Tag Archives

56 Articles

dziennik pesymistyczny

Możliwe działania niepożądane

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Czy szanowny pan nie zechciałby brać jednej tabletki zamiast, dwóch co rano? – zapytała mnie młoda lekarka podczas mojej comiesięcznej wizyty w przychodni. – Jest pan jeszcze młody, po co zażywać, co rano tyle leków jak można tylko jeden czy dwa – dodała z uśmiechem. I jak tu się nie zgodzić z miło panią w lekarskim kitlu ze słuchawkami zawieszonymi na szyi.  – Jasne, że chciałbym – odparłem ucieszony żem taki młody. I trwałem taki cały zanurzony w tej swojej słodkiej radości młodego człowieka, który co rano może połykać tylko jedną tabletkę zamiast trzech. I potrwałoby to pewnie do tej chwili gdym nie przeczytał ulotki informacyjnej dołączonej do opakowania mojego nowego lekarstwa.

Tak wiem, już przecież z samych tylko nachalnych reklam farmaceutyków choćby, wiem że trzeba „zapoznać się z ulotką lub skonsultować z farmaceutą”, ale tak naprawdę któż z nas czyta ulotki informacyjne leków, które przepisał lekarz w przychodni. Ja to zrobiłem, bo akurat chwilowo nie miałem nic innego do lektury. Amatorom mocnych wrażeń w szczególności polecam rozdział ulotki zatytułowany „Możliwe działania niepożądane”. Już na wstąpię autor informuje czytelnika, że „jak każdy lek, (ten mój) może powodować działania niepożądane, chociaż nie u każdego one występują”. Czyli jak w filmach Hitchcocka przeważnie zaczynają się od trzęsienia ziemi. Potem napięcie już tylko rośnie. A więc jakie mogę mieć skutki uboczne: „Często: biegunka, zmęczenie, zapalenie błony śluzowej nosa i gardła, szumy (np. syczenie, brzęczenie) w uszach. Niezbyt często: niewyraźne widzenie, nudności, niestrawność, ból brzucha, zakażenia górnych dróg oddechowych, zakażenia układu moczowego, zakażenia wirusowe, katar (zapalenie błony śluzowej nosa), zmniejszenie stężenia potasu we krwi, zmniejszenie stężenia sodu we krwi, bóle kończyn, skręcenie stawów, zapalenia stawów, zawroty głowy, kaszel, zwiększenie częstości oddawania moczu, bóle w klatce piersiowej. Reakcje nadwrażliwości.  Występowanie po zastosowaniu leku takich działań niepożądanych jak np. zaburzenia widzenia, zawroty głowy, uczucie zmęczenia może niekorzystnie wpływać na zdolność prowadzenia pojazdów oraz obsługę maszyn.”

I już teraz sam nie wiem, czy ten przebadany i dopuszczony do obrotu lek to spowodował czy może mam tak po przeczytaniu tej ulotki? Poczułem od razu nudności, niestrawność i ból brzucha. Oraz bardzo poważnie zacząłem się zastanawiać czy nie za często oddaje mocz. Naprawdę można się nabawić nerwicy po czymś takim. Jest też w ulotce informacja o tym, że może być przyczyną reakcji alergicznych? Trochę dziwne, że mój lekarz nigdy mnie zapytał czy mam na coś alergie. Dopiero z małego druku ulotki dowiedziałem się, że nie powinienem spożywać alkoholu podczas kuracji tym lekiem. Żyjemy gdzie żyjemy, to chyba ważne przeciwskazanie!?

Powinno mnie zdziwić już to, że jakoś tak dziwnym trafem pani „doktorka” wypisała mi receptę długopisem z nazwą producenta leku, instrukcje o dawkowaniu dostałem na bloczku z nazwą a ze ściany gabinetu, jak mi się zdaje, spoglądała ma mnie uśmiechnięta rodzina na plakacie z logo firmy farmaceutycznej. Jak bardzo ufamy naszym lekarzom? Jak bardzo ufamy korporacją farmaceutycznym nastawionym przecież na zysk? Jak bardzo im ufasz? Czy wzmianka o tym, aby czytać ulotkę albo skonsultować się z lekarzem oraz o zawarte tam informacje o możliwości skutków ubocznych to nie jest tylko alibi? Tak na wszelki wypadek? Jakbyśmy jednak po połknięciu tabletki poczuli się gorzej niż lepiej? Zdecydowanie należy więcej czytać.

