Tag Archives

212 Articles

dziennik pesymistyczny

499

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Moje oczy nie widzą tego, co pragnę zobaczyć. Ciało nie czuje tego, do czego się wyrywa. Usta nie mówią, bo im ktoś nie pozwala. Dłonie nie dotykają, bo nie mogą dotykać. Sam wśród tak wielu. Sam w swojej samotności. Przegrany. Poniżony. Schorowany. Beznadziejny. Bezsensowny. Stoję i patrzę na swoje odbicie w lustrze. Oto Ja! Kiedyś tak dumny z tego mojego Ja. Teraz już bardziej niepewny swojego „Ja”. Teraz coraz bardzo obcy sobie. Czy to nadal Ja? Czy już nie „Ja”? Ale wiem, że istnieje. Jestem tu nadal. Choć przemijam coraz szybciej i szybciej, to jednak nadal coś odczuwam. Jestem tu! Czegoś pragnę. Coś kocham choć beznadziejnie. Puki żyje, to przeżywam. Odczuwam. Cierpię. Chce! Łaknę! Potrzebuje! Puki życia, puki oddychania… zawsze będzie we mnie pragnienie. I choć bym cały był już zbudowany z przemijania, to i tak nieprzestane kochać i potrzebować kochania.

Jestem taki sobie bliski, a taki jednak w sobie daleki. Samotny, pusty, sflaczały, słaby. Sam bez miłości upragnionej.  Sam bez kochania. Beznamiętny. Bezużyteczny. Taki niczyj. Teraz gdy się zatrzymałem przyglądam się sobie. Oto moje oczy, co już nie zobaczą. Oto moje usta, które nie poczują. Oto moje dłonie, które nie dotkną. Oto moje ramiona, w których już nie zamknę. I chociaż będę widział, czuł i dotykał, to już nie tak jak bym tego chciał.  Tak jak tego pragnę. Oto ja – tak bardzo niepotrzebny. Oto moja męskość tak bezużyteczna. Oto jestem. Taki beznadziejny. Oto moja samotność. Oto moje ciało. Oto ja – tak bardzo nieważny. Moje przeznaczenie. Moja rozpacz. Moja niepewność.

Wdepnąłem w śmiertelność jak w kałuże na chodniku. Nasiąkam jest brudem. Spada na mnie kroplami jak deszczem. Czuje chłód tej ostateczności. Zimno wieczności wpływa we mnie. Wilgoć niebytu przenika mnie do dreszczy. Nasiąkam mim. Wdycham je. Napełniam nim płuca. Przenikam niebytem. Upływam. Znikam. Rozpływam się w samotności. Przestaje istnieć. Taki niezauważalny. Nieobecny. Samotny wśród ludzi i samotny bez nich. Coraz bardziej nieistniejący. Niezauważalny. Nietolerancyjny. Nieinteresujący. Taki za bardzo i nie bardzo. Za mało i za dużo. Taki nie w sam raz. Taki za bardzo pusty i za bardzo pełny. Taki nierokujący. Niezarabiający. Niewypłacalny.  Niedążący. Bezcelowy. Nieprzystający. Za bardzo wątpiący.  Za mało chory i za bardzo schorowany. Za głupi i za mądry. Niezauważalny. Obcy. Nie ten.

Żyje sobie obok. Istnieje z dnia na dzień. Trwam. Jestem powtarzalny. Jestem niezaskakujący. Jestem nie rozrywkowy. Niezabawowy. Nietaneczny. Nietowarzyski. Nierodzinny. Nieprzysiadalny. Ale za to nadmiernie kochający. Za dużo pijący. Za bardzo przytulający. Irytujący. Za bardzo potrzebujący. Nierealistyczny. Za bardzo chcący. Za bardzo proszący. Za mało dający i za dużo biorący. Za bardzo potrzebujący. Za bardzo domowy. Rutynowy. Powtarzalny. Niezaskakujący. Udomowiony. Wciąż kochający.

„Ile wiary fałszywej tyle męki komicznej tyle śmiesznej tęsknoty tyle miłości próżnej”

dziennik pesymistyczny

Dziś jest ważniejsze od jutra

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

Jest mnie za mało. Rozpuszczam się w idealnie krystalicznej wodzie, która daje życie, jest życiem, ale przecież także je odbiera.  Rozdrabniam się już nie na dni, ale na godziny, a na minuty. Sprawiają mi radość dobrze przeżyte chwile, nie jak dawniej całe tygodnie czy lata.  Rozpływam się w czasie, w rzeczywistości, w bycie dna codziennego. Żyje teraz, w tej jednej chwili. Dziś jest ważniejsze od jutra. Nie planuje, bo nie chce rozmieszać Boga. Jestem. Trwam. Egzystuje. Tu i teraz. W sensie czy bezsensie doczesności, codzienności. W szarej mgle bólu i strachu. Codziennie nasłuchuje kroków na schodach. Czy już idą po mnie? Czy to już dzisiaj? Czy trzeba zakończyć? Odnajduje spokój przy wyłączonym telefonie i zasłoniętych oknach.  W pustce, w półmroku, w zamknięciu. Odizolowany od świata cieszę się ulotnymi chwilami spokoju. Jakie to szczęście, że to jeszcze nie dzisiaj. Staram się wtłoczyć w umysł bezpieczeństwo, choć przecież wiem, że to niemożliwe.

