Władza z ludem przy wigilijnym stole
Jest taki dzień w całym roku jedyny, kiedy pan, wójt i pleban starają się być bliżej prostego ludu. Jest taki jeden dzień w roku, gdzie urządzana przez władze szopka nie jest tylko przenośnią. Przed urzędem staje w pełnej krasie świąteczna szopka z dziecinką w żłobku. A to niechybnie oznacza, że czas już na miejską wigilię. Tak od lat być musi, aby maluczcy mieli poczucie bliskości z władzą, a władza mogła pokazać swoją dobroć wobec ludu prostego. Takie spotkania stały się w moim szarym prowincjonalnym mieście swoistą tradycją. Majestat władzy wszelakiej, i tej magistrackiej, i tej ustawodawczej, i tej duchowej w osobie jego ekscelencji, z wysokości trybuny pochyla się nad swym biednym ludem pokazując swą z nim jedność w trudzie i znoju dnia codziennego. Taki specjalny dzień jeden w roku.
W dniu tym, jak co roku, wójt ze swą urzędnicza świtą na środku deptaka miejskiego, przed okazałym gmachem gdzie niejedna władza urzędowała i urzęduje, ustawia symboliczny stół, białym suknem nakryty. A na nim wystawiła władza nasza, przez lud tak bardzo ukochana, jedynie chleb i napoje, bo „uboga była” i nadal przecież jest. A gdy już plac ludem się napełnił, ciasno i strategicznie ustawili się ludziska przy stole dobrem tym napełnionym. Gdy napięcie urosło do granic ludzkiej wytrzymałości, dano pozwolenie do szturmu na stoły i kto bliżej stał, i kto sprytniejszy i silniejszy w ramionach, ten mógł z pełną siatką napojów z pobojowiska przy stole do kotłów z jedzeniem się udać. I tak w kilka sekund zniknęło wszystko z wigilijnego stołu. Władza do stołu się nie pchała, z wysokości trybuny z rozczuleniem walce się przyglądając. Władza w swej dobroci dla wymarzniętego ludu miejskiego przygotowała ciepłe posiłki, wydawane z kuchni polowych. A że stan niższy wygłodniały i z musu i z zasady „darmowe zawsze lepsze”, to po dobro w postaci pierogów, bigosu czy barszczyku ustawiały się w długie kolejki.
Pan, wójt i pleban z podwyższenia do ludu prostego przemawiali. Cieszył się wójt, że stan niższy, z roku na rok, coraz liczniej na plac przed siedzibą władzy przybywa. Radował się wójt, że w ten skromny, ale jakże wyrazisty sposób, władza może pokazać, że chce być razem ze swym umiłowanym ludem pracującym. Wójt życzył poddanym „szczęścia, radości, miłości i zdrowia”. Pochylił się z troską i w słowach swych wyraził nadzieję, że z „każdą niedolą damy sobie radę”. Do tych pięknych życzeń wójta dołączył się również pan, czyli przedstawiciel władzy ustawodawczej, który od wszystkich posłów prawych i sprawiedliwych życzył prostemu ludowi spokojnych, zdrowych i rodzinnych świąt. Do życzeń dołączył się też pleban, ekscelencja biskup, który zaprosił do wspólnego łamania się opłatkiem. Koniec uroczystości uświetniły kolędy w wykonaniu zespołów wokalnych ku uciesze zgromadzonych.
– A po co to wszystko? – zapyta ktoś zagubiony. – Po co ten wstyd i upokorzenie przy stole? Po co ten żenujący spektakl? – zapyta człek zagubiony w tej rzeczywistości. „ Otóż to! Nikt nie wie, po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Bo to „odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest (…) na skalę naszych możliwości. Ty wiesz, co my robimy (…)? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo i nikt nie ma prawa się przyczepić”. A w gazetach napiszą, że władza przygotowała i wydała dla ludu swego około osiem tysięcy porcji potraw. Ludzka taka nasza władza przy tym wigilijnym stole.
