Category Archives

914 Articles

dziennik pesymistyczny

Stany wyjątkowe

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Po atakach terrorystycznych z jedenastego września społeczeństwa wielu krajów zgodziły się na pewne ograniczenia swych wolności obywatelskich. Bo jeśli wróg jest podstępny i bardzo niebezpieczny, czasem zrozumiałym się wydawało, że musimy wszyscy zgodzić się na pewne działania, na które w normalnych warunkach nie wydalibyśmy państwowej zgody. Przecież jest wojna, więc okoliczności są specjalne. Środki takie jak podsłuchy, dolegliwe kontrole na każdym kroku i w każdym miejscu, przesłuchania bez obecności obrońcy, kontrola Internetu oraz wszechobecne kamery na ulicach z pewnością są skuteczną bronią, ale też zdecydowanie ograniczają nasze prawa obywatelskie. A jeśli tylko ktoś zadaje pytanie jak jeszcze daleko może sięgać państwo w naszą prywatność dla dobra wspólnego i swojego widzimisię natychmiast przed kamerami telewizyjnymi staje polityk machając wielką flagą terrorystycznego zagrożenia. Można się na wiele zgodzić, ale gdzieś musi w tym wszystkim być prawo. Gdzieś na samym początku musi być konstytucja. I prawo jednostki. Bo nie jesteśmy jedną wielka masą, ale pojedynczymi ludźmi. Wolałbym żeby nie wmawiano mi, że omijanie prawa lub działanie na jego granicy przez urzędników państwowych jest dobre, gdy chodzi o wyższą ideę. Bo czy to jest handlarz dopalaczami czy profesor wyższej uczelni to wszyscy wobec prawa jesteśmy równi. I nikomu nie można ograniczać jego praw – w tym wolności gospodarczej – na podstawie skserowanego postanowienia bez adresata i podpisu osoby upoważnionej. Bo dziś zamykane są sklepy z dopalaczami a jutro może zamkną kogoś innego za głoszenie szkodliwych idei. Że to nie to samo? A dlaczego nie? Czy naprawdę tak trudno sobie wyobrazić zamknięcie gazety za nawoływanie do niepokojów społecznych? A podstawą prawną pewnie będzie na przykład to, że istnieje podejrzenie, że ktoś zatruł się po zjedzeniu dwudziestu gazet. I już mamy podstawy do działania inspekcji sanitarnej.  Wolałbym żeby autorytatywna wola urzędnika państwowego nie decydowała o moim losie.

 

Teraz też mamy wojnę. A rząd zmobilizował wszystkie służby państwowe, by walczyć z dopalaczami. I mam nadzieje, że słowa premiera o działaniu na granicy prawa nie staną się wiodące dla całej polityki państwowej. Że nie będzie tak, że na początku działa się ostro i jak wiele wskazuje z naruszeniem norm prawnych, a następnie dopasowuje się to tego odpowiednie przepisy prawa. Nikogo nie bronię. A najmniej tych, co cynicznie handlowali dopalaczami. Ale widzę tu pewne niebezpieczeństwa.  – Bez zmiany przepisu nie utrzymamy stanu wyjątkowego – mówił w sejmie premier rządu, nawiązując do weekendowej akcji policji i inspekcji sanitarnej, podczas której zamknięto prawie wszystkie sklepy z dopalaczami. I należy mieć nadzieję, że takie działania w imię niewprowadzonego stanu wyjątkowego nie staną się normą postępowania urzędników państwowych. Czy w imię walki z czymś, co rząd jeszcze dwa lata temu nie uważał za nielegalne i szkodliwe powinniśmy się zgodzić na rządowy projekt ustawy zaostrzającej przepisy w sprawie dopalaczy, gdy pojawiły się już teraz wątpliwości o jej zgodności z konstytucją. – Tak jak w innych stanach nadzwyczajnych, także i w tej sprawie dojdzie do konfliktu pomiędzy różnymi wartościami, które gwarantuje konstytucja i zwykłe poczucie uczciwości – stwierdził premier. Ale – dodał – inaczej nie da się zwalczyć dopalaczy. Mam nadzieję – choć nikłą – że nie dojdzie do sytuacji, w której ta „wyjątkowość” stanie się regułą. Nie może być sytuacji, w której słuszna idea uzasadnia działania sprzeczne z podstawowymi wartościami. Czy nie da się napisać ustawy regulującej sprawę dopalaczy w Polsce inaczej niż z pominięciem zasady domniemania niewinności, której w proponowanych przepisach nie ma?  Na mocy chyba tej wyjątkowości – o której tak dużo mówi premier – muszę się zgodzić z posłem Piechą, który podczas debaty w sejmie powiedział: – Kardynalną zasadą systemów prawnych jest domniemanie niewinności – dopóki komuś nie udowodni się winy, nie może być napiętnowany. Taka zasada obowiązuje w prawie od czasów rzymskich. Wygląda na to, że ten projekt zrywa z tą zasadą.  I jak tu się z nim nie zgodzić.

dziennik pesymistyczny

Najpierw prawo a następnie porządek

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Dziewięćdziesiąt jeden procent naszego społeczeństwa popiera rządową wersję walki z dopalaczami. To bardzo dużo. I czemu tu się dziwić. Przecież od kilku tygodni trwa nieustanna medialna nagonka na firmy handlujące tymi substancjami. Nawet minister zdrowia nakazała kilka dni temu sporządzanie szczegółowych raportów w tej sprawie. Wcześniej nie było takich danych. A jak się pojawiły to i tak szybko okazało się, że odnotowano sześćdziesiąt zgłoszeń związanych z ubocznymi skutkami zażywania dopalaczy. I rząd wraz z premierem wyruszył na wojnę. To, co było legalne, w przeciągu jednej nocy stało się nielegalne. Główny inspektor sanitarny zdecydował o wycofaniu produktu o nazwie Tajfun i wszystkich podobnych do niego środków oraz o natychmiastowym zamknięciu wszystkich punktów, które je oferują. I tak w trybie nadzwyczajnym i ekspresowym rozpoczęła się wielka ogólnokrajowa akcja, w którą zaangażowano kilkuset inspektorów sanitarnych oraz kilka tysięcy policjantów. Lotne brygady urzędników i funkcjonariuszy odwiedziły sklepy i hurtownie z dopalaczami zabezpieczając specyfiki sprzedawane w tych punktach. Bo nagle stały się nielegalne na mocy… No właśnie na mocy, czego? Na mocy jakiegoś prawa? Nie wiem, jakiego, bo mimo tego, że usilnie starałem się znaleźć jakąkolwiek informację na temat podstawy prawnej tych działań znalazłem tylko ogólniki o tym, że to działania mające na celu dobro społeczeństwa oraz wyższą konieczność.

