Monthly Archives

18 Articles

dziennik pesymistyczny

Bieda wybory

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Od pewnego czasu słyszę, że ja stoję tu, a inni, ci ważniejsi, lepsi stoją w innym miejscu. To znów ustawia mnie ktoś na siłę w szeregu, a innym razem mam przyklejoną łatkę z napisem wyborca taki to a taki. I do tego muszę się zawsze określać ze swoim światopoglądem jakby to była sprawa życia i śmierci. Mam wybrać gdzie chcę stać, kogo popierać, na kogo zagłosować. Bo najważniejszy jest przecież sam akt wyboru. Mam wybierać między tymi samymi politykami, bo jak mnie zapewniają od dwudziestu przeszło lat, gdy im zaufam to już na pewno w najbliższych kilku latach zapewnią mi dobrobyt tak wielki, że wprost niewyobrażalny. Ale wcześniej muszę iść na wybory i wybrać. Bo jako obywatel mam taki obowiązek. Obserwując nasz świat polityki dochodzę do wniosku, że zdecydowanie żyjemy w dwóch oddzielnych rzeczywistościach. Odnoszę wrażenie, że taki normalny, zwykły szary człowiek mieszkający na prowincji, przygląda się polityce i politykom tak jakby oglądał serial w telewizji. A teraz to już w okresie przedwyborczym, z racji potrzeby spełnienia obywatelskiego obowiązku, tak bardziej interaktywnie będzie Polak szarak, uczestniczył w polityce. Teraz to już dokładnie będzie jak w tańcu z gwiazdami. Będzie można zagłosować na faworyta, który ma szanse zostać naszym ojcem narodu. Gdyby to jeszcze można było wysłać esemesa, a nie iść do lokalu wyborczego, to już byłaby pełnia szczęścia.

I tak żyjemy sobie od jednych zapewnień wyborczych do następnych. I wybieramy, ufając że może tym razem się uda. Ale zaraz po wyborach słyszę od polityków i urzędników państwowych że nadchodzą czasy przejściowych trudności. A warto je przetrzymać, bo już za chwilę nowe wybory i znów można będzie zaufać tym kolejnym, którzy mają lepszą receptę na nasz dobrobyt. Wszystko to przypomina sytuację, o której mój przyjaciel zwykł mówić: chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze. Od tak wielu lat wdrażamy w gospodarce to, co ma być receptą na narodowe życie w dobrobycie, że czasami zapominamy że nie wszyscy mają lepiej. Bo coś jest jednak nie tak z naszym politycznym kierownictwem, jeśli następujące po sobie rządy, zafundowały nam ceny jak w bogatej Europie, a zarobki jak w najbiedniejszych częściach naszego kontynentu. I tu warto zadać sobie pytanie o kierunek marszu czy jest on słuszny, jeśli prawie siedemnaście procent Polaków jest zagrożonych ubóstwem jak wynika z raportu Głównego Urzędu Statystycznego. I choć każdy z kandydatów na ojca narodu ma tysiące światłych rad i tysiące recept na usprawnienie mi i innym Polakom życia, to raczej nie słyszałem, żeby ktoś wiedział jak przeciwdziałać rozrastającej się polskiej biedzie. I chyba nikt z polityków nie wie, co zrobić, by ten problem rozwiązać. Gorzej jest tylko w Rumunii i Grecji.

Z badań Eurostatu – Europejskiego Urzędu Statystycznego wynika, że Polska jest wciąż jednym z najbiedniejszych krajów Europy. Nasz kraj sklasyfikowano na jedenastym miejscu wśród europejskich państw pod względem panującej w nich biedy. Według danych Eurostatu jedna trzecia Polaków żyje na skraju nędzy. I naprawdę ciekawe jest to, że tym ludziom wmawia się, że choć nie stać ich na nowe buty, to przecież mogą swobodnie wybierać za jakiego prezydenta mają klepać swoją biedę. Co piątemu obywatelowi naszego kraju nie wystarcza pieniędzy na ogrzanie domu. Dwadzieścia jeden procent ludzi nie może sobie pozwolić na mięsny obiad co drugi dzień. Siedemnaście procent ludzi może tylko pomarzyć o kupnie samochodu. Ale wybrać prezydenta może każdy, a nawet powinien! Tylko jak tu wybierać jeśli ma się do wyboru zło i mniejsze zło. I tylko jedna pewność że nic się nie zmieni, bo każda ekipa polityków już przez te dwadzieścia lat rządziła, a bieda u nas tylko tylko rosła. Jest coraz więcej takich co mają dość obiecywań. Mają dość tylko wiary i nadziei. I tu przebiegają prawdziwe podziały. Dla tych, którzy nie mają za co żyć, nie jest ważne gdzie stało ZOMO, a gdzie stoją prawdziwi Polacy . Nie jest ważne, czy Bronek czy Jarek zasiądzie w pałacu. Nie obchodzi ich czy w kraju jest wojna polsko – polska. Czy może trwa polityczny festiwal miłości. To wszystko jest mniej ważne gdy trzeba zapłacić zaległy rachunek za prąd. A prawdziwe wybory są wtedy gdy do końca miesiąca zostało w portfelu dziesięć złotych i nie bardzo wiadomo na co to wydać, żeby przetrwać do następnej pensji. To są prawdziwe wybory. Reszta jest nierzeczywista.

