Tag Archives

157 Articles

dziennik pesymistyczny

Nasi okupanci

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Od wczesnego lat młodzieńczych, od dzieciństwa prawie, miałem taką wdrukowaną w podświadomość niechęć do wszelkiej władzy. A już szczególną – miałem i mam – fobie na punkcie tych co mnie pouczają. Nie lubię, no wprost mnie trzęsie, jak ktoś mnie szkoli jak mam żyć narzucając mi swoje zasady moralne. Ale oczywiście ironia jest podstawą mojej egzystencji na tym łez padole. Zrządzeniem losu lub za sprawą siły wyższej urodziłem się, wychowałem i żyje w miejscu gdzie prawie każdy każdego poucza jak ma żyć. Do mistrzostwa w nauczaniu i nawracaniu na siłę doszli w kraju nadwiślańskim ludzie, którzy sami siebie zwą katolikami. Oni nie ograniczają się do życia według zasad własnej religii, oni muszą pouczać innych bo… bo inaczej się uduszą.

– Nie damy nigdy przyzwolenia na promowanie tak zwanych związków partnerskich. Nie godzimy się na stosowanie niemoralnej metody poczęcia dziecka, zwanej metodą in vitro – powiedział nie tak dawno pewien dziadyga. Cóż – pomyślałem – niech sobie chłopina żyje jak chce. Co prawda nie zauważyłem, żeby żył w związku rodzinnym jak sam nakazuje i naucza, tak po bożemu, z kobietą i z nią dorobił się gromadki dzieci, ale co tam, niech dziadkowi będzie. On nigdy nie da pozwolenia na związki partnerskie, choć sam od lat żyje wśród mężczyzn i nie wiadomo tak do końca jakie oni tam mają ze sobą związki, ale to jego sprawa nie moja. Pewnie nie partnerskie, tylko takie bardziej feudalne te ich związki, ale jak kto woli, niech sobie żyje jak chce. Ale okazuje się, że pan w śmiesznej czapce to mnie nie da pozwolenia, żeby sobie żył w konkubinacie. Co do siebie to on tam nie będzie stosował swoich zasad. On mnie chroni przed grzechem.

Starowinka, choć nie wiem czy kiedykolwiek ciurlał – jak mawiał pewien Szyszkownik – i pewnie (ale kto to może tak naprawdę wiedzieć) nie dorobił się potomka w zbożny sposób teraz postanowił umoralnić innych. Wpadł na pomysł żeby wyznać, że nie godzić się na „stosowanie niemoralnej metody poczęcia dziecka, zwanej metodą in vitro”. No i co? No i nic w zasadzie, bo przecież nikt staruszkowi nie każe od razu stosować takiej metody rozmnażania się. Niech sobie tam po staremu robi, co tam robi lub nie robi. Przecież go nikt siłą nie zmusza do metody in vitro. Ale po co się na siłę zabiera za nawracania tych, co dalecy są od jego poczucia moralności?

Takie słowa katolickich udzielnych władców tak naprawdę nie powinny mnie nic obchodzić. Przecież staruszek coś tam powiedział to swoich poddanych w wierze, oni do słów kapłana się zastosowali i od tego dnia nie dają przyzwolenia na związki partnerskie i nie korzystają z poczęcia dziecka metodą in vitro. Chcą tak żyć, wybrali taka drogę, proszę bardzo, niech sobie żyją jak chcą. I po sprawie. Ale nie, nie w Polsce, nie katolicy, oni nie odgraniczają się do stosowania zasad własnej wiary do samych siebie. Oni muszą pouczać innych. Na siłę wpajać, pouczać, zakazywać, nakazywać i karać. Bo przecież świat by przestał istnieć gdyby ktoś żył inaczej niż oni. Jak psy ogrodnika – same nie zeżrą, a innym nie dadzą.

Coraz więcej jest wokół mnie osób, które za wszelką cenę i na wszelkie sposoby pragną mnie uszczęśliwić na siłę. Fundamentaliści katoliccy dyktują mi, co jest sztuką a co nią nie jest. Mówią mi z kim mam wziąć ślub, w jaki sposób i gdzie to zrobić. Staruszkowie i mężczyźni, którzy nigdy nie mieli swoich dzieci pouczają mnie jak mam się ich dorobić. To jakiś obłęd. Czy ja im mówię, co mają czynić? Nie! To dlaczego mnie jakiś dziadek poucza. Po co rzymscy katolicy narzucają mi swój zabobonny ogląd świata. Oni wiedzą lepiej ode mnie, co mam oglądać, co czytać, czego słuchać? W myśl własnych przekonań zmieniają moje życie. Nakazują mi, co mam jeść i kiedy mam czegoś nie jeść, kiedy mam robić zakupy a kiedy mam tego nie robić. Postępują w myśl zasady – parafrazując słowa Szyszkownika Kilkujadka – my was będziemy tak długo kochać, aż wy nas wreszcie pokochacie.

