Tag Archives

56 Articles

dziennik pesymistyczny

O zagrożeniach płynących z polowania na bestię

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Człowiek, który zdecydował o podrzuceniu T. do celi kompromitujących materiałów, położył na szali jedne wartości przeciw drugim. Postawił naruszenie prawa przeciw ludzkiemu bezpieczeństwu. W mojej ocenie wybrał słusznie – ocenia profesor Marian Filar, karnista.

W zasadzie wszystko się zgadza. W tak zwanej ocenie społecznej pedofil i morderca jest bestią, którą trzeba zatrzymać w celi za wszelką cenę i wszelkimi środkami. Ale mnie dręczy inne pytanie: czy środki, które państwo wypracowało i uzyskało przy sprawie Mariusza T. nie będą wykorzystywane w przyszłości w sprawach, które nie będą dotyczyły seksualnych zwyrodnialców, ale na przykład osób, które zagrażają – w ocenie urzędników – bezpieczeństwu państwa? Czy policja, sądy inne instytucje państwa nie uzyskały, tak przy okazji, narzędzi, które wzmocnią nadzór nad niepoprawnymi i nieprawomyślnymi obywatelami?

Czy naprawdę mogę być absolutnie pewny, że nie stanie się tak, iż szalony urzędnik w przypływie gorliwości zobaczy w ludziach o innych poglądach terrorystów, którzy zagrażają istnieniu państwa i w świetle specustawy wsadzi ich na przymusowe leczenie w celu naprostowania poglądów? Powie ktoś: to niemożliwe! W demokratycznym państwie prawa?! Przy niezawisłych sądach?! To zupełnie niemożliwe. Ale czy na pewno? A sprawa tajnych więzień CIA w ośrodku agencji wywiadu w Starych Kiejkutach? Ile zapisów ustaw wtedy złamano? A czy Konstytucja RP nie została podeptana za 15 mln dolarów? Śledztwo w tej sprawie trwa od 2008 roku i pozostaje nierozstrzygnięte. I coś mi mówi, że trwać będzie aż do przedawnienia. Państwo zawsze będzie się kierować zasadą: jak się chce to można. Należy pamiętać, że prokuratorzy czy sędziowie to nie jakaś istniejąca niezależnie, w całkowitej próżni, nadprzyrodzona sprawiedliwość. To przecież zwykli urzędnicy państwowi opłacani przez państwo i jemu podlegli.

– Istnieje możliwość, że T. padł ofiarą prowokacji, nie mogę wykluczyć, że materiały pornograficzne zostały Mariuszowi T. podrzucone. Należy jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ważniejsze są prawa dzieci czy prawa wielokrotnego mordercy – stwierdził Leszek Miller szef jednej z największych partii opozycyjnych oraz były premier RP. Ta wypowiedz rodzi zasadne pytanie czy praktyka preparowania dowodów przez urzędników państwowych w celu uzyskania zamierzonych rezultatów jest codziennością dla instytucji państwowych czy tylko jednostkowym przypadkiem?

W celi T. miały zostać znalezione materiały o treści pornograficznej z udziałem nieletnich. Prokuratura stwierdziła jednak, że nie ma podstaw do wszczęcia śledztwa w tej sprawie. Minister sprawiedliwości odpiera zarzuty dotyczące tego, że znalezienie materiałów w celi T. jest prowokacją. Minister raczył zapewnić, że materiały nie mogły być podrzucone, bo cela T. była monitorowana. Przez kogo? Przez urzędników państwowych, tych samych, co znaleźli „pornograficzne” materiały? Jeśli tak to faktycznie nie mogły. Gdyby nie było to tragiczne to byłoby to po prostu zwyczajnie śmieszne.

Jeśli nawet przyjąć założenie, że nikt kompromitujących materiałów do celi nie podrzucił. To nikt nie zaprzeczy, że nie mogło być tak, że ktoś z ministerstwa sprawiedliwości lub jakiś inny nadgorliwy urzędnik wpadł na genialną w swej prostocie pomysł i zwyczajnie „przerobiono” pamiątki dewianta na materiały o treści pornograficznej z udziałem nieletnich.

Ustawa o nadzorze nad groźnymi przestępcami od początku budziła kontrowersje wśród prawników i niektórych polityków. Prezydent podpisał ją, ale zapowiedział jednocześnie skierowanie jej do trybunału konstytucyjnego. Mam spore obawy czy medialna pogoń za bestią nie jest przypadkiem próbą wprowadzenia do ustawodawstwa super rozwiązań prawnych idących w stronę przypominających instytucji przypominających osławione psychuszki. Czy naprawdę całkowicie pozbawiona podstaw jest moja obawa o to, że taka spec ustawa może stać się podstawą do represjonowania przeciwników politycznych a także osób uważanych za naruszające normy społeczne? Czy to wytwór mojej paranoi? Oby!

dziennik pesymistyczny

Miejska dendrofobia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Władze mojego miasta opanowała niebezpieczna fobia. Magistrat oraz podległe mu instytucje zapadły na poważną dendrofobie. Urzędników owładnął paniczny lęk przed drzewami. Bo jak inaczej nazwać to, że przez ostanie kilkanaście lat praktycznie zieleń w centrum miasta przestała istnieć.  Podpierając się przepisami, powołując na prawo i dlatego że władza zawsze wie lepiej niż obywatel tną drwale z urzędniczego wyroku wszystko co zielone i wyrosło wyżej niż na centymetr. Tu już nie chodzi o zwykłą niechęć do drzew i krzewów to jest już prawdziwa obsesja.

Pomiędzy rokiem dwa tysiące jedenastym a dwa tysiące czternastym na podstawie wydanych prawomocnych decyzji przez właściwe organy administracyjne takie jak Delegatura Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków oraz Wydział Ochrony Środowiska i Rolnictwa Urzędu Miejskiego dzielni drwale wycieli w parkach 1078 drzew, na miejskich skwerach i ulicach dodatkowo 86. Tylko przez trzy lata wyrżnięto 1164 drzewa! Krzaków nikt nie liczy. I dokonała tego dzieła tylko jedna miejska instytucja Zakład Usług Komunalnych, a przecież nie tylko oni są wykonawcami woli urzędników cierpiących na dendrofobie.

