Monthly Archives

17 Articles

dziennik pesymistyczny

UFO na rocznicę

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Bardzo popularnalokalna gazeta, której każdy tytuł  musizawierać słowa „tragedia”, „ dramat” lub synonimy tych słów, podała wczoraj dowiadomości „ urbi et orbi” że nad moim miastem pojawiło się UFO. Ten niezidentyfikowanyobiekt latający widziała podobno czytelniczka dziennika i chciała się tymfaktem podzielić z dziennikarzami.  A oniponieśli tę wieść dalej. Na stronach internetowych gazety zamieszczono zdjęciedomniemanego pojazdu z kosmosu, więc każdy mógł wyrobić sobie zdanie na tentemat. Redakcja publikując list internautki, który dotarł redakcji,  chciała pobudzić czytelników  do dyskusji czy to w ogóle było możliwe? TakieUFO nad naszym miastem leżącym na prowincji. Dziennikarze mieli nadzieję, że dziękizamieszczeniu fotki i notki  znajdą sięjeszcze jacyś inni świadkowie tego niesamowitego zdarzenia.  Żurnaliści przyrzekli też solennie że  będą  „ sprawdzać,czy ta relacja uzyska potwierdzenie wojska lub innych czynników oficjalnych”.  Ale chyba nadal śledztwo trwa, bo w najnowszymwydaniu gazety niestety nie ma rozwinięcia tematu zagadkowych świateł nadmiastem . – Pierwsze 8 żarzące się płąskie talerze, ale jakby z kula w środku,przypominaly ksztaltem Jowisz, lecialy bezszelestnie, wylatywaly dosyc niskojakby znad lotniska przelatywaly i nagle niektore albo znikały, albo opadałynagle w doł, niektore stały przez dłuzsczy czas w miejscu, potem pojawily siejasne plamy na niebie, ktore lataly w jedna strone i z powrotem i zatrzymywalysie w miejscu – alarmowała za pośrednictwem gazety czytelniczka ( pisowniaoryginalna). Nie wiem jak tam dziennikarze śledczy lokalnego dziennika,  ale ja chyba mam wyjaśnienie tego zjawiska. Możeto ci sami kosmici co porwali rolnika z Emilcina trzydzieści trzy lata temupostanowili jeszcze raz nawiedzić nasz kraj!  Zwracam uwagę że zdarzenie to miało miejscetrzydzieści trzy lata temu, no może to nie magiczna liczba czterdzieści icztery, ale trzydzieści trzy to też coś znaczy. Wtedy ciekawskie zieloneludziki, które wyszły ze statku kosmicznego  w kształcie przyczepy kempingowej,  porwały chłopa w celu zbadania jego skórzanegopaska od spodni… A wszystko wydarzyło się dziesiątego maja 1978 roku. Czylimamy rocznicę!  I teraz UFO nad moimmiastem!  To nie może być przypadek,  przecież pewnie nawet w dalekim kosmosie wiedzą jak ważne dla naszego narodu są wszelkierocznice i dlatego kosmici przylecieli ponownie w rocznicę tamtego wydarzeniawłaśnie.

 

