Tag Archives

212 Articles

dziennik pesymistyczny

Plany

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

 – Wierzymy w Twój plan – zapewniła mnie panienka z telewizyjnego okienka kojącym reklamowym głosem. Ucieszyłem się, bo to oznaczało, że gdzieś na tym w wielkim wrogim świecie istnieje ktoś, a może nawet grupa ludzi, która wierzy w mój plan. Nie zraziło mnie nawet to, że to wyznanie wiary było tylko reklamą firmy kredytowej.  Ważniejsze było to, że oni wierzyli w mój plan.

Nie przypominałem sobie abym od kilku latach robił jakieś plany. Nie planowałem ani dalekosiężnie, ani na krótka metę. Ot tak sobie żyłem i żyje z dnia na dzień życiem z mianem społecznego pasożyta. Co prawda, zawsze wiedziałam, bo mnie do tej roli państwo przygotowała od dziecka, że plan dla mnie jest taki żebym pracował, zarabiał i płacił podatki. Powinienem zaplanować potomstwo dla dobra przyszłości mojej ojczyzny im liczniejsze tym lepiej. Ogólnie planowana przyszłość aż do śmierci to najlepszy plan dla obywatela.

No niestety ja taki nie byłem. Trwało to wiele lat nim zrozumiałem, że nie chce i nie mogę być narzędziem. Dla mnie najlepszym wyjściem jest przestać żyć przyszłością, bo ona może się nawet nie wydarzyć. Dlatego tak miło mi dowiedzieć się, że ktoś pokłada wiarę w moje nieistniejące plany.

Nie mam planu na życie. Jestem przecież niepracujący w sensie takim, jakim postrzega to społeczeństwo. Nie płace podatków. Nie udzielam się. Nie uczestniczę. Czyli jestem nieprzystosowany społecznie. Nie planuje zakontraktowania dzieciaków po pięćset złotych za główkę. Nie planuje nowego wysokopłatnego stanowiska. Nie mam w planach kolejnego kredytu na dom, samochód, wakacje i ogródek z drzewkiem. No taki jestem codzienny  a nie planowy.

Po przebudzeniu, każdego wyrwanego rzeczywistości dnia istnieje sobie do zaśnięcia. Nie potrafię nadal racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego takie życie bez planów jest lepsze, ale tak wewnątrz siebie, tak podskórnie czuje, że postępuje właściwie. Niestety wyczerpałem wszelkie możliwości i nie mogę już więcej uciekać przed karą za społeczne nieposłuszeństwo . Czuje że już niedługo zostanę ukarany za to moje nieplanowanie.

I choć zawęziłem swoje postrzeganie przyszłości do kilkunastu następnych godzin to względem mnie inny zdecydowanie mają swoje długoterminowe plany. Ja tylko nie chciałem być narzędziem. Dlatego stałem się społecznie nieużyteczny. Niepasujący do państwowości. Nie postępowy i nierokujący. Taki nieplanowy. Zupełnie przypadkowy.

dziennik pesymistyczny

Myśli niespokojne

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

1

Pływam w beznadziejności własnej egzystencji. W chaosie codzienności.  W ustawicznym stylu dowolnym zamiatam bezradnie łapkami w zimnej, mokrej, lepkiej rzeczywistości kolejnych dni, tygodni, miesięcy, lat. Staram się utrzymać na powierzchni. Przeżyć, nie utonąć. Być. Istnieć. A może zaistnieć? Nie, to już zabawa nie dla mnie. Jeszcze walczę. Jeszcze się staram. Ale coraz bardziej mam dość ciągłej walki o byt, o istnienie, o przetrwanie. Nienawidzę tego długiego marszu przez instytucje i urzędy. Tej biurokratycznej miernoty i ich ciągłego coś ode mnie chciejstwa. A może przestać wierzgać i spokojnie pójść na dno? Tak dla świętego spokoju. Ku zadowoleniu instytucji strzegących ładu społecznego.

2

Znudzenie. Dojmująca pustka. Samotność. Idę sam już nie wiedząc, dokąd i po co. Byle iść. Każdy krok to sekunda, więc idę wolno. Aby skrócić czas oczekiwania. Tak żeby nie dojść za szybko. Aby jeszcze przez chwile nie wrócić. Bo choć nadal tam mieszkam, to tak jakby mnie już tam nie było. Wszystko jest jednodniowe. Jednorazowe. Doczesne. Z krótkim terminem spożycia. Szybko psujące. Tymczasowe. Na chwile.

3

A jeżeli mnie już nie ma? Co wtedy? Może mnie się tylko to wszystko wydaje rzeczywistością? Może to tylko wytwór mojej wyobraźni?  Może wszystko co czuje, widzę i doświadczam sam sobie wywołuję? Może to ja jestem wielkim kreatorem otaczającego mnie świata. Bo przecież wszystko postrzegam przez siebie, to dlaczego nie mogę być centralną postacią? Może to ja tu zapalam i gaszę światło? To tylko od mojej woli zależy egzystencja wszystkiego co mnie dotyczy?

4

Czasem wydaje mi się, że mnie już tutaj nie ma. Choć oddycham, jem, chodzę, siedzę, czytam, pisze, oglądam czy śpię, choć to wszystko jest – to prawdziwego mnie w tym wszystkim już dawno nie ma. Snuje się ulicami bez większego celu. Idę wolno, bo nie mam do czego i dokąd się spieszyć. Wszystko wokół mnie gna na złamanie karku, a ja wolno, spokojnie w całkiem moim prywatnym tępię. Bo mnie z światem pośpiechu już nic nie łączy, bo mnie tu już nie ma. Lubię się tak zanurzać w ten ludzki nurt zabiegania. Lubię jak opływa mnie ludzki pośpiech. I choć wydaje mi się to tak idiotyczne, tak prymitywne to jednak nadal mnie to bawi na swój pokręcony sposób. Sprzedawcy w sklepach, ludzie na ulicach, w kawiarniach, w biurach, w autobusach, w parkach. Zanurzam się co dnia po kilka godzin w tym egzystencjonalnym pośpiechu. Czasem nawet wydaje mi się, że chcę czegoś chcieć, ale już po chwili wszystko na nowo staje się mi obojętne.