Ale to nie koniec. Miejscy urzędnicy w swym szaleństwie postanowili godnie powitać nowy rok i już w połowie stycznia ponownie ruszyły prace przy wycince drzew w miejskim parku. Drwale  z miejskiego Zakładu Usług Komunalnych ruszyli do ataku na to co zielone i wycinają na potęgę. Spośród 72 przeznaczonych do wycięcia drzew najmniejsze to lipa drobnolistna o obwodzie około 10 centymetrów, największy kasztanowiec o ponad dwumetrowym odwodzie. Inne drzewa, które pójdą pod topór, to: graby pospolite, lipy drobnolistne, jabłonie, wiśnie, robinie białe, śliwy, mirabelki, a także po kilka sztuk takich gatunków jak klon jawor, klon pospolity czy wiąz polny. Tu też wyrębu dokonano za zgodą delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków.

Czym spowodowana jest ta „rzeź”? Tłumaczenie zazwyczaj jest takie samo. „Wycinki drzew były spowodowane głównie koniecznością przygotowania zaniedbanego przez dekady drzewostanu do rewitalizacji zabytkowych zespołów parkowych oraz skwerów. Wiele z usuniętych drzew posiadało znaczne ubytki chorobowe i miało zaburzoną statykę, co kwalifikowało je do wycinki z uwagi na występujące realne zagrożenie dla zdrowia lub życia ludzi oraz mienia” – cytat z oficjalnego pisma ZUK. To zakrawa na straszliwą epidemie wśród drzew rosnących w mieście która powinni się jak najszybciej zająć dendrolodzy. Bo czy to możliwe żeby przez trzy lata prawie tysiąc czterysta drzew miało „znaczne ubytki chorobowe i miało zaburzoną statykę”.

Wycinka zawsze wzbudza emocje mieszkańców. Dlatego władza miejska tradycyjnie w ramach uspokojenia nastrojów społecznych głośno opowiada o licznych nasadzeniach które maja zastąpić drzewa które dopadły te mityczne (bo przecież kto tam może wiedzieć lub sprawdzić) „znaczne ubytki chorobowe”. Z tego co podaje Zakład Usług Komunalnych przez ostatnie trzy lata dokonano tylko 355 nowych nasadzeń drzew. Różnica miedzy tym co poszło pod topór, a tym co nasadzono jest zatrważająca. Ale magistraccy urzędnicy nadal mają dobry humor i głoszą prawdy objawione o tym że w parkach i na ulicach jest za duże zacienienie więc rżnąć trzeba, bo trawa nie chce rosną.

Moje miasto – to jak pisał w 1907 roku autor monografii historycznej – „należy do ładniejszych i czystszych miast prowincjonalnych Królestwa a przyczynia się to tego przedewszyskiem częściowa kanalizacja (…) oraz zadrzewienie niektórych ulic”. Przez długie lata mieszkańcy miasta cieszyli się wyjątkowo piękną przyrodą. Jednak przez ostatnie kilka lat władza robi wszystko co w jej mocy by to zmienić. Aż boje się pomyśleć, że to nie jest ostatnie słowo urzędników cierpiących na dendrofobie.

dziennik pesymistyczny

Gender! Danger! Niebezpieczeństwo!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Spotkany niedawno znajomy dziennikarz opowiadał mi o pewnej pani, która przez kilka lat z wielką regularnością odwiedzała jego redakcję. Pani ta podczas każdej wizyty miała zawsze w ręku lokalną gazetę i dyżurującemu dziennikarzowi z zawziętością i lekkim wzburzeniem wskazywała palcem odpowiedni artykuł, po czym go przekonywała: – Wy tu panowie o głupotach i o ( tu wstawiała odpowiedni temat z gazety) piszecie a przecież ten konkordat. Nie słyszałem więcej o tej pani zamęczającej miejscowych żurnalistów. Ale wiem dobrze, że gdzieś tam ulicami mojego prowincjonalnego miasta przechadza się jakaś pani czy pan dręcząc wszystkich, którzy chcą lub nie chcą słuchać, ciągłymi opowieściami o ideologii gender.

Ta pani z opowieści znajomego redaktora była jak to się mówi niegroźnie zakręconą. A szczególnie zafiksowało ją na punkcie kościoła i konkordatu. Taki mały, niegroźny, choć irytujący dziennikarzy bzik. Przypomniało mi się to teraz, gdy po raz kolejny wysłuchałem radiowej dyskusji polityków i duchownych o ideologii gender. Duch tej pani od „konkordatu” zawładnął polskim duchowieństwem, które oskarżone o zgniliznę moralną, rozpasanie, zepsucie seksualne na szybko potrzebowała wroga, z którym mogłoby się dzielnie zmierzyć w śmiertelnej walce. Był tylko jeden problem nikt za bardzo nie chciał w kościołem i z duchowieństwem rzymskokatolickim wojować, więc propagandyści kościoła wpadli na pomysł, że sobie tego arcywroga sami stworzą po czym zetrą się z nim w śmiertelnej walce.

Żyłbym pewnie w błogiej niewiedzy nie kojarząc nawet, że podgryza mnie ideologia gender gdyby nie jeden z drugim kościelny dziadunio. Nagle zostałem uświadomiony przez duchownych, że ja, moi znajomi, przyjaciele, moi sąsiedzi, ich dzieci i dzieci ich dzieci żyjemy wszyscy pospołu w śmiertelnym zagrożeniu ideologią, o której nikt poza wyspecjalizowanymi naukowcami do tego czasu nawet nie słyszał. I powróciła ta pani ze swoim lekkim fiksum – dyrdum na punkcie konkordatu tylko, że tym razem to ideologia gender.

