Tag Archives

157 Articles

dziennik pesymistyczny

Przypadkowy z prośbą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Wygląda pan jak wiking. Taki rezolutny wiking. No, naprawdę, ta broda, bardzo ładna  – zagadnął mnie pewien jegomość usiłując przykuć moją uwagę. Coś jest chyba ze mną nie tak. Coś musi być we mnie, jakaś cecha wyróżniająca mnie z tłumu w sensie pozytywnym lub negatywnym, która powoduje, że notorycznie mnie ktoś na ulicy zaczepia i chce porozmawiać. Co ich tak przyciąga, skoro ja robię wszystko żeby przemknąć ulicą niezauważony? Naprawdę nie wiem.

– Przepraszam, przepraszam proszę pana, niech się pan na chwile zatrzyma, czy możemy chwilę porozmawiać? – usłyszałem i choć udawałem, że to nie do mnie to jednak byłem na sto procent pewny, że chodzi właśnie o moją osobę. Prawie każdego dnia spotkam kilku nowych przypadkowych znajomych którzy usilnie chcą chwile ze mną porozmawiać. Przechodziłem jedną z najbardziej ruchliwych ulic w moim mieście. Wokół mnie kłębił się nieprzebrany tłum. Matki z dziećmi. Osoby świeckie i duchowne. Mundurowi i ci w cywilu. Zabiegani biznesmeni z przyklejonymi do ucha telefonami. Panie i panowie w różnym wieku.  Młodzież szkolna i osoby starsze. Ludziska w garniturach i w strojach roboczych. I ci wyglądający zamożnie, i tacy w stroju przeciętni. Biedni i bogaci. Różni, jak to na ulicy. Cały przekrój społeczeństwa. Ale to właśnie mnie ten jegomość postanowił zaczepić. Ot takie moje szczęście lub może nieszczęście.

– W jakiem miesiącu się pan urodził? Jaki jest pana znak zodiaku jeśli mogę wiedzieć?  – zapytał ni stąd, ni zowąd mój nowy przypadkowy rozmówca, gdy już skutecznie zagrodził mi drogę własną osobą. Był to pan w wieku około czterdziestu kilku lat. Twarzy gładko ogolona, włos zwichrzony i nastroszony wystawał z pod czapki uszatki. Ubranie zmęczone, nie nowe, ale schludne.

– Witam pan – wysunął ku mnie dłoń, którą uścisnąłem niechętnie. – Jest pan z początku roku, urodził się pan w pierwszych miesiącach roku? – dopytywał. – Wie pan ja się trochę interesuje numerologią, więc mnie takie rzeczy ciekawią. – To rozumiem, ale ja się straszliwie spieszę, ja muszę już iść, czekają na mnie – starałem się znaleźć odpowiednie kłamstwo, aby się uwolnić od niespodziewanego rozmówcy. Jednak nic to nie dało. Z grzeszności udzieliłem mu więc informacji, co do miesiąca urodzin. A gdy zbierałem się podać kolejny powód usprawiedliwiający moje pospieszne oddalenie usłyszałem kolejne pytanie: – A czytał pan Biblie?

No, to wpadłem pomyślałem. Teraz się nie uwolnię. Co było robić? Rozmawiałem czy raczej słuchałem. Po powierzchownym omówieniu kilku zagadnień teologicznych mój interlokutor postanowił skomentować jeszcze problemy współczesnego świata. Wspominał też o filozofii, literaturze oraz ogólnie pojętej sztuce. Nasza rozmowa polegała na tym, że osobnik stojący przede mną mówił a ja przytakiwałem, co najwyżej odpowiadałem zdawkowo lub starałem się znaleźć odpowiednią wymówkę, która pozwoliłaby mi odejść od natręta. I w taki to sposób gawędziliśmy kilka minut.

– Wie pan, mam taki kłopot, coraz mniej znam ludzi w tym mieście, a z panem się tak miło rozmawia. Czasem jest w człowieku taka potrzeba żeby, pan rozumie. A tu akurat mam taki kłopot w którym mógłby mi pan pomóc. Czy może mi pan dać złoty siedemdziesiąt – wyrecytował prawie jednym tchem i tym samym doszedł do sedna sprawy, która miał do mnie. Oczywiście dałem. Zawsze daje jak mam. Ale muszę przyznać, że tym razem ten pan naprawdę zarobił na te drobne. Porozmawiał o filozofii, numerologii, Biblii, sztuce, literaturze, polityce i dopiero po tym przeszedł do prośby o dotacje. Dałem te złoty siedemdziesiąt z prawdziwą przyjemnością.

dziennik pesymistyczny

To idzie nowe, nowe, nowe…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Co tam Szanowny u Ciebie?  – spytałem, gdy tylko przysiadł na stołku barowym obok mojego miejsca. Uśmiechnął się w odpowiedzi. Wygładził niewidoczne zagniecenia na modnym garniturze. Poprawił krawat, pomachał kelnerce, popatrzył na sale i rzekł: Bardzo dobrze. Teraz gdy postanowiłem być prawym i sprawiedliwym, jest i będzie ze mną bardzo dobrze.