5

– Jesteś kapitanem swojego okrętu – słyszę często. No proszę i oto jestem. Tak jak wszyscy chcieliście. Dopasowałem się. Stoję dumnie w drewnianej bali pod narodową flagą dumnie powiewającą na maszcie.  Macham zawzięcie jednym wiosłem starając się wypłynąć na szersze wody życiowego sukcesu. Staram się nawet czasem zapomnieć, że nigdy nie trzeba zgadzać się z tłumem, nawet jeśli ma rację. Robię co w mojej mocy. Tak to ja, naprawdę staram się wpasować w społeczeństwo. Ale z jakiś powodów nie mogę tego zrobić. Tak było zawsze. Ja po prostu tu nie pasuje.

dziennik pesymistyczny

Nasi okupanci

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Od wczesnego lat młodzieńczych, od dzieciństwa prawie, miałem taką wdrukowaną w podświadomość niechęć do wszelkiej władzy. A już szczególną – miałem i mam – fobie na punkcie tych co mnie pouczają. Nie lubię, no wprost mnie trzęsie, jak ktoś mnie szkoli jak mam żyć narzucając mi swoje zasady moralne. Ale oczywiście ironia jest podstawą mojej egzystencji na tym łez padole. Zrządzeniem losu lub za sprawą siły wyższej urodziłem się, wychowałem i żyje w miejscu gdzie prawie każdy każdego poucza jak ma żyć. Do mistrzostwa w nauczaniu i nawracaniu na siłę doszli w kraju nadwiślańskim ludzie, którzy sami siebie zwą katolikami. Oni nie ograniczają się do życia według zasad własnej religii, oni muszą pouczać innych bo… bo inaczej się uduszą.

– Nie damy nigdy przyzwolenia na promowanie tak zwanych związków partnerskich. Nie godzimy się na stosowanie niemoralnej metody poczęcia dziecka, zwanej metodą in vitro – powiedział nie tak dawno pewien dziadyga. Cóż – pomyślałem – niech sobie chłopina żyje jak chce. Co prawda nie zauważyłem, żeby żył w związku rodzinnym jak sam nakazuje i naucza, tak po bożemu, z kobietą i z nią dorobił się gromadki dzieci, ale co tam, niech dziadkowi będzie. On nigdy nie da pozwolenia na związki partnerskie, choć sam od lat żyje wśród mężczyzn i nie wiadomo tak do końca jakie oni tam mają ze sobą związki, ale to jego sprawa nie moja. Pewnie nie partnerskie, tylko takie bardziej feudalne te ich związki, ale jak kto woli, niech sobie żyje jak chce. Ale okazuje się, że pan w śmiesznej czapce to mnie nie da pozwolenia, żeby sobie żył w konkubinacie. Co do siebie to on tam nie będzie stosował swoich zasad. On mnie chroni przed grzechem.

Starowinka, choć nie wiem czy kiedykolwiek ciurlał – jak mawiał pewien Szyszkownik – i pewnie (ale kto to może tak naprawdę wiedzieć) nie dorobił się potomka w zbożny sposób teraz postanowił umoralnić innych. Wpadł na pomysł żeby wyznać, że nie godzić się na „stosowanie niemoralnej metody poczęcia dziecka, zwanej metodą in vitro”. No i co? No i nic w zasadzie, bo przecież nikt staruszkowi nie każe od razu stosować takiej metody rozmnażania się. Niech sobie tam po staremu robi, co tam robi lub nie robi. Przecież go nikt siłą nie zmusza do metody in vitro. Ale po co się na siłę zabiera za nawracania tych, co dalecy są od jego poczucia moralności?

Takie słowa katolickich udzielnych władców tak naprawdę nie powinny mnie nic obchodzić. Przecież staruszek coś tam powiedział to swoich poddanych w wierze, oni do słów kapłana się zastosowali i od tego dnia nie dają przyzwolenia na związki partnerskie i nie korzystają z poczęcia dziecka metodą in vitro. Chcą tak żyć, wybrali taka drogę, proszę bardzo, niech sobie żyją jak chcą. I po sprawie. Ale nie, nie w Polsce, nie katolicy, oni nie odgraniczają się do stosowania zasad własnej wiary do samych siebie. Oni muszą pouczać innych. Na siłę wpajać, pouczać, zakazywać, nakazywać i karać. Bo przecież świat by przestał istnieć gdyby ktoś żył inaczej niż oni. Jak psy ogrodnika – same nie zeżrą, a innym nie dadzą.

Coraz więcej jest wokół mnie osób, które za wszelką cenę i na wszelkie sposoby pragną mnie uszczęśliwić na siłę. Fundamentaliści katoliccy dyktują mi, co jest sztuką a co nią nie jest. Mówią mi z kim mam wziąć ślub, w jaki sposób i gdzie to zrobić. Staruszkowie i mężczyźni, którzy nigdy nie mieli swoich dzieci pouczają mnie jak mam się ich dorobić. To jakiś obłęd. Czy ja im mówię, co mają czynić? Nie! To dlaczego mnie jakiś dziadek poucza. Po co rzymscy katolicy narzucają mi swój zabobonny ogląd świata. Oni wiedzą lepiej ode mnie, co mam oglądać, co czytać, czego słuchać? W myśl własnych przekonań zmieniają moje życie. Nakazują mi, co mam jeść i kiedy mam czegoś nie jeść, kiedy mam robić zakupy a kiedy mam tego nie robić. Postępują w myśl zasady – parafrazując słowa Szyszkownika Kilkujadka – my was będziemy tak długo kochać, aż wy nas wreszcie pokochacie.