Do nowej krucjaty przyłączyli się kolejni przegrani rycerze, którzy w walce z nowym szatanem chcą znowu zabłysłość. Politycy i duchowni po raz kolejny łapka w łatkę ruszają na wojnę, którą sobie sami wymyślili. O sprawie ideologii gender stało się głośno m.in. za sprawą listu pasterskiego przygotowanego na Niedzielę Świętej Rodziny, w którym biskupi przestrzegają przed ideologią gender. Nikt by o tym niebezpieczeństwie nie usłyszał, albo przynajmniej niewielu by o tym wiedziało gdyby nie reklama, jaką robi temu pustemu dla wielu słowu „gender” kościół katolicki. Nikt pewnie dziś, a nawet jutro, nie zastanawiałby się na tym i nie sprawdzał po słownikach czy w internetowych wyszukiwarkach znaczenia tego szatańskiego słowa oraz tego czym jest w zasadzie gender gdyby nie działalność wiecznie niedocenianych polityków tworzących dziwaczne zespoły parlamentarne do walki w wydumanym zagrożeniem.

A przecież wystarczy choć trochę poczytać aby przekonać się, że gender to nie ideologia, a społeczna i kulturowa tożsamość płci. Czy jak ja sprzątam w domu, gotuje, prasuje, piorę na równi z moją partnerką to wpadłem w szpony szatańskiej heretycznej ideologii? Jest tak, bo tak twierdzi jakiś dziaduniu? Bo jest o tym przekonana jakaś paniusia polityk od siedmiu boleści? Bo ja mam przypisana rolę społeczną? Mam od rana machać łopatą, bić młotem w fabryce, siedzieć na dupie w biurze? Jak wypiorę sobie skarpetki czy ugotuje zupę ogórkową to bozia mnie pokara za moją niemęskość? Może nie tylko biologia określa nas, ale po za nią także kontekst społeczny, kulturowy? To, co niosą ze sobą pojęcia kobieta i mężczyzna, jest nie tylko wyznaczone przez biologię, ale również przez role społeczne i narzucone nam społeczne oczekiwania.

Znam pewnego pana, który gdy mnie spotykał na ulicy zawsze podczas każdej naszej rozmowy jakimś dziwnym trafem zahacza o politykę. Zaczynamy rozmawiać o pogodzie…  a już po chwili dyskutujemy o polityce. Teraz dodatkowo rozmawiamy, to znaczy on głównie wygłasza monologi o niebezpieczeństwach związanych z gender. Kiedyś nie wytrzymałem i go wprost zapytałem, co to takiego ten gender, przed którym mnie tak zawzięcie ostrzega. – Dokładnie to nie wiem, ale w kościele mówili, ze to złe, to musi być złe – odpowiedział. I to chyba wszytko wyjaśnia.

dziennik pesymistyczny

Handlować w niedziele czy nie handlować

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Zakazać handlu w niedziele czy może nie zakazywać. Teraz każdy obywatel mojego miasta może po wypełnieniu specjalnej ankiety wyrazić teraz swoją opinie na ten temat. Wystartowały bowiem konsultacje społeczne dotyczące zasad niedzielnego handlowania.  Przez najbliższy miesiąc mieszkańcy będą mogli się wypowiedzieć, czy trzeba coś ograniczyć, czy całkowicie zakazać, czy pozostawić bez zmian.

W Polsce mamy takie swoiste zamiłowania do powszechnego zakazywania wszystkim wszystkiego. Nakazy, zakazy, rozporządzenia administracyjne. Pragnąc żyć w tym społeczeństwie przeciętny zjadacz chleba musi się ciągle zastanawiać, czy to, co w danej chwili robi nie jest przypadkiem zakazane. Wydaje się, że przeciętny Polak nie jest w stanie żyć i funkcjonować normalnie, jeśli mu się czegoś władza nie nakaże lub zabroni.

Jestem niepokojąco spokojny, co do wyniku konsultacji dotyczących zasad niedzielnego handlowania.  W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: Jeśli Bóg „odpoczął i wytchnął” w siódmym dniu (Wj 31,17), [to] człowiek również powinien „zaprzestać pracy” i pozwolić innym – zwłaszcza ubogim – „odetchnąć” (Wj 23,12). Szabat nakazuje przerwać codzienne prace i pozwala odpocząć. Jest dniem sprzeciwienia się niewolnictwu pracy i ubóstwieniu pieniądza” (KKK 2172). Przecież moje miasto jest bardzo przywiązane do wartości chrześcijański – jak mnie tu wielokrotnie zapewniano. Nie możliwe, więc jest, aby wierzący opowiedzieli się wbrew tym wartościom. Bo jakie to były wartości gdyby wynik konsultacji był inny? Trochę mi będzie szkoda tych niedzielnych zakupów, ale cóż demokracja. Siła większości. Trzeba jej ulec. Tak, to sarkazm. Ale na poważnie to chciałbym, choć raz zobaczyć katolików masowo stosujących się do zasad swej własnej wiary. Przy tych konsultacjach jest na to szansa.

Jeśli ktoś uważa się za katolika, za członka wspólnoty wyznaniowej, jaką jest Kościół Rzymskokatolicki to musi stosować się to zasad własnej wiary. A one są jednoznaczne i nie podlegają interpretacji. – Kto określa, czy wybór jest dobry czy zły? Kto określa rodzaj świętowania? – pytała mnie kiedyś pewna pani. Otóż zasady i wybory, i czy jest to dobre czy złe określone są dla katolika w katechizmie. Jest to synteza nauczania kościoła. Jedyna wskazówka postępowania dla katolika. I tam jest określony rodzaj świętowania. Wiara Rzymskokatolicka to nie forum dyskusyjne. To twarda, jednoznaczna religia ze ściśle określanymi regułami postępowania. Nie można być katolikiem negując lub interpretując przykazania kościoła. Dlatego Trzecie przykazanie Boże: „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił” jest jednoznaczne i niezmienne.