– Gdziekolwiek wyłoni się paląca kwestia, w której ludzie głowią się i radzą, co czynić, aby na świecie było trochę lżej i trochę jaśniej, natychmiast wysuwa się złowroga czarna ręka i rozlega się grzmiący głos: „Nie pozwalamy! Nie wolno wam nic zmienić, nic poprawić. Wszystko musi zostać po dawnemu; niczego tknąć nie pozwolimy z gmachu ciemnoty i ucisku. Ktokolwiek chciałby ulżyć doli człowieka na ziemi, sprzeciwia się prawu Boga, sprzeciwia się woli bożej”- pisał w latach trzydziestych ubiegłego wieku Tadeusz Boy-Żeleński w książce „Nasi okupanci”. No i nic się nie zmieniło.

dziennik pesymistyczny

O wyższości sumienia nad prawem stanowionym

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nigdy nie narzekałem na swoje sumienie. Jestem wręcz z niego bardzo zadowolony, ogólnie rzecz ujmując jestem z nim w zgodzie oraz uważam za dobrze uformowane. Jako obywatela państwa i jako ochrzczonego, w obu przypadkach nie z własnej woli ale jednak, bardzo uradowały mnie słowa pewnego arcybiskupa z dominującego w tym państwie kościoła, który był łaskaw zauważyć, że „gdy dochodzi do konfliktu między dobrze uformowanym sumieniem a prawem stanowionym, obywatel ma zawsze prawo do sprzeciwu sumienia.

Jak już wspominałem powyżej jestem obywatelem i mam na to dowód osobisty, mam PESEL i inne numery i identyfikatory, które czynią mnie przynależnym do tego państwa. Jako osoba która we wczesnym dzieciństwie została ochrzczona siłą tego wydarzenia pozostaje do dziś rzymskim katolikiem. Od tego czasu  jakoś tak nie było kiedy to zmienić, a może z czystego lenistwa tak to wynikło, tak czy inaczej nigdy nie dokonałem aktu apostazji i teraz proszę, to że jestem obywatelem i katolikiem może się na coś przydać.

Z natury jestem marudny. Jestem wiecznie niezadowolony, w opozycji do wszystkiego. Jak mówią często moi bliscy mam taką anarchistyczną dusze. Zawsze coś mi się nie podoba, czegoś bym nie chciał, coś bym zmieniał, zawsze mam własne zdanie, które wielokrotnie nie jest zgodne z obowiązującą państwową linią, z państwowym prawem i ustalonym przez polityków porządkiem. I chociaż zawsze się sprzeciwiałem to nie stał za mną żaden autorytet, który popierałby moje buntownicze, zgodne z moim sumieniem, zapędy. Dlatego przyznaje, że wielką radość sprawił mi arcybiskup, który swym majestatem i swym autorytetem potwierdził to, co od zawsze wiedziałem. Już nie muszę się przejmować prawem. Już mogę w głębokim poważaniu mieć obowiązki. Teraz, gdy coś nie będzie zgodne z moim sumieniem mam pełne prawo a nawet obowiązek sprzeciwić się temu. Nie zawaham się postawić wyżej moich przekonań, zgodnych z moim sumieniem, ponad prawo stanowione. Jeśli w konflikt wejdzie prawo i sumienie, za radą arcybiskupa wybiorę zgodność z sumieniem.

Nie wiem, co na początku z wnerwiających mnie praw państwowych stanie w konflikcie z moim sumieniem. Jest przecież tego a tak dużo. No, na przykład zawsze denerwowały mnie za wysokie podatki. No to teraz, od dziś będę płacić tyle ile będę chciał, dokładnie tyle na ile pozwala mi moje sumienie. Przecież, jako Polak i katolik, mam do tego pewne prawo poparte słowami arcybiskupa. W zasadzie mogę odmówić wszystkiego tego, co nakazuje mi stanowione prawo i zawsze powołać się na niezgodność tych nakazów z moim sumieniem, ale może zacznę od drugorzędności. Niech tylko jakiś funkcjonariusz służb państwowych spróbuje mnie ukarać za spożywanie napojów alkoholowych w miejscu publicznym. Niech ja tylko dostane mandat zgodny z prawem za spożywanie, to jak nic odwołam się w sądzie do konfliktu między moim dobrze uformowanym sumieniem a prawem stanowionym, bo jako obywatel i katolik mam zawsze prawo do sprzeciwu sumienia. Pije publicznie z godnie z sumieniem i w nosie mam prawo.

Jeśli lekarz, a teraz i nauczyciel mają prawo do stosowania „klauzuli sumienia” to dlaczego nie mogę na sumienie powołać się ja, szarak zwykły a jednak przecież obywatel? A czemu ja miałbym być gorszy od pana doktora czy pani nauczycielki? Mam przecież dobrze uformowane sumienie, więc jak nic mam prawo do stosowania sprzeciwu wobec praw stanowionych przez państwo.

Kierujący pracami Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup  uważa, że organy administracji państwowej „mają być bezstronne wobec światopoglądu”, nie mogą, więc „narzucać” im swojej wizji świata. I jak się tu z klecha nie zgodzić.  Arcybiskup powołuje się też na fragment z Katechizmu: „Obywatel nie jest zobowiązany w sumieniu do przestrzegania zarządzeń władz cywilnych, jeżeli są one sprzeczne z wymogami porządku moralnego, z podstawowymi prawami osób lub wskazaniami Ewangelii”.

No to oświadczam za radą arcybiskupa, że nie jestem zobowiązany, nie będę przestrzegał, za to będę do woli naruszał i nie szanował, gdyż to będzie zgodne z moim sumieniem. A co? Nie wolno mi? Sam arcybiskup do tego mnie namawiał.

dziennik pesymistyczny

Kasa napędzana prądem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Duży może więcej- to hasło sprawdza się doskonale jako ilustracja bezczelności którą wykazała się pewna wielka korporacja. Pewna starsza pani płaciła do niedawna za prąd około stu złotych miesięcznie. Pewnego dnia dostała fakturę na ponad 11 tysięcy złotych za energię zużytą przez trzy miesiące. Kobieta jest osobą samotną, żyje bardzo skromnie, nie ma dzieci. Dlatego bardzo zdziwił ją ten nagły skok w należności za teoretycznie zużyty przez nią prąd.