dziennik pesymistyczny

Dziś jest ważniejsze od jutra

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

Jest mnie za mało. Rozpuszczam się w idealnie krystalicznej wodzie, która daje życie, jest życiem, ale przecież także je odbiera.  Rozdrabniam się już nie na dni, ale na godziny, a na minuty. Sprawiają mi radość dobrze przeżyte chwile, nie jak dawniej całe tygodnie czy lata.  Rozpływam się w czasie, w rzeczywistości, w bycie dna codziennego. Żyje teraz, w tej jednej chwili. Dziś jest ważniejsze od jutra. Nie planuje, bo nie chce rozmieszać Boga. Jestem. Trwam. Egzystuje. Tu i teraz. W sensie czy bezsensie doczesności, codzienności. W szarej mgle bólu i strachu. Codziennie nasłuchuje kroków na schodach. Czy już idą po mnie? Czy to już dzisiaj? Czy trzeba zakończyć? Odnajduje spokój przy wyłączonym telefonie i zasłoniętych oknach.  W pustce, w półmroku, w zamknięciu. Odizolowany od świata cieszę się ulotnymi chwilami spokoju. Jakie to szczęście, że to jeszcze nie dzisiaj. Staram się wtłoczyć w umysł bezpieczeństwo, choć przecież wiem, że to niemożliwe.

Nadzieje wlewam kieliszkami z gardło i rozkoszuje się jej ciepłem rozchodzącym się po całym ciele. A jeśli niedostane swojej dawki płynnego optymizmu?  Lato, jesień, zima, wiosna, lato, kolejna jesień odliczam sezony, w których jeszcze się udało zachować stabilność. Istnieć. Być. Trwać. Przeciekałem, udało się. Przeszłość, choć jednostajna napawa mnie dumą z samego tylko faktu, że przecież była. Że znów się udało! Chciałbym zobaczyć zimę, mam nadzieje na kolejne lato. To nie są plany, to tylko takie marzenia.

Moje życie to tylko chwila jawy miedzy dwoma snami. A nawet sny są coraz krótsze, coraz bardziej niepewne, zajęczo strachliwe, płytkie, samotne. Zasypiam z nadzieją, lecz wybudzam się po kilku godzinach już bez niej. Czekam świtu w strachu. W panicznym lęku przed dniem. Żeby mniej myśleć uciekam w fikcje książek, w nierealną dla mnie rzeczywistość gazet, bezmiar i chaos internetu. Filmy, muzyka. Czytam i oglądam, byle tylko stłumić strach i niepewność. Byle dalej. Byle uciec.  Byle, choć na chwile zapomnieć. Byle tylko nie rozmyślać. Nie pamiętać. Byle mniej myśleć. Żyć tym, co na ekranie, co w gazecie, co na stronach książek. Wygłuszyć emocje. Zastąpić je czymś innym. Stworzyć hybrydę fikcji z samym sobą. Odrealnić się.

Przyglądam się sobie w lustrze pytając czy to wciąż jestem ja? Czy ten, kogo widzę nadal istnieje? Czy klasyczne filozoficzne twierdzenie – myślę, więc jestem – dotyczy też mnie? Czy może wyzerowałem licznik i teraz mniej jestem, bo dużo myślałem? Patrzę w brodatą twarz w lustrze i zastanawiam się, kogo mi przypomina. Jestem moim ojcem? Moim innym przodkiem? Jestem kolejny z pokolenia bez przyszłości? Z zagubionym celem? Nabieram pewności, że dobrze zrobiłem wytrwawszy w postanowieniu, że będę ostatni.  Może moje geny nie pasują do tego świata pospiechu, pazerności, pogoni za pieniądzem. Świata kłamstwa, głupoty, strachu o byt, kredytów, pożyczek, podatków, urzędników, polityków. Nie pasuje do niewolnictwa nowej ekonomii. Za mało jestem liberalny. Za mało uległy. Niedostosowany. Nierokujący. Nie wypłacalny. A społeczny. A polityczny.