Ja „nie pouczam i nie oceniam” ja tylko pokazuje, że jeśli się siebie określa mianem katolika to trzeba przestrzegać zasad tej wspólnoty w stu procentach a nie tylko te, które uważa się za dobre dla siebie. Nikt niema prawa nazywać się katolikiem naginając lub wręcz obchodząc prawdy zawarte w Katechizmie. Ja nie mam monopol na prawdę, ale zasady KK są w tym względzie monopolistyczne i niezmienne.

A może powinno być tak, że Ci wszyscy, którzy z potrzeby i z ducha wiary, która ponoć wyznają nie chcą i nie powinni iść do sklepów w niedziele niech po prostu tam nie idą. Wszędzie słyszę, że większość naszego społeczeństwa to katolicy, więc może przyszedł czas na zaprezentowanie swoich przekonać i na unikanie niedzielnych wizyt w centrach handlowych. Jeśli tylko ten margines niewierzących i innowierców będzie wizytował sklepy w niedziele, to przecież każdy rozsądny przedsiębiorca zamknie interes, bo po prostu z braku klienteli nie będzie mu się to opłacało. Niech zwycięży wiara i ekonomia! Nie potrzeba żadnych zakazów handlu. Tak, więc bracia katolicy, jest Was ponoć dziewięćdziesiąt osiem procent społeczeństwa, nie inaczej jest pewnie w moim mieście. Pokażcie, na co was stać! Jeśli nie będzie Was w centach handlowych w niedziele przez dwa, trzy miesiące to pewnie i bez specjalnego zakazu handlu i tak będą zamknięte.  I bez specjalnego zakazu administracyjnego będzie się „dzień święty święcił”.

dziennik pesymistyczny

Nie pseudo, lecz kibice

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Kilkudziesięciu chuliganów identyfikujących się z klubami piłkarskimi z Chorzowa oraz z Katowic zatrzymała policja tuż przed rozpoczęciem uroczystości upamiętniających trzydziestą drugą rocznicę pacyfikacji kopalni Wujek. – Pseudokibice dążyli do konfrontacji, jednak udało się temu zapobiec – przekonywała mnie dźwięcznym głosikiem panienka z telewizyjnego okienka.

Nie tak dawno, bo kilka dni temu ponownie budziły mnie niestety tak dobrze mi znane ze słyszenia, głośne nocne okrzyki wychwalające potęgę i niezwyciężoność lokalnego klubu piłki nożnej. – Eeee!, ooooooleeeee! Eeeeejjjjjjaaaaa! Mistrzem jest…. Eeeeejjjjjjjaaaaa, ooooooleeeeee! Mistrzem jest… w miejscu kropek należałoby wstawić nazwę drużyny, ale nie chciałbym promować chuliganów – używając nomenklatury panienki z telewizji. Darły się po północy wniebogłosy męskie głosy.  Potem wyśpiewali jeszcze kilka zwrotek o tym, jak to bardzo nienawidzą jakiejś tam drużyny, której nazwy nie zapamiętałem, i pamiętać nie chce.  Bo bardziej wnerwiło mnie to wycie przechodzące w zawodzenie. Oczywiście jak to miłośnicy piłki nożnej mają w zwyczaju, poinformowali oni też przy okazji wszystkich wokół głośnym krzykiem z użyciem słów ogólnie uważanych za obelżywe o swoim stosunku do służb mundurowych. Następnie w prostych żołnierskich słowach wyrazili ci miłośnicy piłki kopanej nadzieję, że panowie w mundurach „zawsze i wszędzie” będą narażeni na wielkie niebezpieczeństwo, gdy nie będą pilnować swoich tyłów – że się tak wyrażę.

Przerwali mi sen. Ale i tak miałem wrażenie, że jawa jest przedłużeniem nocnego koszmaru, w którym uciekałem przed kibicami, którzy chcieli mi ręcznie zaszczepić miłość do swojej ukochanej drużyny. – Trzecia trzydzieści jeden – wymamrotałem do siebie. A za ciemnym oknem echo niosło radosny śpiew wychwalający drużynę piłki kopanej. – Czy im się zawsze musi to uwielbienie objawiać w nocy, jak ludzie śpią – gadałem sam do siebie?  Choć w zasadzie powinienem być im wdzięczny za to przebudzenie, bo wyrwali mnie z łap tych, którzy właśnie zabierali się do przekonywania mnie o wyższości drużyny „R” nad drużyną „B”. Zwlokłem się z łóżka i stojąc w oknie obserwowałem jak środkiem jezdni szło (choć to zdecydowanie na wyrost określenie) kilku młodzieńców w barwnych szalikach. Maszerowali wytrwale, choć niepewnie, wzajemnie się podtrzymując i widać było, że śpiew ich męczył, bo jak tylko zaczynali swoje wycie natychmiast rozkładali ręce na boki, jakby udawali samolot, czynili to pewnie by zachować równowagę zachwianą przez popisy wokalne. – Oj, zmęczeni – powiedziałem, bo widać było, że kroczenie sprawia im wyraźną trudność, choć nie hamuje ich zapędów wokalnych. – Nie, no zadzwonię – postanowiłem. Wzbierała we mnie chęć poinformowania służb mundurowych. – Przy okazji zobaczę, jak oni spełniają swoje seksualne groźby wobec policjantów – pomyślałem, choć bez większej nadziei na odwagę ze strony nocnych śpiewaków, co to ukochali tak bardzo lokalny klub piłki kopanej, że zapragnęli o tym poinformować wszystkich w okolicy. Tymczasem kibice w jakiś chyba nadprzyrodzony sposób przedefilowawszy pod moimi oknami, skręcili za róg ulicy i przez to ich skowyt przestał być tak dotkliwy.