– Moja emerytura to 715 zł. To musi na wszystko wystarczyć. Wegetuje człowiek. Jak zimą mrozy są, to nawet wyłączam lodówkę i trzymam rzeczy na ganku, tam mi zamarzną i poleżą. Na czym mogę, to oszczędzam – opowiada pani Janina reporterom TVN Uwaga.

Kobieta nie zapłaciła rachunku, bo ten nagły skok zużycia prądu wydał jej się podejrzany. Złożyła reklamację. Zgodnie z przepisami dostawca energii zabrał licznik do ekspertyzy i wymienił na nowy. Przeprowadził kontrole spisując wszystkie elektryczne urządzenia, jakie kobieta miała w domu.

Licznik starszej pani został zbadany przez dostawcę energii. Zgodnie z przepisami dokonują tego pracownicy korporacji dostarczającej prąd, więc firmy zainteresowanej tym żeby kontrolowane urządzenie okazało się sprawne, co uzasadniłoby wystawienie tak gigantycznego rachunku. Potem miernik sprawdził producent licznika, czyli firma, która także zainteresowana jest tym żeby urządzenie okazało się sprawne. Jak się można było spodziewać obie ekspertyzy wykazały, że jest licznik jest sprawny.

Zainstalowany u starszej pani nowy licznik przywrócił stare wskazania zużycia prądu. W tym samym okresie podobny problem z licznikiem miał też sąsiad kobiety. Ale to nie miało znaczenia dla dostawcy energii elektrycznej, która nadal żąda horrendalnej sumy za rzekomo zużyty prąd. Przecież oni wystawili rachunek na podstawie wskazań własnego licznika. Potem sami go sprawdzili i wyszło im, że wszystko jest dobrze. Nie ma to jak być sędzią we własnej sprawie.

Korporacja, gdy zorientowała się, że sprawę próby wyłudzenia pieniędzy od starszej pani za rzekome zużycie prądu nagłośni telewizja postanowiła umorzyć kobiecie połowę sumy rachunku.  Postraszyli przy okazji w stosownym piśmie, że jeśli pani nie zapłaci, to jej sprawa trafi do sądu. Zakład energetyczny nadal utrzymuje, że wyliczenia opłaty za prąd są poprawne.

Kilka lat temu miałem podobny problem z tym samym dostawcą prądu. Po wymianie licznika moje opłaty za energie wzrosły czterokrotnie. Zgłosiłem problem korporacji.  Przyszedł pan i spisał licznik, potem przyjechali technicy, zdemontowali licznik i zabrali. Po pewnym czasie dostałem pismo, że oni tam wszystko sprawdzili i wszystko jest dobrze, więc musze zapłacić zawyżony rachunek. Odwołałem się i chciałem ponownego sprawdzenia licznika najlepiej przez niezależnych ekspertów. Odpisali, że i owszem, można to zrobić, ale na mój koszt, czyli za ponad 1000 zł. Co miałem zrobić zapłaciłem rachunek, choć wiedziałem, że to wyłudzenie, bo przecież, jaką miałbym gwarancje, że do niezależnego eksperta pojedzie mój licznik? Jak widać przez lata nic się nie zmienia. Duży może więcej. Korporacja, bogata firma ma gwarantowane przez państwo inne prawa niż zwykły obywatel. Takie państwo prawa gdzie co chwila przypominają ci, że  nie warto iść pod prąd.

dziennik pesymistyczny

Weź się w garść

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

– Musisz się zebrać w sobie. Prawdziwy mężczyzna musi być silny. Nie trzeba się mazać, tylko sprężyć, zebrać w sobie i ruszać się do roboty. Bo nic nie jest za darmo! Musisz porzucić smutne myśli. Więcej optymizmu! Musisz myśleć bardziej pozytywnie! – słucham tej motywacyjnej wyliczanki, no bo tak mam, że jak ktoś do mnie dzwoni to z grzeczności odbiegam telefon.

Obudziłem się o trzeciej trzydzieści jeden rano, więc zwyczajowo miałem niechciany czas na przemyślenia. Ta sama godzina od wielu miesięcy z dokładnością, co do dziesięciu minut. Nie mogę spać, więc mój mózg mimo mojej niechęci co do tej jego czynności i tak analizuje moje życie. Nie powiem, nawet nieźle się czułem. Nie żebym tam znów tryskał radością, bo takiego uczucia nie pamiętam od lat. Po prostu, zwyczajnie prawie nic nie czułem. Byłem pusty. Byłem wyjałowiony. Czyli jak na mnie czułem się dobrze. Byłem trochę ociężały. Chciało mi się pić, dlatego wstałem z łóżka. Znalazłem powód, bo przecież chęci do tego heroicznego czynu nie miałem. Czułem jeszcze pewne odrętwienie, lecz nie był to kac. Wstałem. Czułem w całym ciele mrowienie. Wiedziałem, że to zupełnie normalne. Zawsze tak jest przed tym jak odliczę kolejny dzień wyciskają tabletki z opakowań. Łazienka. Okno. Kuchnia. Okno. Telewizor. Okno. Łazienka. Łóżko. Poleżę. Posiedzę. Powtarzam.  Dzwoni telefon.

– Jakbyś się trochę ruszył z domu to od razu by Ci przeszło. Poszukaj czegoś, jakiegoś zajęcie, nie trzeba się tak kurwa zadręczać. Postaw się, do chuja, w końcu do pionu. Jakbyś wyszedł do ludzi, to by Ci, kurwa, od razu przeszło – to kolejny telefon od kolejnego światłego kolegi. Słucham, bo z natury nie odmawiam nikomu prawa do własnego zdania.