dziennik pesymistyczny

Na trawie i przy wodzie, ale w mieście

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

W czas wyborczy, w taki czas, gdy państwo namawia nas, obywateli, do do dokonania wyboru między panem z wąsem, a panem o smutnym obliczu, czasem warto zatrzymać się w tych wyborach… przysiąść na trawie w parku i wystawić twarz do słoneczka. Do wczoraj było to nielegalne. Bo przecież w naszym uporządkowanym kraju gdzie na wszystko jest odpowiedni przepis, zapisany w odpowiednim kodeksie, i na tę zieloną trawę był odpowiedni paragraf. Nie chodzi mi o taką trawę naprawdę nielegalną, co to palą ją niegodziwcy o radosnych obliczach, ale o tę zwykłą zieloną trawkę rosnącą nam w parku. Strzegła ją do tej pory tabliczka: nie deptać trawników. I wejście na tę zieleń było zakazane. Ale od czego mamy sejm i senat. Oni te trawę uwolnili! Znieśli zakazy! Deptanie trawników w parkach, czy innych miejscach przeznaczonych do rekreacji nie będzie już karane! Tak przewiduje przyjęta przez sejm nowelizacja kodeksu wykroczeń. I jak tu się nie radować. Ludzką twarz ma nasza władza. Nie dość, że możemy sobie wybrać kogoś na prezydenta, choć wybór jest raczej ograniczony przepisami, to jeszcze władza uznała że można na trawie siadać, a nawet się na niej legalnie położyć. Łzy szczęścia napłynęły mi do oczu, jak tylko telewizja podała, że już można… że już naprawdę można… siadać na trawie. To cudowne uczucie wiedzieć że gdzieś tam w sejmie jest wielu takich, co to dbają o to i obradują nad tym bym ja legalnie mógł przejść przez trawnik, lub na trawniku zasiąść.

Nie wiem czy w Polsce oddychanie jest legalne czy nielegalne. Jeśli legalność siedzenia na trawie musiał zatwierdzić sejm, ta najwyższa władza Rzeczpospolitej, to nie zdziwiłbym się, gdyby były odpowiednie przepisy regulujące sprawę obywatelskiego oddychania. Nie dałbym się przekonać, że nie istnieje gdzieś jakiś kodeks postępowania cywilnego wykładający nieprzystępnym prawniczym językiem poprawność idei oddychania. Pewnie tak, jak było zabronione wchodzenie na trawę, są Polsce z pewnością jakieś specjalne strefy gdzie oddychanie jest zakazane. Ale i pewnie jest też jakaś ważna komisja, która aby uczynić to nasze państwo przyjaznym zmieni te przepisy i już wszędzie będzie można swobodnie oddychać pełną piersią. Posłowie skończyli z zakazem chodzenia po trawniku. Tak zamarzyło się komisji sejmowej przyjazne państwo i tak zdecydował sejm. Bez tego nie dało się przecież wejść na trawniki. Rozłożenie koca na miejskim trawniku przestanie być karane. Jestem szczęśliwy, naprawdę szczęśliwy, że ktoś dostrzega to że trawa rośnie dla nas. Klasyk myśli politycznej mawiał, że są pewne oczywiste oczywistości i mnie się wydawało, że takim jest to, że nie niszcząc trawy mogę na niej przysiąść w letniej porze. Wiedziałem, że taki piknik może zakończyć się nieprzyjemną wizytą straży miejskiej i nawet tysiącem złotych grzywny. Bo to w końcu bezprawne wkroczenie na pas miejskiej zieleni do wczoraj było karane. Więc naprawdę dziękuję posłom, że mi prawnie tę możliwość zagwarantowali. Ja tylko zwracam uwagę, że chyba za mało w naszym państwie jest zdrowego rozsądku, a za dużo przepisów. I uważam że zmiana kretyńskiego przepisu nie jest żadnym powodem do radości. To tylko powinno być poczucie ulgi, że jeszcze jeden z przepisów regulujących na siłę nasze życie przestał istnieć. Bardziej powinniśmy ufać własnemu zdrowemu rozsądkowi niż na wszystko wymyślać odpowiedni przepis.

U mnie w mieście jest fontanna gdzie na marmurowych (chyba?) płytach ktoś umieścił namalowane farbą wielkie litery: zakaz kąpieli. Pewnie to władza uczyniła, no bo kto by się ośmielił. Jest tam też odpowiedni cytat z kodeksu wykroczeń i odpowiedni paragraf wymalowany jako ostrzeżenie przed tymi, co to się ośmielą na kąpiel w fontannie. Tak jakby fontanna była wymarzonym miejscem do sportów wodnych i bez tego zakazu pełno byłoby takich amatorów kąpieli. Pewnie że nie wolno się kąpać w fontannach miejskich. Ale jak jest za gorąco, to może można tam wejść na chwilę? No można i nie można jednocześnie. Jest paragraf że nie można, ale i tak jest tam pełno dzieciarni, bo w mym dużym choć prowincjonalnym mieście nie ma gdzie się ochłodzić gdy na dworze ponad trzydzieści stopni ciepła. Może więc w miastach jest większa potrzeba takiej fontanny co to pozwoli się chwilę ochłodzić w strumieniach wody, niż na taką, co to tylko pięknie wygląda, a wejść do niej nie można? Piszę o tym, bo właśnie moje miasto zamierza przebudować fontannę miejską zamieniając ją w kolejne monstrualne nic, co tylko ładnie ma wyglądać. I to będzie takie coś, co kusi wodą w upalne dni ,a zbliżyć się do tego czegoś nie można bo zakaz jest przecież. Mnie się marzy fontanna, która pozwoli na bliski kontakt z wodą. Coś, co ładnie wygląda i do tego pomaga w upalne letnie dni mieszczuchom. Jak już mogę dzięki uprzejmości polskiego prawa usiąść na trawie to może będę mógł też w przyszłości zbliżyć się do wody z miejskiej fontanny?

dziennik pesymistyczny

Pan władza

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Mój dziadek miał zawsze jakiś dziwny sentyment do munduru. Można to było zrozumieć bo przez wiele lat sam, jako wojskowy, z mundurem się nie rozstawał. Ale chyba takie też było to pokolenie, które w oficjalnym uniformie widziało porządek i władzę. I nieważne czy to był kolejarz, pracownik wodociągów, policjant, tramwajarz, wojskowy. Ważne że jako posiadacz munduru jego właściciel kojarzył się wszystkim z władzą. – Dzień dobry panie władzo – usłyszałem jak starszy pan zwracał się do umundurowanego policjanta. Zastanowiło mnie to, że faktycznie ten starszy pan, mój sąsiad, zawsze pierwszy wybiega z tymi pozdrowieniami do tych co w mundurach. Pewnie z szacunku do tych, co na czapce noszą państwowego orzełka w koronie. Pewnie mniejszy szacunek lub jego całkowity brak, prezentują młodzieńcy i dziewczęta, którzy chóralnie wykrzykują powracając z nocnych eskapad co to by zrobili policjantom seksualnego, gdyby ich zaszli od tyłu. I to akurat pod moimi oknami. Dlaczego? Powodem jest to, że moja kamienica sąsiaduje z komendą policji. Dzieli nasze budynki spory kawałek zieleni oraz ulica, więc nocne marki mogą sobie spokojnie wyśpiewywać co też by tym policjantom uczynili, bo czują się bezkarni. Ale dla mnie dziwne jest to, że oni tak zupełnie tych stróżów prawa nie szanują. Ja to nawet jak mijam patrol policji, to czuję jakiś irracjonalny niepokój. A przecież ja, taki niespotykanie spokojny człowiek, który żadnego zagrożenia czuć nie powinienem ze strony policjantów, to jednak gdy widzę mundur to czuję respekt.