Nawet się ucieszyłem, choć ta droga polityczna jest mi mówiąc najładniej obca. Wyglądał lepiej, a to przecież dobrze. Prezentował się wspaniale. Nowy garnitur z czystej wełny, zegarek dobrej firmy, modny krawat, biała koszula dobrej jakości, spinki do niej też niczego sobie. Płaszcz, buty, ba, nawet parasol, wszystko nowe i świadczące o nowo nabytej zamożności. Cały był taki rozpromieniony i władczy. Zamówił wódeczkę jak zawsze, to prawda, ale za to najdroższą jaka była w lokalu. Zakąski też wybierał ze znawstwem. Dopytywał kelnerkę o szczegóły, grymasił, zastanawiał się, namyślał. No, panisko jednym słowem.

– Poprawiło się – zapytałem, gdy już zaprzestał epatowania dobrobytem na prawo i lewo.  – Ano, poprawiło – odparł. – Teraz służę, i należę, kolega kolegi mnie wciągnął. Doradzam. Teraz za mną prawo, to i sprawiedliwie muszę przyznać, mam się teraz lepiej – wyznał. – No to chwalić Pana – skwitowałem i zasugerowałem gestem żebyśmy wypili, na co przystał z wyższością wielmoży. Zaczęliśmy się gościć, choć raczej ja tu byłem w gościnie, on był fundatorem i dobrodziejem moim o czym nie dawał mi zapomnieć.

– A co tam z twoim mandatem za „usiłowanie spożycia alkoholu w miejscu objętym zakazem” – wypaliłem w połowie naszej biesiady, po czym zrozumiałem, że zbłądziłem i chyba przesadziłem. Nie powinienem pytać a tym samym przywoływać mroczne czasy jego opozycyjnego życia w niedostatku. – Zastanowimy się i przyjrzymy wszystkim szczegółom tego mandatu. Po za tym to nie żaden mandat lecz tylko opinia – powiedział spokojnie, całkiem jak taki pan, co to objaśnia narodowi co prezydent miał na myśli, gdy naród ma trudności z właściwym zrozumieniem.

– Ten mandat ma przede wszystkim walor historyczny, odnosi się bowiem do sytuacji, która w ostatnich dniach uległa zasadniczej zmianie – ocenił strzepując z rękawa marynarki niewidoczny pyłki. Zasugerował także, że cała ta „przygoda”, która skończyła się mandatem to wynik uzależnienia organów i ich przedstawicieli od wpływów politycznych.

Potem pijąc i zakąszając ocenił, że tamte zaprzeszłe wydarzenia wskazują, że nadszedł czas na głęboką refleksję nad modelem funkcjonowania pewnych instytucji. Według niego konieczne będą szeroko idące zmiany, które powinny zmierzać w kierunku stworzenia mechanizmów gwarantujących swobodę pewnych postępowań w sytuacjach skrajnych. – Apeluję do wszystkich sił politycznych o współpracę i wsparcie inicjatyw realizujących powyższe założenia – oświadczył patrząc na mnie, choć ze mnie żadna siła polityczna.

– Ten mandat wywołuje niesmak i zniechęcenie do tej szanowanej instytucji, przypuszczam, że tak jak u większości Polaków – to rzekłszy zapadł w milczenie, jak to miał w zwyczaju. A wiatr historii wionął od Warszawy, niosąc zmiany, zmiany, zmiany.

dziennik pesymistyczny

Dominujące cechy narodowe, czyli jak o mało nie popełniłem samobójstwa

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

I choćbym nawet nie chciał, choć bym się przed tym bronił, to okazało się, że jestem prawdziwym Polakiem. Posiadam wiele cech przypisywanych mojej nacji i choć niektóre chciałbym zwalczyć, to moja polskość zawsze we mnie bierze górę nad zdrowym rozsądkiem. Teraz też tak było. Mimo strachu ruszyłem przeciw wrogim siłom przeważającym, aby walczyć o honor i o własne przekonania.

I choć nie tak jak dziadowie z szablą na wroga, nie tak jak ojciec antyrządowo, to i ja nie gorszy, i choć szans nie miałem to bez namysłu ruszyłem do walki. Bo choć nie było wojny i wróg nie stał w granicach, to jednak nawet drobna, a już jeśli wielka krzywda się dzieje Polakowi, gotów on rzucić się na nieprzyjaciela nie bacząc na swoje predyspozycje ani szanse na wygraną. I choć tak przy spokojnej rozmowie przysiągłbym, że ja nigdy nie szarżowałbym z szabelką za nic mają śmierć a honor ponad wszystko to stało się inaczej. Jak mnie krew zalała to stawałem się jak dziadowie, i choć wróg nie wart był mojego zaangażowania, a i sprawa przyziemna była a nie ojczyźniana, to rzuciłem się jak Dawid przeciw Goliatowi z tą tylko różnicą, że tym razem słabszy – czy ja – sromotnie przegrał starcie.