 

Żebyśmy się dobrze zrozumieli. Ja nie staję w niczyjej obronie. A najmniej w obronie dopalaczy. Niemniej wydaje mi się dziwnym fakt, że coś, co jest legalne dnia poprzedniego… W ciągu jednej nocy staje się nielegalne. I nad ranem mamy już zupełnie inną rzeczywistość. Prawnie niewiele lub prawie nic się nie zmieniło, ale rozpoczęła się wielka wojna.  To jak z amerykańskiego filmu niskiej klasy. Superbohater dowiaduje się o nieszczęściu pewnej zagubionej grupy młodych ludzi. Wcześniej o niczym nie wiedział, bo był zajęty znacznie ważniejszymi sprawami. Ale jak się już dowiedział, to bardzo się zdenerwował tym, że jest tak źle. Postanowił od razu przystąpić do działania. Wysłał specgrupę, która rozprawiła się w problemem w jeden dzień. To znaczy w jedną noc. Dobry szeryf zaprowadził porządek w miasteczku. I teraz zapanuje ogólna szczęśliwość w naszej krainie. Może i szeryf działał na granicy prawa, ale przecież w dobrej wierze i wszyscy powinniśmy być z niego dumni. Zadziwia mnie taka akcyjność. Problem dopalaczy był od dawna dobrze wszem i wobec znany, ale za każdym razem słyszałem, że nie ma żadnych podstaw prawnych żeby się z nim uporać. Bo przecież handlarze dopalaczami to przeciwnik – istny czarny charakter – bezwzględny, ale i wyrafinowany, któremu od dwóch lat udawało się przechytrzyć państwo. I faktycznie tak właśnie było. Nic się nie zmieniało. Tysiące urzędników nie znalazło żadnych podstaw prawnych, aby zlikwidować legalnie działające interesy kpiące sobie z prawa działając na jego granicy. Handlujący dopalaczami, zmieniając sukcesywnie zakazywane substancje na coraz to nowsze, które jeszcze na czarnej liści ministerstwa zdrowia się nie znalazły, skutecznie omijali wszelkie państwowe zakazy. Nie wspomnę już o tym, że sprzedawano tam przecież substancje kolekcjonerskie, a nieprzeznaczone do spożycia. O czym informował stosowny napis na opakowaniu.

 

Ale przyszła pewna noc.  Noc wielkich zmian. Wielki szeryf zadecydował. Jego zastępcy wykonali sprawnie brudną robotę… A prawo? Prawo uchwali się w stosownym czasie. Potem. – Wczoraj sklepy z dopalaczami zniknęły w Polsce raz na zawsze – mówił premier Donald Tusk do narodu. Szef rządu nie ukrywał, że wydał specyfikom regularną wojnę. – Nie ustąpimy. Jak trzeba, będziemy działali na granicy prawa, ale w ramach prawa, żeby handlarzy dopalaczami dopaść – zapowiedział. A ja się zastanawiam czy na dopalaczach się skończy? Mogę sobie nawet wyobrazić taką sytuację, w której papierosy staną się z dnia na dzień nielegalne. Przecież na każdej paczce jest stosowny napis, że palenie zabija. Ale nie… Przecież… Zapomniałem one są obłożone akcyzą, więc nic im nie będzie. Tymczasem wojna z dopalaczami przypomina klasyczną zasadę, że paragraf zawsze się znajdzie jak się dobrze poszuka. I jak widać coś, co trwało w legalności aż dwa lata teraz można zmienić w sposób bardzo przyspieszony. Szkoda tylko, że prawo, które nie nadąża za życiem musi nadrabiać jakimś specjalnym działaniem na jego granicy. – Wszystko to jest robota od dupy strony – jak mawia mój znajomy.

 

dziennik pesymistyczny

Dowód w sprawie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Człowiek uczy się całe życie. A już szczególnie uczy się praw, którym podlega. Bo przecież, jeśli nie jesteś prawnikiem to nie masz szans – szary człowieku – znać wszystkich regulacji, jakim podlega twoje życie w państwie. Mój kolega z pracy nauczył się wczoraj wieczorem czegoś nowego z dziedziny prawa, któremu podlegamy wszyscy. Następnego dnia przy porannej kawie kolega opowiedział mi swoją przygodę, więc przy okazji i ja się dowiedziałem, – bo dotychczas nie byłem tego świadom, – że artykuł sześćdziesiąty piąty Kodeksu Wykroczeń mówi w paragrafie pierwszym, że kto umyślnie wprowadza w błąd organ państwowy lub instytucję upoważnioną z mocy ustawy do legitymowania, co do tożsamości własnej lub innej osoby lub co do swego obywatelstwa, zawodu, miejsca zatrudnienia lub zamieszkania podlega karze grzywny. I dalej jest tam zapisane, że tej samej karze podlega, ten, kto wbrew obowiązkowi nie udziela właściwemu organowi państwowemu lub instytucji, upoważnionej z mocy ustawy do legitymowania, wiadomości lub dokumentów, co do okoliczności wymienionych w paragrafie pierwszym, czyli w okolicznościach, o których pisałem wcześniej. Bardzo przepraszam za ten drętwy prawniczy język. Ale jeśli ja nie byłem świadomy istnienia takich paragrafów to może ktoś jeszcze jest w takiej sytuacji jak ja, więc czegoś się wszyscy nauczymy.  Bo jak wiadomo nieznajomość prawa nie zwalania z jego przestrzegania.

 

Mój kolega przechodził wczoraj przez jezdnię w niedozwolonym miejscu. Faktycznie jego wina. Nie powinien tego robić i całkiem słusznie został zatrzymany przez patrol policji. Panowie w mundurach zapytali go czy ma przy sobie dowód tożsamości. – Nie wiem czy mam – odpowiedział na pytanie funkcjonariusza kolega. I zaczął przeszukiwać kieszenie oraz torbę. Trwało to dobrą chwilę. – No to ma pan ten dowód czy nie – zapytał ponaglająco policjant kolegę. – No gdzieś mam… Nie wiem czy mam… Możliwe, że tak… Ale sam nie wiem – plątał się w zeznaniach kolega, bo faktycznie w nerwach nie za bardzo zdawał sobie sprawę gdzie ten jego dowód stwierdzający tożsamość jest. Klepał się po kieszeniach. Zaglądał do torby. Ale zguby nigdzie nie było. – A jak nie mam dowodu to, co – zapytał mój znajomy, bo mu nagle przyszło do głowy, że może tak zakończyć tę żenującą sytuację.  – Nie wiem czy mam czy nie mam – dodał na koniec. – A jak poszukamy i znajdziemy to będzie większy mandat – poinformowali funkcjonariusze. – Dlaczego? – Zapytał zdziwiony kolega. – Bo ukrywanie dowodu tożsamości jest wykroczeniem z artykułu sześćdziesiątego piątego KW i podlega karze. Będzie mandat. Dodatkowo pięćset złotych – usłyszał w odpowiedzi wyjaśnienie mój kolega.