Zrezygnowałem z obywatelskiego donosu do służb i poszedłem spać. I pewnie bym zapomniał o tym nocnym incydencie, gdybym znów nie zobaczył i nie usłyszał o pseudo – kibicach. – Trzeba to w końcu wyraźnie powiedzieć. Tak zwani pseudo – kibice nie istnieją. Przedrostek „pseudo” to wymysł służący mydleniu oczu; udawaniu, że sport nie ma nic wspólnego z przemocą i barbarzyństwem. Prawda jest taka, że tak zwani pseudo – kibice są właściwie prawdziwymi kibicami – tymi, którzy odsłaniają najgłębszą prawdę o sportowych rywalizacjach; ukazują ich podszewkę – powiedziała pewna Marta i ja się z szanowną Panią Martą zgadzam. Może starczy już tego mydlenia oczu. Czy wyobrażacie sobie jakiekolwiek inne środowisko kryminogenne, które jest tak pobłażliwie przez wszystkich traktowane? Nie, bo tylko sport i kibicowanie jest traktowane inaczej niż wszystko inne. Jest w jakiś zadziwiający lub może niezadziwiający sposób po za normalnym i tradycyjnym zachowanie prawa i jego przedstawicieli.

– We wszystkich epokach wszystkie rządy zawsze przypisywały sportowi największe znaczenie, i słusznie, bawi on, bowiem, ogłupia i odurza masy, a dyktatury wiedzą najlepiej, dlaczego zawsze i w każdym wypadku opowiadają się za sportem. Kto jest za sportem, ma masy po swojej stronie, kto jest za kulturą, ma je przeciw sobie, (…), dlatego zawsze wszystkie rządy są za sportem i przeciw kulturze – powiedział już dawno ale nadal jak najbardziej prawdziwie Thomas Bernhard. Bo w naszej epoce nie jest inaczej, jest bardzo tak samo.

dziennik pesymistyczny

Nic nie stracił na pobycie w więzieniu, bo był bez zameldowania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Osoba bez zameldowania i bez stałej pracy nic nie straciła na pobycie w więzieniu – tak reprezentująca państwo Prokuratoria Generalna argumentuje swoją odmowę odszkodowania i zadośćuczynienie za błąd sędziego, przez który niewinny człowiek przesiedział w więzieniu sto trzydzieści cztery dni.

Widziałem już wiele urzędniczej bezczelności, wręcz buty, szyderstwa i zwyczajnej głupoty. Ale tak rażącego przykładu pokazującego czym dla tego państwa i dla jego urzędników jest zwykły śmiertelnik, dawno nie wiedziałem.  Słowa przedstawicieli prokuratorii generalnej nie można potraktować inaczej jak przyznanie, że w Polsce istnieją obywatele drugiej kategorii. Jesteś biedny, nie masz pracy, nie masz domu a w szczególności zameldowania to jesteś nikim. Nawet jak posiedzisz w więzieniu to nic Ci się nie stanie. Najlepszym miejscem dla biedaka jest więzienie?

Najwyraźniej takie jest przekonanie państwowych prawników. Mężczyzna został zabrany z ulicy przez państwowych policjantów. Zanim się zorientował, co się stało, był już w państwowym więzieniu. Twierdzi, że nie wyjaśniono mu z jakiego powodu się tam znalazł. Następnie dowiedział się, że znalazł się tam, bo odwieszono mu wcześniejszy wyrok. Przesiedział w zamknięciu sto trzydzieści cztery dni. Po wyjściu z więzienia dowiedział się, że spędził w nim pół roku przez uchybienie sędziego, który działał zbyt rutynowo. Pomylono go z kimś innym. I nikt nie zauważał, że zgadzało się tylko nazwisko. Inny był rocznik, inne imię, inne też było miejsce zamieszkania.

Błąd jeszcze mogę – choć z wysiłkiem – to jednak zrozumieć. Wszyscy jesteśmy ludźmi, mamy do tego prawo. Ale nie mogę pojąc, jakim prawem tego człowieka teraz państwo jeszcze dodatkowo poniża. Przesiedział przez pomyłkę w więzieniu sto trzydzieści cztery dni. To bezsporny fakt. Nie należy się chyba dziwić, że teraz za pomyłkę urzędników oczekuje od państwa odszkodowania i wypłaty zadośćuczynienie. Jednak reprezentująca państwo Prokuratoria Generalna nie ma jednak zamiaru zapłacić. Prawnicy państwowi postanowili powalczyć, licząc zapewne, że jak ktoś jest biedny to zapewne nie stać go na dobrego obrońcę.  Adwokatka mężczyzny otrzymała list, iż jej klient, jako osoba bez zameldowania i bez stałej pracy nic nie stracił na pobycie w więzieniu. Zapewne powinien być szczęśliwy, że państwo polskie, choć przez pomyłkę to jednak tak bardzo się nim zajęło zapewniając mu wikt i opierunek. Odwieźli go do więzienia państwowi policjanci i przebywał w państwowym więzieniu, powinien być wdzięczny za opiekę.  Właśnie jest ta niebywała buta urzędniczą. Ta bezczelność i szyderstwo.

Pokrzywdzony człowiek twierdzi, że „potraktowano go jak śmiecia”. I ma całkowita słuszność. Jak można twierdzić, że pobyt w więzieniu jest rzeczą obojętną? To chore! Jak nie zwyczajnie głupie. Mężczyzna wystąpił o odszkodowanie i zadośćuczynienie w wysokości trzystu tysięcy złotych. Sprawę rozstrzygnie sąd. Mam nadzieje, że tym razem sędzia się nie pomyli, i że nie będzie działał rutynowo.

dziennik pesymistyczny

Agresywnie i wulgarnie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Pewien poseł twierdził, że został pobity przez policjantów. Na początku zareagowałem standardowo. Skazałem zaocznie parlamentarzystę na wieczne potępienie za to że był pijany, że się awanturował i po prostu pasował do tego co myślę o wszelkiej maści politykach. Jednak jak usłyszałem w telewizji jak rzecznik komendy stołecznej policji przekonywał, że poseł zachowywał się „agresywnie i wulgarnie, chciał wydawać policjantom polecenia” to uświadomiłem sobie, że ja takie oskarżenia słyszę od mundurowych wręcz standardowo.