Przesuwam dłonie po łysej skórze mojej czaszki. Wplatam palce w włosy brody. Oglądam z ciekawością naukowca moja twarz. Moją a przecież tak bardzo nie moją. Derealizacja. Nie mogę w to uwierzyć, że przecież jeszcze tak nie dawno w tym samym lustrze widziałem ogoloną buźkę faceta w białej koszuli pod krawatem, w ciemnym garniturze ze znaczkiem korporacji w klapie marynarki. To takie dalekie, że aż nierealne. Uciekłem od tego. Wydostałem się z labiryntu. Odszczurzyłem się. Ale teraz moja ucieczka okazała się daremna. Bo od wszechobecności władców systemu wyzysku można uciec tylko w głąb siebie. Uciec można tylko wewnętrznie. Machina państwa wygrywa. Choć jestem wolny, to tylko na tyle na ile mi ona pozwala. Męka mnie swoimi istnieniem. Przenika przez ściany mojego schronienia trując mnie ciągłym upominaniem się o daninę. Pisma urzędowe, rachunki, upomnienia. Nie ma ucieczki od wszechobecności ich uporządkowania. Pozostaje czekać. Trwać. Istnieć. Choćby jeszcze nawet minutę, choćby tylko godzinę, chwile… Walczyć tym moim istnieniem. Pozostawanie w miejscu to też forma ucieczki. Forma walki.  Bo dziś jest ważniejsze od jutra.

dziennik pesymistyczny

Słomiane lotnisko

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Czy chciałbym mieć lotnisko o dwa kilometry od domu? Tak, zdecydowanie tak. Czy chciałbym tam dojechać w kilka minut miejskim autobusem? Pewnie. No i teraz będę mieć port lotniczy tuż za rogiem. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że się tak stanie.  Ale czy to, że lotnisko zostanie wybudowane, a nawet oddane do użytku, automatycznie oznacza, że ja i wielu innych gdzieś polecą samolotem, jeśli tego zapragną? Coś mi się wydaje, że tak nie będzie.

Trochę historii. Dawno, dawno temu, w pewnym mieście, ówczesne władze powołały spółkę, którego zasadniczym przedmiotem działalności była realizacja robót budowlanych na rzecz miasta. I jakoś się kręciło, ludzie zarabiali. Głównie ci we władzach.  Kilka lat później spółka ta została przekształcona i próbowała szczęścia w branży medialnej przez ponad dziesięć lat… „stopniowo wygaszając swoją działalność”. Znów miała miejska firma prezesów, radę nadzorczą, pracowników, którzy zarabiali. Znów interes się kręcił. Dobrze opłacani fachowcy wygasili w końcu działalność spółki, ale przecież zawsze jest tylu znajomych i przyjaciół władzy, którzy chętnie zagospodarują niemałe, państwowe, unijne, czy też miejskie pieniądze. Kolejna ówczesna władza przypominała sobie o „uśpionej” miejskiej spółce i podjęła decyzję w sprawie kolejnego przekształcenia śpiocha. Postanowiono wybudować lotnisko. I tak je budują długie lata.

Dlaczego o tym pisze? Bo tak mi się wydaje, jestem o tym przekonany, że czasem buduje się w Polsce coś wielkiego przez długie lata, za wielkie pieniądze, z armią prezesów, doradców, strategów, rzeczników, kolegów, tylko dla zarabiania pieniędzy i dla pokazania wyborcom możliwości władzy, która nie tylko ma gigantyczne wizje, ale dodatkowe je realizuje. A że przy tym ktoś przez lata bardzo dużo zarobi? Cóż, wszystko kosztuje. A wielkie inwestycje kosztują najwięcej.

I tak mamy tu, w moim mieście lotnisko. To znaczy mamy mieć, już niedługo, bo termin oddania inwestycji znów się trochę opóźnił. Ale przecież będziemy mieć. – Powiedz mi, po co jest ten miś? – zapytał kiedyś klasyk swojego przyjaciela od interesów. Gdy ten nie wiedział, padła odpowiedź: – Otóż to! Nikt nie wie, po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Parafrazując dalszą wypowiedz filmowego bohatera pytam: -Wiecie, co robi to lotnisko? Ono odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest port lotniczy na skalę naszych możliwości. My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo. I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest lotnisko społeczne, w oparciu o sześć instytucji… Podobne? To lotnisko to taki miś i „nikt nie wie, po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta.”

