzienia. Kobieta współżyła ze swoim uczniem i ma z nim dziecko. To faktycznie straszne. Współżyła z uczniem. Pewnie siłą zmuszała go do czynów niegodnych, a on biedny się opierał, ale uległ przemocy i choć pewnie nie chciał to jak widać musiał i zapłodnił. Co dalej? Teraz dziecko musi się urodzić, bo jako nienarodzone podlega ochronie i na mocy prawa i z patronatu kościoła katolickiego. Potem przyszłą matkę, trzeba zamknąć na 12 lat. Dziecko trafi do sierocińca, bo przecież taka zboczona matka nie może go wychować. I po sprawie.

Prokuratura rejonowa w Kaliszu zarzuciła kobiecie obcowanie płciowe z osobą w wieku poniżej 15 lat. Fakt, mogła poczekać z tą miłością z rok, to kwalifikacja byłaby zupełnie inna. Ale, że się bezwstydnica zakochała i z molestowała dzieciątko, to trzeba ją w zamknąć i wyrzucić klucz. Do wszczęcia śledztwa doszło w październiku 2013 roku po publikacji prasowej. – Treść artykułu nakazywała sprawdzenie opisanych w nim okoliczności związanych z obcowaniem płciowym nauczycielki z jej 14-letnim uczniem, w następstwie, którego zaszła ona w ciążę i urodziła dziecko – podał prokurator. No i się zaczęło. Na początek trzeba było sprawdzić czy aby kobieta nie jest przypadkiem chora psychicznie, bo jak powszechnie wiadomo taka, co z czternastolatkiem obcuje przecież musi mieć coś z głową. W trakcie śledztwa niewiasta została poddana szczegółowemu badaniu przez biegłych psychiatrów a także biegłego seksuologa, którzy uznali, że w czasie zarzucanego jej czynu miała ona zachowaną poczytalność.

W trakcie przesłuchania kobieta nie zaprzeczyła oskarżeniom, że kochała się z czternastolatkiem. Uczeń też przyznał, że to on jest ojcem dziecka. Dlatego pewnie prokurator prowadzący postępowanie zarządził przeprowadzenie badania genetycznego w celu dodatkowej weryfikacji tych ustaleń. Potwierdziły one, że ojcem dziecka nauczycielki jest jej uczeń. Czy przy okazji ustalano, czy kobieta jest matką? O tym prokuratura milczy. Akt oskarżenia trafi teraz do sądu, więc to jeszcze nie koniec tej historii o zakazanej miłości.

Od wiek, wieków ludzie się zakochiwali, współżyli ze sobą i w wyniku tego rodziły się dzieci. Dobrze, czternastolatek nie powinien obcować ze starczą nauczycielką, bo choć jest sprawny fizycznie (ojciec dziecka) to może umysłowo jeszcze nie jest rozwinięty. Ale czy na pewno przeszła matka zasługuje na dwanaście lat więzienia? To najlepsze dla niej, dla ojca dziecka i dla nowonarodzonego? Dlaczego wszystko rozpatrujemy w tak jednoznacznych kategoriach? To absurdalne? Ona go uwiodła? A może on? Nikt o tym nie mówi? Wszyscy piszą i mówią nie o miłości, ale o obcowaniu płciowym z osobą w wieku poniżej 15 lat.

Za młodych lat zakochałem się w nauczycielce. Ale ona na szczęście nie uległa mojemu chłopięcemu urokowi. Pamiętam też, że owa nauczycielka była obiektem westchnień wielu moich kolegów, którzy robili dosłownie wszystko, aby tylko wpaść w oko ponętnej pani. Cóż ja króciak w okularach, ja nie miałem szans, ale przecież było wielu takich wśród chłopięcej szkolnej społeczności, co zdecydowanie zwracali uwagę i nie wyglądali na swój wiek. Teraz myślę o tym jakieś to katusze musiała przechodzić ta nasza pani nauczycielka. To straszne. Opierała się, mimo tylu adoratorów.  I nie uległa. Siłaczka prawdziwa.

