Tag Archives

242 Articles

dziennik pesymistyczny

499

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Moje oczy nie widzą tego, co pragnę zobaczyć. Ciało nie czuje tego, do czego się wyrywa. Usta nie mówią, bo im ktoś nie pozwala. Dłonie nie dotykają, bo nie mogą dotykać. Sam wśród tak wielu. Sam w swojej samotności. Przegrany. Poniżony. Schorowany. Beznadziejny. Bezsensowny. Stoję i patrzę na swoje odbicie w lustrze. Oto Ja! Kiedyś tak dumny z tego mojego Ja. Teraz już bardziej niepewny swojego „Ja”. Teraz coraz bardzo obcy sobie. Czy to nadal Ja? Czy już nie „Ja”? Ale wiem, że istnieje. Jestem tu nadal. Choć przemijam coraz szybciej i szybciej, to jednak nadal coś odczuwam. Jestem tu! Czegoś pragnę. Coś kocham choć beznadziejnie. Puki żyje, to przeżywam. Odczuwam. Cierpię. Chce! Łaknę! Potrzebuje! Puki życia, puki oddychania… zawsze będzie we mnie pragnienie. I choć bym cały był już zbudowany z przemijania, to i tak nieprzestane kochać i potrzebować kochania.

Jestem taki sobie bliski, a taki jednak w sobie daleki. Samotny, pusty, sflaczały, słaby. Sam bez miłości upragnionej.  Sam bez kochania. Beznamiętny. Bezużyteczny. Taki niczyj. Teraz gdy się zatrzymałem przyglądam się sobie. Oto moje oczy, co już nie zobaczą. Oto moje usta, które nie poczują. Oto moje dłonie, które nie dotkną. Oto moje ramiona, w których już nie zamknę. I chociaż będę widział, czuł i dotykał, to już nie tak jak bym tego chciał.  Tak jak tego pragnę. Oto ja – tak bardzo niepotrzebny. Oto moja męskość tak bezużyteczna. Oto jestem. Taki beznadziejny. Oto moja samotność. Oto moje ciało. Oto ja – tak bardzo nieważny. Moje przeznaczenie. Moja rozpacz. Moja niepewność.

Wdepnąłem w śmiertelność jak w kałuże na chodniku. Nasiąkam jest brudem. Spada na mnie kroplami jak deszczem. Czuje chłód tej ostateczności. Zimno wieczności wpływa we mnie. Wilgoć niebytu przenika mnie do dreszczy. Nasiąkam mim. Wdycham je. Napełniam nim płuca. Przenikam niebytem. Upływam. Znikam. Rozpływam się w samotności. Przestaje istnieć. Taki niezauważalny. Nieobecny. Samotny wśród ludzi i samotny bez nich. Coraz bardziej nieistniejący. Niezauważalny. Nietolerancyjny. Nieinteresujący. Taki za bardzo i nie bardzo. Za mało i za dużo. Taki nie w sam raz. Taki za bardzo pusty i za bardzo pełny. Taki nierokujący. Niezarabiający. Niewypłacalny.  Niedążący. Bezcelowy. Nieprzystający. Za bardzo wątpiący.  Za mało chory i za bardzo schorowany. Za głupi i za mądry. Niezauważalny. Obcy. Nie ten.

Żyje sobie obok. Istnieje z dnia na dzień. Trwam. Jestem powtarzalny. Jestem niezaskakujący. Jestem nie rozrywkowy. Niezabawowy. Nietaneczny. Nietowarzyski. Nierodzinny. Nieprzysiadalny. Ale za to nadmiernie kochający. Za dużo pijący. Za bardzo przytulający. Irytujący. Za bardzo potrzebujący. Nierealistyczny. Za bardzo chcący. Za bardzo proszący. Za mało dający i za dużo biorący. Za bardzo potrzebujący. Za bardzo domowy. Rutynowy. Powtarzalny. Niezaskakujący. Udomowiony. Wciąż kochający.

„Ile wiary fałszywej tyle męki komicznej tyle śmiesznej tęsknoty tyle miłości próżnej”

dziennik pesymistyczny

Chwila dla debila – nowe pokolenie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– W nowej Polsce będzie potrzeba uczciwych ministrów, wojewodów, prawników… działaczy PZPN. Jeśli ktoś z Was ma kłopoty z prawem, służba dla nowej Polski będzie oczyszczeniem – mówi na wiecu kończącym „Marsz Niepodległości” rzecznik Organizacji Narodowo – Radykalnej Marian Kowalski. Niezorientowanych w meandrach zaplecza politycznego skrajnej prawicy informuje, że PZPN to nic innego jak Polski Związek Piłki Nożnej. Już widzę oczami wyobraźni jak „idzie nowe pokolenie”(zgodnie z hasłem marszu) tych uczciwych ministrów, wojewodów, prawników… działaczy PZPN. Nawet nie musze wysilać wyobraźni, bo przecież widziałem i czytałem o tym jak narodowcy podczas pochodu zaatakowani dwa squaty, spalili co najmniej dwa samochody, instalację artystyczną w formie tęczy na pl. Zbawiciela oraz zaatakowali kamieniami, racami i butelkami ambasadę rosyjską. Idzie nowe pokolenie? A może idzie stara, sprawdzona już niestety, brunatna zaraza? Może u nas zaczyna się właśnie to, co miało miejsce Niemczech w latach trzydziestych? Wąsy przywódców nie takie same, ale ideologia i zachowanie bardzo podobne.

Zdaniem posła prawych i sprawiedliwych Joachima Brudzińskiego część odpowiedzialności za zamieszki w Warszawie ponosi premier Donald Tusk. Ja wiem, że w oczach pisowców premier ponosi odpowiedzialność prawie za wszystko, co złego dzieje się w Polsce, na świecie i w pobliskich galaktykach. Jednak tym razem, choć naprawdę niechętnie to czynie, to jednak muszę się z panem posłem zgodzić. Skrajna prawica wychodowana została przez znudzonych biznesmenów z Australii czy z Ameryki przy cichym przyzwoleniu państwowych służb specjalnych.  Miała służyć zapewne, jako przeciwwaga dla lewicy. Tylko, że jak zwykle ktoś czegoś nie przewidział, coś ktoś przeoczył, czegoś nie dopilnował i brunatna siła zerwała się ze smyczy służ samodzielnie dążąc do siłowego przejęcia władzy.