W Hiszpanii, która często jest przyrównywana do Polski jest czterdzieści dziewięć lotnisk. Na kilku z nich nigdy nie wystartował, ani nie wylądował żaden samolot. Teraz, jak gdzieś przeczytałem, planowane jest zamknięcie prawie trzydziestu z nich. Czy tak będzie z lotniskiem w moim mieście? Nie wiem, ale jeśli nikt nie wspomina o rozmowach z jednym chociaż operatorem lotniczym, który byłby zainteresowany lotami z tego lotniska, to zaczynam się martwić. Bardzo zaczynam się martwić, czy nie wybudowaliśmy słomianego misia. Bo nie można przyjąć założenia, jako przemyślanej strategii, że jak już wybudujemy sobie port lotniczy to ktoś pewnie zechce na nim wylądować, i z niego wystartować. Że pewnie jakiś samolot zabierze stąd pasażerów do Londynu, Dublina czy Paryża. Że jakoś to będzie. Port lotniczy, według szacunków, żeby nie przynosić strat musi obsługiwać, co najmniej milion pasażerów rocznie, minimalnie około trzystu tysięcy. Jak bez umów z tanimi przewoźnikami lotniczymi będzie to możliwe? Jeśli lotnisko będzie przynosiło straty to, co się wtedy zrobi? Za przykładem Misia – protokół zniszczenia?

Czy naprawdę nie wygląda to na zarabianie przez lata na interesie, który miał znikome szanse powodzenia?  Ten, kto miał zarobić zarobił! –  Prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach – jak powiedział pewien prezes.

dziennik pesymistyczny

Przeczuwam inny świat

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

System to wszystko, co mnie otacza. Jest tak wielki, że aż nieodgadniony. Mam poczucie, czy bardziej przeczucie, że wszystko, co o nim powiem nie w pełni odda jego złożoność. On jest po prostu nie do opowiedzenia. To jego siła a moje (nas) zniewolenie.  Przez tą fragmentaryczność mojego poznania, przez to, że nie mogę w pełni pojąc zależności i układów. Przez to, że patrzę z zewnątrz na zamknięty, potężny gmach. Przez to, że ten system jest taki przedwieczny. Przez to właśnie nie mogę go w pełni zrozumieć. A jak w pełni nie pojmuje to trudno mi tłumaczyć moją niechęć do niego. Moja odraza jest taka bardziej „niewytłumaczalna”. Czasem próbuje zrozumieć, wyjaśnić, bo to moja obrona. Moje wyzwolenie. Pamiętam siebie, jako małego chłopca stojącego na przedszkolnym podwórku. Przez szpary w płocie oglądałem godzinami świat próbując go poukładać, dopasować, wpasować w niego siebie. Pamiętam tą niemoc. Pamiętam taką swoistą złość, że to, co widzę, to, co zmuszony jestem oglądać nie jest pełne. Jest tylko małym, przeznaczonym dla mnie fragmentem większej całości. To dla mnie jest system. To przekonanie, że siła masy, społeczeństwa, nakazów, zakazów, praw i obowiązków kształtuje we mnie, poczucie – nakaz pogodzenia się z tym małym fragmentem rzeczywistości. Wpasowanie się w ten fragmencik. Wtłoczenia się w niego i życia w nim i z nim.

Dopasuj się. Nic nie zmienisz. Świat już taki jest. Zawsze tak było i tak będzie. Słyszę to przez całe życie. Czym jestem starszy tym niej jest wokół mnie takich, którzy zadają pytanie: po co? Otaczają mnie ludzie dopasowani. Pogodzeni. Usystematyzowani. Do przedszkola! Po co? – pytam. Bo tak trzeba. Zabawa na rozkaz. Sen na rozkaz. Szkoła. Do szkoły! Lekcje. Mundurki. Zasady. Oceny. Rywalizacja. Praca. Do pracy! Rywalizacja. Rano. Wieczór. Praca. Kariera. Zarabianie. Wydawanie.  Bo tak trzeba. Bo świat taki jest. Bo nic się nie zmienia. Bo nic nie możesz zmienić. Poznałeś już swoje miejsce w szeregu? Dopasowałeś się. Nie wychylaj się. Nie wyróżniaj się. Szarość to bezpieczeństwo. Praca i kariera. Rutyna jest dobra. Staraj się. Niech Cię docenią. Zarabiaj. Nic za darmo.  Pieniądze. Wyznaczaj cel. Twoi rodzice też pracowali od świtu do zmierzchu. Do pracy garnitur. Praca, jakakolwiek praca. Bez pracy niema kołaczy. Bądź lepszy. Do szkoły! Na studia! Dyplom. Cenzurka. Ocena. Pierwszy w klasie. Najlepszy na roku. Doskonały pracownik. Jak niedziela to do kościoła? Na siódmą. Na ósmą. Na dziesiątą. Do pracy. Jestem tym, co mam, co posiadam. Do szkoły. Idę już spać, bo jutro do pracy.  Do kościoła. Kredyt na dom. Bo nie starcza, choć pracujesz. Na samochód. Na benzynę. Pieniądze.  Na telewizor. Bezrobocie, bo ktoś daje prace. Szukaj. Znajdź. Nic za darmo.  Nie zmienisz tego. Praca. Za tysiąc. Za tysiąc dwieście. Za sześćset. Miesięcznie. Tygodniowo. Raty. Opłaty. Pożyczanie i oddawanie.   Zawsze tak było i tak będzie.