Kilka lat temu widziałem w telewizji reportaż o zwykłym obywatelu z miasta Łodzi, który sfotografował źle zaparkowany samochód straży miejskiej. I tym właśnie wzbudził gniew mundurowych, którzy w stosunku do delikwenta użyli środków przymusu bezpośredniego w postaci siły fizycznej oraz kajdanek.  Następnie doprowadzili mężczyznę do najbliższego komisariatu policji gdzie spędził kilka godzin. I tam właśnie usłyszałem znajome słowa, które są jak mi się wydaje stałym już i standardowym oskarżeniem wobec osób, które popadły w konflikt z urzędnikiem w mundurze.  Wystarczy złożyć zawiadomienie o przekroczeniu uprawnień przez funkcjonariusza, aby w odpowiedzi na postawione mu zarzuty zostać oskarżonym między innymi o używanie słów wulgarnych i obelżywych w stosunku do funkcjonariusza w mundurze. Łatwo zgadnąć, komu uwierzy sąd, gdy już przed nim staniemy i słowa mundurowego będą przeciwko naszym słowom. Wielokrotnie słyszałem o takich przypadkach. Wystarczyła krótka sonda wśród moich znajomych, aby potwierdzić, że nawet niewinnie wyglądającym i grzecznym z natury osobom zdarzyły się oskarżenia o używanie słów wulgarnych i obelżywych w stosunku do funkcjonariusza.

– Użyto gazu, przewrócono mnie, kopano mnie w głowę, klęczano na mnie, skuto mnie kajdankami, bito mnie i wielokrotnie polewano jakimś żrącym środkiem, ponieważ piecze mnie całe ciało. Byłem kopany w krocze, w plecy i po nogach. Dosyć szybko przestałem widzieć cokolwiek – mówił na konferencji prasowej poseł. Nie dziwi mnie też, że po takich oskarżeniach policji o brutalność ta natychmiast oświadczyła ustami rzecznika, że polityk był agresywny i wulgarny. To standard.

Może nawet uwierzyłbym, że ten pan z miasta Łodzi, ten parlamentarzysta, moja koleżanka, kilku moich znajomych, to jacyś zakamuflowani cholerycy, co to jak tylko zobaczą funkcjonariusza, to od razu zaczynają go lżyć i obrażać. Uwierzyłbym gdyby nie to, że sam stałem się kilka lat temu przedmiotem takich oskarżeń ze strony mundurowych.

Jestem niesłychanie spokojnym człowiekiem. Od razu dodam, że podczas zajścia które opisze, nikogo nie obrażałem słownie, a wręcz przeciwnie, byłem wyjątkowo małomówny, spokojny i zrównoważony. Ale do rzeczy. Zdarzyło mi się kiedyś zatrzymać samochód w miejscu gdzie obowiązywał zakaz parkowania. Nie chciałem tam zostawać długo. Tylko tyle czasu, ile potrzeba na otworzenie bagażnika i wystawienie tego, co się w nim znajdowało na ulicę. Nie zdążyłem jeszcze wyłączyć silnika, a już pukał w okno mojego samochodu funkcjonariusz z propozycją ukarania mnie mandatem za parkowanie w strefie, w której jego zdaniem nie powinienem tego robić. Nie dyskutowałem. Nie marudziłem. Spokojnie zgodnie z prawem odmówiłem przyjęcia mandatu, bo mieliśmy ze mundurowym inne zdanie na temat różnic między zatrzymaniem i postojem pojazdu. A że nie chciało mi się dyskutować, więc uznałem, że sąd jest najwłaściwszym miejscem do rozstrzygnięcia, który z nas dwóch ma rację.

I tak się stało. Spotkaliśmy się przed obliczem sądu z panem mundurowym i tam dowiedziałem się z ust funkcjonariusza, że podczas gdy on pełen skromności i wymogów służby starał się wręczyć mi mandat, ja podniesionym głosem używałem w stosunku do niego słów wulgarnych, ogólnie uważanych za obelżywe, czym go uraziłem do żywego. Byłem po prostu agresywny i wulgarny. Zdziwiłem się, bo albo miałem pomroczność jasną, albo po prostu mundurowy kłamał, że byłem taki, jakim nigdy nie bywam. Na pytanie wysokiego trybunału czy tak było zaprzeczyłem i przywołałem na świadka osobę, która podróżowała wtedy ze mną samochodem. I tu jakby to moje szkalowanie munduru znikło zupełnie. Bo ani funkcjonariusz już więcej do kwestii słów wulgarnych nie powracał, ani sąd jakoś nie drążył tematu mojej wmawianej mi przez niego obelżywości i agresywności.

Czyli jeśli chcesz mieć stuprocentową pewność, że nie obrażasz słowem munduru, staraj się drogi czytelniku mieć świadka starć słownych z funkcjonariuszem lub takie spotkanie w jakiś inny sposób rejestrować. Bo nieważne, że nie obrażałeś słowem, ani nawet czynem policjanta. Jak nie masz świadków na swą niewinność to możesz być prawie pewien oskarżeń o agresywność oraz używanie słów wulgarnych i obraźliwych. I nie ważne czyś zwykły spokojny obywatel – szarak czy parlamentarzysta w stanie upojenia, zawsze masz szanse stać się w policyjnej ocenie „ agresywnym i wulgarnym”.

dziennik pesymistyczny

Follow me… z pytaniami do byłego prezesa

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W pewnym mieście powiatowym magistrat postanowił wybudować lotnisko. W tym celu, w pierwszej kolejności, powołano spółkę miejską, która miała tą inwestycje prowadzić. Oczywistą oczywistością – że pozwolę sobie na cytat z klasyka tak bliskiego sercom i umysłom władz miasta- było również powołanie wszelkich władz spółki wraz z radą nadzorczą. Gdy budowa była jeszcze w powijakach, miejska spółka Port Lotniczy fundnęła sobie służbowe auto za ponad osiemdziesiąt tysięcy złotych. Minęło kilka lat i tak przy okazji informacji rzecznika spółki o kolejnym przesunięciu terminu otwarcia terminala przyszła mi do głowy szalona myśl, aby zapytać o dalsze losy samochodu zakupionego przez Port Lotniczy pod koniec 2009 roku

Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Zapytałem pana rzecznika o to, co stało się z autem toyotą verso tzw. „Follow me”.  Bardzo chciałem wiedzieć, czy nadal służy na lotnisku? Czy przez ten cały czas, od roku 2010, było wykorzystywany zgodnie ze swoim przeznaczeniem? (jako pojazd tzw. „Follow me”). Bo przecież pamiętałem, że przed laty wiceprezydent miasta, który był także szefem rady nadzorczej spółki Port Lotniczy, wyjaśniał, że verso to samochód wielofunkcyjny, i że będzie też służył do prowadzenia „cywilnych samolotów po lotniskowych nawierzchniach tzw. Follow me z systemem łączności i światłami błyskowymi” a pojazd będzie prowadzony „tylko przez specjalnie przeszkolone i uprawnione osoby do poruszania się po czynnym lotnisku”.

Wysłałem maila z pytaniem do rzecznika i dostałem odpowiedz: (…) uprzejmie informuję, że Port Lotniczy (…) nadal użytkuje samochód Toyota Verso. Jest on wykorzystywany przez pracowników spółki, wykonujących obowiązki służbowe. Natomiast w kwestii przeznaczenia tego pojazdu, jako narzędzia pracy Koordynatora Ruchu Lotniczego Naziemnego (potocznie follow me), pytanie proszę skierować do byłego prezesa PL (…), który zakupił wspomniany pojazd w roku 2009.

Wynika z tego, że auto nigdy nie było i pewnie nie będzie wykorzystywane zgodnie z przeznaczeniem, na jakie powoływano się w chwili zakupu. Jednak mnie szczególnie dziwi to, że mam się ze swoimi pytaniami zwrócić do byłego prezesa Portu Lotniczego, jak radzi rzecznik. Czyli do osoby prywatnej. To nie spółka jest winna, to ten były prezes? Teraz jest nowy i nie odpowiada za poczynania poprzednika? Nie ma ciągłości władzy? Nie ma prezesa i nie ma problemu? Nikt nie jest winny?

Szalenie wygodne, choć niestety nie nowatorskie rozwiązanie. Mam nadzieję, że nie zostanie zastosowane po otwarciu lotniska, gdy, nie daj Boże, port lotniczy zacznie przynosić straty i trzeba będzie znaleźć winnych i zmienić zarząd i prezesa. Bardzo bym nie chciał wtedy usłyszeć od rzecznika (oby nie nowego), że pytania o błędy i wypaczenia proszę „skierować do byłego prezesa”. Tradycją stało się u naszej władzy wszelakiej to, że za błędy odpowiadają zawsze ci, których aktualnie nie ma u władzy.

dziennik pesymistyczny

Zabawy zabawnych ludzi

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

W moim mieście zawyły syreny ogłaszające alarm na wypadek ataku z powietrza. Tak było kilka dni temu. Byłem spokojny i zrelaksowany, bo wiedziałem dobrze, że to tylko ćwiczenia. Od tego czasu dręczy mnie jednak pytanie: czy jak już dowiedziałbym się (z tego wycia syren), że lecą na moją głowę bomby to, co miałbym ze sobą zrobić? Gdzie się schronić? Gdzie szukać pomocy?

Między godziną dziesiątą a dziesiątą piętnaście uruchomione zostały syreny alarmowe. Był to test systemu wykrywania i ostrzegania na wypadek zagrożenia terrorystycznego z powietrza, przeprowadzony w ramach ćwiczenia RENEGADE-KAPER 13/II ( swoją drogą, ciekawe, kto wymyśla te dziwaczne angielskojęzyczne kryptonimy). Organizatorem tego wycia było dowództwo operacyjne sił zbrojnych. Czyli bardzo poważna organizacja państwowa.

– Syreny tworzą system ostrzegania i alarmowania ludności – jak mnie wtedy obszernie informowały media. Jednak nikt nie poinformował mnie, co ja mam zrobić jak już zostanę ostrzeżony i zaalarmowany. Wiadomo, to Polska, czyli na początek powinienem paść na kolana i się pomodlić, ale tak na poważnie to naprawdę chyba nikt z szarych obywateli nie wie gdzie ma się schronić na wypadek zagrożenia.

Ze szkolnych lekcji przysposobienia obronnego pamiętam, że jak wybuchnie bomba atomowa to mam się położyć „na brzuchu nogami w stronę wybuchu”. Ale mam nadzieje, że od czasu mojej nauki w podstawówce coś tam się w tym temacie zmieniło. Choć jednocześnie znając mentalność naszych urzędników oraz działanie państwowego systemu moja nadzieja na zmiany jest maleńka. Syreny ostrzegania włącza się w sytuacjach wyjątkowego zagrożenia, więc jeśli takowe zagrożenie występuje choćby teoretycznie to chyba zasadne jest pytanie: co dalej? A odpowiedzi: nie ma.

To były tylko ćwiczenia, ale gdy tak słuchałem wyjących syren zrodziło się we mnie pytanie: gdzie ja miałbym się udać? Gdzie schronić w wypadku prawdziwego ataku terrorystycznego? Pierwsza myśl: udać do schronu. Ale to nie takie łatwe. Najbliższy, o jakim wiem, raczej z wrodzonego wścibstwa niż rzetelnej informacji, znajduje się kilka ulic od mojego mieszkania.  Wiem, że tam musi być, bo widziałem na trawniku miedzy blokami jego wietrznie. Ale gdzie ten schron dokładnie jest? Tego chyba nie wie nikt. No może kilku urzędników i mieszkańcy bloku coś na ten temat wiedzą, ale czy się tą wiedzą chętnie podzielą w razie zagrożenia?