– Gdziekolwiek wyłoni się paląca kwestia, w której ludzie głowią się i radzą, co czynić, aby na świecie było trochę lżej i trochę jaśniej, natychmiast wysuwa się złowroga czarna ręka i rozlega się grzmiący głos: „Nie pozwalamy! Nie wolno wam nic zmienić, nic poprawić. Wszystko musi zostać po dawnemu; niczego tknąć nie pozwolimy z gmachu ciemnoty i ucisku. Ktokolwiek chciałby ulżyć doli człowieka na ziemi, sprzeciwia się prawu Boga, sprzeciwia się woli bożej”- pisał w latach trzydziestych ubiegłego wieku Tadeusz Boy-Żeleński w książce „Nasi okupanci”. No i nic się nie zmieniło.

dziennik pesymistyczny

Przy obiedzie za miliony cierpię katusze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Trzeba coś zrobić! Do cholery! Przecież tak być nie może! Nie można być biernym! Trzeba coś zrobić! Trzeba ratować człowieka! Nie można pozwolić żeby znów tak cierpiał! Co prawda mam w głębokim poważaniu cały ten cyrk nazywany wyborami parlamentarnymi, ale tym razem może jednak zagłosuje przeciw, tak z czystej empatii. Niech się chłopina nie męczy dla narodu. Po co człowieka męczyć?

– Nie lubię mówić o takich rzeczach, ale kiedy byłem premierem, jadłem wyjątkowo wręcz ohydne (…) obiady w kancelarii premiera. Chociaż twarz mi wykręcało, to jadłem – wyznał na konferencji prasowej w Sejmie były premier Jarosław K.

– Koniaków żeśmy wypili przez ten cały czas może, z moim udziałem, jedną butelkę. Czasem wicepremierów zapraszałem, bo musiałem ich do czegoś przekonać. To jest wszystko. Cygar w ogóle nie palę – kontynuował swe wyznania doktor, prezes Prawych i Sprawiedliwych.

Ratujmy chłopa! Przecież on gotów dla nas, dla narodu poświecić się i znów zostać premierem, który znów będzie musiał jadać „wyjątkowo wręcz ohydne”. Przecież nie można na to pozwolić. Są pewne granice. Jak ja mógłbym spać spokojnie wiedząc o tym, że gdzieś tam w stołówce kancelarii premiera Jarosław K. zjada z obrzydzeniem obiad aż twarz mu wykręca z cierpienia.

 – Za miliony kocham i cierpię katusze – pisał poeta. Ja wiem, że on jest gotów do poświeceń. Ale przecież nie można pozwolić na to żeby ten wybitny syn wielkiego narodu, polski polityk, doktor nauk prawnych, działacz opozycji demokratycznej w okresie PRL, twórca i prezes partii politycznych Porozumienie Centrum oraz Prawo i Sprawiedliwość, senator I kadencji, poseł na Sejm I, III, IV, V, VI i VII kadencji, były prezes Rady Ministrów, były kandydat na urząd Prezydenta RP tak cierpiał za miliony. W przenośni i dosłownie, żeby cierpiał za miliony. Bo to ani się chudzina koniaczku nie napije, ani cygarka nie zapali, a obiadki musi jeść ohydne. No jak tak można człowieka skazywać na takie cierpienie? Przecież to nieludzkie.

Dlatego apeluje do Was Polacy! Narodzie! Trzeba nam czynić co w naszej mocy, aby zapobiec nieszczęściu które może spaść na tego starszego, schorowanego jegomościa. Nie można przecież pozwolić, aby ten zasłużony mąż stanu znów się tak dla nas poświęcał. Ja wiem, że on tak z czystości serca wziąłby na siebie ten krzyż, ale przecież My naród chrześcijański nie może na to pozwolić.  On pewnie tak nas, dla narodu, tak kocha, że gotów za nas cierpieć katusze. Ale wykażmy się miłosierdziem. Polacy, nie pozwólmy aby ten starszy pan tak się dla nas męczył. Niech on znów nie musi jeść „wyjątkowo wręcz ohydne (…)  obiady w kancelarii premiera”. Niech mu ponownie twarzy nie wykręca z obrzydzenia podczas konsumpcji. Są przecież jakieś granice poświecenia.

dziennik pesymistyczny

Weź się w garść

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

– Musisz się zebrać w sobie. Prawdziwy mężczyzna musi być silny. Nie trzeba się mazać, tylko sprężyć, zebrać w sobie i ruszać się do roboty. Bo nic nie jest za darmo! Musisz porzucić smutne myśli. Więcej optymizmu! Musisz myśleć bardziej pozytywnie! – słucham tej motywacyjnej wyliczanki, no bo tak mam, że jak ktoś do mnie dzwoni to z grzeczności odbiegam telefon.

Obudziłem się o trzeciej trzydzieści jeden rano, więc zwyczajowo miałem niechciany czas na przemyślenia. Ta sama godzina od wielu miesięcy z dokładnością, co do dziesięciu minut. Nie mogę spać, więc mój mózg mimo mojej niechęci co do tej jego czynności i tak analizuje moje życie. Nie powiem, nawet nieźle się czułem. Nie żebym tam znów tryskał radością, bo takiego uczucia nie pamiętam od lat. Po prostu, zwyczajnie prawie nic nie czułem. Byłem pusty. Byłem wyjałowiony. Czyli jak na mnie czułem się dobrze. Byłem trochę ociężały. Chciało mi się pić, dlatego wstałem z łóżka. Znalazłem powód, bo przecież chęci do tego heroicznego czynu nie miałem. Czułem jeszcze pewne odrętwienie, lecz nie był to kac. Wstałem. Czułem w całym ciele mrowienie. Wiedziałem, że to zupełnie normalne. Zawsze tak jest przed tym jak odliczę kolejny dzień wyciskają tabletki z opakowań. Łazienka. Okno. Kuchnia. Okno. Telewizor. Okno. Łazienka. Łóżko. Poleżę. Posiedzę. Powtarzam.  Dzwoni telefon.

– Jakbyś się trochę ruszył z domu to od razu by Ci przeszło. Poszukaj czegoś, jakiegoś zajęcie, nie trzeba się tak kurwa zadręczać. Postaw się, do chuja, w końcu do pionu. Jakbyś wyszedł do ludzi, to by Ci, kurwa, od razu przeszło – to kolejny telefon od kolejnego światłego kolegi. Słucham, bo z natury nie odmawiam nikomu prawa do własnego zdania.