Dawno już przestałem wychodzić z domu bez bardzo, ale to bardzo wyraźnego powodu. Jak już wychodzę to staram się spotykać jak najmniej ludzi. Lubię puste sklepy. Miejsca gdzie jestem sam, lub prawie sam. Nienawidzę tłumu. Ograniczam kontakt z drugim człowiekiem do minimum. Nie cierpię spotykać się z ludźmi. Mam kilku akceptowanych przyjaciół i kolegów, reszta świata mogłaby dla mnie nie istnieć. Zamykałem się w sobie. Zakupy, potem szybko do domu. Jak najszybciej do bezpiecznych czterech ścian. Aby ich nie widzieć. Nie czuć ich w przenośni i dosłownie.

– Słuchaj widziałem ogłoszenie o pracy. No, nie możesz przecież tak cały dzień w domu. Musisz iść do ludzi… Trzeba się wziąć w garść, nie załamywać, tylko to w sobie przezwyciężyć. Tak, praca wśród ludzi to by Cię od razu odmieniła, dałaby Ci siłę do życia – słucham i słucham, a głos w słuchawce mówi i mówi…

Dom. Tu jedynie czuje się dobrze. Czytam książki, oglądam filmy, patrzę w telewizor. Nic szczególnego. Bezpieczna monotonia kolejnego dnia, który udało się wyrwać przeznaczeniu. Tylko ten siedzący we mnie smutek. To wieczne przygnębienie. Nic mnie już nie cieszy. Nic nie sprawia radości. Wszystko wokół mnie tak jakby działało na zwolnionych obrotach. Czas wlecze się niemiłosiernie a ja z nim. Czekam. Czytam gazetę i już po chwili nie czytam tylko myślę. Odpływam w abstrakcyjne rozmyślanie.  To “życie jest główną przyczyną depresji”.

– Na co ty narzekasz, masz dwie ręce, dwie nogi… inni to dopiero mają. A Ty? Zdrowy chłop… no przestań się nad sobą użalać, weź się wreszcie za siebie, zrób coś ze swoim życiem, jak się postarasz to dasz radę, tylko musisz tego chcieć – telefon zadzwonił po raz kolejny, potem jeszcze raz.  – Dzień dobry! A jak u Ciebie? Tak samo? No, bo Ty nie umiesz sobie wytłumaczyć… no nie można tak żyć.  No, weź się w końcu w garść, zadbaj o siebie i o swoje życie.  Postaraj się skupić na tym, co dla ciebie najlepsze. Działaj, nie siedź tak… zrób coś – znów podniosłem na moje nieszczęście słuchawkę i odebrałem telefon. Teraz słucham dobrych rad. – Taaaa – powiedział skrzeczący głos. – Życzę Ci wszystkiego najlepszego. Pamiętaj: trzymaj się i nie daj się! Bądź silny! Do widzenia. – Do widzenia – powiedziałem na zakończenie i odłożyłem telefon.

Nim zdążyłem odetchnąć po kolejnej porcji dobrych rad, już rozmyślania przerwał mi ostry, natrętny dzwonek telefonu. Podszedłem, podniosłem aparat i powiedział nieswoim głosem: – Słucham. – Jak się masz? Dzień dobry! Wszystko u ciebie dobrze? – usłyszałem kolejnego radosnego. – W jak najlepszym porządku – odpowiedziałem szybko. – Ejże, coś kręcisz – powiedział z niedowierzaniem głos w słuchawce. – Jak się czujesz? No wiem, że nie najlepiej. Ale musisz być silny. A jak tam z pracą?  – Świetnie – wyrwało mi się nim pomyślałem, co mówię. – Dobra, dobra… mnie nie oszukasz, pamiętaj weź się za siebie.  A swoją drogą to ta twoja ma z tobą krzyż pański.

Nie zdążyłem nawet wyjść z pokoju, gdy telefon zadzwonił po raz kolejny. Wróciłem i podniosłem słuchawkę. Nie zdążyłem nawet powiedzieć słowa, bo głos człowieka z drugiej strony był znacznie szybszy.  – To ty? Co tam u ciebie? – W porządku – odpowiedziałem beznamiętnie. – Tak wiem, wcale nie w porządku, tak tylko mówisz, ja wiem, wiem, wiem… – terkotał głos w słuchawce. – No, kochany nie możesz się tak zamykać, co to za pesymizm? Wmawiasz sobie, że jesteś chory. Wyjdź z domu, zrób coś… nie można mieć takich czarnych myśli. Pamiętaj, że masz przyjaciół. Powodzenia, słyszysz? – mówił głos w telefonie. Tak, słyszałem. Słyszałem to już tyle razy, że nawet gdybym nie słuchał to i tak wiedziałbym, co mówią. Kolejny dzień upływa w przyjaznej atmosferze wzajemnego zrozumienia.

dziennik pesymistyczny

Czy panowie muszą tak napierdalać?!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

O rany, jak ja nienawidzę traktorzystów którzy każdej nocy zjawiają się pod moimi oknami. Naprawdę szczerze i ze stosowną do okoliczności żarliwością nienawidzę tych kierowników traktorów.  Mam bardzo krwawe myśli z nimi związane. Pragnę zemsty.  Każdej nocy planuje, co też ja im zrobię jak tylko przezwyciężę w sobie wrodzoną niechęć do przemocy. Kiedyś nie wytrzymam i wstanę z łózka, ubiorę się, wyjdę z domu…  i raz na zawsze uciszę tych moich dręczycieli!