Znów samotnie, przez szpary w płocie obserwuje rzeczywistość. Czym jest system? Tym właśnie jest system? Choć nadal to tylko zwykłe słowo. To rzeczywistością, która nas otacza. Można nazwać ją dowolnie. System równie dobrze może być nazwany… trąbką. Bo jak nazwać zniewolenie? Jak odczucie marazmów i przerażenia nazwać jednym słowem?

Przerasta mnie to. Przygniata mnie. Krępuje. To tysiącgębne: tak już jest, zawsze tak było, nic nie zmienisz. Zależność. Nakaz dopasowania. To pytanie: co zrobisz? I odpowiedz: przecież nic nie można z tym zrobić. Bo tak to już jest. Czy to system? Nie wiem. Ale wiem, że to nie jest dobre. I choć pewnie tego nie zmienię, to mam przeczucie. To przeczuwam inny świat. I to czasami mnie wyzwala. Pozwala mi oddychać. Budzić się, co rano. Warto, choć przez chwile być wolnym.

System (stgr. σύστημα systema – rzecz złożona) – obiekt fizyczny lub abstrakcyjny, w którym można wyodrębnić zespół lub zespoły elementów wzajemnie powiązanych w układy.

dziennik pesymistyczny

Azyl? (sprawdzić czy nie Amerykanin)

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Polska jest krajem gościnnym. Z tą oczywista oczywistość (jak mawiał klasyk) zgodzi każdy Polak. Zgodnie z wykutą w szkołach wersja naszej historii oraz z państwowym utrwalanym mitem, Rzeczpospolita to kraj, w którym zawsze najwyżej ceniona była wolność osobista. U nas bojownicy o prawdę i wolność cieszyli się większą tolerancją, niż na Zachodzie czy Wschodzie. Często cudzoziemcy prześladowani w swoich krajach za przekonania, znajdowali azyl właśnie w nas, w Polsce. Ale jak to mówią nic nie trwa wiecznie. Teraz, gdy od ponad dwudziestu lat państwo polskie dołączyło to elity krajów „demokratycznych”, teraz już azyl w Polsce nie dostanie ten, kto walczy o wolność.

Edward Snowden wystąpił o azyl w Polsce. Ale nasz premier, dawny bohater narodowej walki o wolność z totalitarnym reżimem, bardzo szybko oświadczył w publikatorach, że nawet gdyby wiosek Snowdena spełniałby wszelkie wymogi formalne, Polska nie wyraża zainteresowania udzieleniem mu azylu.

Człowiek ten, pracownik firmy komputerowej współpracującej z amerykańską Agencją Bezpieczeństwa Narodowego, który ujawnił, że amerykańskie służby na masową skalę inwigilują internautów prosi w Polsce o azyl. A premier nie jest zainteresowany. Faceta obawia się, że po powrocie do Stanów czeka go „ryzyko prześladowań a nie sprawiedliwy proces” a premier nie jest zainteresowany.

– Nie bądźcie natrętni! Natrętny pasażer… O! A gdyby tu wasz synek z grupą stuosobową odlatywał i każdy z rodziców chciałby wejść, to, jaki byłby tłok, sami widzicie i nie mówcie, że nie macie synka, bo w każdej chwili mieć możecie (sprawdzić, czy nie ksiądz) – kiedyś tak właśnie w pewnej polskiej komedii urzędnik sprawdzał w odpowiedniej instrukcji jak postępować z natrętnym pasażerem. Teraz pewnie przyszła do państwowych urzędników nowa instrukcja jak postępować w tymi, co występują o azyl polityczny w Polsce. – Nie bądźcie natrętni! Natrętny azylant… O! A gdyby tak każdy, kogo władze jego kraju oskarżyły o ujawnienie tajnych danych dotyczących inwigilacji elektronicznej chciałby prosić o azyl, to, jaki byłby tłok, sami widzicie… (sprawdzić, czy nie Amerykanin) – tak zapewne wygląda nowa instrukcja w sprawie azylu dla prześladowanych.