Ja tam jestem niespotykanie spokojny człowiek, ale jak mnie kto zeszli to najgorsze czy jak kto woli najlepsze cechy narodowe zamieniają mnie w wojownika, choć przyznaje bez umiejętności za to z zapałem. W imię obrony honoru niewiasty i w imię własnych przekonań rzuciłem się do starcia z neandertalczyka na sterydach, koksem karmionym chłopem. No, muszę przyznać, że matka ziemia, ojczyzna nasza ukochana, wykarmiła małorolnego na pokaz. Wielgachne było chłopisko, i na siłowni nie tylko kark wyhodował pokaźny i okazały, więc szanse na wygraną miałem marne jak nie żadne, ale to mnie przecież nie powstrzymało.

A ja? Cóż, ja to mizerota, no może nie ze względu na masę ciała, ale na pewno na siłę mięśni.  Tak to jest jak się ma genetycznie naznaczony wstręt do wysiłku fizycznego. Ja to bardziej taki podobny do Woody’ego Allena jestem, no dobrze bardziej z postury, więc sami rozumiecie, że żaden ze mnie komandos ani mistrz sztuk walki. Rozum podpowiadał – zostaw, nie warto – to jednak geny narodowe zwyciężyły i rozpocząłem szarże na wroga nie bacząc na niebezpieczeństwo.  Ostatni przebłysk zdrowego rozsądku kazał mi wyrównać szanse narzędziem zemsty, ale i tak na wiele nie to zdało. Gdy krwawa mgła zalała mi zmysły, gdy stawałem dzielnie, choć niezdarnie, to nie zastanawiałem się nad konsekwencjami, tylko walczyłem. I przegrałem.

Jak można się było się spodziewać nierówna walka zakończyła się dla mnie sromotną klęską. Teraz obolały mam czas na refleksje. Może i w duszy mam wojownika, ale to na nic. Predyspozycje ciała i umiejętności mam nieadekwatne do wizji swojej osoby. Ale czy zrobiłbym to jeszcze raz? No pewnie. Bo przecież jestem Polakiem, więc choćby dlatego. Dlatego jeśli trzeba to na śmierć, no jeśli nie na śmierć to przynajmniej nie zważając na urazy i złamania.

Nie wiem co tworzy świadomość narodowości. Na pewno nie przypadkowość miejsca urodzenia, więc może wychowanie, presja społeczna, historyczne oddziaływanie szkoły? A może to genetyka? Może Polak zachowuje się jak Polak, bo ma specyficzne, właściwe tylko tej narodowości cechy charakteru. Ja tak się zachowałem. Choć zdroworozsądkowo wiedziałem, że przegram i narażam się na dotkliwe pobicie to jak straciłem nad sobą kontrole, to jak prawdziwy Polak, nie zważałem na nic i rzuciłem się bronić przekonań i honoru. No i jak to często u nas bywa przegrałem. Ale przecież jak prawdziwy Polak czuje, że jednak jestem moralnym zwycięzcą.

dziennik pesymistyczny

Koniec bez nagłych zmian

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Co byś zrobił gdybyś dowiedział się, że pozostało Ci tylko dwa tygodnie życia – zapytał mnie przyjaciel odrywając się od czytania gazety. Pytanie miało związek z artykułem, a ja odpowiedziałem mu coś zdawkowego w stylu: chciałbym przeżyć ostatnie chwile jak najbardziej intensywnie. Pytanie powróciło do mnie, gdy leżałem bezsennie czekając na świt. No i teraz już wiedziałem jak przeżyłbym te ostatnie dwa tygodnie życia. Po prostu, nie zrobiłbym nic innego niż to co robiłem i robię do tej pory. Nic bym nie zmienił i to nie tylko, dlatego, że mnie na zmiany nie stać w sensie finansowym, lecz także, dlatego że nie widzę takiej potrzeby.

Żyje z dnia na dzień i nie bardzo chciałoby mi się coś zmieniać w obliczy ostateczności. Trochę z wrodzonego lenistwa, a trochę z poczucia beznadziejności takich zmian. To moje istnienie powolne, bez pośpiechu, chaotycznie, bez planów na przyszłość jest w zasadzie dość miłe. Stres już prawie wyparłem i tylko czasami przypływa do mnie z kolejnymi listami czy telefonami. Każdy dzień jest inny i zaskakujący, i choć w zasadzie bardzo podobny do poprzedniego to przecież nie dokładnie taki sam. Mam swoje książki, swoje zwierzątko, swoje pisanie, swój własny realny i nierealny świat i chciałbym żeby taki pozostał do końca.

Nie mam potrzeby nagłych zmian tylko, dlatego że raptownie pojawiłaby się granica mojej egzystencji. Nie pojadę w podróż dookoła świata, żeby nadrobić stracony czas, żeby zaliczyć to co nie widziałem. Nie zrobię czegoś ryzykownego, czego nie zrobiłem do tej pory. Pomijając fakt, że to absolutna abstrakcja, bo i tak nie mam funduszy na wypad choćby nad najbliższą rzekę a co dopiero nad polskie morze lub nad ocean. Nie mam potrzeby zmian. I choć rozważam czysto teoretycznie, to jednak taka diagnoza mojego myślenia przynosi mi ulgę i spokój.