Nadzieje wlewam kieliszkami z gardło i rozkoszuje się jej ciepłem rozchodzącym się po całym ciele. A jeśli niedostane swojej dawki płynnego optymizmu?  Lato, jesień, zima, wiosna, lato, kolejna jesień odliczam sezony, w których jeszcze się udało zachować stabilność. Istnieć. Być. Trwać. Przeciekałem, udało się. Przeszłość, choć jednostajna napawa mnie dumą z samego tylko faktu, że przecież była. Że znów się udało! Chciałbym zobaczyć zimę, mam nadzieje na kolejne lato. To nie są plany, to tylko takie marzenia.

Moje życie to tylko chwila jawy miedzy dwoma snami. A nawet sny są coraz krótsze, coraz bardziej niepewne, zajęczo strachliwe, płytkie, samotne. Zasypiam z nadzieją, lecz wybudzam się po kilku godzinach już bez niej. Czekam świtu w strachu. W panicznym lęku przed dniem. Żeby mniej myśleć uciekam w fikcje książek, w nierealną dla mnie rzeczywistość gazet, bezmiar i chaos internetu. Filmy, muzyka. Czytam i oglądam, byle tylko stłumić strach i niepewność. Byle dalej. Byle uciec.  Byle, choć na chwile zapomnieć. Byle tylko nie rozmyślać. Nie pamiętać. Byle mniej myśleć. Żyć tym, co na ekranie, co w gazecie, co na stronach książek. Wygłuszyć emocje. Zastąpić je czymś innym. Stworzyć hybrydę fikcji z samym sobą. Odrealnić się.

Przyglądam się sobie w lustrze pytając czy to wciąż jestem ja? Czy ten, kogo widzę nadal istnieje? Czy klasyczne filozoficzne twierdzenie – myślę, więc jestem – dotyczy też mnie? Czy może wyzerowałem licznik i teraz mniej jestem, bo dużo myślałem? Patrzę w brodatą twarz w lustrze i zastanawiam się, kogo mi przypomina. Jestem moim ojcem? Moim innym przodkiem? Jestem kolejny z pokolenia bez przyszłości? Z zagubionym celem? Nabieram pewności, że dobrze zrobiłem wytrwawszy w postanowieniu, że będę ostatni.  Może moje geny nie pasują do tego świata pospiechu, pazerności, pogoni za pieniądzem. Świata kłamstwa, głupoty, strachu o byt, kredytów, pożyczek, podatków, urzędników, polityków. Nie pasuje do niewolnictwa nowej ekonomii. Za mało jestem liberalny. Za mało uległy. Niedostosowany. Nierokujący. Nie wypłacalny. A społeczny. A polityczny.

Przesuwam dłonie po łysej skórze mojej czaszki. Wplatam palce w włosy brody. Oglądam z ciekawością naukowca moja twarz. Moją a przecież tak bardzo nie moją. Derealizacja. Nie mogę w to uwierzyć, że przecież jeszcze tak nie dawno w tym samym lustrze widziałem ogoloną buźkę faceta w białej koszuli pod krawatem, w ciemnym garniturze ze znaczkiem korporacji w klapie marynarki. To takie dalekie, że aż nierealne. Uciekłem od tego. Wydostałem się z labiryntu. Odszczurzyłem się. Ale teraz moja ucieczka okazała się daremna. Bo od wszechobecności władców systemu wyzysku można uciec tylko w głąb siebie. Uciec można tylko wewnętrznie. Machina państwa wygrywa. Choć jestem wolny, to tylko na tyle na ile mi ona pozwala. Męka mnie swoimi istnieniem. Przenika przez ściany mojego schronienia trując mnie ciągłym upominaniem się o daninę. Pisma urzędowe, rachunki, upomnienia. Nie ma ucieczki od wszechobecności ich uporządkowania. Pozostaje czekać. Trwać. Istnieć. Choćby jeszcze nawet minutę, choćby tylko godzinę, chwile… Walczyć tym moim istnieniem. Pozostawanie w miejscu to też forma ucieczki. Forma walki.  Bo dziś jest ważniejsze od jutra.