Z tego, co ustaliłem, ”metodami operacyjnymi” – jak mawiał mój znajomy, w moim mieście znajduje się około pięćdziesięciu schronów. W większości nieprzystosowanych do natychmiastowego schronienia się tam ludności cywilnej w razie ataku terrorystycznego. Schrony są rozmieszczone w zdecydowanej większości w centrum miasta. Prawie wszystkie ze schronień na wypadek ataku z powietrza powstała latach „ zimnej wojny”, i nigdy nie były remontowane ani wyposażane w nowoczesny sprzęt ratunkowy. Mieszczą się w budynkach bloków mieszkaniowych. Kilka można znaleźć także w dawnej strefie zakładów zbrojeniowych, gdzie teraz kwitnie nowy biznes wszelkiego rodzaju. Mała, więc jest szansa by nowi właściciele zadbali o schrony mieszczące się w budynkach, które teraz są ich własnością. Duże schrony znajduje się w podziemiach kilku szkół. I to tyle. Tak mniej więcej na około dwa tysiące osób. I to wszystko. Nie przypominam sobie abym słyszał kiedykolwiek o powstaniu nowego schronu na osiedlach mieszkaniowych wybudowanych współcześnie, a mieszka tak przecież po kilkaset tysięcy ludzi. W całym mieście kilka set tysięcy.

Syreny zawyły. Organizatorzy ćwiczeń RENEGADE-KAPER 13/II są zadowoleni. Tylko ja nadal nie wiem, co mam zrobić. Z internetu dowiedziałem się, że „w momencie ogłoszenia alarmu. Powinniśmy np. ubrać się, zabrać dokumenty, wyłączyć wszystkie urządzenia elektroniczne i gazowe, zawiadomić sąsiadów, udać się do najbliższego schronu lub ukrycia”. A potem pewnie sforsować drzwi na klatkę schodową, do piwnicy, i te do schrony zamknięte na głucho… i już jestem w pomieszczeniu z lat pięćdziesiątych z muzealnymi przedmiotami wyposażenia. Jeśli mam szczęście.

Takie ćwiczenia jak  RENEGADE-KAPER 13/II to kompletna fikcja. Zabawy zabawnych ludzi. Jak wiele działań państwowych są tylko wyciem na pokaz. Może, choć raz warto by było zrobić ćwiczenia gdzie nie tylko powiadomi się ludzi o zagrożeniu terrorystycznym, ale też pokaże jak się przed nim realnie zabezpieczyć i gdzie schronić.

dziennik pesymistyczny

Ambassada – komedia śmieszna na swój sposób

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nowy film Juliusza Machulskiego Ambassada to dobra komedia. Jak już to ustaliłem to może teraz napisze, dlaczego jestem o tym przekonany. „Siekiera, motyka, piłka, alasz, przegrał wojnę głupi malarz, siekiera, motyka, piłka, nóż, przegrał wojnę już, już, już” – pamiętacie to? No pewnie, że tak i taki właśnie jest rodzaj humoru w tym filmie. To po pierwsze.

Po drugie. To nie jest łatwa komedia. Widz wychowany na żartach w stylu Benniego Hilla nie znajdzie tam ulubionych przez siebie gagów. Nie na tam amerykańskich żartów gdzie pierdzenie goni bekniecie a reszta żartów jest w sensie dosłownym o dupie Maryny, o przepraszam Mary. W nowej komedii Machulskiego humor jest wyrafinowany, nie do złe słowo, jest raczej żartem skojarzeniowym. Bo przecież wszyscy mamy skojarzenia z Niemcami. Wąsik Hitlera, mundur SS, blond piękność o rubensowskich kształtach i imieniu Ingeborg. W Polakach, tak w niektórych to prawda, jest głęboko zakorzeniony stereotyp Niemca hitlerowca. I ja taki właśnie jestem, więc mnie nadal i wciąż śmieszą żarty z nadętego Niemca próbującego mówić po polsku.

Po trzecie. Nie wiem, może nie wszystkich bawi żart z waleniem do drzwi i krzykiem: aufmachen! Gestapo! Ale może jak coś nas przeraża to czasami warto to obśmiać. Ja osobiście stosuje ten żart na znajomych oraz nieznajomych i zawsze mnie śmieszy.

Po czwarte. Wiem, że żart nazwijmy to do przemyślenia, skojarzeniowy, inteligentny według wielu Polaków był możliwy tylko i wyłącznie w Kabarecie Starszych Panów. I wszystko to, co wydarzyło się po tym jak telewizja zaprzestała emisji kabaretu nie jest już godne tych nazw. Ale może jednak tak nie jest do końca. Może komedie Machulskiego to godna kontynuacja idei żartu do przemyślenia.

I po piąte. W tym filmie w końcu jest tak jak byśmy wszyscy chcieli. Możemy tam zobaczyć na własne oczy jaki byłby nasz patriotyzm gdyby go nam nie popsuto.  Możemy dostrzec co by się stało jakbyśmy sami sobie ta wojnę wygrali. Jakby to było pięknie jakbyśmy (zgodnie z tym, co wmawiała Polakom propaganda II Rzeczpospolitej) pogonili Niemca w dwa tygodnie bez niczyjej pomocy. Jak to byłoby ślicznie w Warszawie, i nie tylko, jakby nam się ruscy nie wtrącili a Niemcy nie byli tak bardzo uparci. Mnie ten film trochę przypominał zabawne na swój sposób dyskusje w republikańskiej TV uznanych dwudziestoparoletnich historyków piszących dzieje naszego narodu i świata od nowa.  Tym razem poprawnie, tak jak być powinno a nie jak było.

Po szóste. Chwalenie znakomitego Roberta Więckiewicza w podwójnej roli Adolfa Hitlera i Lepkego jest oczywistą oczywistością – jakby powiedział klasyk. Zdecydowanie warta zauważenia i zapamiętania jest Magdalena Grąziowska jaka Melania czy Adam „Nergal” Darski jako Joachim von Ribbentrop.

Podsumowując, Ambassada Juliusza Machalskiego to nie komedia dla każdego i nie każdego będzie śmieszyć.  Bo to film śmieszny na swój sposób i to jest w nim bardzo dobre.