W Walentynki, apeluje: ludzie, więcej zrozumienia dla wielkiej miłości! Chętnie poczytałbym o szczęśliwym zakończeniu tego romansu a nie o tym, co grozi chłopcu i zakochanej nauczycielce. Bo miłość z założenia jest chaotyczna. Zatracasz się w niej, nie panujesz nad sobą, nie osądzasz jej, i nie możesz opanować. Im większa miłość tym większy chaos.

dziennik pesymistyczny

O zagrożeniach płynących z polowania na bestię

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Człowiek, który zdecydował o podrzuceniu T. do celi kompromitujących materiałów, położył na szali jedne wartości przeciw drugim. Postawił naruszenie prawa przeciw ludzkiemu bezpieczeństwu. W mojej ocenie wybrał słusznie – ocenia profesor Marian Filar, karnista.

W zasadzie wszystko się zgadza. W tak zwanej ocenie społecznej pedofil i morderca jest bestią, którą trzeba zatrzymać w celi za wszelką cenę i wszelkimi środkami. Ale mnie dręczy inne pytanie: czy środki, które państwo wypracowało i uzyskało przy sprawie Mariusza T. nie będą wykorzystywane w przyszłości w sprawach, które nie będą dotyczyły seksualnych zwyrodnialców, ale na przykład osób, które zagrażają – w ocenie urzędników – bezpieczeństwu państwa? Czy policja, sądy inne instytucje państwa nie uzyskały, tak przy okazji, narzędzi, które wzmocnią nadzór nad niepoprawnymi i nieprawomyślnymi obywatelami?

Czy naprawdę mogę być absolutnie pewny, że nie stanie się tak, iż szalony urzędnik w przypływie gorliwości zobaczy w ludziach o innych poglądach terrorystów, którzy zagrażają istnieniu państwa i w świetle specustawy wsadzi ich na przymusowe leczenie w celu naprostowania poglądów? Powie ktoś: to niemożliwe! W demokratycznym państwie prawa?! Przy niezawisłych sądach?! To zupełnie niemożliwe. Ale czy na pewno? A sprawa tajnych więzień CIA w ośrodku agencji wywiadu w Starych Kiejkutach? Ile zapisów ustaw wtedy złamano? A czy Konstytucja RP nie została podeptana za 15 mln dolarów? Śledztwo w tej sprawie trwa od 2008 roku i pozostaje nierozstrzygnięte. I coś mi mówi, że trwać będzie aż do przedawnienia. Państwo zawsze będzie się kierować zasadą: jak się chce to można. Należy pamiętać, że prokuratorzy czy sędziowie to nie jakaś istniejąca niezależnie, w całkowitej próżni, nadprzyrodzona sprawiedliwość. To przecież zwykli urzędnicy państwowi opłacani przez państwo i jemu podlegli.

– Istnieje możliwość, że T. padł ofiarą prowokacji, nie mogę wykluczyć, że materiały pornograficzne zostały Mariuszowi T. podrzucone. Należy jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ważniejsze są prawa dzieci czy prawa wielokrotnego mordercy – stwierdził Leszek Miller szef jednej z największych partii opozycyjnych oraz były premier RP. Ta wypowiedz rodzi zasadne pytanie czy praktyka preparowania dowodów przez urzędników państwowych w celu uzyskania zamierzonych rezultatów jest codziennością dla instytucji państwowych czy tylko jednostkowym przypadkiem?

W celi T. miały zostać znalezione materiały o treści pornograficznej z udziałem nieletnich. Prokuratura stwierdziła jednak, że nie ma podstaw do wszczęcia śledztwa w tej sprawie. Minister sprawiedliwości odpiera zarzuty dotyczące tego, że znalezienie materiałów w celi T. jest prowokacją. Minister raczył zapewnić, że materiały nie mogły być podrzucone, bo cela T. była monitorowana. Przez kogo? Przez urzędników państwowych, tych samych, co znaleźli „pornograficzne” materiały? Jeśli tak to faktycznie nie mogły. Gdyby nie było to tragiczne to byłoby to po prostu zwyczajnie śmieszne.

Jeśli nawet przyjąć założenie, że nikt kompromitujących materiałów do celi nie podrzucił. To nikt nie zaprzeczy, że nie mogło być tak, że ktoś z ministerstwa sprawiedliwości lub jakiś inny nadgorliwy urzędnik wpadł na genialną w swej prostocie pomysł i zwyczajnie „przerobiono” pamiątki dewianta na materiały o treści pornograficznej z udziałem nieletnich.