dziennik pesymistyczny

Bezmyślenie osobnicze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Cały czas myślę i to jest moje największe przekleństwo. Bo gdybym nie myślał lub myślał mniej, choć trochę, to może łatwiej bym się dopasowywał, uspołeczniał. Bez myślenia byłbym szczęśliwszy, pracowitszy, bardziej uporządkowany. Nie zastanawiałbym się, dlaczego co rano muszę wstać do pracy. Bo praca byłaby dla mnie czymś najzupełniej naturalnym. Żył bym spokojniej bez ciągłej potrzeby dociekań. Czy jakbym ograniczył narkotyczną wręcz potrzebę myślenia nie zadawałbym sobie tak społecznie bezsensownych pytań jak: dlaczego? Po co? Wykonywałbym polecenia i czułbym się szczęśliwszy. Stałbym się cennym członkiem społeczeństwa. Co dnia stawałbym przy maszynie. Siadał przy biurku. Stawałbym na stanowisku. Służyłbym pomocą. Skrzętnie bym pracował i zarabiał. Tak po prostu. Bez myślenia łatwiej by mi było znaleźć prace. Byłbym bardziej atrakcyjny dla wolnym rynku. Byłoby na mnie zapotrzebowanie. Stałbym się  społecznie kompatybilny. Byłym lepiej opłacany. Adekwatny. Taki swój. Masz. Kumpel. Byłbym wypłacalny. Miałbym zdolność kredytową. Byłbym wiarygodny dla banków. Gdybym tylko mniej myślał. Choć ociupinkę. Mniej analizował. Gdybym nie szukał dziury w całym. Byłbym szczęśliwszy. Bardziej lubiany. Miałbym więcej kolegów, no bo z pracy. Miałbym więcej przyjaciół, bo by mnie było stać na przyjaźnie. Miałbym lepszą opinie w środowisku.  Miałbym większy dom. Większe mieszkanie. Może nawet w wieku sześćdziesięciu trzech lat spłaciłbym w końcu hipotekę?  Mógłbym pracować wydajniej. Dosłownie wszędzie. Robić wszystko co się ode mnie by wymagało. Mógłbym bez problemów wyjechać za pracą. Żyć bez lęku. Bez nadmiernego myślenia byłoby łatwiej i sprawniej. Wydajniej.

Gdybym nie myślał tak wiele, mniej bym się denerwował. Wiadomości telewizyjne, nagłówki w gazetach napawałyby mnie tylko optymizmem. Zwiększałyby moją potrzebę bardziej wytężonej pracy dla dobra nas wszystkich. Gdybym tak, choć na chwile przestał się zastanawiać, dlaczego jest tak jak jest, a nie jest inaczej, byłbym o wiele szczęśliwszy. Gdybym nie czytał, nie oglądał, nie bawił się, nie przyglądał się, nie rozmyślał w nadmiarze… gdybym zwyczajnie nie chciał wszystkiego zrozumieć, świat tak bardzo by mnie nie przerażał. Lepiej bym sypiał gdybym w nocy nie myślał o dniu następnym. Może nie brałbym leków? Może byłbym bardziej realny. Mniej oddalony. Teraźniejszy. Nie denerwował się. Jakżeż ja byłbym spokojny bez nadmiernego myślenia. Może nawet byłbym bardziej wolny, bo przecież nawet nie zastanawiałbym się nad zniewoleniem. Ale chyba najważniejsze, że byłbym bardziej przystosowany do tego świata. Nie chciałbym nic zmieniać. Nie stawałbym niewygodnych pytań. Wiedziałbym przecież, że nic nie zmienię. Gdyby się tak dało nie myśleć. Wyłączyć pokrętłem, aż do kliknięcia oznaczającego koniec myślenie.  Jeśli nie wyłączyć całkowicie, to przynajmniej przyciszyć, stłumić myślenie.

Nie zagrażałbym sobie i innym, gdybym mniej myślał. Nie poszukiwałbym praw. Bo bym znał prawdy tak z boskiego nadania. Nie dociekałbym, nie pragnąłbym, bo wiedziałbym, że jest jak jest. Byłbym bardziej propaństwowy, prospołeczny, patriotyczny, bo przecież za pewnik bym przyjmował prawa i obowiązki. Gdybym nie myślał tak wiele, to pewnie doszedłbym do czegoś. Stałbym się posiadaczem. Miałbym i byłoby mnie stać. Byłbym wzorowym obywatelem każdego państwa. Czasem chce tego, chciałbym przestać być inny. Być zwyczajny. Szary. Uporządkowany.  Porachowany. Usystematyzowany. Może nawet bez natręctwa myślenia stałbym się lepszym, bo bym zapewniał i zaspokajał.  A to wszystko bym miał gdybym tak nadmiernie, tak pazernie nie starał się zrozumieć. Pojąc. Ogarnąć. Jakbym przestał myśleć, choć na czas jakiś. Do czasu aż bym się dorobił. Zapewnił sobie byt. Obrósł materialnie. Pewnie przed to moje wciąż myślenie, przez ten potok całego dociekania mam poczucie nierealności. W zasadzie, tak teoretycznie to wszystko wokół mnie nic, a nic mnie to obchodzi. No, może przynajmniej niewiele. Praktycznie jednak cały czas o tym myślę i to mnie osamotnia. Gdybym mniej myślał to byłbym szczęśliwszy?