W podstawówce do mojej klasy uczęszczał uczeń, który uwielbiał rozrabiać. Nauczycielka po wielu próbach spacyfikowania łobuza w końcu dała za wygraną zawierając z młodym krnąbrnym wychowankiem swoisty układ: on miał trzy minuty na początku lekcji na to żeby się wyszaleć a potem przez czterdzieści trzy minuty miał siedzieć spokojnie. Nazywaliśmy to chwilą dla debila. Podobny układ mieliśmy w Polsce. Przez jeden dzień, jedenastego listopada, władza zezwala na „chwile dla debila”, gdzie narodowa skrajna prawica odprawia swoje harce demolując miasto, paląc, bijąc i kopiąc, kogo popadnie, by potem przez rok narodowcy trwali w letargu. W mojej podstawówce taki układ trwał krótko, bo rozrabiaka przeciągam chwile o kolejne minuty. Podobny koniec układu obserwujemy teraz w Polsce. Chwila na wyładowanie agresji przeciągnęła się z czasie. Ile to razy w tym roku prawicowe bojówki uniemożliwiły lub zakłócały wykłady na uniwersytetach? Ile razy wszywały burdy? Chwila przestała być tylko chwilą.

Nazywamy ich narodowcami, prawicą, skrajna prawicą, faszystami, ale to sugeruje, że w tych zamaskowanych kibolskimi barwami łbach kolebie się jakaś ideologia, jakaś idea. To duże nadużycie. Przecież przeciętny uczestnik tych zadym nie kojarzy nawet co to jest Bóg,  co to Honor, i co to Ojczyzna. Ich łączy jedno pragnienie, niszczenia wszystkiego co inne, co nie pasuje. W imię debilnego hasełka: “Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę”.  – Spłonęła dziś tęcza. Nie pochwalam, ale spłonął symbol zarazy – mówił Robert Winnicki z Młodzieży Wszechpolskiej nawiązując do podpalenia tęczy na pl. Zbawiciela. Krzysztof Bosak z tej samej organizacji przekonywał słuchaczy, że „nie ma pojęcia”, kto podpalał, ale przypomniał, że pierwotnie miała to być instalacja czasowa i trzeba ja jak najszybciej usunąć. Jeśli to ma być nowe pokolenie, to zdecydowanie ten ich marsz trzeba powstrzymać. Bo jak pisał Edmund Burke: dla triumfu zła wystarczy tylko, aby dobrzy ludzie nic nie robili.

dziennik pesymistyczny

Agresywnie i wulgarnie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Pewien poseł twierdził, że został pobity przez policjantów. Na początku zareagowałem standardowo. Skazałem zaocznie parlamentarzystę na wieczne potępienie za to że był pijany, że się awanturował i po prostu pasował do tego co myślę o wszelkiej maści politykach. Jednak jak usłyszałem w telewizji jak rzecznik komendy stołecznej policji przekonywał, że poseł zachowywał się „agresywnie i wulgarnie, chciał wydawać policjantom polecenia” to uświadomiłem sobie, że ja takie oskarżenia słyszę od mundurowych wręcz standardowo.

Kilka lat temu widziałem w telewizji reportaż o zwykłym obywatelu z miasta Łodzi, który sfotografował źle zaparkowany samochód straży miejskiej. I tym właśnie wzbudził gniew mundurowych, którzy w stosunku do delikwenta użyli środków przymusu bezpośredniego w postaci siły fizycznej oraz kajdanek.  Następnie doprowadzili mężczyznę do najbliższego komisariatu policji gdzie spędził kilka godzin. I tam właśnie usłyszałem znajome słowa, które są jak mi się wydaje stałym już i standardowym oskarżeniem wobec osób, które popadły w konflikt z urzędnikiem w mundurze.  Wystarczy złożyć zawiadomienie o przekroczeniu uprawnień przez funkcjonariusza, aby w odpowiedzi na postawione mu zarzuty zostać oskarżonym między innymi o używanie słów wulgarnych i obelżywych w stosunku do funkcjonariusza w mundurze. Łatwo zgadnąć, komu uwierzy sąd, gdy już przed nim staniemy i słowa mundurowego będą przeciwko naszym słowom. Wielokrotnie słyszałem o takich przypadkach. Wystarczyła krótka sonda wśród moich znajomych, aby potwierdzić, że nawet niewinnie wyglądającym i grzecznym z natury osobom zdarzyły się oskarżenia o używanie słów wulgarnych i obelżywych w stosunku do funkcjonariusza.

– Użyto gazu, przewrócono mnie, kopano mnie w głowę, klęczano na mnie, skuto mnie kajdankami, bito mnie i wielokrotnie polewano jakimś żrącym środkiem, ponieważ piecze mnie całe ciało. Byłem kopany w krocze, w plecy i po nogach. Dosyć szybko przestałem widzieć cokolwiek – mówił na konferencji prasowej poseł. Nie dziwi mnie też, że po takich oskarżeniach policji o brutalność ta natychmiast oświadczyła ustami rzecznika, że polityk był agresywny i wulgarny. To standard.

Może nawet uwierzyłbym, że ten pan z miasta Łodzi, ten parlamentarzysta, moja koleżanka, kilku moich znajomych, to jacyś zakamuflowani cholerycy, co to jak tylko zobaczą funkcjonariusza, to od razu zaczynają go lżyć i obrażać. Uwierzyłbym gdyby nie to, że sam stałem się kilka lat temu przedmiotem takich oskarżeń ze strony mundurowych.