 

Zmroziło go to już zdecydowanie, bo do tego mandatu za przechodzenie w niedozwolonym miejscu przez jezdnię doszedłby teraz jeszcze ten za ukrywanie dowodu tożsamości. – Panowie zaraz… Pewnie gdzieś mam… Ale nie wiem gdzie – bronił się kolega. – Nie będziemy tu stać wieki… Ma pan czy nie – ponaglali go policjanci. W desperacji kolega wyrzucił wszystko z torby na chodnik i rozpoczął bardziej systematyczne poszukiwania dowodu. A że nie jest to coś wielkości książki telefonicznej, ale mały kawałeczek plastyku to i poszukiwania nie były łatwe. – Chyba sami poszukamy a jak znajdziemy to mandat będzie – starali się kolegę zmotywować funkcjonariusze. – Nie panowie… Spokojnie, znajdę – uspokajał funkcjonariuszy znajomy. I nagle go olśniło! Zguba znalazła się w wewnętrznej kieszeni kurtki. Ulżyło mu, bo przecież pięćset złotych to dużo. Dostał, więc tylko mandat za wykroczenie drogowe a nie za ukrywanie dokumentów. No i czegoś się nauczył. Teraz zawsze będzie nosił dowód osobisty w jednym i tym samym miejscu, bo przecież znów się może zdarzyć, że zaginie mu on w labiryntach jego kieszeni lub torby i po przeszukaniu przez policjantów może być mandat za ukrywanie. Bo jak tu wytłumaczyć funkcjonariuszom, że to jest zwykle bałaganiarstwo z jego strony, a nie ukrywanie przed organami państwami upoważnionymi z mocy ustawy do legitymowania tego dowodu na podstawie, którego policja stwierdza, że się jest tym, za kogo się podaje. Człowiek się całe życie uczy.

dziennik pesymistyczny

Co krok to prorok

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Znajomy dziennikarz opowiadał mi o pewnej pani, która przez kilkanaście lat z wielką regularnością odwiedzała jego redakcję. Pani ta miała zawsze w ręku lokalną gazetę i dyżurującemu dziennikarzowi z zawziętością i lekkim wzburzeniem podczas każdej wizyty wskazywała palcem odpowiedni artykuł, po czym go przekonywała: – Wy tu panowie o ( tu wstawiała odpowiedni temat z gazety) piszecie a przecież ten konkordat. I tak było, co kilka tygodni. Pani była jak to się mówi niegroźnie zakręconą. A szczególnie zafiksowało ją na punkcie kościoła z konkordatem na czele. Taki mały, niegroźny, choć irytujący dziennikarzy bzik. Przypomniało mi się to, gdy przeczytałem w Gazecie Wyborczej, że według Komisji Majątkowej kościół katolicki otrzymał sześćdziesiąt tysięcy hektarów. Tylko sama Agencja Nieruchomości Rolnych oddała kościołowi aż siedemdziesiąt sześć tysięcy hektarów. Coś tu się wyraźnie nie zgadza. Wynika z tego, że po dwudziestu latach działania Komisji Majątkowej nikt dokładnie nie wie, ile ziemi dostał Kościół wskutek jej decyzji. Pani, o której pisałem na wstępie, wielokrotnie mówiła jak wynikało z relacji mojego znajomego dziennikarza o tym, że: – tak tylko dają i dają kościołowi ziemie i nikt nie wie ile. Wtedy – kilka lat temu – wydawało się, że to takie tylko gadanie pewnej niezrównoważonej pani, która ma kościołowi coś za złe. A tu proszę – słowa jej okazały się prorocze.

 

Znałem takiego pana, który gdy mnie spotykał na ulicy zawsze podczas naszej rozmowy jakimś dziwnym trafem zahaczał o prywatyzację majątku państwowego. Zaczynaliśmy rozmawiać o pogodzie…  A po chwili dyskutowaliśmy o prywatyzacji. Wiele padało wtedy z jego strony oskarżeń o pazerność, złodziejstwo, o niekontrolowane rozdawnictwo i takie tam podobne. Zawsze myślałem o nim: dziwny gość. A tu proszę nie wariat, ale prorok. Przewidział najdziwniejszą prywatyzacje na świecie. Komisja działająca przy resorcie spraw wewnętrznych i administracji na mocy ustawy z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku, dotyczącej stosunków państwa i Kościoła, zajmujaca się m.in. roszczeniami strony kościelnej w sprawie dóbr kościelnych bezprawnie zagarniętych przez państwo w okresie PRL, przekazała od początku swej działalności Kościołowi ponad pięćset nieruchomości za ponad dwadzieścia cztery miliardy złotych i grunty rolne o powierzchni siedemdziesiąt sześć tysięcy hektarów. Czyli jak wyliczył pewien poseł lewicy kilkadziesiąt przedszkoli, szkół podstawowych, ponadpodstawowych, Domów Dziecka, Domów Pomocy Społecznej, 19 szpitali, obiektów służby zdrowia, czyli tzw. ZOZ-y, muzea, teatry. Nawet budynek prokuratury, budynek sądu rejonowego, budynek operetki oraz browar. Pamiętam też, że majątek przekazany przekroczył już dawno wartość tego, co kościół posiadał przed wojną.  I teraz jest największym posiadaczem ziemskim w naszym kraju. To się nazywa prywatyzacja!