 Ja wiem, że gość – jeden z drugim – nie śpi w nocy, że ciężko pracują nad tym, aby ulice miasta były czyste i pozamiatane. Ja wiem nawet, że noc jest do takiej pracy najbardziej odpowiednia. Ale na Boga żywego! Czy oni nie mają litości? Czy oni nie mają wyobraźni? Czy te ich piekielne machiny muszą tak każdej nocy napierdalać?  Czy te ich traktory muszą tak hałasować noc w noc?

Doszło do tego, że czekam na ten nocny traktor jak na wykonanie wyroku, bo ja wiem że on już tam gdzieś zapadł. Ja wiem, że ten traktor krąży po ulicach i z pewnością przybędzie pod moje okna, aby mnie obudzić. Aby mnie dręczyć i wkurwiać. Czy oni naprawdę muszą tak napierdalać od bladego świtu?! Co oni sobie myślą? Że jeśli nie podbijam karty na zakładzie usług komunalnych o trzeciej rano, to już w ich robolskim mniemaniu muszę być nierobem?! To już można mnie budzić każdej nocy?! Trzeba mi jebać po uszach co godzinę przez całą noc aż do świtu!? – parafrazując klasyka.

Każdej nocy od kilku miesięcy, co godzinę licząc od północy, zjawia się pod moim oknem traktor ciągnący za sobą maszynę do czyszczenia ulic. Jakiś urzędnik idiota, lub jakiś inny kretyn bez krzty wyobraźni postanowił, że ustawi kontener na śmieci dokładnie naprzeciwko moich okien. Tak centralnie, na trawniku.  Każdej nocy, co godzinne, z piekielną regularnością przybywa ten traktor ciągnąc za sobą hałasująca maszynerie i dokonuje zrzutu urobku do tegoż  kontenera. Na początku słychać tylko popierdywanie traktorka, potem gdy już traktorzysta ustawi swój pojazd przy śmietniku podkręca obroty silnika… no i machineria pozbywa się ze stosownym do czynności hukiem wszystkiego co zebrała z miejskich ulic. Ale na tym nie koniec. Nie jest mi dane zasnąć. Jeśli tylko coś zostanie w trzewiach maszyny to sumienny traktorzysta bierze do ręki lagę i okłada stalowy zbiornik tak żeby pozbyć się do końca wszystkich nieczystości. Dźwięk uderzeń pałki o blachę niesie się przepięknie poprzez okoliczne uśpione ulice. Ale traktorzyście to nie przeszkadza. Po opróżnieniu ustrojstwa z urobku pan kierowca rozpoczyna relaks. Nie, nie wyłączy silnika. A co tam, niech hałasuje. Jemu nie przeszkadza. On jest w pracy. Silnik sobie hałasuje na wolnych obrotach dzwoniąc każdą luźną częścią a pan kierowca tak z godzinkę sobie odpoczywa. Przecież jak on nie śpi, to inni też nie powinni.  On jest w robocie, to wszyscy muszą o tym wiedzieć.  Jemu tu kazali przyjechać i tu zrzucać. No to robi co kazali.  Nie pomyśli bidulek, że kogoś budzi co noc. A może on już nie słyszy? Przecież jak ktoś siedzi w tym dzwoniącym każdą częścią traktorku to faktycznie może przytępić sobie zmysły. Jemu hałas nie przeszkadza, bo on go po prostu nie słyszy. To faktycznie wiele by tłumaczyło.

Boże, dlaczego umieściłeś mnie wśród idiotów. Dlaczego mnie tak doświadczasz? Jeden kretyn wydaje pozwolenia na postawienie kontenera na śmieci przy osiedlowej drodze. Inny kretyn nie pomyśli, że ten traktor i ta maszyna przeraźliwie hałasują każdej nocy. Nie przyjdzie do głowy ciężkim idiotom, że robiąc to co robią w tym miejscu mogą kogoś pozbawiać snu. No i jeszcze ten traktorzysta. Dobrze, niech już nawet rozładowuje tą swoją machinę w nocy jak nie ma innej możliwości. Niech nawet wali w nią pała jak w pustą beczkę. Ale do ciężkiej cholery, dlaczego sterczy tu z tym traktorem od godziny i nie wyłączy w nim silnika?! Nie, no naprawdę…  nie mogę pojąc ludzkiej głupoty.

dziennik pesymistyczny

Musisz być kimś?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Atrakcyjna praca, rodzina, zajebisty płaski telewizor, pralka, samochód, kino domowe, zagraniczne wakacje, otwieracz do puszek, dobre zdrowie i dietetyczne żarcie, ładne mieszkania, ubezpieczenie, kredyt, dom, sportowy ubiór, przyzwoite  garnitury, teleturnieje, niezdrowe żarcie, dzieci, spacery, etat, dwa etaty, karta kredytowa, golf, harley po czterdziestce, czysty wóz, pełna szafa ubrań. Święta z rodziną, fundusz emerytalny, prywatne ubezpieczenie zdrowotne, niski cholesterol, opiekę dentystyczną, zwolnienie podatkowe, w niedziele do kościoła, w każdy poniedziałek do pracy. Do emerytury spłacać kredyt na mieszkanie. Wybrać karierę. Wybrać rodzinę.