dziennik pesymistyczny

Ostateczna instancja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– I to się nadaje doprasy! A nie tylko kelnerzy i kelnerzy – zwykł mawiać pewien bohater serialuCzterdziestolatek.  Człowiek ten byłstałym korespondentem działów interwencji ówczesnej gazet. Czyli dostarczał informacji, które wymagały tego, żebyzainteresowała się nimi czwarta władza czyli media. Tak było dawniej. Terazjest zdecydowanie lepiej, bo i mediów nam się porobiło znacznie więcej izdecydowanie więcej tematów nadaje się do prasy i nie tylko, bo i do radia i dointernetu – do mediów –jak mawia mój kolega . A i telewizja stała się taką ostateczną instancją do której naródodwołuje się gdy już wszystko zawiedzie. Jeśli już  znikąd nie ma nadziei na pomoc czy ratunek i wszystkozawiodło, to zawsze zostaje telewizja. Wydawało mi się (tak, to jak najbardziejtrafne określenie), że państwo ze swym biurokratycznym aparatem istnieje tylkopo to, aby obywatelom żyło się lepiej i coraz dostatniej. Ale jak zawsze, gdypo jednej stronie występuje szarak – człowiek zwyczajny – a po drugiej wielkiei dumne państwo urzędnicze, to w wojnie na przepisy i prawo wygrywa zazwyczaj państwo.Tak to już jest, że jak my dla niego płacimy podatki to dobrze,  ale jak ono dla nas to… no jakoś tak mu nieidzie z pomocą gdy jesteśmy w trudnej sytuacji. A jeśli już nas wspiera to dajeci państwowy aparat, coś, co raczej można nazwać jałmużną a nie pomocą . Ale zato zgodną z przepisami. Pewna pani rozwiesiła na ulicach Słupska ogłoszenie znumerem telefonu.  – „Oddamdziewięciomiesięcznego Oliwiera w dobre ręce – napisała w tym specyficznym anonsie kobieta. Pani ta tłumaczy dziennikarzowi,że nie chce stracić kontaktu z dzieckiem, ale nie jest w stanie zapewnićdziecku choćby wyżywienia. Jak dodaje, już nie dostaje alimentów na dziecko.Dostaje jedynie dodatek rodzinny na dziecko w wysokości sześćdziesięciu ośmiu złotych.No właśnie, o to mi chodzi. Dowiedzieliśmy się o złym losie  tej pani gdy zainteresowały się nią media. Nikto niej nie pamiętał i nikt się nią nie interesował wcześniej w dostatecznymstopniu. Czyli właśnie ta ostateczna instytucja odwoławcza. Państwo swojerobiło. Ale wszystko się zmieniło gdy panią i jej dziecko pokazała telewizja. Ażstrach myśleć co by się stało, gdyby sprawą nie zainteresowali siędziennikarze. Chciałbym abyśmy się dobrze zrozumieli. To dobrze, że tak się stało,że media zainteresowały się sprawą. Ale wnerwia mnie to, że w Polsce przeważnienic się nie zmieni w urzędniczej wrażliwości na los zwykłego obywatela do czasu,gdy przyjdzie redaktor z kamerą. Taka wizyta daje zazwyczaj urzędnikom niesamowitegokopa na rozpęd i zmusza ich do szybkiego i skutecznego działania. Media to takiwspółczesny dopalacz dla urzędników. Bez niego są dziwnie bierni w swoichdziałaniach, ale jak już zobaczą się w telewizji czy przeczytają w prasie oswojej pracy, czy raczej jej braku, to od razu przystępują do działania. To czegoz powodu zawiłości przepisów przez miesiące czy lata nie dało się załatwić,nagle staje się sprawą załatwioną od ręki. Taka jest siła telewizji czy prasy.Może więc czas na hasło: cała władza w ręce mediów.

 

dziennik pesymistyczny

Ambicja to twoja szalona religia…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Od najmłodszych lat uczą nas rywalizacji. Kto pierwszy, ten lepszy. Musisz stawać do zawodów.  Za wszelką cenę musisz wygrać.  Najlepiej powiedzieć wierszyk w przedszkolu. Najładniej zaśpiewać. Zawsze i wszędzie jesteś poddać się ocenie. Nie uczyć się, w sensie przyswajasz wiedzę,  nauczysz się jak wygrać. W szkole musisz mieć najlepsze oceny. Musisz mówić i pisać w trzech językach.  Grać na fortepianie. Pływać, tańczyć, podskakiwać. I to wszystko na najlepszą  ocenę. Bo umiejętności które nabywasz i wiedza którą przyswajasz nie są tak ważne jak ocena za nie. Podlegasz weryfikacji. Musisz być najlepszy. Doskonały. Ten kto nie nadąża jest gorszy. Nieprzystosowany. Ty masz dobre oceny, nieważne jakim kosztem, ważne że je masz. Jesteś najlepszy. Doskonały.

Staraj się! Niech Cię  inni doceniają. Bądź ambitny!  Zasłuż na najwyższą ocenę. To najważniejsze. Na studiach musisz zaliczać. To magiczne słowo. Nie uczyć się. Nie kształtować umysł, czy kształcić się, ale zaliczać. Zdawaj egzaminy. Zdobywaj wpisy do indeksu. Być najlepszym. Zaliczyć z dobrą lokatą. Zdać egzamin, mieć najwięcej punktów. Musisz być kimś. Najlepszym. Doskonałym.

– Zdałam egzamin! –oznajmiła moja koleżanka radośnie. – Pewnie się dużo nauczyłaś, masz teraz obszerną wiedzę z tej dziedziny  –pochwaliłem, bo obszar wiedzy z której poddała się sprawdzianowi na studiach i mnie bardzo interesował. Myślałem, że teraz, jak zweryfikowano pozytywnie jej mądrości będę mógł z nią podyskutować na wyższym poziomie. – Nauczyłam się tego co było na egzaminie i zaliczyłam – zapiszczała zachwycona. – Dostałam jedną z najlepszych ocen – kontynuowała rozentuzjazmowana.