Dziś na ulicy słyszałem fragment rozmowy dwóch panów. Nie wiem, czego dotyczyła, bo usłyszałem tylko końcówkę: – Jak ja bym tak prowadził interesy to by mnie dawno zamknęli – przekonywał jeden z rozmawiających. – No chyba, że byś to robił na państwowym etacie, nie prywatnie – dodał drugi. No tak! Faktycznie. Jest spora różnica. Zwykły prywatny przedsiębiorca czy nawet szary obywatel musi przed państwem wyspowiadać się z wydanej każdej złotówki, bo przecież od każdego grosza jest stosowny podatek. Za to taka komisja do spraw przekazywania państwowego majątku kościołowi nie musi przedstawiać sprawozdań ze swych prac. Nikt nie nadzoruje wycen ani oddawanych gruntów, ani tych, za które państwo płaciło odszkodowanie. I od jej decyzji nie ma odwołania. Niby wszystko w Polsce powinno być zgodne z konstytucją, ale jak w grę wchodzi dobro Kościoła oraz wielkie pieniądze to nie jest już tak łatwo. Od każdej prawie decyzji urzędniczej możesz się odwołać do sądu, ale nie od decyzji Komisji Majątkowej.

dziennik pesymistyczny

Wódz a za Wodzem – nic!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Aby prowadzić w Polsce auto trzeba być najzupełniej trzeźwym. Nie wolno pić alkoholu nawet tego z akcyzą. Zakazane jest zażywanie narkotyków. Nie wolno odurzać się innymi zakazanymi substancjami. Nie wolno brać silnych leków, które wpływają na psychikę. Ogólnie trzeba być w pełni świadomym by zasiąść za kierownicą samochodu. Bo takie jest w Polsce prawo. – I słusznie! – jakby powiedział mój znajomy. Bo przecież niebezpieczne i tragiczne w skutkach może być prowadzenie pojazdów mechanicznych pod wpływem. Każdy to wie. Nie każdy się stosuje do tych zasad, ale wiadomo tak to już jest. Żeby prowadzić pojazd mechaniczny trzeba być trzeźwym. To znaczy nie wolno być zamroczonym nawet lekami. Okazuje się jednak, że będąc pod wpływem bardzo silnych leków uspokajających można przewodzić największej partii opozycyjnej w naszej krainie cudów i dziwów. Ba, można nawet kandydować w wyborach na najwyższy urząd w państwie. Tam zamroczenie i niekontrolowanie sytuacji we własnym sztabie wyborczym jest całkowicie dopuszczalne. – Musiałem brać bardzo silne leki uspokajające, co też miało swoje skutki. Ja nigdy w życiu przedtem żadnych takich leków nie brałem, w związku z tym zadziałały na mnie bardzo silnie – mówił wielki przywódca dodając, że podczas wyborów odegrał rolę, którą dla niego wymyślono. Czyli był marionetką całkowicie skazaną na wolę innych, bo przez leki siebie i innych nie kontrolował? To bardzo ważne wyznanie, bo pokazujące, że w Polsce bardzo prawdopodobny mógłby stać się wybór na prezydenta człowieka, który do końca nie zdawał sobie sprawy z własnych czynów i słów. Mogę zrozumieć powody, dla których ktoś bierze takie leki. A nawet mu współczuć.  Ale nie mogę zrozumieć jak zażywanie leków, po których traci się kontrolę z rzeczywistością może stać się wytłumaczeniem dla przegranej w wyborach. Czyli okazało się, że cała kampania prezydencka prezesa była fałszywa, bo on był na psychotropach i nie za bardzo wiedział, co mówi i czyni. Jaką ja, – jako wyborca – mam gwarancję, że to, co słyszę z ust polityka jest jego linią programową, której mam zaufać, a nie są to tylko słowa, na które mają wpływ silne substancje medyczne?  Jaką ja mam gwarancję, że przez tego polityka nie przemawiają „ bardzo silne leki uspokajające”?

 

Gdy dziecko mojej znajomej coś spsoci to zawsze stara się udowodnić, że nie ono jest winne. Powtarza z uporem, że za te złe czyny odpowiada ktoś inny. W myśl zasady: to nie ja – to ktoś inny. To nie ja to zrobiłem – to koledzy mnie namówili. Ja jestem grzeczny… A to koledzy – ci inni – są źli i niegrzeczni i wszystkiemu winni. To właśnie przypomina mi się jak dziś słyszę słowa prezesa prawych i sprawiedliwy, które mają wyjaśnić nam porażkę jego ugrupowania w wyborach prezydenckich. Co jeszcze mi się przypomina jak słyszę takie słowa? Przypominają mi się słowa piosenki zespołu kabaretowego Trzeci Oddech Kaczuchy.  Pomijam już oczywistą analogię do samej nazwy grupy, bo to mierne… ale jest taki ich utwór pod tytułem Wódz, a właściwie poprawnie powinno się mówić o tytule To ja Manitou – bo tak zarejestrowana jest ta piosenka w ZAIKS-ie. – Witali, wołali, wołali, witali; Kwiaty, krawaty, pompa i puc; Lakierki, szpalerki, miliony ton stali; Wrzaski, oklaski, Pan Prezes Pan Wódz. – Tak brzmią pierwsze słowa piosenki. I czy nie ma w nich podobieństwa do naszej obecnej sytuacji? Czy tego nie znamy? Dalej jest jeszcze lepiej: Kwiaty dla niego, przemowy dla czerni; Wódz a za Wodzem wierni. Tu też jest podobnie albo może raczej było podczas kampanii wyborczej wielkiego wodza prawych i sprawiedliwych a za nim wierni. Ale teraz okazało się, że ci, co byli Wierni to znów nie tacy wierni się okazali. I już ich nie ma w świcie wielkiego wodza.  Popadli w niełaskę. Bo ktoś winny przegranej być musi, ale nigdy nie wódz. Szef prawych i sprawiedliwych stwierdził nawet, iż myślał, że pewna pani była jedynie twarzą kampanii, bo jest rzeczywiście wyjątkowo urocza, ale decyzji to już podejmować nie powinna.

 

Właściwie nie ma, co się wysilać i tłumaczyć oczywistą oczywistość tej sytuacji. Cały komentarz jest w dalszych słowach piosenki:, Kto winien? On milczy. Kto winien? Nie on!; On wzrusza się nagle w tym ciepłym lokalu!; On biedny, on chory, on biedny, on chory; (…) On wzrusza ramieniem, jak gdyby nic; Wódz a za Wodzem pic!; On wzrusza ramieniem jak gdyby nic; Wódz a za Wodzem – nic!