Gdyby pozostało mi tylko dwa tygodnie życia to zapewne tak jak każdego dla wstałbym rano by zrobić to co robiłem do tej pory przez ostatnie trzy lata. Nie spieszyłbym się. Nie starałbym się opóźniać nadchodzącego kresu, tylko trwałbym w bierności i żył jak dotychczas. Nie odczuwam potrzeby celebry własnego końca. Koniec do koniec i nic więcej. A że każdy dzień może być przecież ostatnim, to nie mam potrzeby czegoś zmieniać tylko, dlatego że koniec jest bliski.

dziennik pesymistyczny

Nieprzystawalny

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ja się zdecydowanie nie nadaje do współczesności. Ja po prostu tu nie pasuje. Jestem nieprzystający tak do społeczeństwa jak i do tego państwa. Może urodziłem za późno albo może za wcześnie. Ta kapota utkana z praw i obowiązków obywatela jest dla mnie w rękawach za krótka w barach za szeroka i jakoś tak ogólnie mi nie leży. Czuje, że na siłę zostałem w nią ubrany jak w kaftan bezpieczeństwa.

Mnie nie interesuje rywalizacja, która dla moich współplemieńców stała się świętą wiarą którą wyznają i której składają ofiary. I choć nie wyznaje kultu posiadania, to też nie jestem ascetą, lubię mieć to, co ułatwia mi życie. Ale nie mam potrzeby własności czegoś za cenę poddania się innym. Nie mam, to nie mam. Mam to mam. Nie będę mieć dziś, to może znajdę to jutro. Nie odczuwam presji posiadania.

Nie czuje potrzeby kłamania dla uzyskania tak władzy jak i wszelkich stanowisk. Nie chce władać za wszelką cenę.  I choć nie mogę powiedzieć, że mam udane życie to nie udaje się „na zmywak” do Londynu lub Dublina – parafrazując wypowiedz pewnej politycznej belki.  Wole zostać, tu nad Wisłą, bo gdzie mi będzie tak żle jak tutaj. „Wolę polskie gówno w polu, niż fijołki w Neapolu” – jak pisał poeta.

No i jeszcze mam jedno poważne niedopasowanie społeczne. Mam w głębokim poszanowaniu wszelkie gry zespołowe.  Nie kibicuje tym, co spoceni biegają po trawniku za piłeczką, więc „nie ma we mnie uczyć patriotycznych” – jak mnie określił pewien znajomy.

Większość tego, co ważne dla innych, ja nie zauważam, albo ignoruje. Nie mogę się wpasować w ogólnie przyjęte normy społeczne. Nawet tak banalne sprawy jak ogólnonarodowa tendencja do bycia wybieganym, wychudzonym, czerstwy i żylastym, z płaskim umięśnionym brzuszkiem jest dla mnie niekompatybilna.

Bardziej pociągają mnie sprawy i rzeczy które zdecydowanie są nie do przyjęcia przez zdrowe jądro naszego społeczeństwa. „Lubię pić, jestem leniwy, nie mam boga, polityki, idei ani zasad. Jestem mocno osadzony w nicości, w swego rodzaju niebycie, i akceptuję to w pełni”.

dziennik pesymistyczny

Obowiązek meldunkowy wiecznie żywy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Podczas świątecznych porządków wpadł mi w ręce fragment broszurki wydanej nielegalnie pod koniec PRL-u. Autor artykułu traktującego o zniewoleniu Polaków przez uwcześnię rządzących wymieniał tam kilka przykładów, jakimi to system komunistyczny gnębi społeczeństwo. Jednym z podstawowych oskarżeń przeciw PRL-owskiej władzy a jednocześnie koronnym przykładem łamania podstawowych praw człowieka i obywatela był dobrze nam znany obowiązek meldunkowy.

Czy to nie dziwne, że minęło już przeszło dwadzieścia pięć lat nowej, wolnej, przecież o wiele lepszej Polski a ten obowiązek, który swoje początki ma jeszcze w czasach stalinowskich nadal nas niewoli i gnębić będzie jeszcze długo. A przecież dawna opozycja to teraz nasza demokratycznie wybrana władza. Przecież nie powinno być już kłopotów ze zniesieniem tego, co za PRL-u było tak znienawidzone? I tak dawnym opozycjonistom przeszkadzało.

Obowiązek meldunkowy miał być zniesiony już bardzo dawno temu. Ale jak to bywa w naszej krainie uśmiechu, coś tam się nie udało, coś nie bardzo zagrało i tak już mija ćwierć wieku obowiązku meldunkowego obowiązującego w wolnej Polsce. – Międzyresortowy Zespół ds. Przygotowania Administracji Rządowej do Zniesienia Obowiązku Meldunkowego zarekomendował pozostawienie obowiązku rejestracji miejsca zamieszkania w obecnie obowiązującej formie – przyznała rzeczniczka Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Opinia tego zespołu o tak wspaniałej nazwie jest istotna i wielce zabawna jednocześnie, bo przecież tylko u nas może istnieć komisja, która miała przygotować zniesienie obowiązku meldunkowego a zarekomendowała jego pozostawienia.

Obowiązek meldunkowy polega na zameldowaniu się lub wymeldowaniu z miejsca pobytu stałego lub czasowego, zgłoszeniu wyjazdu lub powrotu poza granice Rzeczypospolitej Polskiej z zamiarem stałego pobytu, jak i bez takiego zamiaru, ale na okres dłuższy niż sześciu miesięcy. Ciąży zarówno na obywatelach RP jak i na cudzoziemcach. Powyższej powinności dopełnić należy w ciągu trzydziestu dni od dnia przybycia do miejsca pobytu stałego.