Dawno już przestałem wychodzić z domu bez bardzo, ale to bardzo wyraźnego powodu. Jak już wychodzę to staram się spotykać jak najmniej ludzi. Lubię puste sklepy. Miejsca gdzie jestem sam, lub prawie sam. Nienawidzę tłumu. Ograniczam kontakt z drugim człowiekiem do minimum. Nie cierpię spotykać się z ludźmi. Mam kilku akceptowanych przyjaciół i kolegów, reszta świata mogłaby dla mnie nie istnieć. Zamykałem się w sobie. Zakupy, potem szybko do domu. Jak najszybciej do bezpiecznych czterech ścian. Aby ich nie widzieć. Nie czuć ich w przenośni i dosłownie.

– Słuchaj widziałem ogłoszenie o pracy. No, nie możesz przecież tak cały dzień w domu. Musisz iść do ludzi… Trzeba się wziąć w garść, nie załamywać, tylko to w sobie przezwyciężyć. Tak, praca wśród ludzi to by Cię od razu odmieniła, dałaby Ci siłę do życia – słucham i słucham, a głos w słuchawce mówi i mówi…

Dom. Tu jedynie czuje się dobrze. Czytam książki, oglądam filmy, patrzę w telewizor. Nic szczególnego. Bezpieczna monotonia kolejnego dnia, który udało się wyrwać przeznaczeniu. Tylko ten siedzący we mnie smutek. To wieczne przygnębienie. Nic mnie już nie cieszy. Nic nie sprawia radości. Wszystko wokół mnie tak jakby działało na zwolnionych obrotach. Czas wlecze się niemiłosiernie a ja z nim. Czekam. Czytam gazetę i już po chwili nie czytam tylko myślę. Odpływam w abstrakcyjne rozmyślanie.  To “życie jest główną przyczyną depresji”.

– Na co ty narzekasz, masz dwie ręce, dwie nogi… inni to dopiero mają. A Ty? Zdrowy chłop… no przestań się nad sobą użalać, weź się wreszcie za siebie, zrób coś ze swoim życiem, jak się postarasz to dasz radę, tylko musisz tego chcieć – telefon zadzwonił po raz kolejny, potem jeszcze raz.  – Dzień dobry! A jak u Ciebie? Tak samo? No, bo Ty nie umiesz sobie wytłumaczyć… no nie można tak żyć.  No, weź się w końcu w garść, zadbaj o siebie i o swoje życie.  Postaraj się skupić na tym, co dla ciebie najlepsze. Działaj, nie siedź tak… zrób coś – znów podniosłem na moje nieszczęście słuchawkę i odebrałem telefon. Teraz słucham dobrych rad. – Taaaa – powiedział skrzeczący głos. – Życzę Ci wszystkiego najlepszego. Pamiętaj: trzymaj się i nie daj się! Bądź silny! Do widzenia. – Do widzenia – powiedziałem na zakończenie i odłożyłem telefon.

Nim zdążyłem odetchnąć po kolejnej porcji dobrych rad, już rozmyślania przerwał mi ostry, natrętny dzwonek telefonu. Podszedłem, podniosłem aparat i powiedział nieswoim głosem: – Słucham. – Jak się masz? Dzień dobry! Wszystko u ciebie dobrze? – usłyszałem kolejnego radosnego. – W jak najlepszym porządku – odpowiedziałem szybko. – Ejże, coś kręcisz – powiedział z niedowierzaniem głos w słuchawce. – Jak się czujesz? No wiem, że nie najlepiej. Ale musisz być silny. A jak tam z pracą?  – Świetnie – wyrwało mi się nim pomyślałem, co mówię. – Dobra, dobra… mnie nie oszukasz, pamiętaj weź się za siebie.  A swoją drogą to ta twoja ma z tobą krzyż pański.

Nie zdążyłem nawet wyjść z pokoju, gdy telefon zadzwonił po raz kolejny. Wróciłem i podniosłem słuchawkę. Nie zdążyłem nawet powiedzieć słowa, bo głos człowieka z drugiej strony był znacznie szybszy.  – To ty? Co tam u ciebie? – W porządku – odpowiedziałem beznamiętnie. – Tak wiem, wcale nie w porządku, tak tylko mówisz, ja wiem, wiem, wiem… – terkotał głos w słuchawce. – No, kochany nie możesz się tak zamykać, co to za pesymizm? Wmawiasz sobie, że jesteś chory. Wyjdź z domu, zrób coś… nie można mieć takich czarnych myśli. Pamiętaj, że masz przyjaciół. Powodzenia, słyszysz? – mówił głos w telefonie. Tak, słyszałem. Słyszałem to już tyle razy, że nawet gdybym nie słuchał to i tak wiedziałbym, co mówią. Kolejny dzień upływa w przyjaznej atmosferze wzajemnego zrozumienia.

dziennik pesymistyczny

Czy panowie muszą tak napierdalać?!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

O rany, jak ja nienawidzę traktorzystów którzy każdej nocy zjawiają się pod moimi oknami. Naprawdę szczerze i ze stosowną do okoliczności żarliwością nienawidzę tych kierowników traktorów.  Mam bardzo krwawe myśli z nimi związane. Pragnę zemsty.  Każdej nocy planuje, co też ja im zrobię jak tylko przezwyciężę w sobie wrodzoną niechęć do przemocy. Kiedyś nie wytrzymam i wstanę z łózka, ubiorę się, wyjdę z domu…  i raz na zawsze uciszę tych moich dręczycieli!

 Ja wiem, że gość – jeden z drugim – nie śpi w nocy, że ciężko pracują nad tym, aby ulice miasta były czyste i pozamiatane. Ja wiem nawet, że noc jest do takiej pracy najbardziej odpowiednia. Ale na Boga żywego! Czy oni nie mają litości? Czy oni nie mają wyobraźni? Czy te ich piekielne machiny muszą tak każdej nocy napierdalać?  Czy te ich traktory muszą tak hałasować noc w noc?