Mundur daje władzę i powinien być szanowany nie tylko przez nas obywateli, ale przede wszystkim przez tych co taki mundur noszą. Zdarzyło się w moim prowincjonalnym mieście tak, że pewien strażnik miejski, czyli człowiek w mundurze, został zwolniony z pracy przez swojego komendanta, też mundurowego, ze względu na pogorszenie stanu zdrowia przez tego drugiego. Zdarzyło się też, że prasa wykryła, że komendant strażników bierze jakąś tajną rentę. Ma taką wpisaną w oświadczenie majątkowe. Mimo trzech oficjalnych pism od prezydenta miasta nie uzupełnił on swojego oświadczenia majątkowego i teraz to już zupełnie nie wiadomo czy ta renta mu się należy czy nie. I za co ją dostaje. A przecież to umundurowany pracownik publiczny opłacany z naszych pieniędzy. A mój dziadek zawsze powtarzał, że mundur to honor i do zachowań honorowych zobowiązuje. A tu nie dość, że zwolnił podwładnego, gdy ten podupadł na zdrowiu, to jeszcze bierze podobno świadczenia które też wskazują na niezupełnie dobry stan zdrowia. I to wszystko nosząc mundur. Sprawa cięgnie się już dwa miesiące. Komendant straży miejskiej wręczył wypowiedzenie strażnikowi jeszcze przed Wielkanocą. Mężczyzna przeszedł zabieg medyczny. Jego lekarz stwierdził, że musi się on przez pewien czas oszczędzać i nie może pracować w nocy. I to właśnie stało się powodem do zwolnienia strażnika z pracy. Teraz sytuacja jest taka, że większość prominentnych urzędników magistratu uważa, że decyzja komendanta o zwolnieniu strażnika była niehumanitarna i jak najbardziej nieracjonalna, ale to komendanta nie przekonuje.
Prezydent miasta na łamach prasy obiecywał, że przeprowadzi z komendantem męską rozmowę. Do spotkania podobno nawet doszło, ale wypowiedzenie z pracy dla strażnika nie zostało cofnięte, a prezydent przez dwa miesiące nie wypowiadał się na ten temat do mediów. Strażnik w końcu znalazł zatrudnienie w miejskim monitoringu.

Coś tu nie jest normalnie. Strażnik zwolniony za to, że zachorował znalazł nową pracę. Komendant straży miejskiej nie musiał zmieniać zdania. Prezydent po męskiej rozmowie z komendantem poczuł się pewnie znacznie lepiej i co ważne lepiej wygląda w oczach przyszłych wyborców. Ale pewnie nie o taką władzę chodziło mojemu sąsiadowi, który z szacunkiem pozdrawia jako pierwszy mundurowych. Jak widać mundur komendanta daje taką władzę, że można zwolnić pracownika z piętnastoletnim stażem, który był dotąd bardzo sprawny fizycznie. A jego winą stało się to, że zachorował. Mundur dał komendantowi taką władzę, że ignoruje on zupełnie prezydenta miasta, urzędników magistratu, dwustu przeszło urzędników i pracowników, którzy podpisali petycję w obronie miejsca pracy strażnika. Ignoruje on zupełnie opinię publiczną. Nie odpowiada na pytania mediów w sprawie pobierane renty, a przecież jest pracownikiem publicznym. Mimo trzech oficjalnych pism od prezydenta nie uzupełnił swojego oświadczenia majątkowego. Dlaczego? Bo nosi mundur? Właśnie dlatego, że nosi mundur powinien być bardziej skłonny do tego, żeby wyjaśnić wszystkie wątpliwości jakie gromadzą się wokół jego osoby . Czy jako Pan Władza jest kimś inny? Jakimś nadurzędnikiem? Pewnie tak myśli, ale na szacunek to on nie zasługuje.

dziennik pesymistyczny

Cudów nie ma

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Mam przepuszczenie graniczące z pewnością, że raczej nigdy nie wystąpię w tańcu z gwiazdami. Nie dla mnie takie programy telewizyjne gdzie trzeba tańczyć. Nie dlatego nie wystąpię przed kamerami, że ze mnie żadna taka wielka gwiazdą ekranu małego czy dużego. Bo przecież nie raz słyszałem, że ze mnie niezła gwiazda. Więc dlaczego, ktoś zapyta? Ano dlatego nie wystąpię w takich ju ken densach za nic na świecie, bo po prostu nie posiadam żadnych umiejętności tanecznych. I choćbym się nawet bardzo starał to i tak wiem, że nic z tego nie będzie. Już dawno się pogodziłem z faktem, że nie dla mnie stworzono taniec. Tak już jest i nic na to nie poradzę. Ale przyznam, że czasami jak przesadzę z rozluźnieniem mięśni ciała przy pomocy legalnych środków odurzających, to tak mnie jakoś nachodzi ochota na pląsy, że nie mogę się powstrzymać i jednak tańczę. Ale przecież stan upojenia w jakim oddaję się czynnościom tanecznym nie jest dla mnie żadnym usprawiedliwieniem aby nazywać się zawodowym tancerzem. A to co wyprawiam z rękoma i nogami w żadnym wypadku nie nazwałbym profesjonalnym tańcem. To, że w stanie wskazującym czasem wywijam chołupce, nie jest też dla mnie pretekstem, żeby zebrać jedenastu takich do mnie podobnych nastajaszczych dansorów i stworzyć z nich drużynę zawodową. Nie żądam dla mnie od razu budowy wielkich sal tanecznych. Nie chciałbym też bezpośrednich transmisji telewizyjnych moich popisów w najlepszym czasie antenowym. Jestem tylko amatorem i na wieki takim pozostanę. No chyba, że nagle spłynie na mnie łaska boża w postaci talentu, to może wtedy po wielu próbach i po wielu latach mozolnych treningów zdecydowałbym się na nazwanie się kandydatem na kandydata na zawodowego tancerza.