Jestem niesłychanie spokojnym człowiekiem. Od razu dodam, że podczas zajścia które opisze, nikogo nie obrażałem słownie, a wręcz przeciwnie, byłem wyjątkowo małomówny, spokojny i zrównoważony. Ale do rzeczy. Zdarzyło mi się kiedyś zatrzymać samochód w miejscu gdzie obowiązywał zakaz parkowania. Nie chciałem tam zostawać długo. Tylko tyle czasu, ile potrzeba na otworzenie bagażnika i wystawienie tego, co się w nim znajdowało na ulicę. Nie zdążyłem jeszcze wyłączyć silnika, a już pukał w okno mojego samochodu funkcjonariusz z propozycją ukarania mnie mandatem za parkowanie w strefie, w której jego zdaniem nie powinienem tego robić. Nie dyskutowałem. Nie marudziłem. Spokojnie zgodnie z prawem odmówiłem przyjęcia mandatu, bo mieliśmy ze mundurowym inne zdanie na temat różnic między zatrzymaniem i postojem pojazdu. A że nie chciało mi się dyskutować, więc uznałem, że sąd jest najwłaściwszym miejscem do rozstrzygnięcia, który z nas dwóch ma rację.

I tak się stało. Spotkaliśmy się przed obliczem sądu z panem mundurowym i tam dowiedziałem się z ust funkcjonariusza, że podczas gdy on pełen skromności i wymogów służby starał się wręczyć mi mandat, ja podniesionym głosem używałem w stosunku do niego słów wulgarnych, ogólnie uważanych za obelżywe, czym go uraziłem do żywego. Byłem po prostu agresywny i wulgarny. Zdziwiłem się, bo albo miałem pomroczność jasną, albo po prostu mundurowy kłamał, że byłem taki, jakim nigdy nie bywam. Na pytanie wysokiego trybunału czy tak było zaprzeczyłem i przywołałem na świadka osobę, która podróżowała wtedy ze mną samochodem. I tu jakby to moje szkalowanie munduru znikło zupełnie. Bo ani funkcjonariusz już więcej do kwestii słów wulgarnych nie powracał, ani sąd jakoś nie drążył tematu mojej wmawianej mi przez niego obelżywości i agresywności.

Czyli jeśli chcesz mieć stuprocentową pewność, że nie obrażasz słowem munduru, staraj się drogi czytelniku mieć świadka starć słownych z funkcjonariuszem lub takie spotkanie w jakiś inny sposób rejestrować. Bo nieważne, że nie obrażałeś słowem, ani nawet czynem policjanta. Jak nie masz świadków na swą niewinność to możesz być prawie pewien oskarżeń o agresywność oraz używanie słów wulgarnych i obraźliwych. I nie ważne czyś zwykły spokojny obywatel – szarak czy parlamentarzysta w stanie upojenia, zawsze masz szanse stać się w policyjnej ocenie „ agresywnym i wulgarnym”.

dziennik pesymistyczny

Ambassada – komedia śmieszna na swój sposób

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nowy film Juliusza Machulskiego Ambassada to dobra komedia. Jak już to ustaliłem to może teraz napisze, dlaczego jestem o tym przekonany. „Siekiera, motyka, piłka, alasz, przegrał wojnę głupi malarz, siekiera, motyka, piłka, nóż, przegrał wojnę już, już, już” – pamiętacie to? No pewnie, że tak i taki właśnie jest rodzaj humoru w tym filmie. To po pierwsze.

Po drugie. To nie jest łatwa komedia. Widz wychowany na żartach w stylu Benniego Hilla nie znajdzie tam ulubionych przez siebie gagów. Nie na tam amerykańskich żartów gdzie pierdzenie goni bekniecie a reszta żartów jest w sensie dosłownym o dupie Maryny, o przepraszam Mary. W nowej komedii Machulskiego humor jest wyrafinowany, nie do złe słowo, jest raczej żartem skojarzeniowym. Bo przecież wszyscy mamy skojarzenia z Niemcami. Wąsik Hitlera, mundur SS, blond piękność o rubensowskich kształtach i imieniu Ingeborg. W Polakach, tak w niektórych to prawda, jest głęboko zakorzeniony stereotyp Niemca hitlerowca. I ja taki właśnie jestem, więc mnie nadal i wciąż śmieszą żarty z nadętego Niemca próbującego mówić po polsku.

Po trzecie. Nie wiem, może nie wszystkich bawi żart z waleniem do drzwi i krzykiem: aufmachen! Gestapo! Ale może jak coś nas przeraża to czasami warto to obśmiać. Ja osobiście stosuje ten żart na znajomych oraz nieznajomych i zawsze mnie śmieszy.

Po czwarte. Wiem, że żart nazwijmy to do przemyślenia, skojarzeniowy, inteligentny według wielu Polaków był możliwy tylko i wyłącznie w Kabarecie Starszych Panów. I wszystko to, co wydarzyło się po tym jak telewizja zaprzestała emisji kabaretu nie jest już godne tych nazw. Ale może jednak tak nie jest do końca. Może komedie Machulskiego to godna kontynuacja idei żartu do przemyślenia.

I po piąte. W tym filmie w końcu jest tak jak byśmy wszyscy chcieli. Możemy tam zobaczyć na własne oczy jaki byłby nasz patriotyzm gdyby go nam nie popsuto.  Możemy dostrzec co by się stało jakbyśmy sami sobie ta wojnę wygrali. Jakby to było pięknie jakbyśmy (zgodnie z tym, co wmawiała Polakom propaganda II Rzeczpospolitej) pogonili Niemca w dwa tygodnie bez niczyjej pomocy. Jak to byłoby ślicznie w Warszawie, i nie tylko, jakby nam się ruscy nie wtrącili a Niemcy nie byli tak bardzo uparci. Mnie ten film trochę przypominał zabawne na swój sposób dyskusje w republikańskiej TV uznanych dwudziestoparoletnich historyków piszących dzieje naszego narodu i świata od nowa.  Tym razem poprawnie, tak jak być powinno a nie jak było.