Doszło do tego, że czekam na ten nocny traktor jak na wykonanie wyroku, bo ja wiem że on już tam gdzieś zapadł. Ja wiem, że ten traktor krąży po ulicach i z pewnością przybędzie pod moje okna, aby mnie obudzić. Aby mnie dręczyć i wkurwiać. Czy oni naprawdę muszą tak napierdalać od bladego świtu?! Co oni sobie myślą? Że jeśli nie podbijam karty na zakładzie usług komunalnych o trzeciej rano, to już w ich robolskim mniemaniu muszę być nierobem?! To już można mnie budzić każdej nocy?! Trzeba mi jebać po uszach co godzinę przez całą noc aż do świtu!? – parafrazując klasyka.

Każdej nocy od kilku miesięcy, co godzinę licząc od północy, zjawia się pod moim oknem traktor ciągnący za sobą maszynę do czyszczenia ulic. Jakiś urzędnik idiota, lub jakiś inny kretyn bez krzty wyobraźni postanowił, że ustawi kontener na śmieci dokładnie naprzeciwko moich okien. Tak centralnie, na trawniku.  Każdej nocy, co godzinne, z piekielną regularnością przybywa ten traktor ciągnąc za sobą hałasująca maszynerie i dokonuje zrzutu urobku do tegoż  kontenera. Na początku słychać tylko popierdywanie traktorka, potem gdy już traktorzysta ustawi swój pojazd przy śmietniku podkręca obroty silnika… no i machineria pozbywa się ze stosownym do czynności hukiem wszystkiego co zebrała z miejskich ulic. Ale na tym nie koniec. Nie jest mi dane zasnąć. Jeśli tylko coś zostanie w trzewiach maszyny to sumienny traktorzysta bierze do ręki lagę i okłada stalowy zbiornik tak żeby pozbyć się do końca wszystkich nieczystości. Dźwięk uderzeń pałki o blachę niesie się przepięknie poprzez okoliczne uśpione ulice. Ale traktorzyście to nie przeszkadza. Po opróżnieniu ustrojstwa z urobku pan kierowca rozpoczyna relaks. Nie, nie wyłączy silnika. A co tam, niech hałasuje. Jemu nie przeszkadza. On jest w pracy. Silnik sobie hałasuje na wolnych obrotach dzwoniąc każdą luźną częścią a pan kierowca tak z godzinkę sobie odpoczywa. Przecież jak on nie śpi, to inni też nie powinni.  On jest w robocie, to wszyscy muszą o tym wiedzieć.  Jemu tu kazali przyjechać i tu zrzucać. No to robi co kazali.  Nie pomyśli bidulek, że kogoś budzi co noc. A może on już nie słyszy? Przecież jak ktoś siedzi w tym dzwoniącym każdą częścią traktorku to faktycznie może przytępić sobie zmysły. Jemu hałas nie przeszkadza, bo on go po prostu nie słyszy. To faktycznie wiele by tłumaczyło.

Boże, dlaczego umieściłeś mnie wśród idiotów. Dlaczego mnie tak doświadczasz? Jeden kretyn wydaje pozwolenia na postawienie kontenera na śmieci przy osiedlowej drodze. Inny kretyn nie pomyśli, że ten traktor i ta maszyna przeraźliwie hałasują każdej nocy. Nie przyjdzie do głowy ciężkim idiotom, że robiąc to co robią w tym miejscu mogą kogoś pozbawiać snu. No i jeszcze ten traktorzysta. Dobrze, niech już nawet rozładowuje tą swoją machinę w nocy jak nie ma innej możliwości. Niech nawet wali w nią pała jak w pustą beczkę. Ale do ciężkiej cholery, dlaczego sterczy tu z tym traktorem od godziny i nie wyłączy w nim silnika?! Nie, no naprawdę…  nie mogę pojąc ludzkiej głupoty.

dziennik pesymistyczny

25 czerwca (dawniej 1 maja)

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W jego domu przez lata była przechowywana z czcią należną relikwiom dawno już niemodna nadpalona marynarka. Typowa dla męskiej mody w peerelowskich latach siedemdziesiątych. Szerokie klapy, naszywane kieszenie a wszystko to z taniego materiału w zielono niebieską kratę. Zawsze, gdy otwierał pudło z tą odzieżową świętością, ogarniał go ten sam przerażający specyficzny zapach spalenizny. Dotykał z zaciekawienie oraz ciągłym niedowierzaniem naznaczonych ogniem dziur w ojcowskiej marynarce. Po raz kolejny brał w dłonie strzępy nadpalonego materiału. Przypatrywał się plamom sadzy, tynku, ceglanego pyły, błota oraz zakrzepłej krwi.  Chciał zapamiętać… i pamiętał.

W jego rodzinnym domu zawsze było pełno książek. Były wszędzie. Stały na regałach i na podłodze. W biblioteczce i popakowane w pudła. Na szafie, na biurku i pod biurkiem.  Od dzieciństwa był namawiany do czytania, więc całą domową bibliotekę znał na pamięć. Na jednej z półek, wśród kilkuset stojących tam książek, było kilkanaście tomów zupełnie różniących się od pozostałych. One właśnie najbardziej go interesowały ze względu na swą odmienność. Odróżniały się od całego księgozbioru zapachem i wyglądem. Były to książki na wpół spalone. Z nadpalonymi okładkami. Ze zniszczonymi przez ogień brzegami i rogami. Stały tam, bo książek nie można wyrzucać. Dobrze pamiętał zapach spalonego papieru. Dotykał nadwątlonych gorącem stron. Ostrożnie przekładał rozpadające się pożółkłe kartki. Czytał to, co nie strawił ogień. Te książki były dla niego bardzo ważne. Nie ze względu na treść, którą zawierały, ale też, dlatego, że ktoś mu nieznany chciał te książki spalić. Nie mógł zrozumieć jak można palić książki. Nie rozumiał, czym wtedy był rozwścieczony, otępiały chwilowym zwycięstwem nad tyranami, żądny zemsty tłum.