Ale tak mam ja. Bo w naszym pięknym kraju – gdzie każdy poranek przynosi mi nowe zadziwienie otaczającym mnie światem – niczego nie można być na sto procent pewnym. W Polsce każdy może być kim tylko chce, jeśli jest o tym święcie przekonany. Bo często z braku profesjonalistów ludzie głębokiej wiary w swoje umiejętności, zastępują amatorami tych którzy coś jednak potrafią. To znaczy jest w naszym narodzie wielu, no przynajmniej jedenastu takich, którym wydaje się że są tymi za kogo się pewnie uważają. I nawet znajdzie się w nas bardzo wielu takich ludzi, którzy w to, że amator jest zawodowcem na światowym poziomie, uwierzą i nawet mu będą temu – przeświadczeniu – kibicować. Ja wiem, chcieć to móc. Słyszałem też, że tylko chęć szczera jest ważna. Że nie umiejętności, a wola walki to jest to właśnie, co nas wyróżnia. Że ważne jest uczestnictwo, a wynik już mniej ważny. I tak zapewne jest. Ale czy rzeczywiście potrzebna jest nam taka wiara w to, że mamy w Polsce zawodowych piłkarzy. I zawodowstwo traktuję tu jako umiejętność na takim poziomie, który nie jest tylko amatorskim staraniem się o to żeby nie być śmiesznym, ale coś prawdziwego co połączy talent z zapałem. Od lat słyszę że tym razem… że jak się zbierzemy… że jak się zaprzemy… że jak przyjedzie ktoś ważny i nas nauczy…że jak stadiony sobie pobudujemy na światową skalę, to od razu w tych, co na zielonej murawie piłkę kopią, taki duch wstąpi, że mistrzem świata zostaniemy w dwa lata. Czy w cztery – zależy od okoliczności.

I znów oglądam w telewizji ponownie odrodzoną po kolejnej porażce drużynę marzeń. I znów wielu wierzy, że wystarczy tylko chcieć, a umiejętności wystarczy do zwycięstwa. Polacy mieli nauczyć się rywalizować z najlepszymi. Bo jakaś pokrętna logika działaczy każe wystawiać Dawida przeciw Goliatowi w nadziei, że ten, może jakimś chłopskim sprytem wiedziony, pokona tego przeciwnika z innej ligi. Jednak znów zamiast przynajmniej rywalizacji był pogrom. Oczywiście można zawołać chóralnie: chłopaki nic się nie stało. Ale po co? Przecież wiadomo że się stało. Przegraliśmy 6:0 z Hiszpanami, którzy niewątpliwie wiedzą po co wychodzą na boisko. Różnica między drugim zespołem świata w rankingu FIFA, a drużyną, która kończy to zestawienie okazała się gigantyczna. Hiszpanie zabrali Polakom piłkę i przez cały mecz nie chcieli jej oddać. No i właśnie dlatego ja nigdy nie będę tańczył z gwiazdami. Bo wiem że nie potrafię. Więc może warto jest w końcu przyznać, że nie bardzo nam, Polakom wychodzi kopanie piłki w narodowym zespole. Bo tak solo, i do tego u innych – zagranicą najlepiej – to nam się jakoś talent do gry objawia znacznie lepiej. Nie wiem? Pieniądze tam inne? Może kwestia szkolenia? Motywowania? Tylko, że tam nie spinają się tak bardzo zawodnicy pozując na gwiazdy, tylko otwarcie przyznają, że jako amatorzy zrobią wszystko co się da i co będą mogli. I takim amatorom co to przyznają że niewiele potrafią jest łatwiej. Bo nikt po nich cudów nie oczekuje. Może warto przyznać że się kocha piłkę i gra dla przyjemności, a nie oczekiwać od tych miłych amatorów, że zwyciężą z zawodowcami. A może warto wrócić do korzeni. Grać amatorsko szlifując przez najbliższe lata umiejętności. Nie napinać się na światową skalę. Może tak praca u podstaw? A potem za wiele lat… Zobaczymy. Bo teraz to raczej nie warto wystawiać drużyny amatorów na taki, na zawodowym poziomie, mundial. Ale ja się przecież nie znam, bo nawet tańczyć nie potrafię. A jak wiadomo w Polsce każdy zna się zawodowo na tańcu i na piłce nożnej. Między innymi oczywiście.

dziennik pesymistyczny

Parkowanie sprawą polityczną

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 77

Zaparkowałem samochód na chodniku. Na tak szerokim chodniku, że w żadnym wypadku nie tamowałem ruchu pieszym. Auto zatrzymałem zgodnie z zasadami. To znaczy zgodnie z prawem o ruchu drogowym. Ustawiłem auto tam gdzie na odcinku jezdni nie obowiązuje zakaz zatrzymania lub postoju. Tę zasadę spełniłem zdecydowanie. – Gdzie pan parkuje ?! Na chodniku! – usłyszałem jak tylko wyłączyłem silnik bo tuż przy otwartym oknie samochodu stała jakaś starsza pani wygrażając mi parasolką zadawała mi to pytania. – Uprzejmie szanowną panią informuję że mogę tu parkować bo takie są przepisy – odpowiedziałem. Na wszelki wypadek sprawdziłem czy szerokość pozostawionego dla pieszych chodnika nie utrudnia im ruchu i jest nie mniejsza niż półtora metra. – Policję na takich by trzeba było wzywać – starsza pani nie dawała się przekonać moją argumentacją, że zaparkowałem samochód zgodnie z przepisami. – Ależ ja starałem się nikomu nie utrudniać… przecież zostawiłem dobre trzy metry wolnego chodnika – dodałem. – Ależ tu nie wolno parkować! – wrzasnęła na mnie pani. – Nie widzę znaków zakazu parkowania – odpowiedziałem zgodnie z prawdą i na wszelki wypadek dokładnie sprawdziłem czy mój pojazd zaparkowany na chodniku czterema kołami nie tamuje ruchu pieszych. Nawet gdyby nagle tu, w przyszłości, tym chodnikiem przechodziła pielgrzymka na Jasną Górę to i tak pewnie nie stanowiłbym dla tłumu pątników wielkiej przeszkody. – Trzeba by straż miejską wezwać – nie dawała się przekonać moimi argumentami starsza pani. – Niech takich uczy porządku – dodała.