Po szóste. Chwalenie znakomitego Roberta Więckiewicza w podwójnej roli Adolfa Hitlera i Lepkego jest oczywistą oczywistością – jakby powiedział klasyk. Zdecydowanie warta zauważenia i zapamiętania jest Magdalena Grąziowska jaka Melania czy Adam „Nergal” Darski jako Joachim von Ribbentrop.

Podsumowując, Ambassada Juliusza Machalskiego to nie komedia dla każdego i nie każdego będzie śmieszyć.  Bo to film śmieszny na swój sposób i to jest w nim bardzo dobre.

dziennik pesymistyczny

Punkt widzenia zależy od puntu siedzenia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 15

– Wstrętne nieroby! Darmozjady! Leniuchy! – mówi dość głośno pani w średnim wieku tak, że słyszy ja nie tylko jej towarzyszka. Paniusia z obrzydzeniem przypatruje się starszemu mężczyźnie, który właśnie przysiadł na ławce w parku. Faktycznie już na pierwszy rzut oka można stereotypowo nazwać pana z przeciwka bezdomnym. – Odejdź od niego! Uciekaj! – krzyczy kobieta do małej dziewczynki, która z zainteresowaniem obserwuje kloszarda i jego dobytek. – To pijaki same! Niech pani patrzy, jaka patologia! – z odrazą w głosie ocenia mężczyznę jej towarzyszka. Klasyczne zachowanie – myślę. Przecież te panie zajmujące ławkę w parku tuż obok mojej nie są wcale wynaturzonym wyjątkiem wśród mieszkańców mojego miasta. Można wręcz powiedzieć, że taka postawa wobec biednym w tym grodzie to niestety coś najzupełniej zwyczajnego.

Tendencja do obwiniania biednych za ich biedę jest w polskim społeczeństwie powszechna. Bardzo wielu z nas postrzega biednych, jako leniwych pijaków nastawianych jedynie roszczeniowo. Nagminne nauczanie neoliberalizmu, powszechny kult pieniądza doprowadził to tego, że tylko osobnicy bezlitośnie zaradni, energiczni, nieustępliwi, idący po trupach do celu, zdobywający pozycje, władze i pieniądze za wszelką cenę są dla większości Polaków wzorcami postępowania. Za to z niechęcią i pogardą traktowane są osoby mniej niezaradne. Te, którym nie udało się w świecie pogoni za dostatkiem i posiadaniem.

– No widzi pani? Pracować im się nie chce. Na bezrobociu siedzą, bidę klepią i leżą do góry brzuchem! A potem tylko opowiadają historie życia jak to im źle jest.  Ciągle tylko „doj pani na piwo”, narzucają się człowiekowi. A ławki zasyfione, chodniki zarzygane, zaszczane wszędzie. Istna patologia i powszechna degrengolada – pani z ławki rozkręciła się w swojej ocenie człowieka i jego sytuacji. Tak się przypatrywałem i siłą rzeczy przysłuchiwałem paniusią z parkowej ławeczki zastanawiając się, co by się stało jakby nagle zły los, pożar, choroba, kataklizm, wypadek, zwolnienie czy likwidacja zakładu pracy albo niska emerytura pozbawiły panie dostatku i postawiły je na miejscu tego biedaka, którego tak łatwo osadziły? Taka nieoczekiwana zmiana miejsc.

Może takie zachowanie to jakaś tania forma psychoterapii? Postrzegamy negatywnie biednych i tym samym podnosimy sobie samoocenę. Wyrzucamy niedopasowanych poza nawias społecznych i od razu czujemy się lepsi. Tych nieprzydatnych społecznie z biedy uwielbiamy obrzucać inwektywami, bo wtedy przecież wiemy, że choć jesteśmy tylko o krok o ich sytuacji to jednak nadal nie jesteśmy nimi. Czy punkt widzenia zależy od puntu siedzenia?

– A słyszała pani, że miasto chce im kupić nowe mieszkania komunalne? To prawdziwy skandal! Moi rodzice płacili 600 – 700 złotych za czynsz, a tu przyjdzie jakaś patologia i zapłaci za centrum miasta 100 złotych – denerwuje się młodsza z dyskutantek. A ja słysząc te słowa myślę o powszechnej wręcz pogardzie, z jaką spotykają się w naszym kraju ubodzy.

A przecież do ubóstwa w naszym państwie jest bardzo szybka droga. Wręcz ekspresowa. Granica pomiędzy biedą i bezdomnością a pozorną stabilizacją jest cieniutka. Czytałem gdzieś w gazecie, że w Polsce żyje trzydzieści jeden tysięcy bezdomnych. Coraz więcej jest wśród nich osób, które straciły dach nad głową, ponieważ nie były w stanie spłacać kredytu zaciągniętego na zakup mieszkania. Przecież wystarczy, że stracimy prace, wzrośnie nasze zadłużenie i już jesteśmy na skraju ubóstwa i bezdomności. Bezdomność z powodu niewydolności kredytowej to już w Polsce zauważalny problem.

Jak wyczytałem, 6,7 procent Polaków żyje w skrajnej biedzie. 16-17 procent w relatywnym ubóstwie. Przecież to prawie jedna piąta społeczeństwa! Myślenie, że wszyscy ci ludzie postanowili być biedni, tak z własnej nieprzymuszonej woli jest skrajnie nieodpowiedzialne. Ten, kto nie ma pracy często nie ma jej, nie z lenistwa, tylko dlatego, że nikt go nie chce zatrudnić z powodu wieku na przykład.