Dlatego pamiętaj obywatelu krainy wolności Rzeczypospolitej Polskiej! Masz ponadto obowiązek meldować się podczas urlopu, deklarować swoje wykształcenie i stosunek do służby wojskowej. Właściciele, dozorcy i administratorzy nieruchomości pamiętajcie! Macie prawny obowiązek donoszenia na niezameldowanych lokatorów. Tak sobie pomyślałem, może trzeba jeszcze raz opublikować broszurkę wydaną przed trzydziestu laty? Tak dla przypomnienia o co walczyła dawna opozycja która teraz jest u władzy . Bo jak widać punkt widzenia zmienia się w zależności od punktu siedzenia. Inaczej było w dawnej opozycji inaczej jest w ławach rządowych.

dziennik pesymistyczny

Fleksitarianin z przypadku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jestem fleksitarianinem. Tak drogi czytelniku. Nie chciałem nim być, nie wiedziałem, że nim jestem, a jednak nim jestem. A jak już nim jestem, to postanowiłem być z tego faktu dumny i zadowolony. Odkryłem też że przez większość mojego życia byłem fleksitarianinem i nawet o tym nie wiedziałem. W mrocznych czasach dzieciństwa, w okresie słusznie dawno minionym, za lat młodzieńczych, w nowej Polsce, w pierwszej pracy i na kolejnych szczeblach kariery, w korporacji, w firmach rodzinnych i na państwowych posadach, podczas prowadzenia własnego biznesu, w trzeciej Rzeczpospolitej i w tej czwartej, przez wszystkie te lata byłem mimowolnym fleksitarianinem. I co gorsza nie zdawałem sobie z tego sprawy.

Ale przyszedł ten dzień objawienia. Pewna pani z telewizji oznajmiła podczas programu kulinarnego, że jest fleksitarianką. Nie żebym od razu zareagował na to kulinarne wyjście z szafy (Coming out – dla tych co nie mogą bez angielskiego), bo przecież nie wiedziałem nawet, co to takiego. Ale po zgłębieniu tematu doszedłem do wniosku, że byłem i jestem zajadłym fleksitarianinem. Od razu wszystkich uspokajam, że nie wstąpiłem to religijnej sekty, nie postanowiłem zmieniać świata za pomocą przemocy (przynajmniej na razie), nie mam dziwnych zapędów erotycznych ani nie studiuję dziwacznej idei politycznej.

To pani z telewizji odkryła we mnie fleksitarianina, a raczej nazwała to co było nienazwane. Opadły mi łuski z oczu i ujrzałem świat inaczej, do moje życie kulinarne chmurne i durne nagle nabrało kolorów, bo mogłem je nazwać, zaszufladkować. Mogłem przyłączyć się to tych znanych i lubianych, ba nie tyle mogłem, co odkryłem, że jestem im równy przynajmniej w sposobie żywienia. Mam jedną wspólną cechę (dobra, po za oczywistymi z racji gatunku i rasy) z tymi, co to w telewizji ukazują mi sens i cel życia.

Ale nie tylko moja skromna osoba w tak przypadkowy sposób odkryła, kim naprawdę jestem. Ta która uprzytomniła mnie z ekranu również przez zbieg okoliczności odkryła, kim jest naprawdę.     – Dowiedziałam się przez przypadek, że całkiem nieświadomie i to już kilka lat temu zostałam fleksitarianką. O co chodzi? Otóż mięso jem sporadycznie. W zasadzie mogłabym się bez niego obyć, ale wegetarianką nie śmiałabym się nazwać, bo jednak czasami mam ochotę na trochę mięsnego białka: na kurczaka z grilla, pieczoną rybę czy nawet chudego tatara. Nachodzi mnie może raz w tygodniu. I tyle wystarczy żeby stać się fleksitarianinem. Nigdzie o tym wcześniej nie słyszałam, ale teraz okazuje się, że zupełnie intuicyjnie stosuję ponoć najzdrowszą dietę świata – przeczytałem na blogu kingarusin.bloog.pl we wpisie zatytułowanym Seksi Fleksi.

Jakaż bliska jest mi twoja filozofia Kingo Rusin! Ja mam tak samo. Mnie też przypadek uświadomił. To dzięki tobie wiem, że moja dieta ma teraz sens.  Przecież ja podobnie całkiem nieświadomie i to już kilkadziesiąt lat temu zostałam fleksitarianinem. Mięso jadam sporadycznie. Wołowiny nie widziałem już… nie pamiętam od kiedy. No dobrze, nie tyle nie widziałem, bo mogę na nią popatrzeć w sklepie, co nie smakowałem, ale smaku też nie pamiętam. Szczególnie w ostatnich latach stałem się ortodoksem w swej nowo nazwanej diecie. Czasem coś tam chapnę mięsnego. Skrzydełko z kurczaka. Czasem trochę wieprzowiny, jeśli jest akurat w promocji. Czasem rybę, gdy kończy się jej w sklepie okres przydatności do spożycia. W zasadzie obywam się bez mięsa, ale wegetarianinem nie śmiałbym się nazwać, bo jednak czasami mam ochotę na trochę mięsnego białka. Jednak moja codzienna dieta to przede wszystkim warzywa i czasem owoce. Nie powiem, czasami (no dobrze przeważnie) mam ochotę na: kurczaka z grilla, pieczoną rybę czy nawet tatara, ale to dla mnie za drogie, więc pałaszuje ziemniaki lub sałatkę.