Ustawa o nadzorze nad groźnymi przestępcami od początku budziła kontrowersje wśród prawników i niektórych polityków. Prezydent podpisał ją, ale zapowiedział jednocześnie skierowanie jej do trybunału konstytucyjnego. Mam spore obawy czy medialna pogoń za bestią nie jest przypadkiem próbą wprowadzenia do ustawodawstwa super rozwiązań prawnych idących w stronę przypominających instytucji przypominających osławione psychuszki. Czy naprawdę całkowicie pozbawiona podstaw jest moja obawa o to, że taka spec ustawa może stać się podstawą do represjonowania przeciwników politycznych a także osób uważanych za naruszające normy społeczne? Czy to wytwór mojej paranoi? Oby!

dziennik pesymistyczny

Miejska dendrofobia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Władze mojego miasta opanowała niebezpieczna fobia. Magistrat oraz podległe mu instytucje zapadły na poważną dendrofobie. Urzędników owładnął paniczny lęk przed drzewami. Bo jak inaczej nazwać to, że przez ostanie kilkanaście lat praktycznie zieleń w centrum miasta przestała istnieć.  Podpierając się przepisami, powołując na prawo i dlatego że władza zawsze wie lepiej niż obywatel tną drwale z urzędniczego wyroku wszystko co zielone i wyrosło wyżej niż na centymetr. Tu już nie chodzi o zwykłą niechęć do drzew i krzewów to jest już prawdziwa obsesja.

Pomiędzy rokiem dwa tysiące jedenastym a dwa tysiące czternastym na podstawie wydanych prawomocnych decyzji przez właściwe organy administracyjne takie jak Delegatura Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków oraz Wydział Ochrony Środowiska i Rolnictwa Urzędu Miejskiego dzielni drwale wycieli w parkach 1078 drzew, na miejskich skwerach i ulicach dodatkowo 86. Tylko przez trzy lata wyrżnięto 1164 drzewa! Krzaków nikt nie liczy. I dokonała tego dzieła tylko jedna miejska instytucja Zakład Usług Komunalnych, a przecież nie tylko oni są wykonawcami woli urzędników cierpiących na dendrofobie.

Ale to nie koniec. Miejscy urzędnicy w swym szaleństwie postanowili godnie powitać nowy rok i już w połowie stycznia ponownie ruszyły prace przy wycince drzew w miejskim parku. Drwale  z miejskiego Zakładu Usług Komunalnych ruszyli do ataku na to co zielone i wycinają na potęgę. Spośród 72 przeznaczonych do wycięcia drzew najmniejsze to lipa drobnolistna o obwodzie około 10 centymetrów, największy kasztanowiec o ponad dwumetrowym odwodzie. Inne drzewa, które pójdą pod topór, to: graby pospolite, lipy drobnolistne, jabłonie, wiśnie, robinie białe, śliwy, mirabelki, a także po kilka sztuk takich gatunków jak klon jawor, klon pospolity czy wiąz polny. Tu też wyrębu dokonano za zgodą delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków.

Czym spowodowana jest ta „rzeź”? Tłumaczenie zazwyczaj jest takie samo. „Wycinki drzew były spowodowane głównie koniecznością przygotowania zaniedbanego przez dekady drzewostanu do rewitalizacji zabytkowych zespołów parkowych oraz skwerów. Wiele z usuniętych drzew posiadało znaczne ubytki chorobowe i miało zaburzoną statykę, co kwalifikowało je do wycinki z uwagi na występujące realne zagrożenie dla zdrowia lub życia ludzi oraz mienia” – cytat z oficjalnego pisma ZUK. To zakrawa na straszliwą epidemie wśród drzew rosnących w mieście która powinni się jak najszybciej zająć dendrolodzy. Bo czy to możliwe żeby przez trzy lata prawie tysiąc czterysta drzew miało „znaczne ubytki chorobowe i miało zaburzoną statykę”.

Wycinka zawsze wzbudza emocje mieszkańców. Dlatego władza miejska tradycyjnie w ramach uspokojenia nastrojów społecznych głośno opowiada o licznych nasadzeniach które maja zastąpić drzewa które dopadły te mityczne (bo przecież kto tam może wiedzieć lub sprawdzić) „znaczne ubytki chorobowe”. Z tego co podaje Zakład Usług Komunalnych przez ostatnie trzy lata dokonano tylko 355 nowych nasadzeń drzew. Różnica miedzy tym co poszło pod topór, a tym co nasadzono jest zatrważająca. Ale magistraccy urzędnicy nadal mają dobry humor i głoszą prawdy objawione o tym że w parkach i na ulicach jest za duże zacienienie więc rżnąć trzeba, bo trawa nie chce rosną.