dziennik pesymistyczny

Po prostu wstać i iść

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Tak czasem chciałbym po prostu wstać i iść. Uciec od tej wiecznej ciemności. Od śniegu za oknem, wiecznego już prawie ćmoku, listów w skrzynce pocztowej, telefonów, maili, pytań i konieczności odpowiedzi, spraw i obowiązków. Oderwać się od codzienności, powtarzanych czynności, od kłopotów i odpowiedzialności. Tak zwyczajnie wstać i wyjść. Zamknąć drzwi na klucz. A potem na dworzec kolejowy. Wsiąść do pociągu, ale nie koniecznie byle jakiego. Tylko takiego co to bez zbędnego dostosowania się do panujących okoliczności zawiezie mnie tam, gdzie inaczej. Gdzie będzie ciepło i jasno, spokojnie i cicho.

Marzy mi się podróż w niekoniecznie nieznane, ale w miejsca dawno niewidziane, w takie niezapomniane. Chcę spokojnie, bez pośpiechu spacerować wśród starych domów. Iść do muzeum. Wypić setkę w barze. Przysiąść na ławce w parku. Obserwować ludzi. Poczytać wśród drzew. Wypić ze znajomymi tylko tyle, żeby poczuć chłód radości i wolności. Spacerować godzinami bez celu. Trzymać ukochaną za rękę. Oglądać wystawy sklepowe. Kupić coś. Znaleźć coś. Przeczytać gazetę. Zjeść coś, znów coś wypić. Nie spieszyć się. Nie rozmyślać. Nie przemyśliwać. Nie analizować. Nie zamartwiać się. Iść przed siebie. Cieszyć się ciepłym, słonecznym dniem. Być wolnym od ciężaru codzienności.

Jechać pociągiem wsłuchując się w rytm. Jechać samochodem bez kontrolowania poziomu paliwa. Podróżować.  Dotrzeć do celu i tam odpocząć. – Boże, jak ja kocham czynności niewymuszone – powiedział zapadając się w wygodny leżak. – Napijesz się jednego? – usłyszał znajomy głos. Wstał i poszedł wypić, i wypił kieliszek wódki, a potem następne. Zrobił to, bo tego chciał. Bo pragnął tego. I nie pił, żeby zapomnieć, ale żeby pamiętać.

A jeśli to będzie nad morzem, to leżeć na piasku. Iść przez las. Spacerować brzegiem morza. Patrzeć jak ukochana zbiera muszelki. A jeśli to będzie miasto to chcę spacerować, coś zobaczyć, gdzieś być. Potem leżeć w spokoju. To znów wstać i iść bez celu. Kochać i być kochanym. Spokojnie, wolno, przyjaźnie. Radośnie, bez lęku i bez skrępowania. Bez wyraźnego celu. Wejść do kościoła. Muzeum.    – Ile czasu można wpatrywać się w jeden obraz? – zapytała bez zniecierpliwienia. Potem park. Kawiarnie. Bary. Kina. Teatr. Chcę jeszcze coś zobaczyć. Coś zrobić. Być. I niech taki stan trwa.

A to wszystko… kiedyś, za pewien czas, może za tydzień, za miesiąc, latem, w wakacje, za dwa miesiące, za osiemdziesiąt i kilka dodatkowych dni…  Gdy będę znów mieć?

dziennik pesymistyczny

476

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Mój dom to moje więzienie. Mój umysł to strażnik. Moje mieszkanie to moja cela. Moje myśli to granice mojego istnienia. Cztery kroki do okna, trzy kroki do ściany. Pięć do kuchni. Cztery do łazienki.  Mapa doczesności. Dzień i noc. O trzeciej trzydzieści jeden, światłość i przytomność myśli wpatruje się we mnie z ciemności. Czekam na świt. Moje szczęście i miłość o poranku wychodzi z domu. Za szybki pocałunek w progu. Oczekiwanie. Udręczenia. Rozpacz. Samotność. A przede wszystkim strach.  I chwile, gdy miłość i szczęście wracają. Te kilka godzin aż do strachliwego, płytkiego snu o poczuciu własnej wartości  to moja wolność. Ulubione słowa, rozmowa, obecność. Wlewam w siebie alkoholowe zapomnienie. Trwanie.