Pamiętał jednak opowieść dorosłych. Był jeszcze dzieckiem, gdy pierwszy raz usłyszał o budynku w płomieniach. Ukryty za drzwiami swojego pokoju wsłuchiwał się w opowieści o tłumie, który z wściekłości na rządzących podpalał samochody, autobusy i biurowce. Niszczył i okradał sklepy. Słyszał o wściekłym tłumie żądnym krwi ciemiężycieli.  O ludziach upojonym słuszną chęcią zemsty. Słyszał jak dorośli szeptem opowiadali o płonącym budynku. Od dzieciństwa dobrze wiedział, że gdy tłum demolował biurowiec, nie było w nim już ludzi władzy. Możni tamtych czasów już dawno opuścili gmach.

Zostali tam tylko robotnicy i zwyczajni urzędnicy. Ludzie tam pracujący, dalecy od polityki. Ich nikt nie ewakuował, bo nikomu na nich nie zależało.  Byli tam już przeważnie tylko ci, którzy zatrudnili się tam nie dla stanowisk, ale dla lepszego życia. Ale tłum nie wiedział lub nie chciał tego wiedzieć. Chciał odwetu. Chciał słusznej zemsty. Chciał palić, niszczyć i rabować.  Kamienie i butelki z benzyną. Płomienie. Demolka. Ogień na korytarzach i w gabinetach. Chaos. Meble wyrzucane przez okna na ulice. Portrety wodzów w ogień. Książki, papiery, dokumenty, biurka, ławki, krzesła, fotele – wszystko w ogień. Dywany na trawnikach, a na nich mściciele robotniczej rewolty. Wokół ich zamykał się pierścień zwartych oddziałów. A na podwórku biurowca trwała zabawa harcowników rewolucji

Z tamtej oficyny gdzie pracował nie było przejścia do głównego holu. Trzeba było wyjść na podwórze.  Należało zejść po kilku schodach. Przejść przez dziedziniec. Było zaledwie kilkanaście metrów do następnych schodów. Potem już tylko w górę do następnych drzwi i było się w głównym holu biurowca. Zwyczajnego dnia tak blisko, a teraz, w tym piekle, tak daleko. Budynek stał przecież w płomieniach. Dym nie dawał oddychać. Była już tylko jedna nadzieja. Jedna droga do życia. Trzeba było wyjść na zewnątrz a na dziedzińcu stał wrogi tłum. Nie było czasu na tłumaczenie, kim się jest. Zresztą i tak nikt by go nie słuchał. Hordy mścicieli wylegiwały się na dywanach wyniesionych z gabinetów władców, ale nadal chciał zemsty. Tłum chciały odwetu za lata nędzy. Tu płomienie, a tam oszalały tłum. Nie było wyboru. Chciało się żyć.

W płonącej marynarce, z tlącymi się włosami, biegł te kilkadziesiąt metrów po życie. Kohorty mścicieli wyły. Słyszał świst kamieni. Butelki rozbijały się o bruk pod jego nogami. Gonili go z pałkami w dłoniach. – Mamy cię skurwysynu! Już nie żyjesz!– słyszał ryk oszalałego tłumu. Jeszcze kilka metrów. Parę schodów. Ale czy zauważą? Czy otworzą bronione przed tłumem drzwi? Zobaczyli. Ktoś otworzył. Jeszcze metr. Nawet nie poczuł uderzenia kamieniem w głowę. Wpadł w otwarte drzwi. Zamknęły się za nim. Już bezpieczny usłyszał jeszcze głuchy łoskot uderzeń kamieni.  Ktoś zdusił na nim płomienie. Udało się. Żył.

Historia to nie fakty, to tylko wersja zwycięzców.  Teraz jest tylko jedna wersja wydarzeń. Wielu dla świętego spokoju woli nie pamiętać, że było rożnie. Historia nigdy nie jest czarno – biała. Przeważnie jest szara. Jeśli się było tylko trybikiem w maszynerii historii, to twoja relacja z tych wydarzeń nie jest ważna. Liczy się szerszy kontekst. Liczy się słuszny protest robotniczy. Nikt nie chce pamiętać przypadkowych ofiar. Ważna jest oficjalna wersja. Ważne jest, że „tu się zaczęło”. Jest jedna prawda historyczna. Polityka historyczna państwa. Ważna jest sława bohaterów. Ważne są pomniki.

Problem jednak w tym, że on na swoje nieszczęście nadal pamięta tamtą nadpaloną marynarkę. Pamięta spalone książki. Chyba jest jednym z ostatnich, który chce tak to pamiętać. Historie napisano już, bowiem na nowo. Teraz fakty są zupełne inne.  Równiejsze. Jednokolorowe. Ładniejsze. Pomnikowa. Bohaterskie.

dziennik pesymistyczny

Musisz być kimś?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Atrakcyjna praca, rodzina, zajebisty płaski telewizor, pralka, samochód, kino domowe, zagraniczne wakacje, otwieracz do puszek, dobre zdrowie i dietetyczne żarcie, ładne mieszkania, ubezpieczenie, kredyt, dom, sportowy ubiór, przyzwoite  garnitury, teleturnieje, niezdrowe żarcie, dzieci, spacery, etat, dwa etaty, karta kredytowa, golf, harley po czterdziestce, czysty wóz, pełna szafa ubrań. Święta z rodziną, fundusz emerytalny, prywatne ubezpieczenie zdrowotne, niski cholesterol, opiekę dentystyczną, zwolnienie podatkowe, w niedziele do kościoła, w każdy poniedziałek do pracy. Do emerytury spłacać kredyt na mieszkanie. Wybrać karierę. Wybrać rodzinę.