I choć zostałem fleksitarianinem z przypadku – podobnie jak znana prezenterka – to teraz odczuwam radość i wzruszenie, że intuicyjnie stosuję ponoć najzdrowszą dietę świata. Odczuwam też wdzięczność, bo przecież do niedawna myślałem, że nie jadam mięsa częściej, bo mnie na nie zwyczajnie nie stać, a tu proszę jest inne wytłumaczenie. I to, jakie eleganckie. Jakżeż modne i jakie subtelne. Jestem fleksitarianinem i jestem z tego dumny, bo inaczej byłbym tak pospolicie biedny.

dziennik pesymistyczny

Domniemamy bruderszaft z mundurowym

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Wracałem ci ja nieborak do domu z przyjęcia gdzie wypiłem, no nie powiem, wypiłem, nawet nie wiem ile, bo kto by tam liczył w przyjemnym towarzyskie. Wracałem dla przyjemności piechotą, bo postanowiłem się przejść w uroczych, choć mroźnych, okolicznościach przyrody. A tu nagle wyrasta mi na drodze dwóch nieułomków, co to za twarz bez wyroku od razu pięć lat. Przyjemniaczki od razy zaczynają się spowiadać jak to często w takich razach bywa, że wszystko przegrali w pokera i teraz groszem nie śmierdzą, a pić się im chce. Opowiadają jak to wczoraj wyszli z więzienia, a do domu mają daleko. Wspominają też, że żony ich rzuciły, a temu mniejszemu pies zdechł przed tygodniem, obaj też co najmniej od osiemdziesiątego dziewiątego nic nie jedli. Ogólnie dramat.  Ja już wtedy wiedziałem jak to się skończy, bo przecież zawsze jakimś dziwnym trafem właśnie takich osobników przyciągam jak magnes. No i się nie pomyliłem, niestety.  Już po chwili prosili mnie o piętnaście złotych na bilet, o papierosa i o możliwość zadzwonienia z twojej komórki do umierającej babci w Zakopanym itd. Klasycznie chcieli wsparcia finansowego lub rzeczowego. Tłumaczyłem im – jak komu dobremu – że nie mam ani grosza, że nie pale a telefon zostawiłem w domu. Panowie byli jednak dość nieustępliwi i koniecznie chcieli sprawdzić czy aby na pewno nie posiadam przy sobie środków płatniczych, tytoniu oraz telefonu. „Wnet zakipiałem cały z tych moralnych strat, chciałem od razu jego rąbnąć w głupią pałę”, ale jak raz przypadkowym szczęściem w nieszczęściu pojawił się patrol mundurowych, więc panowie, co to chcieli usilnie coś pożyczyć nagle zniknęli jak pod wpływem magii.

Ja zostałem, bo to mnie napadnięto. To ja czułem się o ofiarą. – Wyliśmy? – zapytał mnie pan w mundurze przerywając w pół zdania moja oracje na temat  krzywd moralnych doznałem i możliwych strat majątkowych, których mogłem doznać. – Co się włóczysz po nocach nawalony? – dopytywał drugi funkcjonariusz.  Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że jestem z oficerami po imieniu. Ja nic takiego sobie nie przypominałem, ale jednak oni uparcie mówili mi per Ty.

Innym razem wracałem do domu ze spotkania, na której oprócz dobrego jedzenia był też alkohol. Wypiłem na przyjęciu kilka drinków, co skłoniło mnie oraz jeszcze kilku moich współbiesiadników do spaceru w drodze powrotnej do domu. Liczyłem, że w ten sposób pozbędę się z organizmu tych alkoholowych procentów. Podczas wieczornej przechadzki staraliśmy się przemknąć ulicami mojego prowincjonalnego miasta w ten sposób, aby nie rzucać się w oczy wystającym w bramach kamienic osobnikom. Szła sobie tak nasza wesoła gromadka spokojnie i choć zdarzało się, że któryś z nas zbyt głośno dyskutował ze swym towarzyszem spaceru, to w trosce o nasze bezpieczeństwo i spokój w mieście wzajemnie się uciszaliśmy. Faktycznie byłem w stanie, który służby mundurowe zakwalifikowałyby, jako wskazujący na spożycie, ale przecież daleko mi było do kroków nieskładnych.