Chciałem umknąć zostawiając panią z jej rozterkami na temat mojego sposobu parkowania, ale traf chciał że musiałem przy tym samochodzie poczekać chwilę na kogoś, z kim miałem udać się w dalszą, pieszą tym razem drogę. W samochodzie schronić się nie mogłem bo na zewnątrz gorąco, a w aucie jeszcze bardziej. Więc stałem w tej pułapce i wysłuchiwaczem. – Jak to teraz parkują! Myślą że wszystko im wolno… no niech pani spojrzy! – starsza pani najwyraźniej nie miała nic innego do roboty jak pouczać mnie o mojej strasznej zbrodni. A że po chodniku faktycznie co pewien czas ktoś przechodził szukała ona zrozumienia i poparcia dla swojej krucjaty z mym domniemam złym parkowaniem u innych spacerowiczów. – Szanowna pani, jeszcze raz panią informuję, że zaparkowałem samochód zgodnie z przepisami – starałem się zakończyć dyskusję. Jednocześnie modliłem się w duchu o to, żeby ten na kogo czekam przy samochodzie, zjawił się w tej właśnie chwili i mnie z tego koszmaru uwolnił. – Bezczelny! – usłyszałem – oni przez te rządy platformowe to już wcale do starszych szacunku nie mają – dodała. Nie wiedziałem że moje parkowanie to sprawa polityczna oraz przejaw odwiecznego konfliktu międzypokoleniowego. Nie wiedziałem – ale jak widać z paninej wypowiedzi – w jej oczach stałem się przejawem liberalnego upadku obyczajów. Przymknąwszy na chwilę oczy starałem się nie angażować w dyskusję. – Tak to jest. Ma pani rację. Może im ten Kaczyński to ukróci – z przerażeniem usłyszałem drugi głos. A po otwarciu oczu zobaczyłem już nie jedną!… Lecz dwie panie wpatrujące się we mnie z nienawiścią i pogardą. Raczej chyba bardziej z pogardą.


– Czy szanowne panie mogą mi przystępnie wyjaśnić jak się ma to moje pakowanie na chodniku do wyborów prezydenckich? – zapytałem naprawdę zainteresowany tokiem rozumowania i dziwnym skojarzeniem u tych pań. – No widzi pani jaki typ bezczelny! – wyjaśniła jedna pani drugiej pani. Tak, tak – przyznała tamta. A mnie zaczęło to już nie tyle denerwować, co bawić. Zastanawiałem się, czy jeszcze za to, że ośmieliłem się zaparkować samochód tam, gdzie to tej pani przeszkadzało stanę się antychrystem? A może zboczeńcem lub komunistą? – Ten Kaczyński to im to rozpasanie ukryci na dobre – usłyszałem i miałem fleszową wizję, jak to ten kandydat na prezydenta w mundurze policjanta drogówki wlepia mi mandat za złe parkowanie wśród oklasków gawiedzi. – I jeszcze się śmieje – usłyszałem naprawdę rozbawiony moją wizją. Na szczęście ten na kogo czekałem przy samochodzie nadszedł więc nie musiałem się dłużej narażać na uwagi szanownych starszych pań. Odchodząc usłyszałem jeszcze głos jednej z nich: – Śmieje się taki… a w kraju powódź… tacy to niczego nie uszanują. Dobre nie? Do teraz zastanawiam się co takiego mogło powiązać moje domniemane złe parkowanie z wyborami, powodzą, liberalną polityką platformy oraz z kandydatem na prezydenta. Jaki był tok rozumowanie pań? Jak im się to skojarzyło? Może odpowiedź jest w tym co pamiętam z Przedwiośnia Stefana Żeromskiego. Tam też stawiane jest pytanie: słoń a sprawa polska. Niektórym z nas po prostu wszystko kojarzy się z polityką i we wszystkim, w każdym działaniu doszukujemy się związków z polską sprawą narodową, z naszą krajową polityką. Jak widać parkowanie to też kwestia polityczna.

dziennik pesymistyczny

Najprzyjemniejszy koncert świata

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Właściwie nie pamiętam od kiedy czytam w gazetach i słyszę w rozmowach na ulicy, że w moim mieście nic się nie dzieje w kulturze. Że jest nuda na scenie muzycznej. Że marazm. Że nikt do nas nie przyjedzie z koncertem. Że omijają naszą prowincję wszelkie gwiazdy muzyczne. Nic się nie dzieje w tym mieście… Jak w filmie polskim – parafrazując znany dialog – proszę pana, to jest tak: nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Tak, proszę pana… (…). W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje, to prawda. Bo naszym – miasta – przekleństwem jest to, że leży ono za blisko i że za daleko o naszej stolicy. Ale jak już coś się wydarzy w kulturze to i tak nikt nie ma ochoty tego zobaczyć. Bo narzekają wszyscy. Na większości imprez pojawiają się ci sami ludzie. Ale za to wszyscy, tłumnie, jak przystało na ponad dwustutysięczne miasto, chóralnie przyznają, że nic się tu nie dzieje. Taki fenomen. Słyszę, że nie ma na co iść, a jak już ktoś godny posłuchania zaszczyci nas swą obecnością to i tak nikt go nie chce oglądać. Może to przez te ceny biletów? Bo przecież kilkadziesiąt złotych to dużo. Może to przez organizatorów koncertów, którzy raczej z tego, co wynika z moich rozmów z muzykami nie są profesjonalistami. Albo właściwie są profesjonalistami w zarabianiu pieniędzy tylko dla siebie. Jak to mawia mój przyjaciel:, jakie miasto takie koncerty. I chodzi mi tu o frekwencję. 