No tak, przecież nie wiedza się tu liczyła, ale dobra ocena. Zaliczenie. Nauczyła się tylko tego co musiała i pewnie teraz i tak nic i tego nie pamięta. Bo i po co? Najważniejsze, że zwycięstwo postawiło ja w odpowiednim miejscu w rankingu studentów. A wiedza? No cóż. To zbyteczne obciążenie. Ona studiuje – jak to często podkreśla w rozmowach –  aby mieć papier, dyplom ukończenia uczelni. Bo jak go będzie miała to dostanie lepszą pracę. W sensie dostanie się na szczyt.

Tam nie liczy się wiedza ale osiągnięcia. – Twoja ambicja zabija ciebie, ambicja to twój wróg – śpiewał przed ponad dwudziestu laty zespół Kryzys. Co najdziwniejsze ten tekst sprzed lat, idealnie pasuje do dzisiejszych czasów kultu sukcesu za wszelką cenę popartego pieniądzem. – Ja nie gram, ja nie przegram, bo nie mam żadnej ambicji,  ambicja to twoja szalona religia… – znów powracają do mnie te słowa. A może właśnie tak? Nie grać. Nie uczestniczyć w wyścigu szczurów. Stanąć z boku. Nie grać, bo wtedy się nie przegra. Nie mieć żadnej ambicji, bo czasami to faktycznie szalona religia.

dziennik pesymistyczny

Zestresowany lider

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Coś taki wnerwiony –zapytałem znajomego. – Do roboty idę – usłyszałem w odpowiedzi. Chciałem dociecdlaczegóż to ten mój znajomy taki zdenerwowany z rana. Przecież raczej powiniensię cieszyć że ma pracę- a on zestresowany. Tak przed ósmą jeszcze  było, a ten biedak z miną taką przykrą,  krok za krokiem do biura podążał, jakby go naroboty przymusowe mieli wywieść. Nie dowiedziałem się dlaczego on z takącierpiętniczą miną do tej roboty zmierzał. – Szkoda gadać, robotę mam stresującą – powiedział tylko. Po czymmachnął ręką i powlókł się do swojego biura. Zawsze mi się wydawało, że praca którą wykonuje mój znajomy nie jest ażtak stresująca. A tu proszę taka niespodzianka. Człowiek wyglądał jakby go zkrzyża zdjęli – że użyję ulubionego porównania mojej babci. Cały dzień stał miprzed oczami obraz tego mojego znajomego. Rozmawiałem z innymi naszymiwspólnymi znajomymi co też tak go mogło zdołować z rana. I okazało się, że nickonkretnego, po prostu praca jest tak stresująca. Ja staram się z tym walczyć ,ale nie raz okazywało się, że od stresu nie mogę uciec. Dopadał mnie i siedziałmi na karku.  A wszystko przez pracę lubjej brak.  Wpadł mi w ręce artykuł zgazety, z którego wynikało, że Polacy są najbardziej zestresowanymipracownikami na świecie. A więc wszystko jasne. Poziom stresu w pracy pokazujetzw. Narodowy Wskaźnik Stresu (NSI – National Stress Indicator). Im wyższywskaźnik NSI, tym miejsce pracy i środowisko, w którym żyjemy, odbieramy jakomniej stabilne, spokojne i bezpieczne. No i wszystko jasne.  Mój znajomy ma wysoki współczynnik NSI usiebie w robocie – jak się sam wyraził o swojej pracy.  W dzienniku napisano, że wskaźnik stresu wPolsce wynosi 2,22. Za nami jest Korea Płd. ze wskaźnikiem 1,98. Trzeciemiejsce zajmuje Dania (1,81), a dalej: Finlandia (1,74), Chiny (1,68),Tajlandia (1,53), Niemcy (1,53), Kanada (1,53), USA (1,51), Wielka Brytania(1,47), Hiszpania (1,41). Na luzie pracują Brazylijczycy (1,19). Nie ma co siędziwić, że mój znajomy tak wyglądał. Jego samopoczucie potwierdzono badaniami.Stres był więc przyczyną jego samopoczucia oraz wyglądu. – No i jesteśmyświatową potęgą – stwierdził kolega. – Tak, i to w dwadzieścia lat – dodałem ibardzo mnie to zestresowało.