Moje miasto – to jak pisał w 1907 roku autor monografii historycznej – „należy do ładniejszych i czystszych miast prowincjonalnych Królestwa a przyczynia się to tego przedewszyskiem częściowa kanalizacja (…) oraz zadrzewienie niektórych ulic”. Przez długie lata mieszkańcy miasta cieszyli się wyjątkowo piękną przyrodą. Jednak przez ostatnie kilka lat władza robi wszystko co w jej mocy by to zmienić. Aż boje się pomyśleć, że to nie jest ostatnie słowo urzędników cierpiących na dendrofobie.

dziennik pesymistyczny

Handlować w niedziele czy nie handlować

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Zakazać handlu w niedziele czy może nie zakazywać. Teraz każdy obywatel mojego miasta może po wypełnieniu specjalnej ankiety wyrazić teraz swoją opinie na ten temat. Wystartowały bowiem konsultacje społeczne dotyczące zasad niedzielnego handlowania.  Przez najbliższy miesiąc mieszkańcy będą mogli się wypowiedzieć, czy trzeba coś ograniczyć, czy całkowicie zakazać, czy pozostawić bez zmian.

W Polsce mamy takie swoiste zamiłowania do powszechnego zakazywania wszystkim wszystkiego. Nakazy, zakazy, rozporządzenia administracyjne. Pragnąc żyć w tym społeczeństwie przeciętny zjadacz chleba musi się ciągle zastanawiać, czy to, co w danej chwili robi nie jest przypadkiem zakazane. Wydaje się, że przeciętny Polak nie jest w stanie żyć i funkcjonować normalnie, jeśli mu się czegoś władza nie nakaże lub zabroni.

Jestem niepokojąco spokojny, co do wyniku konsultacji dotyczących zasad niedzielnego handlowania.  W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: Jeśli Bóg „odpoczął i wytchnął” w siódmym dniu (Wj 31,17), [to] człowiek również powinien „zaprzestać pracy” i pozwolić innym – zwłaszcza ubogim – „odetchnąć” (Wj 23,12). Szabat nakazuje przerwać codzienne prace i pozwala odpocząć. Jest dniem sprzeciwienia się niewolnictwu pracy i ubóstwieniu pieniądza” (KKK 2172). Przecież moje miasto jest bardzo przywiązane do wartości chrześcijański – jak mnie tu wielokrotnie zapewniano. Nie możliwe, więc jest, aby wierzący opowiedzieli się wbrew tym wartościom. Bo jakie to były wartości gdyby wynik konsultacji był inny? Trochę mi będzie szkoda tych niedzielnych zakupów, ale cóż demokracja. Siła większości. Trzeba jej ulec. Tak, to sarkazm. Ale na poważnie to chciałbym, choć raz zobaczyć katolików masowo stosujących się do zasad swej własnej wiary. Przy tych konsultacjach jest na to szansa.

Jeśli ktoś uważa się za katolika, za członka wspólnoty wyznaniowej, jaką jest Kościół Rzymskokatolicki to musi stosować się to zasad własnej wiary. A one są jednoznaczne i nie podlegają interpretacji. – Kto określa, czy wybór jest dobry czy zły? Kto określa rodzaj świętowania? – pytała mnie kiedyś pewna pani. Otóż zasady i wybory, i czy jest to dobre czy złe określone są dla katolika w katechizmie. Jest to synteza nauczania kościoła. Jedyna wskazówka postępowania dla katolika. I tam jest określony rodzaj świętowania. Wiara Rzymskokatolicka to nie forum dyskusyjne. To twarda, jednoznaczna religia ze ściśle określanymi regułami postępowania. Nie można być katolikiem negując lub interpretując przykazania kościoła. Dlatego Trzecie przykazanie Boże: „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił” jest jednoznaczne i niezmienne.

Ja „nie pouczam i nie oceniam” ja tylko pokazuje, że jeśli się siebie określa mianem katolika to trzeba przestrzegać zasad tej wspólnoty w stu procentach a nie tylko te, które uważa się za dobre dla siebie. Nikt niema prawa nazywać się katolikiem naginając lub wręcz obchodząc prawdy zawarte w Katechizmie. Ja nie mam monopol na prawdę, ale zasady KK są w tym względzie monopolistyczne i niezmienne.