Musisz być najlepszy, najdoskonalszym pracownikiem, doskonałym przedsiębiorcą, biznesmenem. Zarabiać. Mieć . Posiadać. Pokazać się. Zaharować się, aby mieć dla siebie, dla dzieci. Dla kilkorga dzieci, bo tak kościół naucza. A przecież religijność jest teraz w modzie. Jest bardzo trendy. Być zdeklarowanym katolikiem. Działać w partii. Może dostrzegą. Może wybiorą. Ulokować się wysoko w strukturach władzy. Elitarne wyznaniowe szkoły. Z poczuciem wyższości i pogardą odróżnić się od bezideowej, ateistycznej hołoty.  Być konserwatystką. Być narodowcem.

Być prawicowcem. I pracować. Pracować. Ale nie tak osiem godzin i do domu. Przynajmniej ze dwanaście. Dla dzieci. Dla przyszłych pokoleń. Zarobić na wakacje.  Na święta. Bo trzeba mieć pieniądze na długi weekend. Po dwunastu godzinach w biurze czas do domu. Ale trzeba zabrać pracę do domu. Siedzimy do późna w nocy. Trzeba być operatywnym, dyspozycyjnym. Trzeba zadowolić właściciela. Niedospany, ale pracowity. Jeśli nie zrobiłem wszystkiego przez pięć dni, to nadgonię przez weekend. Dam rade.

Nowe meble do nowego mieszkania, nowy samochody na dogodne raty. Dwadzieścia pięć lat wolności. Dziecko w katolickiej szkole. Trzeba zapłacić czesne. Studia za granicą. Niech ma dziecko szanse. Za młodu przecież uczęszczał na angielski i niemiecki, grał na fortepianie, uprawiał karate, śpiewał w chórze. Szkoda by to się zmarnowało.  Może będzie lepiej zarabiał? Najlepsza, bo najdroższa uczelnia. Na to wszystko trzeba zarobić. Trzeba dogonić zachód. Być Europejczykiem. Klękajcie narody, Polacy to najdłużej pracująca nacja w Europie. To dopiero sukces.  Radujmy się mamy to samo co na Zachodzie depresje, psychozę, samobójstwa oraz brutalny rynek pracy. Czy wybrać takie życie? Wybrać pracę aż do śmierci, bo nikt nie dożyje przecież emerytury. Wybrać mobbing, brak ochrony socjalnej, pobieżne relacje z innymi ludźmi, osamotnienie, bezrobocie, emigracje zarobkowa, pogoń za pieniędzmi.

Zastanawiam się w niedzielny ranek, kim oni, kim ja, do cholery, jestem? Po co tu jestem? Jaki sens ma moje istnienie? Czy jestem tylko pracą? Czym jestem bez pracy? Czy dla tego państwa jestem tylko płatnikiem podatków? Dlaczego miałbym chcieć tak żyć? Istnieć tak bez sensu. Dla pieniędzy. „Ja nie przegram, bo ja nie gram, bo nie mam żadnej ambicji”.  Ja nie przystaje do ogólnie przyjętych norm. „Pragnę jedynie miękkiej, mglistej przestrzeni, w której mogę żyć, i jeszcze żeby zostawiono mnie w spokoju”.

dziennik pesymistyczny

Dyrektor… to brzmi dumnie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Znałem kiedyś faceta, który był zwyczajnym magazynierem. Był on jednak bardzo ambitny. Chciał coś w swoim życiu zmienić. Miał marzenia. Pewnego razu wpadł on na pomysł, aby awansować na głównego menagera do spraw logistyki. Jednak nie zmienił pracy. Nadal był magazynierem w tym samym miejscu, w którym pracował do tej pory. Zarabiał nawet tyle samo. Miał takie same obowiązki służbowe. Po prostu przekonał swojego pracodawcę, żeby ten zmienił mu nazwę stanowiska pracy. Przecież zawsze lepiej być głównym menagerem już pospolitym magazynierem.

Dyrektor Zakładu Usług Komunalnych w moim prowincjonalnym mieście posiada od niedawna zastępcę do spraw technicznych. Utworzono tam nowe stanowisko pracy. Magistrat z radością zatwierdził nową strukturę organizacyjną miejskiego przedsiębiorstwa. Przez wiele lat dyrektor tej kluczowej dla gospodarki miasta instytucji nie miał swojego zastępcy, teraz nastąpiła historyczna zmiana. Pojawił się zastępca dyrektora do spraw technicznych.

Nowy wicedyrektor do spraw technicznych nie tak dawno, bo jakieś pół roku temu, wygrał konkurs na zastępcę kierownika działu transportu w ZUK.  Czyli był tam kierownikiem. W zakresie obowiązków pana kierownika były głównie sprawy techniczne, jak np. organizowanie i prowadzenie napraw oraz obsługi technicznej środków transportu, utrzymanie właściwej gotowości technicznej pojazdów, organizowanie zakupu części zamiennych czy organizowanie pracownikom warsztatu odpowiednich narzędzi. Jednak podczas poszukiwań kandydata na kierownika Zakład Usług Komunalnych pragnął zatrudnić wyłącznie osoby z wykształceniem ekonomicznym. Wiedzę techniczna czy zdolności organizacyjne nie były najważniejsze.  I jak się okazało nowy pan kierownik takie wykształcenie – zapewne całkiem przypadkowo – właśnie posiadał. Wygrał konkurs i został nowym panem kierownikiem.