 

dziennik pesymistyczny

Pozamykać stadiony

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Podsumowano straty po niedzielnym spektaklu teatralnym. Pseudowidzowie uszkodzili osiemnaście miejskich autobusów i trzy tramwaje. Wyrywali młotki awaryjne, cięli siedzenia, zrywali plomby, wyrywali głośniki. W jednym autobusie został przecięty przegub, w jeszcze innym zbito szybę. W niektórych pojazdach pojawiło się graffiti. Ogólnie straty wyceniono na dwanaście tysięcy złotych. Taka notka prasowa to oczywiście fikcja. Wymyśliłem to, aby pokazać absurd sytuacji. Agresywni miłośnicy opery? – To niemożliwe – każdy to przyzna.  Ale co by się stało jakby to naprawdę się wydarzyło? Co by się stało gdyby co tydzień dochodziło w teatrze, w operze, czy w kinie do burd i zadym? Co by się stało jakby regularnie gazety pisały o tym, że widzowie teatralni podczas spektaklu rzucali racami i petardami, i wyzywani się od Żydów?  Nikt w zasadzie nie wyobraża sobie, aby podczas seansu w kinie dochodziło do regularnych bijatyk czy odpalania robiących ogromny huk petard. Tak by nie mogło się stać, bo to przecież nie jest możliwe. Nikt by na to nie pozwolił.  Przecież już następnego dnia teatr czy kino byłoby zamknięte do odwołania w ramach represji za awantury. Sprawę by załatwiono szybko i sprawnie.  No tak, ale to nie sport. Tam nie ma takich pieniędzy. Na stadionach też jest teatr i też są burdy, ale tam gra toczy się o wielkie pieniądze, więc nikt nie będzie stadionów zamykał na stałe. Bo to się nie opłaca. Stadiony to święte krowy. Nie wolno…. Bo euro 2012. Bo to gra narodowa. Bo kiedyś to byliśmy prawie mistrzami Europy, o czym pamiętają już tylko najstarsi kibice. Jak już, to zamknąć prewencyjnie na jeden mecz. Żeby strat nie było za dużych i żeby tym, co już mają dość walki wręcz na trybunach pokazać, że coś zostało zrobione. Zademonstrować, że władza nad problemem panuje.  Pokazówka jest… i znów można grać w stadionowe walki z mundurowymi od nowa. Potem znów policja wypowie wojnę chuliganom i za kilka dni prawie wszystkie jej działania w tym temacie się zakończą. – Zamykanie stadionów to skandal! To nic nie zmieni. To odpowiedzialność zbiorowa! – gorączkował się mój znajomy – kibic sportowy – z gorliwością godną lepszej sprawy. Tak głośno i namiętnie zareagował na zamknięcie przez wojewodów dwóch stadionów w Polsce: Legii w Warszawie i Lecha w Poznaniu. Jeden, słownie jeden, najbliższy mecz piłki możnej ma się tam odbyć bez udziału publiczności. Tylko jeden. A on prawie palpitacji serca dostał z emocji. Zamknięty stadion to taka kara za burdy kiboli w Bydgoszczy. To całkiem nowa taktyka rządu w wojnie z pseudokibicami. Pewnie równie skuteczna, co zawsze. Bo ci, co na stadionach głównie zajmują się walką wręcz i niszczeniem, mogą sobie spokojnie ten jeden mecz odpuścić. Poczekają na następny. Zgadzam się z moim oburzonym na działania administracji kolegą, że to nie pomoże w walce z kibolami. Pewnie, że nie pomoże. Wróćmy do moich fikcyjnych rozważań. Jakby tak w pewnym mieście przychodziło kilkaset osób w jedno miejsce i z nieznanego powodu lało się po pyskach, to, co by się stało? Pewnie zrobiono by wszystko żeby to miejsce stało się niedostępne dla amatorów fizycznej przemocy. I to nie na chwilę, nie na kilka godzin.. Ja mam taką stałą już od lat radę na przemoc na stadionach. Zamknijmy je na rok. Na dwa lata. Każdy zadyma na stadionie niech skutkuje jego zamknięciem na rok. I co wtedy? Wtedy nic by nie było – jak mawiał klasyk. I dobrze. Bo byłby spokój podczas meczów na stadionach.