dziennik pesymistyczny

Śmieci do kosza na śmieci

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nie wszyscy w Polsce są takimi brudasami jak ta zgraja, którą było mi dane obserwować. Ale jest taka dość duża część naszego społeczeństwa, która nadal nie posiadła świadomości istnienia koszów na śmieci. Tam gdzie stoją tam wyrzucą to, co im już nie jest potrzebne. Jest w moim mieście osiedle mieszkaniowe zbudowane w czasach, w których wszystko, co budowano powinno być i było gigantyczne. I takie właśnie jest to blokowisko. W jego środku szalony architekt zaplanował, a budowlańcy postawili, stację benzynową, która nie wiedzieć, czemu w godzinach nocnych stanowi centrum nocnego życia najbliższej okolicy. Tak się jakoś zdarzyło, że i ja musiałem z prozaicznych przyczyn – braku benzyny w aucie – odwiedzić to nocne centrum osiedlowej kultury alternatywnej.  Po zatankowaniu musiałem jeszcze dłuższą chwilę poczekać na parkingu przy stacji, bo towarzyszący mi kolega postanowił zakupić w sklepie przy stacji coś, co mu było właśnie w tej chwili niezbędne do życia. Tak to całkowity przypadek postawił mnie w centrum nocnego życia osiedla. I tam właśnie na skraju parkingu przylegającym do stacji odbywało się świętowania zwycięstwa. Zwycięstwa sportowego! Kilkanaście osób stało w kółeczku a obok nich na trawniku leżały sportowe torby. Skąd wiedziałem, że to sportowcy? To proste. Już w dwie minuty po tym jak stałem się ich przymusowym sąsiadem dowiedziałem się o wyniku ich sportowej walki. O tym, jakim to wielkim sukcesem zakończyły się rozgrywki w piłce kopanej. I wcale nie podsłuchiwałem. Oni o swych wielkich sukcesach informowali głośno i krzykliwie nie tylko mnie, ale i całą okolicę. Chłopy były wysportowane. Wspomagali się płynami wyskokowymi w puszkach i butelkach, więc głosy sportsmenów były donośne. 

 

Stałem tak przyglądając się biesiadowaniu i słuchałem fascynujących opowieści o wielkich zmaganiach na boisku.  Zastanawiałem się, dlaczego właściciele stacji benzynowej tolerują takie zachowania. Ale co tam. Ja tu jestem na chwilę i mogę to przeżyć. Nie żebym to aprobował, ale mogę wytrzymać. Pracownicy są tam znacznie dłużej – pracują tam przecież pewnie osiem godzin dziennie – więc jak im to nie przeszkadza to i mnie tym bardziej. Próbowałem ich ignorować. Zważywszy to, że przecież nie jest to najlepsze miejsce do świętowania sportowych tryumfów to spokój pracowników stacji jest naprawdę do pozazdroszczenia.  No i tak stało to sportowe bractwo i łapczywie uzupełniało bilans płynów w organizmach.  Łyczek z buteleczki i… Potem padało wiele słów o tym jak to bohatersko zachowywał się Marian oraz Krzyś podczas spotkania. A każde zdanie zaczynało się od mocnego akcentu słownego, czyli wyrazu na k… lub na ch… Wiadomo, mocni ludzie to i mocne słowa. Czas mijał a oni zmieniali butelki i puszki ze złocistym płynem na nowe i pełne. A jak już je opróżnili to puste opakowanie trafiało im pod nogi.  Rosło im to śmieciowisko pod nogami, ale absolutnie panom to nie przeszkadzało.  Jak już mieli dość, a płyn już przemieścił się z butelek i puszek do ich organizmów to zaczęli się wylewnie żegnać zbierając się do drogi. Oczywiście nikt z nich nawet nie spojrzał na to, co zostawili po biesiadowaniu.

 

Sam się sobie czasem dziwię, że jest we mnie tyle odwagi. Przecież miałem ich ignorować. Jestem niewielkich rozmiarów, a ci ludzie to spore chłopiska. Ale ja zawsze tak już mam, że nie mogę wytrzymać jak mnie coś wnerwi. Przekleństwo takie.  – Panowie czy wy przypadkiem nie zapomnieliście czegoś? – Zapytałem. – Czego?!  – Usłyszałem w odpowiedzi od jednego z Marianów usportowionych. I nie było to pytanie o konkretną rzecz, lecz o to, co sobie od nich życzę. – Nie posprzątacie po sobie? – Znów zapytałem. –  Spier…, bo ci… – Usłyszałem, bo przecież, czego się mogłem spodziewać. Jeśli nie dotarło do ich mózgów to, że śmieci powinny trafić do pojemników na to przeznaczonych, to jak mogłem się spodziewać rzeczowej dyskusji na temat ekologii. – Sam se posprzątaj – zaproponował mi jeden z nich. Na co wszyscy jego towarzysze wybuchnęli radosnym śmiechem. Dowiedziałem się oczywiście, że jestem odmiennych skłonności seksualnych i że jak się nie zamknę to oni mnie… No wiadomo, co. I nawet jeden z nich postanowił ten plan wcielić w życie, bo ruszył w moim kierunku. Ale na moje szczęście mój dawno oczekiwany kolega, który jest dość słusznej postury pojawił się wyrażając dobitnie kolegom sportowcom, że chętnie im ich wątpliwości, co do mojej osoby wyjaśni. Mariany postanowiły oddalić się i z bezpiecznej odległości jeszcze mnie wyśmiali… i sobie poszli w siną dal. – Ale śmietnik zostawili – zauważył mój kolega. Tak, to prawda. Zostawili, bo pewnie nie dotarło do ich przetrenowanych umysłów, że śmietnik jest na śmieci, a nie trawniki. I nie można zostawiać butelek i puszek gdzie popadnie. Mam taki apel: Ludzie na miłość Boga! Sprzątajcie po sobie! Przecież na tej stacji benzynowej było dziesięć śmietników! A najbliższy nawet o dwa metry dalej od biesiadników. Nawet jak się włożyło całą energię na grę na boisku, to przecież nie jest to aż tak wielki wysiłek, aby to, co już nie jest potrzebne wyrzucić do kosza na odpadki.  Tak w ramach treningu warto zrobić kilka kroków…

dziennik pesymistyczny

Dni bez… czyli święta dnia codziennego

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Kiedyś, dawno, ponad dwadzieścia lat temu… Starzy gadają… w czasach błędów i wypaczeń prawie, co dnia było jakieś święto robotniczej braci. To znaczy urzędowo i państwowo zostało zapisane, że jest święto i było. Bo świadomość wyjątkowości dnia była w narodzie niewielka. Dziś jest już inna Polska. Lecz zostało u nas zaminowanie świąt dnia codziennego. Bo choć w kalendarzu nie ma czerwonej kartki to i tak uczynne media doniosą nam, co to dziś za święto mamy. I tak oto objawił mi się dziś europejski – a jakże by inaczej – dzień bez samochodu. Idea ta tak bardzo owładnęła umysłami urzędników magistratu, że postanowili oni właśnie w tym dniu wyznaczyć datę zamknięcie dla ruchu kołowego sporego obszaru w centrum mojego prowincjonalnego miasta. Wychodząc pewnie z założenia, że lud i tak dziś uda się tłumnie do pracy piechotą lub środkami komunikacji miejskiej, bo przecież jest ten europejski dzień bez samochodu. I ja postanowiłem przypomnieć sobie, że mogę się poruszać przy pomocy własnych mięśni. A tak właściwie do tej decyzji przyczyniła się wizja wielkich korków w centrum miasta po zamknięciu niektórych dróg dla samochodów. Dlatego też wybrałem spacerek.

