Między siebie

Obublikował pavvel dnia

Zdecydowanie jestem nieprzystosowany. Nie znam się na żartach, a są podobno bardzo dobre i przy tym wyjątkowo subtelne. Nie rozumiem aluzji – takich robionych przecież z wyjątkowym taktem i z perfekcyjnych wyczuciem. Nie potrafię się spiąć w sobie, i zabrać się do uczciwej lub ewentualnie nieuczciwej, ale zawsze roboty. Nie potrafię robić, bo tak trzeba i tak wypada i tak robili przecież i nadal robią wszyscy wokół. Nie umiem, a przecież podobno prawie każdy to potrafi, przystosować się i zdołać nic nie poradzić na otaczający nas świat. Nie umiem się nie buntować i wmówić sobie, że przecież mój opór jest bezcelowy, bo i tak nic się nie zmieni, bo przecież jest tak jak jest i tak już zostanie i to, co robię lub nie robię nic tu nie zmieni.

Nawet we własnych snach jestem aspołeczny a co dopiero na jawie. Mam problem z dostosowaniem się do norm panujących w społeczeństwie. Jestem inny częściowo z wyboru a częściowo przecież w wyniku tego, co siedzi u mnie w głowie i mnie ogranicza. Nie jestem lepszy, nie gorszy, ale zwyczajnie inny. Bo choć przecież każdy z nas jest z założenia inny, to nie wiem, dlaczego, ale gdy jesteśmy w grupie i w niej działamy to wywołuje ona na nas presje, która każe nam się ujednolicać i utożsamiać z grupą. W zasadzie to nawet wiem, dlaczego, ale nadal nie mogę zrozumieć lub może tylko nie chce.

Często słyszę, że jeśli ktoś inny potrafi coś tak zrobić to już z podstawowego założenie ja też powinienem temu podołać, bo przecież on sprostał to i ja dam sobie świetnie radę. To nic innego jak sprowadzenie wszystkiego i wszystkich do jednego wzorca zachować i wyborów. Takie totalne ujednolicenie.

Beznadziejność tej sytuacji polega na tym, że mino wielu prób wytłumaczenia tego, co ze mną jest nie tak, ciągle mam takie wrażenie, że nikt mnie nie słucha i nie ma najmniejszych chęci, aby mnie zrozumieć. I to nawet nie jest zarzut, to zwyczajna obserwacja. Ja wiem, że wszyscy postrzegamy świat oraz innych ludzi poprzez pryzmat samych siebie. Ale najciekawsze jest to, że jeśli ja chce zrobić dokładnie to samo, to nagle okazuje się, że nie ma na to szans i że nie wolno tak robić. Że moje wybory, moje dokonania, moje zaniechania to wszystko jest złe w oczach innych. Bo przecież, jeśli oni mogą tu przeżyć, to znaczy, że ja mogę zrobić dokładnie to samo, robiąc dokładnie to samo.

Może moje autodestrukcyjne wybory to rodzaj zwyczajnego buntu, sprzeciwu wobec rzeczywistości jednakowości?  Żyjemy w świecie, który zabija niepożądanych, niedostosowanych. Takich, co są inni z wyboru lub z ze stanu psychiki. A może jest zupełnie ze mną inaczej, tylko ja tego po prostu nie dostrzegam? Jeszcze nie dostrzegam? Bo przecież nie ma jednej prawdy. Jest tylko niepewność, co do niej.