 

dziennik pesymistyczny

Czy to trzeźwy poranek?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Piłeś nie jedź – każdy zna tohasło, choć nie każdy się do niego stosuje. Prawie każdy, każdy pijący oczywiście, miał, choć raz w życiu taką sytuację,gdy po nocnej popijawie z udziałem trunków wyskokowych zastanawiał się czy ranomoże prowadzić czy może jeszcze nie.  –Czy ja jestem pijany? – zastanawiał się mój znajomy prosząc mnie o wąchaniejego oddechu. – A skąd ja mogę wiedzieć odparłem, – choć po objawach, któretargały moim własnym organizmem udzieliłem mu jednak rady, aby dla dobra ogółui swojego własnego zdrowia zrezygnował jednak z prowadzenia pojazdumechanicznego. – Ale ja się dobrze czuję, wydaje mi się, że jestem trzeźwy –przekonywał siebie i mnie współuczestnik imprezy. – Ale alkomatem się niezbadałeś – rzuciłem argument nie do zbicia. – Pewnie że nie, przecież nie jestemz policji… nie mam takiego sprzętu – odparł kolega od wczorajszego kieliszka.Oczywiście, że nie ma. Nikt go nie ma. Bo te alkomaty i alkotesty, co to możnaje kupić na wolnym rynku są, mówiąc łagodnie, nie najdokładniejsze. Policja masuper sprzęt, który potrafi wyniuchać z powietrza, czy w samochodzieprzejeżdżającym obok mundurowych jest osoba pod wpływałem. Oni dokładnie wiedzą- jak tylko przyłożą ci do ust tester – czy jesteś po wpływem czy nie. A nawetnie musisz dmuchać w balonik. Mundurowi mają taki super sprzęt, że wykrywają nawetzawartości alkoholu w powietrzu. Po długim weekendzie policjanci drogówkisprawdzali trzeźwość kierowców w moim mieście. Na „wczorajszych” i skacowanychkierowców policjanci zaczaili się na wiadukcie. Mundurowy mieli akcję „Trzeźwyporanek”. Używane przez policję urządzenia do kontroli stanu trzeźwościkierujących pojazdem, potocznie zwane są alkomatami. Dokonują one pomiaruzawartości alkoholu w wydychanym powietrzu. Tym razem funkcjonariusze dokontroli zatrzymali samochód „nauki jazdy”, nissana micrę. W trakcie kontroli policjancizatrzymali nietrzeźwego kandydata na kierowcę. W samochodzie siedziałinstruktor i dwoje kursantów. Tester wykazał w powietrzu obecność alkoholu. Wpierwszej kolejności policjanci sprawdzili trzeźwość instruktora, który byłcałkowicie trzeźwy. Sprawdzili, więc kursanta siedzącego za kierownicą. Okazałosię, że 17-latek, uczący się jeździć miał 0,22 promila alkoholu w organizmie.Czyli miał 0,11 miligrama alkoholu w wydychanym powietrzu. – Instruktor byłzszokowany – jak podały lokalne media. No ja też. Ale ja o czymś innymchciałem. Chciałbym zapytać całkiem poważnie, jak przeciętny Kowalski ma sprawdzićczy nadal ma stan wskazujący na użycie alkoholu. Tak po domowemu. Rano, gdypodejmuje decyzje: jechać czy nie jechać. Tak żeby nie złamać przepisu. – Nie pić – stwierdziła moja znajoma.Pewnie tak najlepiej. Ale zastanówcie się jak ja mam to sprawdzić, gdy wypiłemdnia poprzedniego? Jak mam wywnioskować czy dwanaście a może dwadzieścia czterygodziny to już jest dość czasu, aby ze mnie alkohol wyparował?  Czy może jeszcze poczekać z dwie godziny?Policja uzbrojona jest w dokładne i precyzyjne testy. A ja tylko w zdrowyrozsądek nadszarpnięty przez alkohol. Może jakby tak była możliwość dokładnegosamodzielnego sporządzenia przed jazdą samochodem czy zawartość wczorajspożytego alkoholu w organizmie wynosi mniej niż 0,1 do 0,25 mg/dm3 wydychanegopowietrza lub 0,2 do 0,5 promila we krwi. Wtedy pewnie mniej by byłonietrzeźwych na drogach. A tak to sami bez przyrządów i testów dedukujemy czyjesteśmy trzeźwi czy nie.  I czasem jesttak, że się pomylimy. A jakby tak można było sprawdzić niedrogim i powszechniedostępnym alkotestem swój stan? Byłoby bezpieczniej i mniej mandatów też bybyło.