Nikomu źle nie życzę, ale wielu tym, co dziś obrzucają biednych inwektywami przydałaby się lekcja pokory. Kilka lat na ulicy, bez domu, pracy, jedzenia. Warto się czasem zastanowić ile nas dzieli od biedy. Ile niezapłaconych rachunków sprawi, że spędzimy dzień lub tydzień bez prądu. Może warto pomyśleć czy nasze umiejętności naprawdę w stu procentach gwarantują nam prace i godną płace do śmierci. A jak nagle przestaniemy zarabiać to jak długo będziemy spłacać kredyt mieszkaniowy? Jeśli kogoś nazywasz dziś nierobem zastanów się czy kiedyś ktoś tak nie nazwie Ciebie.

dziennik pesymistyczny

Rachunek za uratowane życie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Może warto pomyśleć o noszeniu w kieszeni czy na opasce na nadgarstku informacji, że nie życzymy sobie ratowania nam życia? No chyba, że uratują nas za darmo. Wiem, wydaje się to szokujące, ale w czasach, gdy wszystko ma swoją cenę, to i nasze uratowane przez szpital życie może nas słono kosztować. Tak, wydaje się to absurdalne, bo jak tu wybierać miedzy śmiercią bez długów a życiem z długami. Ale przecież żyjemy w świecie nonsensów, więc dlaczego nie mamy się nad tym zastanawiać?

Wiadomo, że wszystko kosztuje. Jak widać w Polsce można też wycenić ratowanie życia czy zdrowia. Taryfa, stawna, cennik. Człowiek, który jest biedny, bez pracy, czyli często bez ubezpieczenia jest narażony na to, że jeśli ulegnie wypadkowi to, gdy już go lekarze przywrócą do zdrowia to za ratowanie życia szpital, system, państwo wystawią mu słony rachunek.

Młody człowiek, który na początku września został brutalnie zaatakowany w lesie koło Grójca przez swoich zwyrodniałych pracodawców po tym jak upomniał się o wynagrodzenie, będzie musiał zapłacić szpitalowi nawet dwadzieścia tysięcy za leczenie. Mężczyzna nie był ubezpieczony ale zgodnie z procedurami narodowego funduszu zdrowia zaległa należność będzie musiała zostać uregulowana. Rodzina chłopaka przyznaje, że nie ma pieniędzy, aby spłacić zaległą kwotę. A do kosztów leczenia dojdą przecież jeszcze koszty rehabilitacji.

Pamiętam też inny przypadek nieubezpieczonej kobiety, której za jedną noc w szpitalu, kolację i śniadanie, założenie gipsu i podanie leku przeciwbólowego wystawiono przy wypisie ze szpitala rachunek na ponad tysiąc złotych. Czyli jak za noc w pięciogwiazdkowym hotelu. Wszystko to zgodnie z prawem i stosownymi przepisami.

Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że dla wielu to, co pisze wyda się herezją, ale w czasach kultu pieniądza, człowiek często po uratowaniu mu życia zostaje sam na sam z problemem rachunków za uratowanie życie. Bo życie nie jest jak widać bezcenne. Ma swoją cenę. Wymiernie z księgową dokładnością wypisaną na fakturze. Czasami tak wielką cenę, że nie do udźwignięcia dla zdrowego człowieka, a co dopiero dla chorego. Ale takie jest nasze prawo. Czy czasem się zatraciliśmy się w poszanowaniu litery prawa zapominając o jego duchu?

– Zagadnienie konfliktów pomiędzy literą a duchem prawa jest równie stare jak nasza cywilizacja. A jak przestawia się konflikt między literą a duchem prawa w dzisiejszej Polsce? Często niestety można usłyszeć, że urzędnicy, politycy czy sądy są bezduszne. Wbrew pozorom w tym dość kolokwialnym stwierdzeniu jest sporo prawdy, bo to właśnie brak zrozumienia ducha prawa jest przyczyną wielu krzywdzących decyzji – powiedział kiedyś były minister sprawiedliwości. I chyba po raz pierwszy jestem skłony przyznać racje politykowi.

dziennik pesymistyczny

Dziś jest ważniejsze od jutra

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

Jest mnie za mało. Rozpuszczam się w idealnie krystalicznej wodzie, która daje życie, jest życiem, ale przecież także je odbiera.  Rozdrabniam się już nie na dni, ale na godziny, a na minuty. Sprawiają mi radość dobrze przeżyte chwile, nie jak dawniej całe tygodnie czy lata.  Rozpływam się w czasie, w rzeczywistości, w bycie dna codziennego. Żyje teraz, w tej jednej chwili. Dziś jest ważniejsze od jutra. Nie planuje, bo nie chce rozmieszać Boga. Jestem. Trwam. Egzystuje. Tu i teraz. W sensie czy bezsensie doczesności, codzienności. W szarej mgle bólu i strachu. Codziennie nasłuchuje kroków na schodach. Czy już idą po mnie? Czy to już dzisiaj? Czy trzeba zakończyć? Odnajduje spokój przy wyłączonym telefonie i zasłoniętych oknach.  W pustce, w półmroku, w zamknięciu. Odizolowany od świata cieszę się ulotnymi chwilami spokoju. Jakie to szczęście, że to jeszcze nie dzisiaj. Staram się wtłoczyć w umysł bezpieczeństwo, choć przecież wiem, że to niemożliwe.

Nadzieje wlewam kieliszkami z gardło i rozkoszuje się jej ciepłem rozchodzącym się po całym ciele. A jeśli niedostane swojej dawki płynnego optymizmu?  Lato, jesień, zima, wiosna, lato, kolejna jesień odliczam sezony, w których jeszcze się udało zachować stabilność. Istnieć. Być. Trwać. Przeciekałem, udało się. Przeszłość, choć jednostajna napawa mnie dumą z samego tylko faktu, że przecież była. Że znów się udało! Chciałbym zobaczyć zimę, mam nadzieje na kolejne lato. To nie są plany, to tylko takie marzenia.