A może powinno być tak, że Ci wszyscy, którzy z potrzeby i z ducha wiary, która ponoć wyznają nie chcą i nie powinni iść do sklepów w niedziele niech po prostu tam nie idą. Wszędzie słyszę, że większość naszego społeczeństwa to katolicy, więc może przyszedł czas na zaprezentowanie swoich przekonać i na unikanie niedzielnych wizyt w centrach handlowych. Jeśli tylko ten margines niewierzących i innowierców będzie wizytował sklepy w niedziele, to przecież każdy rozsądny przedsiębiorca zamknie interes, bo po prostu z braku klienteli nie będzie mu się to opłacało. Niech zwycięży wiara i ekonomia! Nie potrzeba żadnych zakazów handlu. Tak, więc bracia katolicy, jest Was ponoć dziewięćdziesiąt osiem procent społeczeństwa, nie inaczej jest pewnie w moim mieście. Pokażcie, na co was stać! Jeśli nie będzie Was w centach handlowych w niedziele przez dwa, trzy miesiące to pewnie i bez specjalnego zakazu handlu i tak będą zamknięte.  I bez specjalnego zakazu administracyjnego będzie się „dzień święty święcił”.

dziennik pesymistyczny

Nie pseudo, lecz kibice

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Kilkudziesięciu chuliganów identyfikujących się z klubami piłkarskimi z Chorzowa oraz z Katowic zatrzymała policja tuż przed rozpoczęciem uroczystości upamiętniających trzydziestą drugą rocznicę pacyfikacji kopalni Wujek. – Pseudokibice dążyli do konfrontacji, jednak udało się temu zapobiec – przekonywała mnie dźwięcznym głosikiem panienka z telewizyjnego okienka.

Nie tak dawno, bo kilka dni temu ponownie budziły mnie niestety tak dobrze mi znane ze słyszenia, głośne nocne okrzyki wychwalające potęgę i niezwyciężoność lokalnego klubu piłki nożnej. – Eeee!, ooooooleeeee! Eeeeejjjjjjaaaaa! Mistrzem jest…. Eeeeejjjjjjjaaaaa, ooooooleeeeee! Mistrzem jest… w miejscu kropek należałoby wstawić nazwę drużyny, ale nie chciałbym promować chuliganów – używając nomenklatury panienki z telewizji. Darły się po północy wniebogłosy męskie głosy.  Potem wyśpiewali jeszcze kilka zwrotek o tym, jak to bardzo nienawidzą jakiejś tam drużyny, której nazwy nie zapamiętałem, i pamiętać nie chce.  Bo bardziej wnerwiło mnie to wycie przechodzące w zawodzenie. Oczywiście jak to miłośnicy piłki nożnej mają w zwyczaju, poinformowali oni też przy okazji wszystkich wokół głośnym krzykiem z użyciem słów ogólnie uważanych za obelżywe o swoim stosunku do służb mundurowych. Następnie w prostych żołnierskich słowach wyrazili ci miłośnicy piłki kopanej nadzieję, że panowie w mundurach „zawsze i wszędzie” będą narażeni na wielkie niebezpieczeństwo, gdy nie będą pilnować swoich tyłów – że się tak wyrażę.