Musisz być najlepszy, najdoskonalszym pracownikiem, doskonałym przedsiębiorcą, biznesmenem. Zarabiać. Mieć . Posiadać. Pokazać się. Zaharować się, aby mieć dla siebie, dla dzieci. Dla kilkorga dzieci, bo tak kościół naucza. A przecież religijność jest teraz w modzie. Jest bardzo trendy. Być zdeklarowanym katolikiem. Działać w partii. Może dostrzegą. Może wybiorą. Ulokować się wysoko w strukturach władzy. Elitarne wyznaniowe szkoły. Z poczuciem wyższości i pogardą odróżnić się od bezideowej, ateistycznej hołoty.  Być konserwatystką. Być narodowcem.

Być prawicowcem. I pracować. Pracować. Ale nie tak osiem godzin i do domu. Przynajmniej ze dwanaście. Dla dzieci. Dla przyszłych pokoleń. Zarobić na wakacje.  Na święta. Bo trzeba mieć pieniądze na długi weekend. Po dwunastu godzinach w biurze czas do domu. Ale trzeba zabrać pracę do domu. Siedzimy do późna w nocy. Trzeba być operatywnym, dyspozycyjnym. Trzeba zadowolić właściciela. Niedospany, ale pracowity. Jeśli nie zrobiłem wszystkiego przez pięć dni, to nadgonię przez weekend. Dam rade.

Nowe meble do nowego mieszkania, nowy samochody na dogodne raty. Dwadzieścia pięć lat wolności. Dziecko w katolickiej szkole. Trzeba zapłacić czesne. Studia za granicą. Niech ma dziecko szanse. Za młodu przecież uczęszczał na angielski i niemiecki, grał na fortepianie, uprawiał karate, śpiewał w chórze. Szkoda by to się zmarnowało.  Może będzie lepiej zarabiał? Najlepsza, bo najdroższa uczelnia. Na to wszystko trzeba zarobić. Trzeba dogonić zachód. Być Europejczykiem. Klękajcie narody, Polacy to najdłużej pracująca nacja w Europie. To dopiero sukces.  Radujmy się mamy to samo co na Zachodzie depresje, psychozę, samobójstwa oraz brutalny rynek pracy. Czy wybrać takie życie? Wybrać pracę aż do śmierci, bo nikt nie dożyje przecież emerytury. Wybrać mobbing, brak ochrony socjalnej, pobieżne relacje z innymi ludźmi, osamotnienie, bezrobocie, emigracje zarobkowa, pogoń za pieniędzmi.

Zastanawiam się w niedzielny ranek, kim oni, kim ja, do cholery, jestem? Po co tu jestem? Jaki sens ma moje istnienie? Czy jestem tylko pracą? Czym jestem bez pracy? Czy dla tego państwa jestem tylko płatnikiem podatków? Dlaczego miałbym chcieć tak żyć? Istnieć tak bez sensu. Dla pieniędzy. „Ja nie przegram, bo ja nie gram, bo nie mam żadnej ambicji”.  Ja nie przystaje do ogólnie przyjętych norm. „Pragnę jedynie miękkiej, mglistej przestrzeni, w której mogę żyć, i jeszcze żeby zostawiono mnie w spokoju”.

dziennik pesymistyczny

Ostateczne rozliczenie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jestem już gotowy do drogi. Ostatecznie spakowany. Ostatecznie uporządkowany. Przyglądam się walizom, zawiniątkom, pakunkom. Po raz kolejny i wciąż od nowa przestawiam je i układam w coraz to nowsze konfiguracje. To mój cały dobytek.  To co udało mi się zgromadzić przez całe życie. To moje „ja” zapisane w dokumentach i zaklęte w bliskich mi przedmiotach. Pewno tu mnie na wiele sposobów. Pełno niespełnienia. Nienapisane książki. Niezapłacone rachunki. Niezrealizowane marzenia. Niedopowiedzenia. Niedomówienia. Jakieś papiery. Jakiś płyty, kasety, patyki. Motyl, znaczek, temperówka.  W szufladach pełno wspomnień. Kamyczków, sznurków, zdjęć, biletów do i z. Mały żołnierzyk. Miś. Pluszowy prosiaczek. Szkiełko. Długopis.  Książeczka wojskowa. To moje życie zaklęte w przedmiotach. Stosy ulubionych i po prostu przeczytanych książek. Tu pismo z jakieś wszechwładnej instytucji. A tam ponaglenie w sprawie płatności od panów prądu i wody. List z bardzo ważnego urzędu. Dokumenty potwierdzające moje istnienie.

Jestem już spakowany. Gotowy do drogi. Uporządkowałem co mogłem. Poukładałem w małe i większe stosiki zapisane na papierze moje życie. Jest tego tak mało i tak dużo jednocześnie. Jestem już gotowy. Mogę odejść w każdej chwili. Choć nie bardzo wiem dokąd konkretnie się wybieram, bo to wielka niewiadoma.  Jakżeż przeogromna, jakżeż nadęta jest ta nuda oczekiwania na ostateczność. Ta bezgraniczna pustka. Ta niechęć i niemoc do przebywania wśród ludzi. Spaceruje a właściwie człapie, sam nie wiem, gdzie i po co. Czekam na otchłań, na wieczność, na ostateczność.

Odliczam dni wyciskając kolejne tabletki przed śniadaniem i po kolacji. Beznamiętnie czytam kolejną zerwana kartkę z kalendarza. Czekam. Żyje na kredyt. Dzień za dniem przechodząc obok spakowanych bagaży wspomnień. Żegnam się z roślinką na parapecie. Głaszczę czule na do widzenia moje ukochane książki.  Przeglądam po raz kolejny stosy gazet z moich kolekcji. – A może dziś posiedzę w zepsutym od roku, ale przecież i tak nadal moim, samochodzie? – wymyślam sobie zajęcia na następne godziny oczekiwania . Czekam na impuls. Na znak. Na sygnał. Żyje jak na dworcu. Wyczekując pociągu który, na szczęście dla mnie, znów się spóźnia. Bo choć musze wyjechać, to bardzo chciałbym zostać. Spaceruje po peronie codziennych zdarzeń wyczekując na przybycie ostateczności. Coś kupuje, wydaję pieniądze, ale wcale mnie to nie rozwesela. Coś wypije, coś zakąszę aby zapomnieć, że czekam.  Rano znów czekam ze zdwojoną siłą w jeszcze większym napięciu i zdenerwowaniu.