Moje życie to tylko chwila jawy miedzy dwoma snami. A nawet sny są coraz krótsze, coraz bardziej niepewne, zajęczo strachliwe, płytkie, samotne. Zasypiam z nadzieją, lecz wybudzam się po kilku godzinach już bez niej. Czekam świtu w strachu. W panicznym lęku przed dniem. Żeby mniej myśleć uciekam w fikcje książek, w nierealną dla mnie rzeczywistość gazet, bezmiar i chaos internetu. Filmy, muzyka. Czytam i oglądam, byle tylko stłumić strach i niepewność. Byle dalej. Byle uciec.  Byle, choć na chwile zapomnieć. Byle tylko nie rozmyślać. Nie pamiętać. Byle mniej myśleć. Żyć tym, co na ekranie, co w gazecie, co na stronach książek. Wygłuszyć emocje. Zastąpić je czymś innym. Stworzyć hybrydę fikcji z samym sobą. Odrealnić się.

Przyglądam się sobie w lustrze pytając czy to wciąż jestem ja? Czy ten, kogo widzę nadal istnieje? Czy klasyczne filozoficzne twierdzenie – myślę, więc jestem – dotyczy też mnie? Czy może wyzerowałem licznik i teraz mniej jestem, bo dużo myślałem? Patrzę w brodatą twarz w lustrze i zastanawiam się, kogo mi przypomina. Jestem moim ojcem? Moim innym przodkiem? Jestem kolejny z pokolenia bez przyszłości? Z zagubionym celem? Nabieram pewności, że dobrze zrobiłem wytrwawszy w postanowieniu, że będę ostatni.  Może moje geny nie pasują do tego świata pospiechu, pazerności, pogoni za pieniądzem. Świata kłamstwa, głupoty, strachu o byt, kredytów, pożyczek, podatków, urzędników, polityków. Nie pasuje do niewolnictwa nowej ekonomii. Za mało jestem liberalny. Za mało uległy. Niedostosowany. Nierokujący. Nie wypłacalny. A społeczny. A polityczny.

Przesuwam dłonie po łysej skórze mojej czaszki. Wplatam palce w włosy brody. Oglądam z ciekawością naukowca moja twarz. Moją a przecież tak bardzo nie moją. Derealizacja. Nie mogę w to uwierzyć, że przecież jeszcze tak nie dawno w tym samym lustrze widziałem ogoloną buźkę faceta w białej koszuli pod krawatem, w ciemnym garniturze ze znaczkiem korporacji w klapie marynarki. To takie dalekie, że aż nierealne. Uciekłem od tego. Wydostałem się z labiryntu. Odszczurzyłem się. Ale teraz moja ucieczka okazała się daremna. Bo od wszechobecności władców systemu wyzysku można uciec tylko w głąb siebie. Uciec można tylko wewnętrznie. Machina państwa wygrywa. Choć jestem wolny, to tylko na tyle na ile mi ona pozwala. Męka mnie swoimi istnieniem. Przenika przez ściany mojego schronienia trując mnie ciągłym upominaniem się o daninę. Pisma urzędowe, rachunki, upomnienia. Nie ma ucieczki od wszechobecności ich uporządkowania. Pozostaje czekać. Trwać. Istnieć. Choćby jeszcze nawet minutę, choćby tylko godzinę, chwile… Walczyć tym moim istnieniem. Pozostawanie w miejscu to też forma ucieczki. Forma walki.  Bo dziś jest ważniejsze od jutra.

dziennik pesymistyczny

Słomiane lotnisko

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Czy chciałbym mieć lotnisko o dwa kilometry od domu? Tak, zdecydowanie tak. Czy chciałbym tam dojechać w kilka minut miejskim autobusem? Pewnie. No i teraz będę mieć port lotniczy tuż za rogiem. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że się tak stanie.  Ale czy to, że lotnisko zostanie wybudowane, a nawet oddane do użytku, automatycznie oznacza, że ja i wielu innych gdzieś polecą samolotem, jeśli tego zapragną? Coś mi się wydaje, że tak nie będzie.

Trochę historii. Dawno, dawno temu, w pewnym mieście, ówczesne władze powołały spółkę, którego zasadniczym przedmiotem działalności była realizacja robót budowlanych na rzecz miasta. I jakoś się kręciło, ludzie zarabiali. Głównie ci we władzach.  Kilka lat później spółka ta została przekształcona i próbowała szczęścia w branży medialnej przez ponad dziesięć lat… „stopniowo wygaszając swoją działalność”. Znów miała miejska firma prezesów, radę nadzorczą, pracowników, którzy zarabiali. Znów interes się kręcił. Dobrze opłacani fachowcy wygasili w końcu działalność spółki, ale przecież zawsze jest tylu znajomych i przyjaciół władzy, którzy chętnie zagospodarują niemałe, państwowe, unijne, czy też miejskie pieniądze. Kolejna ówczesna władza przypominała sobie o „uśpionej” miejskiej spółce i podjęła decyzję w sprawie kolejnego przekształcenia śpiocha. Postanowiono wybudować lotnisko. I tak je budują długie lata.

Dlaczego o tym pisze? Bo tak mi się wydaje, jestem o tym przekonany, że czasem buduje się w Polsce coś wielkiego przez długie lata, za wielkie pieniądze, z armią prezesów, doradców, strategów, rzeczników, kolegów, tylko dla zarabiania pieniędzy i dla pokazania wyborcom możliwości władzy, która nie tylko ma gigantyczne wizje, ale dodatkowe je realizuje. A że przy tym ktoś przez lata bardzo dużo zarobi? Cóż, wszystko kosztuje. A wielkie inwestycje kosztują najwięcej.

I tak mamy tu, w moim mieście lotnisko. To znaczy mamy mieć, już niedługo, bo termin oddania inwestycji znów się trochę opóźnił. Ale przecież będziemy mieć. – Powiedz mi, po co jest ten miś? – zapytał kiedyś klasyk swojego przyjaciela od interesów. Gdy ten nie wiedział, padła odpowiedź: – Otóż to! Nikt nie wie, po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Parafrazując dalszą wypowiedz filmowego bohatera pytam: -Wiecie, co robi to lotnisko? Ono odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest port lotniczy na skalę naszych możliwości. My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo. I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest lotnisko społeczne, w oparciu o sześć instytucji… Podobne? To lotnisko to taki miś i „nikt nie wie, po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta.”