Tam za oknem, przesuwają się jak na zwolnionym filmie dni, tygodnie, miesiące. A ja uwięziony przez moje myśli tkwię na poddaszu mojej egzystencji. Czasem świat do mnie puka groźnie w drzwi, by listownie w urzędowy sposób przypomnieć o swoim istnieniu. I te dni są najgorsze, bo czuję wtedy, że nawet we własnym więzieniu nie jestem  bezpieczny. Z ciemności i bólu, i strachu nocy, wyłania się strach dnia. Słyszę jak za drzwiami, jak za oknem szurają buciorami problemy. Słyszę kroki na schodach i ściszam się w sobie. Zapadam w nieistnienie. Udaję martwego i nieobecnego. Przystosowałem się do życia w strachu. Mimikra.

 Jestem zamknięty w domu, do którego swym wielkim przekrwionym okiem zagląda, co pewien czas świat. Słyszę jego okrutne i złowrogie sapanie. Czuję jak przez ściany mojej celi przenika jego kwaśny oddech. On ciągle coś ode mnie chce. Wymusza działanie. Poucza mnie. Ten On. Ten ukształtowany w wielkość urzędniczej masy On. Utuczony na posadach i etatach. Przystrojony w ustawy, wyroki, nakazy, rozporządzenia, przepisy – wielki On. Społeczny, polityczny, państwowy kolos ulepiony w masy pieniędzy. Wykuty z monet, podparty papierem, stalowo twardy wsparty na cokole własnych „praw i obowiązków” ciągle oczekuje ode mnie działania na swoją korzyść. Podporządkowania się jego woli. Asymilacji.

Golem ulepiony z gliny i błota setek tysięcy interesów. Społeczna bestia o stu obliczach, strasząca mnie karami za czyny, które popełniłem przez brak współdziałania. Słyszę pieści, które całymi dniami uderzają w ściany mojego domu przypominając mi o istnieniu świata za murem. – Nie możesz istnieć bez nas! – wołają golemy. Nie możesz być inny. Przystosuj się! Dokonaj czegoś! Bądź ambitny. Zarabiaj. Płać. Opłacaj! Kupuj. Sprzedawaj. Żyj społecznie. – Jednostka zerem, jednostka niczym – mimowolnie powtarzam sobie mantrę z dawnych czasów, która tak doskonale zaadaptowała się do współczesności. – O nie! Krzyczę, choć tylko ja to słyszę.  Wiem, że moje rebelianckie przekonania nie pozwolą mi się podporządkować. Czy istnieje tylko droga w górę?

– Jesteśmy tym, czym się tworzymy, odpowiedzialność! – słyszę telefoniczne dobre rady od wszelkiego wujostwa.  Tak, ukształtował mnie mój umysł. Wykuły mnie uparte dłuta moich własnych myśli. Jestem, jaki jestem. Czuję to, co czuję. Działam tak jak działam. Jestem uwięziony w ucieczce od problemów. Nie ocali mnie doustnie zaaplikowana tabletka szczęścia, bo musiałbym za nią zapłacić lub przynajmniej zdobyć pozwolenia na jej posiadanie. Uzdrowienie jest płatne i przypisane do porządku świata panującego za oknem mojego więzienia. Czasem za bardzo samotny. Bez zawiedzionych przyjaźni i bez żalu. Istnieje we mnie dumie jedna nadzieja uparta, gdy już wszystko wydaje się stracone i przegrane. Ta myśl przebijająca się uparcie przez inne. To ja mam rację!

dziennik pesymistyczny

Sprawdzić czy nie ksiądz

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Ja lubię i szanuję arcybiskupa (…). Uważam, że ten styl, taki trochę wojskowy, powinniśmy uszanować. To jest bardzo sympatyczna postać – oświadczył w telewizji TVN24 obecnie urzędujący państwowy minister spraw zagranicznych, odnosząc się w ten sposób do informacji tygodnika „Wprost”, że ten gdański hierarcha nadużywa alkoholu i poniża swoich kolegów księży.  Czy ta wypowiedź wysokiego rangą urzędnika mnie zaskoczyła? Nie! Ależ skąd! Jestem przecież przyzwyczajony. W Polsce nawet dziecko wie, że „co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”. Dlatego, nie zdziwiłem się nawet, słysząc jak pan minister w telewizji broni jego ekscelencję. Przecież już św. Paweł naucza, iż wszelka ustanowiona władza pochodzi od Boga i każdej władzy winniśmy posłuszeństwo.  Pewnie dlatego ministrowi nie wydało się dziwne, że biskup ma taki „trochę wojskowy” styl sprawowania władzy.  Wiadomo, władza zawsze zasługuje na szacunek i zrozumienie.