 

A ja byłem na koncercie, bo choć mi się nie chciało, z wrodzonego lenistwa, to postanowiłem jednak się wybrać, aby sobie i innym udowodnić, że jednak coś się dzieje ciekawego w moim mieście. Że jeśli ktoś już wybrał się do nas z koncertowa wizytą, to warto się udać na jego występ a nie tylko wiecznie narzekać. A było to dla mnie szczególne wydarzenie muzyczne, jakie nie zdarza się codziennie. Nie dość, że miałem okazję zobaczyć doskonałych muzyków to jeszcze mogłem rozkoszować się tym, że byłem na bardzo, ale to bardzo kameralnym koncercie. Ale czy to źle? Nie, to dobrze, bo w takiej atmosferze nie bawiłem się dawno. Nie żałowałem, że pokonałem lenistwo. Choć jak zawsze nie chciało mi się wyjść z domu. Iść taki kawał do klubu. I jeszcze te drogie bilety! Wszystko wskazywało, że się nie wybiorę na ten koncert. Lecz z drugiej strony przecież nie widziałem ich na żywo już kilka lat. Może coś nowego usłyszę?  Dobrze by też było zobaczyć muzyków, których znam, no może nie tak osobiście na stopie przyjacielskiej, ale poznałem przed laty. Zespół, który miał dać koncert w moim prowincjonalnym mieście jest jednym z moich ulubionych na polskiej scenie muzycznej, więc miałem ambiwalentne uczucia. Walczyło we mnie wielkie lenistwo z wielkim pragnieniem usłyszenia tego, co znam od lat i co lubię od lat. Posłuchania muzyki w dobrym wykonaniu. Ale znów ta droga do klubu – marudziło moje lenistwo. Te kilkadziesiąt złotych za bilet. Byłem w połowie drogi między wybraniem się na koncert a tym żeby zostać w domu. Tak myślałem do czasu, aż postanowiłem wygrać ten bilet w konkursie lokalnej gazety. Wizja tego, że coś mam za darmo miała mnie dodatkowo zmotywować do działania. Do wybrania się na koncert.  I jak wygrałem bilet w konkursie, to już nie miałem żadnej wymówki, aby się nie udać do klubu.  Tym bardziej, że kolega zaproponował, że pojedziemy razem jego samochodem, co nie ukrywam, było dodatkowym elementem stymulującym mnie do wyjścia z domu.

 

Przyjechaliśmy pod klub punktualnie o godzinie, w której miał się koncert zaczynać. Choć obydwaj wiedzieliśmy dobrze, że nikt nigdy nie zaczyna koncertu o tej godzinie, która widnieje na plakatach. Ale przecież z kolega nie widzieliśmy się kilka miesięcy i te minuty czy nawet godziny oczekiwania na początek postanowiliśmy spożytkować na obgadanie zaległych spraw. Pierwszą niespodzianką było to, że na parkingu było tylko kilka aut a przed wejściem nikogo. To znaczy był tam przedstawiciel zespołu oraz jego lider. Z wielkim zaskoczeniem dowiedzieliśmy się od nich, że koncert jest właściwie niesprzedany. Że miał być odwołany. Bilety się nie rozeszły. A organizator okazał się, że zacytuje: kosmitą. Nie zdziwiłem się. U mnie na prowincji nie raz już słyszałem o tym, że sprzedało się kilka biletów, więc koncertu nie będzie. Ale nie tym razem. Na moje szczęście chłopaki postanowili jednak zagrać. Choć jak widać było po nas, zarobić na tym raczej nie zarobili. Bo ja z biletem wygranym w konkursie, a kolega kupił bilet po cenach przedsprzedażowych. To miłe – pomyślałem – że zespół, który co by nie mówić dużo znaczy dla polskiej scenie rockowej chce zagrać nawet dla nas dwóch. I to z radością.  I jeszcze miło zaprasza. Jak za dawnych czasów. Po godzince zaczęli grać i to, co usłyszałem było warte wiele i choć było nas pod sceną zaledwie kilka osób to przeżyłem niezapomniane chwile.

 

I teraz wiem, że źle zrobiłem. Bo powinienem jednak kupić ten bilet. Choć cieszyłem się, że wygrałem, i najważniejsze, nie przeszkadzało to zespołowi, który życzył mi przyjemnej zabawy. Ale męczyło mnie to, że oni tak za darmo dla mnie grają. Postanowiłem nawet, że nabędę ich płytę. Tak w ramach rekompensaty. Choć w zasadzie mam już jedną. Tę drugą dam komuś ze znajomych w ramach promocji zespołu, któremu chciało się przyjechać kilkaset kilometrów i zagrać dla mnie i kilku moich znajomych. I mam też wątpliwość czy to dobrze, że tak mało było widzów? Tak, to źle dla zespołu. Ale czy chciałbym przeżyć jeszcze raz to uczucie, że jestem na koncercie, który odbywa się prawie tylko dla mnie. Zdecydowanie tak.