 

Kroczyłem dumny, że przyłączyłem się do świętowania. Że samochód odpoczywa sobie pod domem. Że środowisko ratuję i takie tam… Aż tu nagle zaskoczenie. Nie zamknęli tych ulic w centrum. Co prawda nowe znaki wyznaczają objazd i nawet on działa. Ale to, co miało być pozamykane – zamknięte nie jest.  Dlaczego? Nikt nie wie. A właściwie wiadomo. Władza mojego miasta ma taką cechę, że jak coś zapowiada na – powiedzmy – ósmą rano, dwudziestego drugiego września to jak nic musi być od tej daty jakiś poślizg.  Ja naiwny znów się dałem podpuścić i uwierzyłem, że jak coś jest zapowiadane z tygodniowym wyprzedzeniem, jak postawiono znaki drogowe, jak wyznaczono objazdy to jak nic zamkną tego dnia. Ale nie u nas w mieście. Tu zawsze musi być spóźnienie. Gdy rano dotarłem do pracy okazało się z gazety, że to ja się pomyliłem…Że owszem, ma być droga zamykana przez panów w pomarańczowych kamizelkach… Ale o dwunastej w południe. Tylko, że ta informacja to dla mnie zupełna nowość z porannej prasy. Oczywiście południe okazało się terminem tak mniej więcej, bo o siedemnastej jak wychodziłem z pracy też nic się nie zmieniło w tej sprawie.

 

Ja zrobiłem sobie dziś dzień bez samochodu. Postanowiłem, zaplanowałem i to wykonałem. Jak już mamy te kolejne dziwne święta to może wymyślimy takie święto – Dzień Dotrzymywania Obietnic przez urzędników miejskich. I wcale nie musi to być dzień europejski. Może to być takie nasze prowincjonalne święto. Niech tylko jednego dnia dotrzymają swoich obietnic. Jak coś planują zamknąć lub jeszcze lepiej otworzyć, to niech to będzie dokładnie w dniu, w którym to zaplanowano. A nie tydzień później. To niesamowite jak magistrat mojego miasta może każdą nawet najbłahszą sprawę skomplikować. Oj, przydałby się im, choć raz w roku taki dzień punktualności. Remonty dróg nigdy nie kończą się i nie zaczynają punktualnie. Choć trzeba przyznać, że w planowaniu konkretnych dat są urzędnicy mistrzami świata to i tak nie dotrzymują terminów. W zeszłym tygodniu, w czwartek, prosiłem pewnego urzędnika magistratu o przesłanie pocztą elektroniczną do mnie pewnego dokumentu. Obiecał, że zrobi to dosłownie za chwilę. Ponowiłem swoją prośbę w piątek… Obiecał, że już się za to bierze… W poniedziałek dzwoniłem kilka razy z przypomnieniem… Podobnie we wtorek… Dziś jest środa wieczór i nadal nie mam tego, co mi obiecano tydzień temu.  Tam, w urzędzie jest pewnie jakieś inne poczucie czasu.

 

Jak już mamy takie nowe święta to i jak mam jeszcze kilka własnych propozycji. Dzień bez podatków. Lub może na przykład tydzień lub miesiąc bez podatków. Jeszcze lepiej.  Dzień bez Polityków. Jaki to by był piękny dzień bez polityków w mediach? Wiadomości telewizyjne zaczynałyby się zdaniem: dziś w polskiej polityce nie wydarzyło się nic istotnego. Choć w zasadzie takie zdanie mogłoby być, co dnia, bo i tak z tego gadania nie wychodzą żadne konkrety.  Lecz pewnie byłoby to niebezpieczne, bo zapewne rząd wprowadziłby w zamian, tak dla rewanżu dla społeczeństwa Dni bez Autostrad. Dzień bez Mieszkania. Choć w zasadzie są już całe miesiące, które są dniami bez… Ostatnio mój kolega obchodził drugi Tydzień bez Wypłaty. Bo jakieś siły nieczyste sprawiły, że nie dostał zarobionych pieniędzy na czas.

dziennik pesymistyczny

Wielka gonitwa po posady

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Siedziałem na ławce w parku, co pewien czas spoglądając na drzwi wejściowe prowadzące do mojej firmy. Były one jeszcze zamknięte, bo nasze biuro otwiera swoje podwoje dla interesantów o godzinie ósmej, a na moim zegarku do tej właśnie godziny brakowało siedmiu minut. Czekałem na koleżankę, która posiadła zaufanie naszych wspólnych przełożonych do tego stopnia, że dostąpiła zaszczytu posiadania własnych kluczy do firmy. Nie żebym zazdrościł, ale zimą, gdy z niewiadomych przyczyn nagle nie ma na drodze korków i dojadę do pracy wcześniej, taka sytuacja bywa mecząca. Ale teraz jest piękna złota polska jesień, więc kilka minut oczekiwania na otwarcie drzwi firmy jest nawet przyjemnością. Siedziałam na ławeczce w parku, który jest akurat naprzeciwko biura i czytałem gazetę.  Choć w zasadzie lepszym określeniem będzie to, że gazetę przeglądałem. Sprawdzam, co tam ciekawego na rynku pracy. Czy przypadkiem nie ma ogłoszeń o pracę, w których zwarte są warunki, które spełniam. Nie żebym podlegał jakieś presji z tym związanej. Nie chcę zmieniać pracy, ale zawsze warto jest wiedzieć, co tam ciekawego oferują potencjalni pracodawcy. – Szukasz pracy- usłyszałem nagle głos mojego kolegi. Stał przede mną a ja nawet nie zauważyłem jak nadszedł, pochłonięty analizą anonsu, w który pewna firma oferowała atrakcyjną pracę w młodym zespole. – Nie, tak tylko czytam – odparłem. – Tak, to można… Oczywiście – usłyszałem od kolegi. – Lepiej poczekać do wyników wyborów – dodał. Spytałem mojego znajomego, dlaczego akurat wybory samorządowe w moim mieście powinny mieć wpływ na czyjąkolwiek decyzję o zmianie pracodawcy. I jak tylko wypowiedziałem to zdanie przypomniałem sobie, że mój kolega jest działaczem pewnej dużej partii politycznej. Czyli jednak coś jest na rzeczy. Ma coś jednak piernik do wiatraka, że tak powiem.