Przerwali mi sen. Ale i tak miałem wrażenie, że jawa jest przedłużeniem nocnego koszmaru, w którym uciekałem przed kibicami, którzy chcieli mi ręcznie zaszczepić miłość do swojej ukochanej drużyny. – Trzecia trzydzieści jeden – wymamrotałem do siebie. A za ciemnym oknem echo niosło radosny śpiew wychwalający drużynę piłki kopanej. – Czy im się zawsze musi to uwielbienie objawiać w nocy, jak ludzie śpią – gadałem sam do siebie?  Choć w zasadzie powinienem być im wdzięczny za to przebudzenie, bo wyrwali mnie z łap tych, którzy właśnie zabierali się do przekonywania mnie o wyższości drużyny „R” nad drużyną „B”. Zwlokłem się z łóżka i stojąc w oknie obserwowałem jak środkiem jezdni szło (choć to zdecydowanie na wyrost określenie) kilku młodzieńców w barwnych szalikach. Maszerowali wytrwale, choć niepewnie, wzajemnie się podtrzymując i widać było, że śpiew ich męczył, bo jak tylko zaczynali swoje wycie natychmiast rozkładali ręce na boki, jakby udawali samolot, czynili to pewnie by zachować równowagę zachwianą przez popisy wokalne. – Oj, zmęczeni – powiedziałem, bo widać było, że kroczenie sprawia im wyraźną trudność, choć nie hamuje ich zapędów wokalnych. – Nie, no zadzwonię – postanowiłem. Wzbierała we mnie chęć poinformowania służb mundurowych. – Przy okazji zobaczę, jak oni spełniają swoje seksualne groźby wobec policjantów – pomyślałem, choć bez większej nadziei na odwagę ze strony nocnych śpiewaków, co to ukochali tak bardzo lokalny klub piłki kopanej, że zapragnęli o tym poinformować wszystkich w okolicy. Tymczasem kibice w jakiś chyba nadprzyrodzony sposób przedefilowawszy pod moimi oknami, skręcili za róg ulicy i przez to ich skowyt przestał być tak dotkliwy.

Zrezygnowałem z obywatelskiego donosu do służb i poszedłem spać. I pewnie bym zapomniał o tym nocnym incydencie, gdybym znów nie zobaczył i nie usłyszał o pseudo – kibicach. – Trzeba to w końcu wyraźnie powiedzieć. Tak zwani pseudo – kibice nie istnieją. Przedrostek „pseudo” to wymysł służący mydleniu oczu; udawaniu, że sport nie ma nic wspólnego z przemocą i barbarzyństwem. Prawda jest taka, że tak zwani pseudo – kibice są właściwie prawdziwymi kibicami – tymi, którzy odsłaniają najgłębszą prawdę o sportowych rywalizacjach; ukazują ich podszewkę – powiedziała pewna Marta i ja się z szanowną Panią Martą zgadzam. Może starczy już tego mydlenia oczu. Czy wyobrażacie sobie jakiekolwiek inne środowisko kryminogenne, które jest tak pobłażliwie przez wszystkich traktowane? Nie, bo tylko sport i kibicowanie jest traktowane inaczej niż wszystko inne. Jest w jakiś zadziwiający lub może niezadziwiający sposób po za normalnym i tradycyjnym zachowanie prawa i jego przedstawicieli.

– We wszystkich epokach wszystkie rządy zawsze przypisywały sportowi największe znaczenie, i słusznie, bawi on, bowiem, ogłupia i odurza masy, a dyktatury wiedzą najlepiej, dlaczego zawsze i w każdym wypadku opowiadają się za sportem. Kto jest za sportem, ma masy po swojej stronie, kto jest za kulturą, ma je przeciw sobie, (…), dlatego zawsze wszystkie rządy są za sportem i przeciw kulturze – powiedział już dawno ale nadal jak najbardziej prawdziwie Thomas Bernhard. Bo w naszej epoce nie jest inaczej, jest bardzo tak samo.

dziennik pesymistyczny

Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Krzyż w sali obrad Sejmu pozostanie. Sąd Apelacyjny w Warszawie oddalił apelację posłów, którzy domagali się jego usunięcia, bo narusza ich dobra osobiste. Mnie ten symbol niczego nie narusza, co najwyżej mnie nie wzrusza. Krzyż w sejmie przypomina mi gdzie żyje. Jakie jest moje państwo Jakie jest to społeczeństwo, w którego towarzystwie przyszło mi wędrować ku wieczności na tym łez padole.

Z taką pewną dozą irytacji, ale jednak z zaciekawienia słuchałem jak kolejny państwowy sędzia uzasadnia obecność krzyża w polskim sejmie. Pani sędzina raz niczym Poncjusz Piłat umywa ręce od jasnych wyroków mówiąc, że przedmiotem rozstrzygnięcia sądu nie było rozstrzyganie politycznego czy światopoglądowego sporu dotyczącego legalności lub bezprawności umieszczania krzyża w Sejmie. A następnie spokojnie dodaje, że eksponowanie krzyża w miejscach publicznych wchodzi w zakres dopuszczalnego uzewnętrzniania uczuć religijnych. To iście Salomonowy wyrok. Nie wydaję wyroku w sprawie legalności, ale jednocześnie wskazuje, że wszystko jest w porządku.