 

dziennik pesymistyczny

Rachunek na śniadanie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 7

Postanowiłem zachowaćsię odpowiedzialnie. Właściwie to nie tyle odpowiedzialnie w stosunku do samegosiebie, ile do wymagań społecznych. Bo przecież jak twierdzi pewna pani zpewnej firmy  – regularnie do mniewydzwaniająca – rachunki trzeba płacić. Dlatego też w ramach społecznejuczciwości postanowiłem zapłacić. Dostałem pieniądze które teoretycznie mają mistarczyć na miesiąc więc postanowiłem zapłacić podatki i rachunki. Bo przecieżwszystko musi być zapłacone na czas. Bezzwłocznie.  Bo jak nie… to w ramach zaległości wyłącząmi, odetną, wysiedlą, ukarzą, przywalą grzywnę i tak dalej. Też w imięsprawiedliwości społecznej. Bo za wodę, prąd, czynsz, kredyt na mieszkanie,Internet, telefon trzeba zapłacić w terminie. Dlatego w tym miesiącu zgodnie zsugestią pani z banku, co to dzwoni do mnie następnego dnia po terminie mojej raty tym razem postanowiłem zapłacić.Przelałem jak leci po kolei moim dobrodziejom co to wodę dostarczają w pocieczoła i tym biedakom co to prąd do mnie dostarczają. Tym to nawet zapłaciłem zato czego jeszcze nie dostarczyli, ale to podobno tak ma być zgodnie zesprawiedliwością społeczną i wymogami tych firm, bo mam zapłacić w terminie toco oni prognozowali, że wykorzystam w przyszłości.  Za kredyt za który kupiłem kąt do mieszkania.Zapłaciłem! Bo straszą, że jak nie to na bruk. Za telefon, za Internet teżzapłaciłem… wiem to już zbytek – żyć bez tego można, ale co to za życie.Zapłaciłem jeszcze kilka pomniejszych rachunków i rachuneczków… i nie starczyłona wszystkie. Nawet się specjalnie nie zdziwiłem. Wiem ile mam i na co mniestać. To znaczy nie stać. Ale zawsze ulegam jakimś dziwnym podszeptom i czasamikupię sobie tak jak w tym miesiącu buty dla przykładu. A przecież mogłem sobiewystrugać z drewna, czy wypleść z łyka. A ja zbytnik kupiłem . I teraz mam zaswoje. Nie opłaciłem rachunku. W tym podatku od tego, że kiedyś zapomniałemzapłacić podatku. I mam teraz to na co zasłużyłem. Nie dość, że dług winstytucji, która przecież na moją korzyść działa (choć ja tego nie widzę) tojeszcze wyrzuty sumienia że nie zapłaciłem właśnie.  Pewnym wytłumaczeniem może być to, że na mojebankowe konto mam wpływy zdecydowanie przeciętne. Takie raczej utrzymujące sięw dolnych partiach stanów średnich i przeciętnych. Nie stać mnie na wiele,  ale raz przynajmniej chciałem zapłacićwszystkie rachunki w terminie. I to też mi się nie udało w całości. Alewiększość opłaciłem. No i teraz siedzę w domu przy świetle elektrycznym, przedkomputerem z dostępem do Internetu i przeliczam to co mi zostało. Jedenaściezłotych dwadzieścia trzy grosze. A następne pieniądze w czerwcu wpłyną. – Alewszystko opłaciłem, czy prawie wszystko – pocieszam się. Jeśli ktoś tam kiedyśustalił, że z tego co dostaję na konto mam przeżyć miesiąc, to pewnie myślał  też o rachunkach. Zrobiłem tak jak sugerowałata pani – co to do mnie dzwoni jak tylko spóźniam się z ratą – zapłaciłem. No ipieniądze się skończyły. Co teraz? Nie wiem. Może nie jeść. – Jedzenie jestprzereklamowane – twierdzi moja wiecznie odchudzająca się  koleżanka. O, to nawet dobrze, spadnie mi kilka kilogramów – pocieszam sam siebie.I rachunki opłaciłem na czas. A to, że jestem głodny? To dedykuję tym, którzyustalili, że za te pieniądze które dostaję mogę przeżyć. To dla ciebie mojarzeczpospolito pogłoduję sobie. Ale rachunki i podatki mam opłacone. Czylispołecznie to ja jestem czysty, choć głodny.