– … nie dam pozytywnej rekomendacji – oświadczył minister od praw zagranicznych w sprawie azylu dla Snowdena. – Azylu udziela się, gdy przemawia za tym ważny interes RP. Pan minister nie uważa, że przemawia ważny interes Rzeczpospolitej za udzieleniem takiego azylu, gdyby taki formalny wniosek wpłynął – wtórował swemu szefowi rzecznik MSZ.

Edward Snowden przekazał prasie dokumenty, z których wynika jasno, że amerykańska agencję wywiadu i inne służby specjalne monitorowały i gromadziły dane dotyczące rozmów telefonicznych i aktywności w internecie nie tylko obywateli USA, ale też cudzoziemców, w tym Polaków. Każdy rząd obowiązują pewne niezmienne zasady, a jeśli jakakolwiek władza te zasady łamie, to trzeba tę władzę za wszelką cenę powstrzymać.

Chciałby, aby ci, co samozwańczo nazywają się moimi przedstawicielami uszanowali to, co zrobił ten człowiek. Przynajmniej w imię wielowiekowej tradycji naszego narodu. Dlatego jeśli ktoś nadal chce nazywać się moim przedstawicielem to powinien udzielić azylu Snowdenu. I dlatego Polska powinna być zainteresowana udzieleniem azylu Amerykaninowi. Zdecydowanie za tym „przemawia ważny interes Rzeczpospolitej”. Bo czasem trzeba wstać z kolan…

dziennik pesymistyczny

Sprawdzić czy nie ksiądz

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Ja lubię i szanuję arcybiskupa (…). Uważam, że ten styl, taki trochę wojskowy, powinniśmy uszanować. To jest bardzo sympatyczna postać – oświadczył w telewizji TVN24 obecnie urzędujący państwowy minister spraw zagranicznych, odnosząc się w ten sposób do informacji tygodnika „Wprost”, że ten gdański hierarcha nadużywa alkoholu i poniża swoich kolegów księży.  Czy ta wypowiedź wysokiego rangą urzędnika mnie zaskoczyła? Nie! Ależ skąd! Jestem przecież przyzwyczajony. W Polsce nawet dziecko wie, że „co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”. Dlatego, nie zdziwiłem się nawet, słysząc jak pan minister w telewizji broni jego ekscelencję. Przecież już św. Paweł naucza, iż wszelka ustanowiona władza pochodzi od Boga i każdej władzy winniśmy posłuszeństwo.  Pewnie dlatego ministrowi nie wydało się dziwne, że biskup ma taki „trochę wojskowy” styl sprawowania władzy.  Wiadomo, władza zawsze zasługuje na szacunek i zrozumienie.

W gazecie można przeczytać, że „ (…) ksiądz służył u arcybiskupa. Był kapelanem. Przybocznym arcybiskupa. Kimś na każde zawołanie. Arcybiskup budził go w nocy, pijany, i kazał grać na akordeonie do tańca. Podczas pijackich biesiad wysyłał go do miasta na poszukiwania odpowiedniego gatunku kiełbasy, kazał nalewać alkohol, krzycząc: „Co ty, k…, nawet nalać nie potrafisz!”. Rano na kacu wzywał go, żądając „actimelka” i krzycząc: „Bądź moim actimelkiem!”.  A pan minister spokojnie i z uśmiechem na to, że on ekscelencję „lubi i szanuje”. I zapewne za jego przykładem społeczeństwo też powinno ten styl sprawowania władzy uszanować, albo może nawet polubić.  Bo to nie tylko przecież arcybiskup rzymskokatolicki, ale też generał dywizji, były biskup polowy Wojska Polskiego!

– Ale nadużywanie alkoholu też należy uszanować? – spytała zdziwiona dziennikarka pana ministra od spraw zagranicznych, podczas wspomnianego już przeze mnie wywiadu w telewizji. – No w wojsku są pewne tradycje… Ale ja uważam, że z takimi insynuacjami powinniśmy uważać – odparł ten wysoki urzędnik państwowy. Tak „w wojsku są pewne tradycje”, ale czy wysyłanie podwładnego, po nocy, na poszukiwanie odpowiedniego gatunku kiełbasy, rozkazywanie mu, aby ten nalewał wódkę i ocenianie go słowami, „Co ty, k…, nawet nalać nie potrafisz!” to tradycja naszej armii? Jeśli tak, to… no, cóż można powiedzieć, jaki minister, taki generał, jaki władza świecka, taka kościelna, taka tradycja widocznie. Wstyd trochę za takie tradycje, ale przecież ze mnie żaden arcybiskup, ani minister, więc u mnie tradycje też inne. Co innego lubię, i co innego szanuję.