Sąd Apelacyjny utrzymał w mocy styczniowy wyrok sądu okręgowego. Pamiętam, że dużo się w nim mówiło o „zakotwiczeniu w zwyczaju”. Teraz też występujący w imieniu strony pozwanej radca Prokuratorii Generalnej Skarbu Państwa wnosił o utrzymanie w mocy zaskarżonego wyroku wskazując na znaczenie zwyczaju w prawie cywilnym i że krzyż w sali Sejmu wisi od szesnaście lat. Po raz kolejny sprawdziłem, że zwyczaj jest ustaloną formą zachowania się w określonych sytuacjach, przyjętą przez daną zbiorowość społeczną. Z czasem może przekształcić się w obyczaj, wejść w zakres moralności a nawet prawa. To najprostsza definicja, jaką możemy znaleźć w Encyklopedii Powszechnej. Czyli wystarczyło szesnaście lat, żeby narodził się nowy obyczaj. Nowy zwyczaj. Nowe prawo. Nowa moralność. Czy nawet tradycja.

Pewnej ciemnej nocy, szesnaście lat temu, dwaj posłowie zawiesili krzyż na sali posiedzeń sejmu. Zakotwiczając go tym samym w przestrzeni publicznej.  Podobno niewiele brakowało, aby przy tej zbożnej akcji doszło do prawdziwej tragedii. Jeden z posłów podczas mocowania krzyża, spadł z oparcia fotela marszałkowskiego, którego użyto, jako podestu, z powodu braku drabiny. Opatrzność jednak czuwała.  Posłowi nic się nie stało. I tak spontanicznie, z narażeniem zdrowia i być może życia posłów, pojawił się na ścianie sejmowej krzyż. Bezprawnie, ale widocznie już wtedy kierowali się uwzględnieniem „zwyczajów, tradycji, kultury i doświadczeń historycznych zbiorowości” – cytując sędzinę sądu Apelacyjnego.  I tak narodziła się nowa (tym razem chyba nie świecka?)  tradycja. Zwyczaj taki. A może i prawo, bo jak twierdzi pani sędzia Sądu Okręgowego zwyczaj to element prawa cywilnego, którego sąd nie może zlekceważyć.

Było wielu malkontentów, którzy sądzili, że to tak nie wypada.  Że w „państwie prawa” nie można tak w nocy. Że nie wypada żeby w sali gdzie powstaje prawo ktoś działał po kryjomu, bezprawnie i pod osłoną nocy. Mijały lata, a krzyż nadal wisiał i stawał się zwyczajem.  A zwyczaj to przecież „element prawa cywilnego”.  I tak przyszedł dzień, w którym zwyczaj został uświęcony wyrokiem sądu. Nieusuwanie krzyża, zawieszonego bez wiedzy sejmu w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym roku, nie jest już bezprawne, bo ma to „zakotwiczenie w zwyczaju”, ukształtowane przez szesnaście lat jego obecności w sejmie.

Czy to jest dopiero początek zmian uzasadnionych „zakotwiczeniem w tradycji”? Może czas na weryfikacje innych praw i zasad? Po pierwsze: Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną. A przecież pogoń za pieniądzem (który stał się już bogiem) od ponad dwudziestu lat jak nic jest zakotwiczona w naszej tradycji.  Po trzecie: Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. Co jest naszym zwyczajem i tradycją można zobaczyć w każdą niedziele w najbliższym centrum handlowym. Po siódme: Nie kradnij. A tu z „uwzględnienie zwyczajów, tradycji, kultury i doświadczeń historycznych zbiorowości” na całego. Po ósme: Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. A tu mimo, że „eksponowanie krzyża w miejscach publicznych wchodzi w zakres dopuszczalnego uzewnętrzniania uczuć religijnych” hulaj dusza. To tylko przykłady, ale pozostałe przykazania też udowadniają zdecydowany dysharmonię miedzy naszym zwyczajem „zakotwiczonym w tradycji” a prawem, nawet boskim. A co dopiero cywilnym. Bo widocznie „tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem, Polska jest Polską, a Polak Polakiem”.

dziennik pesymistyczny

Niewolnictwo

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Mówisz, że jesteś wolny. Mówisz, że to wolny kraj, że teraz jesteśmy we własnym domu. Powtarzasz sobie i innym, że jesteś niepodległy, niezależny, że wszystko teraz zależy od Ciebie. Możesz wszystko. Masz ogrom możliwości. Czy na pewno? Wskazujesz na konstytucje. Na jej zapisy. Na prawa obywatela. Prawa Europejczyka. Prawa człowieka. Na całe listę praw.