Zbliżałem się do domu, więc pożegnałem się ze znajomymi, i pustawą o tej porze ulicą podążałem dalej do celu. Krok miałem zdecydowany, a że było mi raczej zimno to i tak nie miałem ochoty na śpiewy i głośna rozmowę z samym sobą. Nie śledziłem węża, nie tropiłem z nosem przy ziemi, nie zataczałem się tanecznie od krawężnika do krawężnika – po prostu zdecydowanie podążałem tam gdzie czekało na mnie ciepłe łóżeczko. Skręciłem za róg ulicy i tu nagle wyrosło przede mną jak spod ziemi dwóch panów w czarnych ubrankach oraz w jaskrawych kamizelkach z napisem wskazującym, że to oni tu strzegą porządku o nocnej porze. Starałem się ich grzecznie wyminąć, ale usłyszałem, że mam się zatrzymać oraz natychmiast wylegitymować. Zmroziło mnie, bo mam taką traumę z dawnych czasów i na widok munduru dostaję dreszczy, ale przypomniałem sobie, że przecież teraz to oni nam obywatelom wolnego państwa służą i nas bronią, więc poczułem się pewniej. I to mnie zgubiło. Odniosłem wrażenie, że powinienem zapytać o powód zatrzymania mojej skromnej osoby przez patrol umundurowany. A na dodatek jakoś tak mi się zebrało na wywód na temat wolności i praw obywatelskich. W tak zwanym „międzyczasie” z trudem, bo jakoś zaplątałem się we własnej garderobie, znalazłem jednak dowód osobisty, który przedstawiłem do wglądu organom porządku publicznego w liczbie dwóch Panów w czerni z jaskrawymi akcentami.

 I tu nagle mój nastrój radości nagle się zmienił radykalnie. Zdziwiło mnie, że jestem z tymi panami po imieniu. To znaczy oni ze mną są zaprzyjaźnieni, bo zwracali się do mnie per – Ty. Gdy bardzo grzesznie zapytałem czy ja też mogę poznać ich imiona, bo jak domniemywałem znamy się, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć okoliczności poznania. To nagle zrobiło się nie bardzo przyjemnie. Ja nagle z osoby po kilku drinkach awansowałem na pijaka, co to nie powinien się odzywać. Po chwili dowiedziałem się też, że jak się zaraz nie zamknę to wyląduję na dołku szybciej niż zdążę to nawet zauważyć. Panowie w mundurach dali mi jasno do zrozumienia, że jak się nie zamilknę to oni już będą wiedzieć, co ze mną, pijakiem zrobić. Oczywiście nie obyło się tu bez kilku grubszych słów w stosunku do mnie, których nie przytoczę, ale każdy pewnie je zna.

A ja przecież tylko grzecznie zapytałem o powód protekcjonalności i fraternizacji funkcjonariuszy w stosunku do mojej osoby. Bardzo daleki jestem od tego żeby nie doceniać pożytecznej pracy mundurowych, co to muszą się użerać, co noc z nietrzeźwymi. Naprawdę doceniam ich zaangażowanie, ich trud i ciężką służbę. Ale mam tylko taką maluteńka prośbę o to, żeby traktować nawet pijanego, lub tak jak w moim przypadku leciuchno zaprawionego z szacunkiem. Bo przecież, choć po kilku głębszych to jednak nadal mam swoje prawa. I zasługuję nie na tego Pana Pawła, a nie od razu pijaka. Bo przecież spożyłem alkohol za cenę zawierająca wysoką akcyzę, kupiłem go w legalnym sklepie, zapłaciłem za niego podatek VAT, więc w jakieś tam części sfinansowałem istnienie państwa zatrudniającego funkcjonariuszy w mundurach. Więc proszę z większym szacunkiem do mnie oraz do innych pijących.

dziennik pesymistyczny

Kronika policyjna

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

 – W poniedziałek, 4 listopada, o godzinie 8:10 dyżurny straży miejskiej otrzymał interwencje, iż na ulicy Kilińskiego przy Staszica dochodzi do kradzieży płotu – przeczytałem na stronie pewnego lokalnego portalu informacyjnego. Po lekturze takich wiadomości zawsze dręczą mnie pytania czy sprawcy dokonali tego czynu zabronionego zwyczajnie z biedy czy też może, aby się wzbogacić na sprzedaży desek z płotu? Czy do tego straszliwego czynu pchnęła ich chęć zdobycia kilku złotych na chleb (nawet taki w płynie) czy raczej sprawcy chcieli po dokonaniu kradzieży zysk ze sprzedaży płotu wpłacić do banku i potem żyć w bogactwie do końca życia?

Chętnie poznałbym tło tych wydarzeń. Dowiedziałbym się czegoś więcej. Ale takie notki zawsze są takie suche. Zawsze mam wrażenie, że ich autorem nie jest dziennikarz, który w pocie i trudzie studiował ten trudny zawód latami lub zdobywał doświadczenie zawodowe przez lata, lecz policjant lub strażnik miejski, który zwyczajnie sporządził notkę z interwencji.  Potem zapisek trafił faksem lub maile do redakcji aby następnie w niezmienionej formie znaleźć się na stronie wśród innych doniesień, informacji oraz artykułów.