Każdego dnia gazety pewne są doniesień o tym jak to my, naród, pijemy nadmiernie wódeczkę (czy inny alkohol) a potem pod jego wpływem za bardzo rozrabiamy. „Podczas libacji alkoholowej w jednym z (…) mieszkań doszło do awantury między trzema mężczyznami”, to znów gdzie indziej „nadużywał alkoholu a jej mieszkanie stanowiło miejsce libacji” lub znowu „ubliżał i szarpał partnerkę a następnie oddalił się z mieszkania”. Pełno jest takich opisów pijaństwa w gazetach, co chwila słyszy się o tym w radio lub w telewizji. I takie zachowania przeważnie są postrzegane negatywnie przez „zdrową tkankę narodu polskiego”. Ale gdy arcybiskup podczas libacji alkoholowej poniży podwładnego to już nie jest to takie jednoznaczne. W przypadku ekscelencji, libacja zamienia się w „pewne tradycje”.

Mam wrażenie, że niektórzy z nas tak mają, że jak słyszą o skutkach „libacji alkoholowych” to przed wydaniem opinii na ten temat szukają przy informacji dopisku „sprawdzić czy nie ksiądz” by przypadkiem nie wydać opinii niepochlebnej.

 

dziennik pesymistyczny

Notatka ze stanu świadomości

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Strach jest we mnie. Jest moim przyjacielem, a w zasadzie to źle powiedziane, on po prostu jest ze mną od zawsze. Nienawidzę go, ale chyba Go już zaakceptowałem. Jest jak zło, które jak mi się powszechnie wmawia, czasem jednak bywa konieczne. – Taki jest świat – słyszę zewsząd. Nic nie mogę na to poradzić. To znaczy teoretycznie mogę, ale mimo wszystko nie jest to takie proste. Strach jest we mnie obecny od zawsze, a teraz jest Go coraz więcej. Czy boje się czegoś konkretnego? Nie to raczej taki irracjonalny strach o wszystko a jednocześnie o nic. Nie ma konkretnej sprawy, konkretnej rzeczy, zdarzenie, działania które Go pobudza. Jest tylko narastające wielkie i obezwładniające uczucie, że coś nie jest do końca tak jak być powinno. Wrasta we mnie takie obezwładniające przeczucie zagrożenia. Napełnia i wypełnia mnie całego. Od stóp do czubek głowy. Jest we mnie. Jest jakby odrębnym bytem a jednocześnie przecież jest mną stale. Coś we mnie stale wibruje. Coś nie pozwala mi się skupić. Trudno pracować w strachu. Trudno też nie pracować, bo jego obecność staje się jeszcze bardziej nieznośna. Dłonie, moje palce, całe ciało wypełnia ciągłe drżenie.

Ranki są wybawieniem z nocy. Noc jest wybawieniem z dnia. Czas jest płynny a ja w nim jestem jakby zanurzony. Czas mnie nie dotyczy, choć jestem zadziwiająca świadomy jego upływu. Od ranka czekam na wieczór. Czas miedzy zachodem słońca i ciemną nocą jest dla mnie treścią dnia. Strach mnie nie opuszcza nawet na chwile. Jest ze mną zawsze, ale czasami jakby przyczajony, ukryty. I choć noc może przynieść nowe koszmary to jednak dni są straszniejsze. Dni, w których w samotności swojego pokoju na poddaszu walczę z materią pracy. Obrabiam ją, wałkuje, te same tematy, te same telefony, pisanie, odpowiedzi, listy, telefony, spotkania, których nie chce, ale przecież musze wykonać, spełnić. Pracuje, ale jest to jak walka. Walczę, nawet odnoszę sukcesy, ale bez euforii zwycięstwa. Jest dobrze, bo nie myślę o moim wrogu czy przyjacielu. Zapominam w nawale spraw i obowiązków. Choć przecież wiem, że to właśnie, co robię, jak żyje i z czego żyje jest powodem strachu.

Strachu o dzień następny, o płatności, o zamówienia, o zakupy, opłaty, zapłaty, przelewy. Jestem sam, choć nie jest mi źle z samotnością pracy to czasem tęsknie za zgiełkiem dużych firm z dziesiątkami kolegów i koleżanek. – Jesteś własnym szefem – słyszę od innych i sam sobie to powtarzam, ale przecież to samostanowienie to jednak ciężar. Nie, nie narzekam, bo ktoś mi bardzo bliski powiedział, że ciągle narzekam, więc się od tego powstrzymuje.  Staram się, nic nie mówić i czasem tak jak teraz tylko coś napisze. Taki wentyl bezpieczeństwa. Gdy balon strachu i wiecznego zagrożenia wypełni mnie po brzegi, to ta pisanina zapewnia mi spokój i wytchnienie.