W gazecie można przeczytać, że „ (…) ksiądz służył u arcybiskupa. Był kapelanem. Przybocznym arcybiskupa. Kimś na każde zawołanie. Arcybiskup budził go w nocy, pijany, i kazał grać na akordeonie do tańca. Podczas pijackich biesiad wysyłał go do miasta na poszukiwania odpowiedniego gatunku kiełbasy, kazał nalewać alkohol, krzycząc: „Co ty, k…, nawet nalać nie potrafisz!”. Rano na kacu wzywał go, żądając „actimelka” i krzycząc: „Bądź moim actimelkiem!”.  A pan minister spokojnie i z uśmiechem na to, że on ekscelencję „lubi i szanuje”. I zapewne za jego przykładem społeczeństwo też powinno ten styl sprawowania władzy uszanować, albo może nawet polubić.  Bo to nie tylko przecież arcybiskup rzymskokatolicki, ale też generał dywizji, były biskup polowy Wojska Polskiego!

– Ale nadużywanie alkoholu też należy uszanować? – spytała zdziwiona dziennikarka pana ministra od spraw zagranicznych, podczas wspomnianego już przeze mnie wywiadu w telewizji. – No w wojsku są pewne tradycje… Ale ja uważam, że z takimi insynuacjami powinniśmy uważać – odparł ten wysoki urzędnik państwowy. Tak „w wojsku są pewne tradycje”, ale czy wysyłanie podwładnego, po nocy, na poszukiwanie odpowiedniego gatunku kiełbasy, rozkazywanie mu, aby ten nalewał wódkę i ocenianie go słowami, „Co ty, k…, nawet nalać nie potrafisz!” to tradycja naszej armii? Jeśli tak, to… no, cóż można powiedzieć, jaki minister, taki generał, jaki władza świecka, taka kościelna, taka tradycja widocznie. Wstyd trochę za takie tradycje, ale przecież ze mnie żaden arcybiskup, ani minister, więc u mnie tradycje też inne. Co innego lubię, i co innego szanuję.

Każdego dnia gazety pewne są doniesień o tym jak to my, naród, pijemy nadmiernie wódeczkę (czy inny alkohol) a potem pod jego wpływem za bardzo rozrabiamy. „Podczas libacji alkoholowej w jednym z (…) mieszkań doszło do awantury między trzema mężczyznami”, to znów gdzie indziej „nadużywał alkoholu a jej mieszkanie stanowiło miejsce libacji” lub znowu „ubliżał i szarpał partnerkę a następnie oddalił się z mieszkania”. Pełno jest takich opisów pijaństwa w gazetach, co chwila słyszy się o tym w radio lub w telewizji. I takie zachowania przeważnie są postrzegane negatywnie przez „zdrową tkankę narodu polskiego”. Ale gdy arcybiskup podczas libacji alkoholowej poniży podwładnego to już nie jest to takie jednoznaczne. W przypadku ekscelencji, libacja zamienia się w „pewne tradycje”.

Mam wrażenie, że niektórzy z nas tak mają, że jak słyszą o skutkach „libacji alkoholowych” to przed wydaniem opinii na ten temat szukają przy informacji dopisku „sprawdzić czy nie ksiądz” by przypadkiem nie wydać opinii niepochlebnej.

 

dziennik pesymistyczny

Zakotwiczenie w zwyczaju

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Państwowy sędzia, w imię państwowej sprawiedliwości, uzasadnił obecność krzyża w polskim sejmie jego zakotwiczeniem w zwyczaju, ukształtowanym przez ostatnie szesnaście lat. Sprawdziłem, że zwyczaj jest ustaloną formą zachowania się w określonych sytuacjach, przyjętą przez daną zbiorowość społeczną. Z czasem może przekształcić się w obyczaj, wejść w zakres moralności a nawet prawa. To najprostsza definicja, jaką możemy znaleźć w Encyklopedii Powszechnej. Czyli wystarczyło szesnaście lat, żeby narodził się nowy obyczaj. Nowy zwyczaj. Nowe prawo. Nowa moralność. Czy nawet tradycja.

Pewnej ciemnej nocy, szesnaście lat temu, dwaj posłowie zawiesili krzyż na sali posiedzeń sejmu. Zakotwiczając go tym samym w przestrzeni publicznej.  Podobno niewiele brakowało, aby przy tej zbożnej akcji doszło do prawdziwej tragedii. Jeden z posłów podczas mocowania krzyża, spadł z oparcia fotela marszałkowskiego, którego użyto, jako podestu, z powodu braku drabiny. Opatrzność jednak czuwała.  Posłowi nic się nie stało. I tak spontanicznie, z narażeniem zdrowia i być może życia posłów, pojawił się na ścianie sejmowej krzyż. Bezprawnie, ale co tam.  I tak narodziła się nowa (tym razem chyba nie świecka?)  tradycja. Zwyczaj taki. A może i prawo, bo jak twierdzi pani sędzia zwyczaj to element prawa cywilnego, którego sąd nie może zlekceważyć.