 

Jak tylko premier ogłosił, że wybory samorządowe odbędą się dwudziestego pierwszego listopada, a ich druga tura, w przypadku wyborów prezydentów miast, burmistrzów i wójtów, piątego grudnia to od tego dnia rozpoczął się wielki wyścig o posady u największego w Polsce pracodawcy. – Startujesz na radnego? – Zapytałem kolegę.  – Jak się uda – odparł enigmatycznie. – Jak nie na radnego, to przecież można spróbować w urzędzie czy w miejskich spółkach – dodał. Ma rację. W listopadzie wybierzemy czterdzieści dziewięć tysięcy dwustu osiemdziesięciu ośmiu samorządowców. Nie żebym posiadał taką wiedzę. Sprawdziłem w internecie. Sporo, zważywszy, że to tylko ci, co pochodzą z wyborów. Dodać należy do tego tych wszystkich, którzy pracują w urzędach etatowo. Faktycznie – ogłoszenie o takim naborze na atrakcyjne posady – nie powinno być ogłoszone w jakiejś niszowej gazecie gdzie publikowane są rozporządzenia i ustawy, ale w gazecie traktującej o pracy. Tyle potencjalnie wolnych miejsc. I do tego, jaka władza. W rękach samorządowców znajdzie się do wydania w tym roku prawie dwieście miliardów złotych.  A i pensja u państwowego pracodawcy też raczej nie najgorsza, jeśli sama biurokratyczna machina pożarła w dwa tysiące dziewiątym roku ponad czternaście mld złotych. Jest o co walczyć. Choć w zasadzie nie ma możliwości zdobycia tej atrakcyjnej pracy bez poparcia którejś z partii politycznych opłacanych z naszych pieniędzy. Na początku trzeba, więc przejść staż w partyjnych dołach, aby zasłużyć na dobre miejsce, na listach wyborczych. A jak już wybiorą na radnego to mamy w swoim mieście nie tylko władzę polityczną, ale też możliwość decydowania o tym, co dzieje się z ogromnymi kwotami pieniędzy.

 

Nie należy zapominać, że to nie tylko wybrani samorządowcy znajdą nową atrakcyjną posadę. Przecież są jeszcze spółki miejskie, a tam zgodnie z zasadą zdobywania łupów wojennych, też nastąpi przetasowanie. Opowiadał mi kolega, zatrudniony w miejskiej spółce oczyszczania miasta, jako informatyk, że po ostatnich wyborach samorządowych nawet nie przepuszczał, że aż tylu ludzi z lokalnej polityki jest zapoznanych z zagadnieniami gospodarki odpadami. Jak tylko ogłoszono wybory okazało się, że trzeba wymieniać kadry menadżerskie. Tak jakby namaszczenie polityczne zwycięskiego ugrupowania dawało od razu pewność, że ta, a nie inna osoba jest zdolna do zarządzania miejską spółką. – Może się uda – powiedział kolega. – Pamiętasz Arkadiusza?, On na pewno zostanie radnym – dodał – może nam coś załatwi. Nie sądzę, bo z Arkiem nie było mi nigdy po drodze – tej politycznej. Ale niewątpliwie nastąpił początek wielkiego naboru kard do urzędów. 

 

dziennik pesymistyczny

Króluj nam, bo my tak chcemy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Obyś żył w ciekawych czasach mówi chińskie przysłowie. Ale ilu z tych, co przeżyło ciekawe czasy może powiedzieć o sobie, że byli świadkami narodzin nowej religii. To nie zdarza się znów aż tak często. Dlatego pewnie niewielu było czy jest takich, którzy pamiętają ostatnie takie wydarzenia. A tu proszę. Jakie my mamy szczęście niepojęte? Tu i teraz a dokładniej w Warszawie, narodziła się całkowicie nowa religia. No, może ona nie taka nowa, bo ma wiele zapożyczeń z katolicyzmu, ale cóż – przecież nawet rzymski katolicyzm i całe chrześcijaństwo czerpało na przykład z judaizmu. To, dlaczego teraz ci, co piszą narodowy polski katolicyzm na nowo nie mają sięgać po sprawdzone już wcześniej symbole. Jeśli to nie całkowicie nowa religia, to jest to zdecydowanie jakiś odłam chrześcijaństwa. Ale zdecydowanie nie jest to rzymski katolicyzm, bo polski kościół już wielokrotnie się odcinał od tej nadal niewielkiej, ale silnie obecnej w mediach religijnej grupy stojącej przed barierkami na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Oni nadal uparcie posługują się symboliką tego kościoła. Choć ten słowami hierarchów już kilkukrotnie przypominał, że to, co się dzieje przed pałacem prezydenckim nie ma z nim nic wspólnego. Ale niechęć do utożsamiania się ze sobą kościoła i tych, co stoją przed pałacem jest obopólna. Choć krzyż jest zdecydowanie symbolem kościoła, to stał on się też narzędziem w walce przeciwko wszystkim. I jak widać nie wszyscy mają do niego równe prawo. Księża, którzy w sierpniu przyszli zabrać krzyż, usłyszeli między innymi, że są ubekami, a nie kapłanami, a po taki krzyż to powinni przyjść arcybiskupi! A nie jakiś zwykły księżyna.

 

Tak, to zdecydowanie ciekawe czasy.  Nie wierzyłem własnym oczom widząc jak spod sejmu Rzeczpospolitej wyruszał pochód tych, co w osobie Jezusa Chrystusa widzieć chcą króla Polski. Fakt, każdy ma prawo do własnych poglądów. Każdy ma prawo do ich wyrażania.  Nawet jak jest to niewiarygodnie abstrakcyjne to i tak można to zrobić, bo nikt nie może zabraniać im głośno tego wypowiadać. Ale chyba jest jednak granica zdrowego rozsądku. Restytuowanie monarchii nie jest nowym pomysłem, ale intronizacja na władcę Boga, i domaganie się politycznego aktu w tej sprawie jest, co najmniej dziwne. Uczestnicy marszu ubrani w czerwone płaszcze ze znakami krzyża i godłem narodowym nieśli ze sobą między innymi transparenty: Chrystus królem Polski, Polsko, dokonaj intronizacji. Czyli domagali się obwołania królem Jezusa, który gdy żył na ziemi, nigdy nie uważał się za króla. Mam też wrażenie, że nikt Go nie pytał czy ma taką wolę, a jeśli nawet pytał, to czy padła w tej sprawie jednoznaczna odpowiedź? Raczej nie. Nigdy też za czasów swej publicznej, czyli ziemskiej działalności nie powiedział o sobie, że jest królem. Czytając Biblię można dojść do wniosku, że Jezus nawet nie podejrzewał, że może być ziemskim królem. Ja jestem królem, lecz królestwo moje nie jest z tego świata – czy to nie Jego słowa? Nakładanie mu na siłę korony jest niestosowne.