Spaceruje wśród walizek i kartonów pełnych niezrealizowanych spraw i pomysłów. Przeskakuje nad tobołkami z uczuciami. Krążę wśród  paczek z pragnieniami. Coś zjem w kuchennej stołówce. Trwam sobie w mojej domowej poczekalni. Przysiądę przy stole jak na dworcowej ławce. Poczytam w oczekiwanie ma przybycie transportu do wieczności. Pooglądam. Posłucham. Poczekam.  Przecież wcale mi się nie spieszy. Jestem tu, bo wiem że musze wyjechać. Ale chęci ku temu we mnie żadnych. Wszystko wydaje mi się takie nie wartę zainteresowanie. Takie banalnie puste. Takie skretyniałe. Skarlałe. Godzinami wpatruje się z ludzi biegających jak mrówki i tak ich owadzio właśnie postrzegam. To wszystko jest takie martwe i powiędłe jeszcze za życia. Takie nieistotne. Takie przyziemne. Powtarzalne. Przewidywalne. Smutne i nudne.

Nasłuchuje kroków na schodach.  Każde uderzenie w poręcz, każde szurniecie butów o kamienne schody to może być dla mnie znak, że już czas się zbierać. Że nadszedł mój czas. Że mój czas się wypełnił.  – Czy to już? Czy to po mnie ? – pytam sam siebie. Nie mam żalu, jeśli znów to tylko pomyłka. Czekam, bo wiem, że to nadejdzie ale tego nie oczekuje. „Przygnębienie jakieś dziwne mną owładnęło – chcę czegoś chcieć, ale wszystko mi jest obojętne. Pojutrze wyjeżdżam – tym lepiej. Zupełnie jestem sam”.

dziennik pesymistyczny

Społeczna selekcja naturalna

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Aż 6097 Polaków odebrało sobie życie w 2013 roku. To najdramatyczniejszy wynik w ostatnim ćwierćwieczu.  Wygląda na to, że od ponad dwudziestu lat trwa w Polsce swoista społeczna selekcja naturalna. Nie żeby to było w jakiś sposób przez kogoś konkretnego zamierzone. To raczej takie ciche przyzwolenie. Taka zachęta do tego, żeby silne wypierało to, co słabe. Żeby zdrowy i silny pracujący podatnik wypierał tego słabego, który sobie w kapitalizmie nie radzi. Na pewno stworzono bardzo dobry klimat ku temu.

Najsilniejsi, najbardziej pazerni – bezwzględni wyznawców kapitalizmu, jako nowej religii – wypierają słabych, tych, którzy z różnych przyczyn nie potrafili dostosować się do nowych, twardych zasad życia społecznego. Bo jak wynika z moich obserwacji, w tym nowym systemie społecznym nie ma miejsca dla jednostki zwyczajnie innej. Wszystko musi być takie podobne, uregulowane, powtarzalne. Od dzieciństwa przygotowujemy się do życia jako ciężko pracujący podatnik. Albo pracujesz i dajesz sobą rządzić albo jesteś bardziej bezwzględny i silniejszy… i to ty rządzisz innymi.  Stanowisko w społecznej hierarchii to nagroda za wygraną w wyścigu szczurów.

Państwo potrzebuje siły roboczej. Nic, więc dziwnego, ze bardzo szybko kapitalizm stał się nową religią. Bezlitosną, jaka kiedykolwiek istniała, bo nieznającą ani odkupienia, ani litości.  Propaganda państwa tak ustawiła społeczne myślenie, tak dostosowała prawo, tak określiła obowiązku obywatelskie i tak naucza nowe pokolenia, że człowiek inny niż przewidują normy nie ma prawa bytu. Albo się dostosujesz, albo giniesz. Taka selekcja naturalna. Albo się przystosujesz, zaadaptujesz do kapitalistycznych warunków albo żyjesz po za systemem i społeczeństwem, a tam bardzo często po prostu przestajesz być.

Rosnąca liczba samobójstw to nie tylko odzwierciedlenie obecnej sytuacji społeczno-gospodarczej. Nie wszystko można tłumaczyć kryzysem. Bo kryzys w Polsce jest prawie zawsze, od ponad półwieku i był też wcześniej. To raczej wynik presji, jaką wywiera na człowieka społeczeństwo oraz państwo ze swoimi instytucjami. Obywatel niepracujący jest dla państwa zbyteczny. Nie płaci podatków, więc nie ma prawie żadnych praw. Jest zbyteczny. Społeczeństwo, ci wyznawcy nowego Boga, zażarcie bronią nowego wyznania ujadając na tych niedostosowanych. Ci, którzy z różnych przyczyn nie poradzili sobie w nowym systemie „wyzysku dla zysku” nie są akceptowani.

Nie tylko utrata pracy, ale też beznadzieja samej pracy. Wieczny stres, gonitwa za pieniądzem i sukcesem zawodowym są niejednokrotnie prawdziwymi przyczynami wzrostu liczny samobójstw. To właśnie leży u podstaw problemu. To wypalenie, udręka i beznadziejność istnienia. Człowiek traci pracę, nie może znaleźć nowej, traci status życiowy, wszyscy się od niego odwracają, nie ma pieniędzy, nie ma często domu, nie ma na leki, nie ma prawa do właściwej opieki lekarskiej a to prowadzi do rezygnacji. I następuje koniec.

A może tak nie dać się pokonać? Może nie poddawać się prawom selekcji? Może się zbuntować i żyć? Jeśli nie ma już nadziei, to może ostatnia nadzieja jest w buncie? Może właśnie tak warto skanalizować ból istnienia? Ja będę kontynuował mój sprzeciw wobec narzucania mi jednostronnych koncepcji życia, ekonomicznych, intelektualnych, etycznych czy jakichkolwiek innych. Nie poddam się. I nie zamierzam nigdzie stąd odchodzić, mimo przymusu i presji społecznej selekcji naturalnej. Zostaje, na złość wszystkim.