Było wielu malkontentów, którzy sądzili, że to tak nie wypada.  Że w „państwie prawa” nie można tak w nocy. Że nie wypada żeby w sali gdzie powstaje prawo ktoś działał po kryjomu, bezprawnie i pod osłoną nocy. Mijały lata, a krzyż nadal wisiał i stawał się zwyczajem.  A zwyczaj to przecież „element prawa cywilnego”.  I tak przyszedł dzień, w którym zwyczaj został uświęcony wyrokiem sądu. Nieusuwanie krzyża, zawieszonego bez wiedzy sejmie w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym roku, nie jest już bezprawne, bo ma to „zakotwiczenie w zwyczaju”, ukształtowane przez szesnaście lat jego obecności w sejmie.

Jest to szansa dla wielu, dla których zwyczaje są bardzo ważne. Teraz zwyczaj jest prawie prawem.  Jeśli czynimy coś bezprawnie, ale za to zwyczajowo, to możemy liczyć na pobłażliwość sądu, a co za tym idzie państwa. Bo to, co czynimy ma „zakotwiczenie w zwyczaju”. Nie lękaj się, więc łapowniku! Jeśli masz taki zwyczaj, że nie załatwisz niczego bez stosownej gratyfikacji, to możesz liczyć na to, że sędzia ci wybaczy, bo przecież ty masz taki zwyczaj i to już od przynajmniej szesnastu lat.  Nie lękajcie się mandatów ci, którzy gnacie setką na ograniczeniu do pięćdziesięciu. Fotoradar wam nie straszny.  Jeśli wasza nadmierna prędkość ma „zakotwiczenie w zwyczaju”, i udowodnicie, że robicie tak, co najmniej od szesnastu lat nic wam nie grozi. Wasze postępowanie nie jest bezprawne. Przykłady dobroczynności tego uzasadnienia wyroku można mnożyć w nieskończoność.  I mogę to spokojnie czynić, bo mam to zakotwiczone w zwyczaju. I wszyscy wiedzą, że czynię tak już nawet dłużej niż szesnaście lat. Taki mój krzyż.  –  „Wszyscy (są) wzruszeni faktem, że są świadkami narodzin nowej, świeckiej tradycji” – zacytuję na zakończenie, zakotwiczony w moim zwyczaju.

 

dziennik pesymistyczny

Analiza uzależnień

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jestem na tyle wolny, na ile pozwalają mi na to moje uzależnienia. Czyli tak naprawdę jestem powszednim niewolnikiem. Wstaję rano, bo tak wypada czynić z rana. Bo tak jestem zaprogramowany. Przedszkole, szkoła, praca. Ósma rano. Znak – nakaz.  Zniewolenie. Możesz się oczywiście uwolnić, ale spróbuj nie zarabiać. Bez tego nie można żyć. Jestem niewolnikiem pieniądza. Niewolnikiem czasu, który powinienem poświęcić na jego zarabianie. Jestem niewolnikiem banków.

dziennik pesymistyczny

Nie mogę być członkiem tej wspólnoty…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Temperatura za oknem bliska zeru. Były minister sprawiedliwości podobno też jest zerem. Choć według ostatnich doniesień i to może być znacznie niedoszacowane.  Zimno. Klimat taki nieznośny. Za oknem śnieg. Po  chodnikach przemykają  przechodnie. Dzień zimowy jak co dzień. W zasadzie nic się nie zmieniło. A jednak wydaje mi się że to co obserwuję jest jakieś takie…  nie moje. Obce. Wrogie. Śnieg pada spokojnie tysiącami płatków. Teraz już wiem, że funkcjonariuszom państwowych służb specjalnych i prokuratorom nie grozi kara za manipulowanie dowodami. Nastąpiło przedawnienie. Co czuję? Nic nie czuję. Bo tak mnie nauczono. Zima w pełni. Spokojnie. Patrzę na swoje dłonie. – To tylko kolejna afera – uspokajam sam siebie. Taka aferka z tych telewizyjnych. Pojawiła się to i zniknie. Stopi się. Przyjdzie nowa, lepsza. Przyglądam się jak dzieci lepią bałwana ze śniegu.