Pan kierownik pracował w ZUK od półtora roku, a gdy zakończył on służbę przygotowawczą na stanowisku zastępcy kierownika działu transportu pomyślano o zmianach. Podjęta została decyzja, że kierownik zostanie wicedyrektorem do spraw technicznych ZUK. Natomiast ze struktury organizacyjnej zniknęło stanowisko, które dotąd zajmował. Bo przecież po reorganizacji nadzór nad tym działem objął zastępca dyrektora do spraw technicznych. Wiadomo, zawsze lepiej być dyrektorem niż kierownikiem.

dziennik pesymistyczny

Dziecionieroby i dziecioroby

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Czy w Polsce obowiązuje jakiś państwowy czy prawny nakaz płodzenia dzieci? Jeśli nie, to dlaczego co chwilę słyszę płacze o tym jak to ciężko jest tym, co posiadają dzieci? Dlatego ciągle ktoś wytyka mi nie posiadanie potomstwa?

Ja rozumiem polityków i urzędników, którym zależy na powiększaniu armii płatników podatków. Ja wiem, że decydentom zawsze będzie zależeć na tych, co z posiadania potomstwa stworzyli heroiczny zawód.  Bo zadowolony podatnik wychowa nowych zadowolonych z systemu potulnych podatników. Klika mamuś i tatusiów zawsze będzie uprzywilejowana, bo taki jest sens istnienia państwa. Ale jedno mnie wnerwia. Dlaczego do ciężkiej cholery, co jakiś czas znajduje się jakiś polityk czy inny nawiedzony działacz, który na siłę wciska mi dziecko w brzuch?

Dobrze, nie mnie.  Bo ja nie mogę mieć dzieci, to znaczy nie mogę ich urodzić, ale piewcy dziecioróbstwa, co rusz naciskają mnie, abym wycisnął ze swych lędźwi soki i konieczne, na chwałę Polski i narodu, zapłodnił moją partnerkę.

– Mam dość budowania wrażenia, że państwo i społeczeństwo robi łaskę wielodzietnym, przyznając im jakieś „udogodnienia”. Mam dość, bo wcale tak nie jest. Wielodzietność i wielodzietni zwyczajnie się państwu opłacają, a nasza inwestycja w jego rozwój jest absolutnie fundamentalna. To nasze dzieci bowiem (określane niekiedy potomstwem „dzieciorobów”) będą pracować na emerytury dla „dziecionierobów”, dla rozmaitej maści „podwójnych singli”, konkubentów czy nawet niekiedy małżonków, którzy z własnej woli (bo o nich mowa, a nie o tych, którzy dotknięci są głębokim cierpieniem bezdzietności) nie chcą mieć i nie mają dzieci. One będą się opiekować staruszkami, którzy po życiu pełnym uciech, trafią do domów starców, bo nie będzie nikogo, kto będzie się nimi chciał i mógł zajmować. One wreszcie utrzymywać będą na swoich wątłych (bo jest ich bardzo mało) barkach odwróconą piramidę demograficzną, która jest skutkiem tego, że wygodni i konsumistycznie nastawieni libertyni nie chcą mieć dzieci – napisał Tomasz P. Terlikowski na portalu fronda.pl, proponując, by państwo podniosło podatki dla bezdzietnych par.

Otóż panie Terlikowski, jako ten, który nie chce mieć dzieci zwracam panu uwagę na fakt, że posiada Pan dzieci na własną odpowiedzialność. Nikt pana nie zmuszał. Jeśli nie chciał pan, aby „one” musiały się „opiekować staruszkami, którzy po życiu pełnym uciech, trafią do domów starców”. To zwyczajnie, było bachorów nie robić. Ja nie chce mnie dzieci, nie dlatego, że jestem wygodny i „konsumistycznie” nastawiony. Nie chce powoływać na ten świat nowego życia z odpowiedzialności.  Rozglądał się pan dookoła ostatnio? Nie widzi pan dokąd ten świat zmierza? Sam pan wielokrotnie narzekał na zepsucie tego świata. Czy sprowadzanie dzieci na ten łez padół jest odpowiedzialne?

Czy naprawdę mam, za pana namową, spłodzić niewolnika czy kolejnego nadzorcę w tym wiecznym wyścigu szczurów? (z całym szacunkiem do szczurów). Mam spłodzić dzieciaka, który – wedle pana słów – „utrzymywać będą na swoich wątłych (bo jest ich bardzo mało) barkach odwróconą piramidę demograficzną”? Ja zwyczajnie tego nie chce. Bo czuje się odpowiedzialny za nowe życie.  Pana pomysły to nic innego, jak powrót do tradycji. W Polsce, w okresie po 1945 roku, obowiązywał podatek (a właściwie podwyższona kwota podatku dochodowego) potocznie nazywana „bykowym”. Płaciły go osoby bezdzietne, nieżonate i niezamężne powyżej 21 roku życia (od 1 stycznia 1946 do 29 listopada 1956), a później powyżej 25 roku życia (do 1 stycznia 1973). Pewnie chciałby pan, aby państwo i społeczeństwo nałożyło takie ponownie „udogodnienia” na bezdzietnych? Cóż, mogę to zrozumieć.  Takie widać wychowanie. Takie PRL-owskie tradycje.

– Moja wizja przyszłości jest tak precyzyjna, że gdybym miał dzieci, udusiłbym je natychmiast – napisał kiedyś Emil Cioran. Ja nie jestem tak radykalny. Nie ma potrzeby od razu dusić.  Po prostu, mam podobnie taką precyzyjną wizje przyszłości, że za nic nie chce i nie chciałbym mieć dzieci.

dziennik pesymistyczny

Urzędniczy „brak świadomości”

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Kiedyś była „pomroczność jasna”, która wszystko wytłumaczyła. Teraz ogromną karierę w moim mieście robi „brak świadomości”. A wszystko to za sprawą dyrektora kancelarii prezydenta miasta, który w piśmie pokontrolnym Najwyższej Izby Kontroli tłumaczył, że pewne „umowy zawarto bez zastosowania przepisów ustawy prawa zamówień publicznych, w tym przypadku z powodu braku świadomości konieczności stosowania przepisów wynikających z w/w ustawy”.