W Hiszpanii, która często jest przyrównywana do Polski jest czterdzieści dziewięć lotnisk. Na kilku z nich nigdy nie wystartował, ani nie wylądował żaden samolot. Teraz, jak gdzieś przeczytałem, planowane jest zamknięcie prawie trzydziestu z nich. Czy tak będzie z lotniskiem w moim mieście? Nie wiem, ale jeśli nikt nie wspomina o rozmowach z jednym chociaż operatorem lotniczym, który byłby zainteresowany lotami z tego lotniska, to zaczynam się martwić. Bardzo zaczynam się martwić, czy nie wybudowaliśmy słomianego misia. Bo nie można przyjąć założenia, jako przemyślanej strategii, że jak już wybudujemy sobie port lotniczy to ktoś pewnie zechce na nim wylądować, i z niego wystartować. Że pewnie jakiś samolot zabierze stąd pasażerów do Londynu, Dublina czy Paryża. Że jakoś to będzie. Port lotniczy, według szacunków, żeby nie przynosić strat musi obsługiwać, co najmniej milion pasażerów rocznie, minimalnie około trzystu tysięcy. Jak bez umów z tanimi przewoźnikami lotniczymi będzie to możliwe? Jeśli lotnisko będzie przynosiło straty to, co się wtedy zrobi? Za przykładem Misia – protokół zniszczenia?

Czy naprawdę nie wygląda to na zarabianie przez lata na interesie, który miał znikome szanse powodzenia?  Ten, kto miał zarobić zarobił! –  Prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach – jak powiedział pewien prezes.

dziennik pesymistyczny

Przeczuwam inny świat

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

System to wszystko, co mnie otacza. Jest tak wielki, że aż nieodgadniony. Mam poczucie, czy bardziej przeczucie, że wszystko, co o nim powiem nie w pełni odda jego złożoność. On jest po prostu nie do opowiedzenia. To jego siła a moje (nas) zniewolenie.  Przez tą fragmentaryczność mojego poznania, przez to, że nie mogę w pełni pojąc zależności i układów. Przez to, że patrzę z zewnątrz na zamknięty, potężny gmach. Przez to, że ten system jest taki przedwieczny. Przez to właśnie nie mogę go w pełni zrozumieć. A jak w pełni nie pojmuje to trudno mi tłumaczyć moją niechęć do niego. Moja odraza jest taka bardziej „niewytłumaczalna”. Czasem próbuje zrozumieć, wyjaśnić, bo to moja obrona. Moje wyzwolenie. Pamiętam siebie, jako małego chłopca stojącego na przedszkolnym podwórku. Przez szpary w płocie oglądałem godzinami świat próbując go poukładać, dopasować, wpasować w niego siebie. Pamiętam tą niemoc. Pamiętam taką swoistą złość, że to, co widzę, to, co zmuszony jestem oglądać nie jest pełne. Jest tylko małym, przeznaczonym dla mnie fragmentem większej całości. To dla mnie jest system. To przekonanie, że siła masy, społeczeństwa, nakazów, zakazów, praw i obowiązków kształtuje we mnie, poczucie – nakaz pogodzenia się z tym małym fragmentem rzeczywistości. Wpasowanie się w ten fragmencik. Wtłoczenia się w niego i życia w nim i z nim.

Dopasuj się. Nic nie zmienisz. Świat już taki jest. Zawsze tak było i tak będzie. Słyszę to przez całe życie. Czym jestem starszy tym niej jest wokół mnie takich, którzy zadają pytanie: po co? Otaczają mnie ludzie dopasowani. Pogodzeni. Usystematyzowani. Do przedszkola! Po co? – pytam. Bo tak trzeba. Zabawa na rozkaz. Sen na rozkaz. Szkoła. Do szkoły! Lekcje. Mundurki. Zasady. Oceny. Rywalizacja. Praca. Do pracy! Rywalizacja. Rano. Wieczór. Praca. Kariera. Zarabianie. Wydawanie.  Bo tak trzeba. Bo świat taki jest. Bo nic się nie zmienia. Bo nic nie możesz zmienić. Poznałeś już swoje miejsce w szeregu? Dopasowałeś się. Nie wychylaj się. Nie wyróżniaj się. Szarość to bezpieczeństwo. Praca i kariera. Rutyna jest dobra. Staraj się. Niech Cię docenią. Zarabiaj. Nic za darmo.  Pieniądze. Wyznaczaj cel. Twoi rodzice też pracowali od świtu do zmierzchu. Do pracy garnitur. Praca, jakakolwiek praca. Bez pracy niema kołaczy. Bądź lepszy. Do szkoły! Na studia! Dyplom. Cenzurka. Ocena. Pierwszy w klasie. Najlepszy na roku. Doskonały pracownik. Jak niedziela to do kościoła? Na siódmą. Na ósmą. Na dziesiątą. Do pracy. Jestem tym, co mam, co posiadam. Do szkoły. Idę już spać, bo jutro do pracy.  Do kościoła. Kredyt na dom. Bo nie starcza, choć pracujesz. Na samochód. Na benzynę. Pieniądze.  Na telewizor. Bezrobocie, bo ktoś daje prace. Szukaj. Znajdź. Nic za darmo.  Nie zmienisz tego. Praca. Za tysiąc. Za tysiąc dwieście. Za sześćset. Miesięcznie. Tygodniowo. Raty. Opłaty. Pożyczanie i oddawanie.   Zawsze tak było i tak będzie.

Znów samotnie, przez szpary w płocie obserwuje rzeczywistość. Czym jest system? Tym właśnie jest system? Choć nadal to tylko zwykłe słowo. To rzeczywistością, która nas otacza. Można nazwać ją dowolnie. System równie dobrze może być nazwany… trąbką. Bo jak nazwać zniewolenie? Jak odczucie marazmów i przerażenia nazwać jednym słowem?