Podczas odczytywania uzasadnienia wyroku w procesie pewnego lekarza – łapówkarza, sędzia państwowy ocenił taktykę organów ścigania jako „przerażającą”. Ale to nie ma znaczenia, bo się przedawniło. – Budzi to skojarzenia nawet nie z latami osiemdziesiątymi, ale z metodami z lat czterdziestych  i pięćdziesiątych, czasów największego stalinizmu – mówił sędzia. I co? I nic. Przecież nic nie było – jak chcą prawi i sprawiedliwi.  Nie było „przewinień dyscyplinarnych” ze strony funkcjonariuszy państwowych służb specjalnych i prokuratorów, którzy prowadzili nocne, następujące jedno po drugim,  wielogodzinne przesłuchania oskarżonych i świadków. Podobno zainteresowani sami tak chcieli. Nic się nie stało. – Sędzia przesadził – mówi poseł partii, której poparcie jest bliskie zeru. Sąd uznał za „fałszywy i zmanipulowany, sporządzony przez kiepskiego reżysera” emitowany w telewizjach materiał służb specjalnych z zatrzymania lekarza-łapówkarza.  Pamiętam też, na moje nieszczęście,  jak minister sprawiedliwości mówił, że już „nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”. I co, i nic… Nie mogę być już członkiem tej wspólnoty…

 

dziennik pesymistyczny

Polska – oto jest pytanie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W polskojęzycznej Wikipedii najczęściej wyszukiwanym hasłem okazała się być… Polska. Wychodzi na to, że najczęściej wpisujemy w wyszukiwarkę nazwę naszego kraju! Mam nadzieję, że nie jest to tylko przejaw tego, że Polacy zwyczajnie, co kilka dni sprawdzają, aby się upewnić, gdzie to, w jakim kraju i w jakim państwie żyją. – Co to jest Polska?  – czyżby to pytanie było tym, które najczęściej zadają w internecie mieszkańcy tej pięknej, acz jak widać zagadkowej, krainy? – Gdzie ja właściwie jestem? – pytają polscy internauci i szukają odpowiedzi w Wikipedii.

Może moje nadzieje, co do intencji rodaków szukających w internetowej bazie wiedzy, odpowiedzi na to, co to jest Polska są za bardzo naciągane. Tak, jest to możliwe. Ale również nie można wykluczyć takiej możliwości, że to wielbiciele myśli politycznej wodza prawych i sprawiedliwych, co kilka dni sprawdzają czy Polska to nadal kondominium rosyjsko-niemieckie?  A najłatwiej sprawdzić w internecie, który jest naszym oknem na świat – jak mawiał klasyk. I to zapewne, dlatego tak znakomity rezultat hasła „Polska”. Bo to zdecydowanie zdyscyplinowany elektorat.  Może się też wydawać, że tak dobry wynik w Wikipedii, to zasługa młodzieży z wszechpolskich ruchów narodowych. Przecież to niewykluczone, że ci patriotycznie nastawieni młodzi ludzie chcąc się dokształcić szukają informacji o Polsce. Poza tym, w naszym kraju z dużą regularnością prawdziwi Polacy demonstrują pod hasłem „Tu jest Polska”. Może wcześniej sprawdzają w Wikipedii gdzie to ich „Tu” jest obecnie.  Co roku, prawie w połowie listopada, nacjonaliści organizują swoje marsze ulicami polskich miast i miasteczek. Od zeszłego roku kroczą pod hasłem Marsz Niepodległości. Jest przecież możliwe, że tuż przed wyruszeniem z domu, kontrolnie sprawdzają w internetowym kompendium wiedzy pod hasłem „ Polska” czy aby od ostatniego ich protestu ojczyzna nasza, jest mniej, czy też już bardziej niepodległa.

– III Rzeczpospolita jest szybko rozwijającym się państwem – czytamy w Wikipedii i od razu jaśniejszy staje się kolejny dzień. Nie wiem, co spowodowało, że tak wielu z nas, Polaków, szukało w roku dwa tysiące dwunastym wiedzy o tym państwie gdzie przyszło im się z wyroku losu lub Boga narodzić i być do niego przypisanym. Na szczęście w tym ciągłym ustalaniu i dowiadywaniu się, w jakim to kraju i państwie żyjemy nie jesteśmy osamotnieni. Podobnie problemy z ustaleniem – gdzie ja to aktualnie jestem? Co to za kraj? – mają Szwedzi. U naszych sąsiadów zza morza, podobnie jak u nas, nazwa ich kraju to najczęściej przeglądane hasło w Wikipedii.

Jeszcze większym zaskoczeniem jest drugie miejsce w zestawieniu. Znalazło się hasło: „zamek swobodny” oznaczające element broni strzeleckiej. I to jest dopiero informacja. Szczególnie bolesna, jeśli na pierwszym miejscu najczęściej wyszukiwanym hasłem w polskojęzycznej Wikipedii okazała się być „Polska”. Strach się bać.

 

Źródło badań: Wirtualnemedia.pl.