 

Właśnie wyczytałem, że według Centrum Badania Opinii Społecznej rośnie grupa osób negatywnie oceniających kościół. Jak wynika z opublikowanego sondażu, złą opinię o Nim wyraża aż trzydzieści pięć procent ankietowanych, podczas, gdy przed trzema miesiącami było ich dwadzieścia pięć procent. Przyczyną takiego stanu rzeczy z pewnością jest to wszystko, co działo i dzieje się pod Pałacem Prezydenckim. Nie wiem czy ci, co stają dzielnie w obronie wartości katolickich zdają sobie sprawę, że tak naprawdę czynią zło? Pewnie nie, bo dla nich to, co myślą i czynią jest ich własną interpretacją rzymskiego katolicyzmu, więc, po co mają się martwić o społeczne poparcie instytucjonalnego kościoła w Polsce.

 

dziennik pesymistyczny

Pensja na trudne czasy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 60

Właśnie odebrałem telefon. Trochę się zdziwiłem, gdy zobaczyłem, kto do mnie dzwoni. Przecież ten mój kolega nie kontaktował się ze mną od dobrych kilku miesięcy. A tu nagle telefon. Pomyślałem, że albo coś się stało niedobrego albo coś ode mnie chce. Przecież tak bez powodu by nie zadzwonił. No i miałem rację. Stało się coś dla niego niedobrego i właśnie w związku z tym miał do mnie sprawę niecierpiącą zwłoki. Po krótkim grzecznościowym wstępie szybko przeszedł do sedna sprawy i zapytał: – Mógłbyś mi pożyczyć tysiąc złotych. – Niech pomyślę, od kogo, bo na pewno nie ode mnie – odpowiedziałem w ten sposób, bo wydawało mi się to na swój sposób zabawne. Okazało się, że nie było mu do śmiechu. – Mówię poważnie, muszę mieć dziś tysiąc złotych – nalegał kolega. – Nie mam takiej gotówki i nawet nie znam nikogo, kto by miał – odparłem. Pogadaliśmy jeszcze chwilę, a gdy odłożyłem słuchawkę telefonu pomyślałem, że ja faktycznie nie znam nikogo, kto by mógł mu pożyczyć. Niby znam tylu ludzi a wśród nich nawet kilku bogatych, – co w moim przypadku nie jest trudne – ale tak naprawdę to jak trzeba szybko pożyczyć pieniądze to nikt ich nie ma. W serialu Czterdziestolatek jest taka scena rozmowy Karwowskiego z jego szwagrem, podczas której Stefan chce pożyczyć pieniądze na kupno działki. – Mówią, że ja jestem bogaty… No niby jestem – mówi szwagier Karwowskiego, – ale tak faktycznie to ja pieniędzy nie mam. Ta scena zawsze mi się przypomina, gdy przychodzi do rozmowy z kolegami, którzy wydawałoby się dysponują większą gotówkę. Bo tak naprawdę każdy coś tam ma – kapitału w sensie – ale jak przyjdzie do pożyczania to nikt nie ma.

 

Oczywiście nie ma co generalizować. Są tacy, co… tu znowu posłużę się słowami szwagra Czterdziestolatka: – eeeeeeeee, dwadzieścia tysięcy to ja mam przy sobie. I jak mają to pożyczą. Ale takich nie jest wielu.  Większość moich znajomych to raczej narzeka na brak gotówki. I nie ma co im się dziwić. Są jak większość Polaków, czyli groszem nie śmierdzą, bo starają się z miesiąca na miesiąc związać koniec z końcem. Gdzieś, kiedyś wyczytałem, że zarobki ponad sześćdziesięciu procent Polaków nie przekraczają średniej krajowej. Jeśli co drugi z pracujących zarabia na poziomie takim, że ledwo starcza mu na przeżycie to faktycznie jak tu coś pożyczyć.  Zainspirowany tą myślą postanowiłem przepytać osoby pracujące ze mną w biurze o pożyczkę. Liczyłem na to, że jeśli co drugi zarabia więcej to może uda mi się wesprzeć kolegę i pożyczyć dla niego te tysiąc złotych. Niestety. Okazało się, że jednak sto procent moich współpracowników zalicza się widać do grupy tych, co to zarabiają tak mało, że prośba o pożyczkę tej wysokości wywołuje u nich tylko nerwowy śmiech. Polityka firmy nie pozwala na informowanie ile, kto z nas zarabia, ale po tym teście z próbą pożyczki chyba jestem skłonny stwierdzić, że krajowa norma co do przeciętnych zarobków nie przekraczających średniej płacy jest jak najbardziej przystająca do sytuacji w mojej firmie.

 

Nie narzekam, albo właściwie narzekam umiarkowanie. Bo jak mawia mój znajomy przedsiębiorca o swoich pracownikach: – Niech się cieszą, że tyle zarabiają, bo zasiłek jest jeszcze niższy. Więc nie narzekam. Tylko mnie to wnerwia, że niby coś tam zarabiam…. że niby jest to nawet sporo jak na warunki płacowe w moim prowincjonalnym mieście… ale jak przyjdzie komuś pomóc to się okazuje się, że nie mogę koledze pomóc pożyczką, bo zarabiam właśnie to niby.  Premier Donald Tusk powiedział kilka dni temu po posiedzeniu rządu, że jest sceptyczny wobec propozycji podnoszenia płacy minimalnej w Polsce.  – Szczególnie w tych trudnych czasach – dodał szef rządu. Jeśli w Polsce sześćdziesiąt pięć procent pracujących zarabia poniżej średniej pensji krajowej to pewnie wielu jest wśród nich takich, co zarabiają najniższą krajową.  Tak, zdecydowanie premier ma rację, to są dla nas trudne czasy. A wygląda na to, że jak tak dalej pójdzie będzie jeszcze gorzej.