 

dziennik pesymistyczny

Jak Hiob?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Powódź. Właściwie nie ma dnia żebym nie oglądał na ekranie mojego telewizora informacji o tej wielkiej tragedii. Nie słyszał strasznych opowieści znajomych na temat tego nieszczęścia. Nawet jakbym nie chciał tego wiedzieć, to nie żyję przecież w pustce, więc nie mogę nie zauważyć tego, że w Polsce jest wielka woda. A w niej, w tej wodzie, tysiące ludzi z nią się zmagających. Doświadczam tego tylko poprzez empatię z tymi, których dotknęły fizycznie skutki tego kataklizmu. Mieszkam tam gdzie nie ma wielkiej rzeki. Nie ma u mnie zagrożenia, ale zagrożenie jednak odczuwam. Wiem, że jak inni cierpią to ja nie mogę być obojętny na to cierpienie. Jednak potrafię sobie wytłumaczyć, że natura jest nieprzewidywalna. Że można tylko starać się załagodzić skutki tego, co ona w swoim szale zniszczyła. Przyjmuję z pokorą to, że pada wielki deszcz. Że wybuchają wulkany. Że obsuwa się ziemia.  Że wylewają rzeki. Wiem, że tak było przez wieki, nim pojawiłem się na tym świecie i tak też będzie jak mnie już na nim nie będzie. Wiem, że jestem tylko małą cząstką tej planety. I przy tym mało ważną częścią.  Przyjmuję to z pokorą. Ale przecież nie żyję jak już wspominałem na początku w pustce, w próżni. Odczuwam i słyszę to, co mówią inni. A że jest u nas dziewięćdziesiąt osiem procent katolików to znaczy tych, co się za takich uważają to nie jest trudno wpaść na ludzi, którzy w swej wierze w swojego Boga szukają odpowiedzi, dlaczego tak nas doświadczają nieszczęścia.

 

Wczoraj słyszałem rozmowę dwóch pań odświętnie ubranych z gałązkami brzozy w rękach. Wczoraj był czwartek, a tego dnia – jak mawia mój przyjaciel – tradycyjnie i całkowicie wyjątkowo zarazem, przypada wielkie katolickie święto. Więc zapewne te dwie panie rozprawiające głośno na ulicy nie były przypadkowo tam, gdzie mogłem je usłyszeć, lecz z nakazu ich wiary. – Zobacz pani, jakie nieszczęście nas spotkało z tą powodzą – rzekła jedna. – Ano tak, wielkie nieszczęście. Tyle domów zalanych, tyle zwierząt się potopiło…Oj, wielkie nieszczęście – potwierdziła druga. – I jak pani myśli, dlaczego tak jest? – Zapytała ta pierwsza.  – Nie wiem – odpowiedziała druga.- Może Bóg chce nam coś przez to powiedzieć. Coś przekazać – dodała po chwili. I tyle tylko usłyszałem. I nie mogę zapomnieć tych prostych pytań o przyczynę. Ciągle o tym myślę i ciągle analizuję. Czy Bóg tych dziewięćdziesięciu ośmiu procent polskich katolików przez takie ich doświadczanie stara im się coś przekazać? Mnie człowiekowi małej wiary nie jest dane tego zrozumieć. Ale chętnie bym się dowiedział, co też takiego chce nam ten miłosierny pan wszelkiego stworzenia przekazać. Ja jestem niegodny i pewnie nieprzygotowany. Ale przecież mamy tylu księży, tylu kapłanów, tylu kardynałów i biskupów. Może oni z racji bliskości z bóstwem coś mieliby do powiedzenia w tej sprawie? Wczoraj z okazji święta wsłuchiwałem się w głos kleru. Czekałem na wskazówkę. Na potwierdzenie przynajmniej, że niezbadane są ścieżki Pana. I nic nie usłyszałem oprócz tradycyjnego apelu o jedność w obliczu tragedii. A spodziewałem się jakichś wskazówek. Jakiegoś wytłumaczenia. Ale nic takiego nie było. Więcej było słów o przyszłych wyborach prezydenckich niż o tym, dlaczego Bóg zsyła na nas powódź. A przecież ludzie wierzący powinni sobie zadawać takie pytanie? Czyż nie?   A może tylko tak mi się wydaje?

 

Pamiętam z lektury pewnej księgi, że jest coś takiego jak cierpienie hiobowe. Takie cierpienie niezawinione. Do którego osoby pokrzywdzone się nie przyczyniły bezpośrednio, nie zawiniły niczym, a mimo to zostały dotkliwie doświadczone. Czy tak właśnie nie jest w tym przypadku? Czy to jakiś zamysł? Jeśli nic nie dzieje się bez przyczyny, to może warto żeby kler wytłumaczył ludowi i przy okazji mojej skromnej osobie przyczyny Bożego gniewu? Czy może tak jak w przypadku Hioba jesteśmy wystawiani na próbę? Ja nie wiem, nie mam prawa wiedzieć, jako ktoś, kto dopiero szuka a nie święcie wierzy. Ale ta pani pytająca swoją znajomą – jaka jest przyczyna cierpienia – powinna znaleźć odpowiedź u duchowych przewodników. A mam takie wrażenie, że oni milczą. Może ja, tej odpowiedzi, szukam w niewłaściwym miejscu? Zapytałem, więc znajomych, który przyznają się do głębokiej wiary. Ale i oni nie znaleźli odpowiedzi na moje pytania. Tam w świątyniach, które odwiedzają, też nie ma odpowiedzi. Więc gdzie? Dlaczego mam wrażenie, i nie tylko ja, że ci, co prowadzą duchowo ten naród w dziewięćdziesięciu ośmiu procentach katolicki, nie tłumaczą przyczyny takiego stanu rzeczy. Bo jeśli od niego wszystko zależy to, dlaczego nas tak doświadcza – pytam wraz innymi- i chętnie usłyszałbym odpowiedź od tych, co to z racji zawodu lub powołania są jakby bliżej Niego.

 