Przerasta mnie to. Przygniata mnie. Krępuje. To tysiącgębne: tak już jest, zawsze tak było, nic nie zmienisz. Zależność. Nakaz dopasowania. To pytanie: co zrobisz? I odpowiedz: przecież nic nie można z tym zrobić. Bo tak to już jest. Czy to system? Nie wiem. Ale wiem, że to nie jest dobre. I choć pewnie tego nie zmienię, to mam przeczucie. To przeczuwam inny świat. I to czasami mnie wyzwala. Pozwala mi oddychać. Budzić się, co rano. Warto, choć przez chwile być wolnym.

System (stgr. σύστημα systema – rzecz złożona) – obiekt fizyczny lub abstrakcyjny, w którym można wyodrębnić zespół lub zespoły elementów wzajemnie powiązanych w układy.

dziennik pesymistyczny

Mam już dość,czyli TV Reklama

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Bardzo lubię oglądać telewizję. Po prostu kocham się gapić na filmy czy seriale i słuchać gadania, nawet polityków. Jednak to właśnie telewizja postanowiła mnie do siebie zniechęcić. I w tej walce, ze mną – widzem, odnosi coraz większe sukcesy.

Niewątpliwie to nadal moje ulubione okienko na świat. Choć są inne jak internet, starodawna książka czy gazeta, to jednak telewizor jest dla mnie ważny. Wiem, że to niemodne, wsteczne i niepostępowe, ale mnie chyba nie warto już zmieniać.

Jednak telewizja postanowiła mnie do siebie zniechęcić i zamęczyć reklamami. Tak, tak, rozumiem, że „zarabianie…”, że „bez pieniędzy się nie da…” i tak dalej. Ale tego reklamowania telewizyjnego jest już tyle, że czasami mam wrażenie, że nie oglądam już konkretnej stacji, tylko jedną wielką TV Reklama. Wszechkanałową, dwudziestoczterogodzinną, totalną telewizję nadająca reklamy przerywane tylko innymi programami.

Zasiadam przed telewizorem w nadziei zapoznania się z tym, co nowego i ważnego wydarzyło się „w świecie i naszym powiecie”, a tu reklama za reklamą. Maszerują przed moimi oczami dezodoranty, staniki, wykałaczki, chińskie zupki, samochody, podpaski, sukienki, kredyty… i wreszcie mogę obejrzeć wiadomości. Ale przecież, jeszcze przed wiadomościami króciutko dowiem się, kto dostąpił zaszczytu sponsorowania tego, co z rosnącym zniecierpliwieniem chciałbym zobaczyć. I znów słyszę, że sponsorem audycji jest… i sponsoruje dla Państwa taka a taka, z takim a takim.

Uff, myślę w końcu się doczekałem, mogę wchłonąć, oglądać, zaznajamiać się i podziwiać. Ale przez chwilę, bo potem znów te same reklamy. Ten sam najlepszy samochód za najlepszy kredyt, szampon, pomadka, garnek, tampon i soczek dla dziecka, a za nim pieluchy i tablecik. Nie wytrzymuję i zmieniam stację, są tam reklamy to oczywiste, ale może zaraz się skończą – sam siebie mamię lichą nadzieją.

No i jest serial. Doczekałem się. Przebrnąłem przez reklamy. Oglądam, dzielny detektyw już ma wpaść na trop przestępcy… gdy nagle bez większej potrzeby, sensu czy zgodności z fabułą filmu, zaczyna się on zastanawiać, czy aby nie skorzystać z bardzo atrakcyjnej propozycji firmy ubezpieczeniowej wymienionej konkretnie z nazwy.

W pamięci mam jeszcze straszliwą zbrodnię, której sprawców miał ujawnić serialowy detektyw, a on tym czasem rozsiada się wygodnie w fotelu i zaczyna rozprawiać na temat zbawianego wpływu na młode organizmy soczków marki, której butelkę pcha mi bezczelnie przed oczy. I tak, co chwila – to zasiada w fotelach znanej marki i gaworzy o ich nadzwyczajnej miękkości, to znów jedzie samochodem tak bardzo popularnej marki, to znów robi zakupy, a operator kamery na dziesięć sekund zatrzymuje się na logo, abym przypadkiem nie przeoczył tak ważnego szczegółu.

Kiedyś nawet zastanawiałem się, czy soczek pomarańczowy z fikuśnie otwieranym kapselkiem ma tak wielkie znaczenie dla fabuły, dla śledztwa, że trzeba mu poświecić aż tyle uwagi, ale przestałem się dziwić, bo przecież „product placement” jest już polskich serialach niemal obowiązkowy.

Kto ma pilota, ten ma władzę, więc zmieniam kanał na inną stacje, a tam panienka rozmawia ze znanym projektantem o jego nowej kolekcji odzieży, którą ten przecież nie rozdaje bezdomnym, tylko sprzedaje za ciężkie pieniądze. Czyli reklama.

Po reklamowym wywiadzie czas na zwykły blok reklamowy. Po kilkunastu minutach jeszcze tylko informacja, że w audycji dojdzie do lokowania produktu i można w dwóch zdaniach zaprosić na prognozę pogody, przed która dowiem się, jakie firmy ją sponsorują. Po porcji wiadomości o deszczu lub słońcu dowiem się, że sukienkę pogodynce zafundowała bardzo znana marka, podobnie jak makijaż czy buty.

Po tym wszystkim można posłuchać kolejnej rozmowy, ze znanym producentem. Potem reklama i już serial z „product placement” przerywany klasycznymi spotami reklamowymi.

Dlaczego marudzę? Bo kiedyś naprawdę lubiłem reklamy w telewizji. Od czasu do czasu. Spokojne, nienachalne i nieprzytłaczające. Teraz jednak mam wrażenie, że ktoś mnie nabiera. Ktoś mnie oszukuje. Ktoś chce jak najwięcej zarobić. Jestem zapchany reklamami pod korek. Odczuwam przesyt. Tęsknię za serialami bez „product placement”, filmami nieprzerywanymi reklamami, rozmowami w studio, które nie są reklamami. Tęsknię za telewizją i mam serdecznie dość TV Reklama.