Jakich praw? Urodziłeś się z miażdżącym długiem. Od dzieciństwa jesteś dłużnikiem. Nie z własnej woli, ale z przymusu społecznego stałeś się obywatelem państwa z długiem publicznym. Codziennie coraz bardziej się zadłużasz. Czym dłużej żyjesz tym bardziej stajesz się dłużnikiem korporacji czy państwa i jego instytucji. Patrzałeś na rodziców pozbawionych nadziei. Bo nawet jak kupili niezależności lub władze to i tak winni byli w zamian choćby tylko posłuszeństwo. Jeśli okazali się nieprzystosowani to ich jedynym prawem była i jest praca aż do śmierci.   Zawsze pracujesz i zawsze pozostajesz dłużnikiem. Nigdy nie spłacisz swojego długu, bo zawsze komuś coś będziesz winny. Masz prawa, które wspierają tylko twoje obowiązki. Jesteś zamknięty w szczelnym świecie zakazów i nakazów.

Nigdy się nie uwolnisz. To nigdy się nie stanie, ponieważ wszystko, czego potrzebujesz Oni dostarczają. Certyfikują. Upoważniają. Redagują. Twoje schronienie, Twój dom, Twoje mieszkanie tylko częściowo jest Twoja własnością. Ile z tego należy do banków? Poprzez kredyty, zastawy, hipoteki. Ile płacisz wolnością za poczucie zwodniczego bezpieczeństwa? Godzisz się na pewne formy cenzury i inwigilacji w imię bezpieczeństwa obywatela.  Ile płacisz za iluzje ratowania twojego życia i zdrowie? To korporacje dostarczają twoje jedzenie. Posiadają patenty na leki. Dostarczają ci propagandowej informacji. Kto dostarcza twoja wodę? Ile za nią jesteś winny? Jak długo za nią będziesz jeszcze zdolny zapłacić? Jaka korporacja zapewnia ci prąd? Kto sprzedał Ci ubranie? Zastanawiałeś się, dlaczego prawie wszystko działa tylko około dwóch lat? Byś musiał kupić nowy? Uzależniłeś się od pieniędzy. Od zarabiania i wydawania. Pieniądz stał się Bogiem. Wyprał Cię z moralności. Mówisz: „w idealnym świecie wszystkie opcje byłyby za darmo. Niestety rzeczywistość jest inna…” Twierdzisz że „jak życie skopie ci za przeproszeniem d*pę i nie będziesz miał co do garnka wstawić to rozpłaczesz się i tyle po twoim różańcu.. bo pieniądze z nieba nie spadną, a te historyjki o tym jak św Paweł, srebrniki czy o tym jak łódka się kołysała nie maja odniesienia w dzisiejszym świecie”. Czyli rzeczywistość nie zależy już od Ciebie? Nie możesz ją zmieniać, gdy nie jest idealna? Nie ma też już wiary? Nie ma nadziei? Jest chciwość.

Ciebie już nie ma. Nie istniejesz sam dla siebie. Nie jesteś już wolny, choć zapewne jeszcze o tym nie wiesz i istnieje duża szansa że nigdy się o tym nie dowiesz. Nie jesteś niezależny. Nie podejmujesz samodzielnych decyzji. Po za tymi, które zmuszą Cię do oddalenia się od systemu, czyli życia na jego krawędzi. Czym bardziej kontestujesz zastany porządek świata, tym bardziej on wypycha Cię poza społeczeństwo. „Jednostka zerem, jednostka niczym”. Przez dwadzieścia pięć lat dokonano tylu reform, tylu zmian, ale jednostka nadal jest zerem, jest niczym. Politycy się zmieniają, ale układ trwa. Władza jest celem samym w sobie. Pieniądz jest bogiem. Zarabianie jest celem. Władza i pieniądze nie mają poglądów politycznych. Są bezpartyjne. Pieniądz i władza nie maja kolorów klubowych. Nie mają wyznania. Nie mają narodowości.  Wszelkie systemowe rewolucja dawały i dają nadal tylko zmianę ciemiężyciela.

To wszystko wrzuca Cię głębiej w otchłań niewolnictwa.