NIK przeprowadził kontrolę działalność magistratu w zakresie szeroko pojętej promocji miasta w latach 2011-2013. Okazało się, że w tym okresie czasu miasto zawarło dwie umowy o dzieło z osobą fizyczną na łączną kwotę 145 tys. 700 zł. Wspomniana wyżej „osoba fizyczna” miała zbierać i opracowywać materiały tekstowe, fotograficzne oraz przygotowywać do druku gazetę wychwalającą sukcesy miejskiej władzy. Okazało się, że urzędnik podpisał umowę bez respektowania prawa zamówień publicznych. A zrobił to „z powodu braku świadomości konieczności stosowania przepisów”.

Podobno nieznajomość prawa nie zwalnia od odpowiedzialności za jego naruszanie. Tak przynajmniej jest w teorii. Jestem bardzo ciekaw, jak to zostanie zastosowane w praktyce. Czy urzędnik, który miał brak świadomości, że ewidentnie łamie przepisy, teraz odpowie za naruszenie prawa?  Mam takie przeczucie graniczące z pewnością, że to już kres afery. Była kontrola, urzędnik odpowiedział na zarzuty, że nie miał świadomości… i po sprawie. Przypominałem sobie, że ten sam dyrektor kancelarii prezydenta miasta, przekonywał mnie kiedyś, że całkowicie niemożliwe jest to, aby w magistracie dochodziło do jakichkolwiek błędów i wypaczeń.  A ja mam skłonności do teorii spiskowych. Pewnie wtedy też nie miał świadomości, że się myli. To bardzo wygodne.

Płynie z opisanego przypadku urzędniczego „braku świadomości” jeszcze jedna nauka dla szaraka obywatela. Jeśli teraz coś przeskrobie Szanowny Czytelniku, złamiesz jakieś przepisy, naruszysz – nie daj Bóg – prawo, jakieś principia czy regulaminy, to już wiesz jak tłumaczyć się przed państwową władzą czy sprawiedliwością.  Po prostu, tak po naszemu, po urzędniczemu, napisze, że nie miałem świadomości, że coś tam naruszasz. Napisz w akcie skruchy, że „z powodu braku świadomości konieczności stosowania przepisów” tak szalenie zawiniłeś. I mam nadzieje, że mi władza Ci wybaczy, bo nie miałem przecież świadomości, że robisz coś złego. Całkiem jak ten dyrektor kancelarii prezydenta mojego miasta. Jemu się udało uniknąć prawa i sprawiedliwości, to Tobie pewnie też się uda.

dziennik pesymistyczny

Jak wynika z naszych informacji…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nowa „linia lotnicza” rodem z mojego miasta – szokuje czytelników tytułem lokalna gazeta. Podana jest nawet nazwa nowego przewoźnika. „Trzy, cztery airbusy mają znaleźć się we flocie” (…) – zachwyca się autorka artykułu. Gazeta to informacyjna, nie plotkarska, więc wierze dziennikarce, że to sprawdzona informacja i czytam dalej.

 „Jak wynika z naszych informacji teraz zapadła decyzja o uruchomieniu własnej linii lotniczej oferującej przeloty czarterowy. (…)” – czytam z rosnącą radością, że to właśnie moje miasto zostało wybrane na siedzibę nowej firmy, która, mam nadzieje z sukcesem, powalczy o dominacje na tym trudnym rynku. „Osoby związane z firmą nie potwierdzają, ale też nie zaprzeczają tym informacją. Szczegóły dotyczące projektu mogą być podane jeszcze w tym tygodniu. (…)” – podgrzewa moje emocje autorka tekstu. „ Mogą być trzy, cztery samoloty” – czytam z wypiekami na twarzy i dumą w sercu.

Chyba każdy mnie zrozumie, bo jak można sprawdzić na stronach producentów samolotów, jeden taki „airbus” to wydatek idący w setki milionów dolarów, więc aż mnie zmroziło z wrażenia. Człowiek żyje sobie w prowincjonalnym mieście, kupuje rzodkiewkę na targu i chleb powszechny w piekarni, a tuż obok niego wyrosła tak wielka firma, która nie tylko kupuje jeden samolot za setki tysięcy dolarów, ale nawet cztery! Zdecydowanie urzekła mnie ta historia z lokalnej gazety.

A tu nagle dopadła mnie rzeczywistość i autorka zgasiła moje marzenia, które tak pięknie rozpaliła mnie tytułem i początkiem artykułu: „Podobno nie od razu będą latać w barwach nowej linii lotniczej, a u jednego z już działających przewoźników”. No, co jest? To ja tu od tytułu aż do połowy artykułu czytam, że święto, że czas na euforie, że nowy przewoźnik… a tu „nie od razu będą latać w barwach nowej linii lotniczej”. No i co? I nic. – Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle – jak mawia mój przyjaciel. Dziennikarce lokalnej gazety bardzo dziękuje za emocje i czekam na tekst o tym, że jakaś firma z mojego miasta kolonizuje obce planety. Oczywiście, nie teraz kolonizuje, ale w przyszłości. Teraz to ona planuje zakup floty kosmicznej.  – Tu, w tym miejscu, mogło dojść do tragedii – mawiał klasyk. Jego śladem, i za tym stylem dziennikarstwa podąża wielu, niestety bardzo wielu adeptów tego zawodu.