„Na miejsce wysłano patrol straży miejskiej, funkcjonariusze ujęli dwóch mężczyzn” – czytam dalej i znów z podświadomości do świadomości pcha mi taka chęć, aby poznać tło wydarzeń. Tak bardzo chciałbym poczytać jak przebiegła interwencja. Poznać jakieś szczegóły tej niebezpiecznej misji funkcjonariuszy straży miejskiej. „Na posesji stwierdzono rozłożoną część płotu w tym również deski drewniane” – przeczytałem i to był błąd, bo teraz będzie mnie męczyć pytanie bez odpowiedz: z jakiegoż to materiału wykonana była „rozłożoną część płotu”. Bo przecież, jeśli „w tym (były) również deski drewniane” to jakież, motyla noga, były te inne części niedrewniane?

„Jeden z mężczyzn przyznał się do kradzieży płotu” – donosi portal informacyjny. No dobrze, jeden ze sprawców się przyznał, a co drugim? Zaprzeczał? Nie przyznawał się? Twierdził, że tylko przechodził kierując swe kroki do kościoła? Nic o nim nie wiadomo. Wiadomo za to, że „sprawców zdarzenia przewieziono na I komisariat policji, gdzie zostali przekazani do dyspozycji oficera dyżurnego”. No tak, dobrze, ale nadal nie dowiedziałem się jak ich losem zadysponował oficer dyżurny? Co się z nimi stało? Same zagadki. Psia kostka, zawsze tak jest, że takie notki rodzą więcej pytań niże odpowiedzi.

dziennik pesymistyczny

Myśli niespokojne

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

1

Pływam w beznadziejności własnej egzystencji. W chaosie codzienności.  W ustawicznym stylu dowolnym zamiatam bezradnie łapkami w zimnej, mokrej, lepkiej rzeczywistości kolejnych dni, tygodni, miesięcy, lat. Staram się utrzymać na powierzchni. Przeżyć, nie utonąć. Być. Istnieć. A może zaistnieć? Nie, to już zabawa nie dla mnie. Jeszcze walczę. Jeszcze się staram. Ale coraz bardziej mam dość ciągłej walki o byt, o istnienie, o przetrwanie. Nienawidzę tego długiego marszu przez instytucje i urzędy. Tej biurokratycznej miernoty i ich ciągłego coś ode mnie chciejstwa. A może przestać wierzgać i spokojnie pójść na dno? Tak dla świętego spokoju. Ku zadowoleniu instytucji strzegących ładu społecznego.

2

Znudzenie. Dojmująca pustka. Samotność. Idę sam już nie wiedząc, dokąd i po co. Byle iść. Każdy krok to sekunda, więc idę wolno. Aby skrócić czas oczekiwania. Tak żeby nie dojść za szybko. Aby jeszcze przez chwile nie wrócić. Bo choć nadal tam mieszkam, to tak jakby mnie już tam nie było. Wszystko jest jednodniowe. Jednorazowe. Doczesne. Z krótkim terminem spożycia. Szybko psujące. Tymczasowe. Na chwile.

3

A jeżeli mnie już nie ma? Co wtedy? Może mnie się tylko to wszystko wydaje rzeczywistością? Może to tylko wytwór mojej wyobraźni?  Może wszystko co czuje, widzę i doświadczam sam sobie wywołuję? Może to ja jestem wielkim kreatorem otaczającego mnie świata. Bo przecież wszystko postrzegam przez siebie, to dlaczego nie mogę być centralną postacią? Może to ja tu zapalam i gaszę światło? To tylko od mojej woli zależy egzystencja wszystkiego co mnie dotyczy?

4

Czasem wydaje mi się, że mnie już tutaj nie ma. Choć oddycham, jem, chodzę, siedzę, czytam, pisze, oglądam czy śpię, choć to wszystko jest – to prawdziwego mnie w tym wszystkim już dawno nie ma. Snuje się ulicami bez większego celu. Idę wolno, bo nie mam do czego i dokąd się spieszyć. Wszystko wokół mnie gna na złamanie karku, a ja wolno, spokojnie w całkiem moim prywatnym tępię. Bo mnie z światem pośpiechu już nic nie łączy, bo mnie tu już nie ma. Lubię się tak zanurzać w ten ludzki nurt zabiegania. Lubię jak opływa mnie ludzki pośpiech. I choć wydaje mi się to tak idiotyczne, tak prymitywne to jednak nadal mnie to bawi na swój pokręcony sposób. Sprzedawcy w sklepach, ludzie na ulicach, w kawiarniach, w biurach, w autobusach, w parkach. Zanurzam się co dnia po kilka godzin w tym egzystencjonalnym pośpiechu. Czasem nawet wydaje mi się, że chcę czegoś chcieć, ale już po chwili wszystko na nowo staje się mi obojętne.

5

– Jesteś kapitanem swojego okrętu – słyszę często. No proszę i oto jestem. Tak jak wszyscy chcieliście. Dopasowałem się. Stoję dumnie w drewnianej bali pod narodową flagą dumnie powiewającą na maszcie.  Macham zawzięcie jednym wiosłem starając się wypłynąć na szersze wody życiowego sukcesu. Staram się nawet czasem zapomnieć, że nigdy nie trzeba zgadzać się z tłumem, nawet jeśli ma rację. Robię co w mojej mocy. Tak to ja, naprawdę staram się wpasować w społeczeństwo. Ale z jakiś powodów nie mogę tego zrobić. Tak było zawsze. Ja po prostu tu nie pasuje.