dziennik pesymistyczny

Wybory między hasłami

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jak są wybory to i wyborcze hasło kandydat na urząd prezydenta bezwzględnie mieć musi. Bo jak każdej szanującej się firmie niezbędne jest logo, slogan reklamowy, piękne opakowanie ich produktów, tak kandydatowi na prezydenta najjaśniejszej rzeczpospolitej potrzebne jest chwytliwe hasło wyborcze. Bo można nie kojarzyć, kim jest smutny starszy pan, co to go czasami pokazują w telewizji. Można nie wiedzieć, kim jest ten pan, co tak patrzy na mnie takim melancholijnym wzrokiem. Ale hasło kojarzą wszyscy. Oczywiście ja wiem, że ten pan w czarnym żałobnym garniturze, co to jego podobizna patrzy na mnie z gazety, jest byłym premierem. Ale że się tak strasznie ostatnimi czasy zmienił! Stał się taki milczący, że za jego wypowiedzi na temat tego jak chce rządzić, musi mi wystarczyć jego wyborcze hasło. On taki odmieniony. Taki wycofany. Zawsze w tle. Bo na pierwszym planie inni polityczni działacze, którzy jako ta tarcza przed obliczem chmurnego rycerza. A na tej tarczy jego hasło wyborcze. Coś tam powie do swoich potencjalnych wyborców ów kandydat z chmurnym obliczem, ale nie za dużo. Z umiarem. Żadnych wywiadów na żywo. Tylko dokładnie wyreżyserowane tyrady o tym, że Polska jest najważniejsza. Bo takie ma hasło wyborcze. Polska jest najważniejsza. Też mi odkrycie. No niby, jaka miałaby być? Nieważna? I co ja mam z tego wynieść czy zrozumieć? Że najważniejsza jest dla niego Polska? No pewnie, przecież nie kandyduje na prezydenta Gabonu tylko Polski, więc siłą rzeczy powinno to dla niego być ważne. Najważniejsza jest Polska. Ale co się pod tym kryje? Czy ta najważniejsza Polska to Polska tych, którzy stali tam gdzie stała Solidarność, czy raczej tych, którzy stoli tam gdzie stało ZOMO – że zacytuję tu słowa tego kandydata sprzed duchowej przemiany. Czym bardziej przyglądam się nowemu politycznemu wizerunkowi tego posępnego starszego pana, czym bardziej wsłuchuję się w tych niewiele wypowiadanych przez tego kandydata na prezydenta słów, tym bardziej mam wrażenie, że to hasło mówiące o tym, że najważniejsza jest Polska jest dla tych prawych i sprawiedliwych ludzi wszystkim, co mają mi do przekazania. I nic więcej. To taka ładnie opakowana pustka. A może z okazji ten politycznej miłości do wszystkich i ogólnego nakazu przebaczania wszystkim oraz proszenia o przebaczenie, warto by zastosować sprawdzone już w telewizji hasło: kocham cię Polsko?

 

Wolność i Praworządność – z takim hasłem wyborczym powalczy o głosy Polaków inny kandydat na najwyższy urząd. Gdybym miał zagłosować w zbliżających się wyborach tylko na podstawie tego hasła, to uważam, że ten kandydat miałby o wiele większe szanse na mój głos. Ja tam zawsze chciałem być wolny. A żyć w kraju praworządnym? Czemu nie? Dlaczego więc nie zagłosować na tego, co chce tylko żeby kraj za jego rządów był wolny i praworządny? Ale niestety wiem, że to nie wszystko, co ma mi do zaoferowania ten kandydat z elegancką muszką pod szyją, więc nie zagłosuję na niego. Weźmy kolejne hasło kolejnego kandydata. Ten kandydat, ten wysoki i dystyngowany pan, ogłosił podczas spotkania z dziennikarzami hasło swojej kampanii. Zaprezentował billboard wyborczy, który ma się pojawić na ulicach w czerwcu. Hasło tego najwyższego wśród kandydatów kandydata na prezydenta to: Wybierz swój dobrobyt. I jak tu się z nim nie zgodzić. Chętnie wybiorę dobrobyt. Czemu nie? Już ponad dwadzieścia lat czekam w wolnej Polsce na mój dobrobyt, ale jak na razie, to nie starcza mi do pierwszego z tego, co zarabiam. Więc jak najbardziej wybiorę dobrobyt! Tym bardziej, że jak słyszałem sam kandydat już wybrał dla siebie dobrobyt i się w nim zasmakował, więc wie, co mówi.  Jest też inny kandydat, co to cudem prawie został kandydatem. Bo już miał nim nie być za jakieś ciążące na nim wyroki sądowe, a tu nagle znów się objawił jako kandydat. Opalony kandydat przedstawił swoje hasło wyborcze. Brzmi ono: Ja nie jestem jednym z nich, ja jestem jednym z was. Za przeproszeniem szanownego kandydata, to nie chciałbym wyglądać, czy być, jak on. Nie wyglądam jak żaden polityk i z całym szacunkiem nie stawiałbym się w jednym rzędzie z tym kandydatem na najwyższy urząd. Ja się cieszę, że nie jest on jednym z nich, bo jak jeszcze byłby jednym z nich, to byłoby to niebezpieczne dla Polaków i zabawne jednocześnie. Sam już nie wiem, co bardziej. Ale jak nie jest jednym z nich a chce być jednym z nas to, po co mam go wybierać żeby na nowo stał się tym jednym z nich. Prawdziwa zagadka wyborcza.

 

Ten kandydat, ten zielony też ma swoje hasło. Sztab ludowego kandydata na prezydenta zaprezentował plakat wyborczy. Działacze, a zapewne i sam kandydat planują, że w całej Polsce zawiśnie około tysiąca billboardów. Plakat przedstawia lidera z dopisanym hasłem: Dialog i Porozumienie. Tło zdjęcia i hasło wyborcze kandydata są w różnych odcieniach zieleni. Na dole plakatu białymi literami na zielonym tle napisane jest imię i nazwisko ludowego kandydata. I jak tu się nie zgodzić. Jakiś dialog tam jest, ale ja nie mogę sobie przypomnieć żeby ludowcy prowadzili z wyborcami jakiś dialog. No może, jako mieszczuch po prostu nie spotkałem ich zbyt wielu. Może oni tak raczej z naturą i tymi, co bliżej natury prowadzą ten dialog. I tam mają jakieś porozumienie, które pozwala im utrzymywanie się u władzy koalicyjnej tyle lat. Wszystko się zmienia.  W kraju następują po sobie rządy lewicy i prawicy a oni wciąż rządzą jako koalicjant. Fakt, jak na to spojrzeć to jak nic mają ludowcy talent do dialogu i porozumienia. A jakby tak wybrać ich wszystkich naraz i niech rządzą kolegialnie. Mielibyśmy w Polsce poczucie, że jest ona najważniejsza, że jest wolna, praworządna, pełna dobrobytu, gdzie prowadzi się dialog prowadzący do porozumienia. Więc kandydaci! Od haseł – do czynów!