Lubię powroty do domu, lubię spacerować po sklepach bez celu, a w zasadzie z celem, choć niejasnym. Lubię wracać do domu.  Popołudnia są wytchnieniem. Choć nie mogę się pozbyć świadomości, że przecież jutro też będzie dzień.  A dzień oznacza zagrożenie, strach. Nie bardzo jestem pewny czy dobrze rozpoznaje mój stan. Czy to wieczne podniecenie zagrożeniem, niepewność jest, może być w zasadzie nazwana strachem? Przecież to takie wielkie słowo. A mój specyficzny, bardzo indywidualny stan jest taki bardzo mój, że trudno mi się czasem pogodzić z nazywaniem Go zwyczajnie strachem. Ale przecież jakoś chce Go nazwać. Nie oczekuje pomocy, bo wiem, że pomoc mogę sobie tylko ja sam. Nie szukam zrozumienia, bo sam tego dziwnego stanu nie rozumiem. To tylko zapis, notatka ze stanu świadomości…

dziennik pesymistyczny

Parkowe Polaków rozmowy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Idę sobie z rana przez park do urzędu.  A tam w pięknych okolicznościach przyrody, przy betonowym stoliku, który zasadniczo do ping-ponga służy, panowie w kilku, oraz panie w mniejszości, wódeczkę sobie popijają. Nie powiem, że nie pozazdrościłem… Na stole szklaneczki, kolorowe napoje orzeźwiające i gazowane oraz adekwatna  zakąska. A pod stołem buteleczki wódki, jedne pełne inne puste, jak to w czasie imprezowania.  Ja w swej skromnej osobie cichcem chodnikiem do tego urzędu, a przy stoliku biesiadnym towarzystwo głośno i radośnie myśli wymienia swobodnie. A że pewnie już po jednym, i po drugim, a może i po trzecim kieliszeczku panie i panowie to i głośno rozważają istotne problemy naszego świata.

– Takiego jak ten nasz papież był, to już nigdy przenigdy nie będzie – słyszę, bo od chodnika do stolika tylko kilka kroków. – Tak, ten, co abdykował, Niemiec znaczy się, to ja, ci powiem, powiem ci, ja to go szanuje, sza – nu – je! – głos męski. – Szacun mu się należy – drugi głos męski, młodszy. – Ciekawe, kogo teraz wybiorą? – głos damski dociekający sedna. – Byle nie czarnego! – zaniepokojony i chyba ironiczny głos męski. I tyle, i więcej nie słyszałem, bo mnie do tego urzędu spieszno było.

Jak już swoje problemy z szacunkiem i uniżeniem wielkim przedłożyłem najwyższemu, postanowiłem wracać również przez park. Czyli znów obok stolika gdzie impreza. Przez tę godzinkę, którą zmitrężyłem w urzędzie impreza znacznie się rozwinęła sądząc tylko po głośniejszych rozmowach oraz po przewadze pustych opakowań szklanych nad pełnymi.  – Te żydy to wszędzie są – słyszę od stolika głos męski. – A ten to myślisz, że nie żyd? – zapytanie padło. – Mówię ci no żyd, żyd jak nic – zapewniał kolejny dyskutant. – Powiedzieć ci, no powiem ci, w Watykanie to też żydów pełno – stwierdził młody sądząc z głosu. Czyli dyskusja typowa dla statystycznych Polaków trunkujących.

Nic się u nas nie zmienia. Czas sobie płynie leniwie. Flaszeczki, za flaszeczkami. Jedni produkują inni wypijają. Jedni Polacy się rodzą inni umierają. W parkach, na ławkach, w domach, przy stołach, też tych do ping-ponga, rodacy rozmawiają o polskich sprawach i problemach.  Ale od lat niezmiennie o tym samym. Bo to Polska właśnie.

dziennik pesymistyczny

Zabawne to FOMO

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Gdy tylko się przebudzę. Gdy tylko otworzę oczy. Gdy tylko zaloguję się w rzeczywistości, pierwsze co robię to sięgam po telefon, który już dawno przestał być tylko telefonem. Sprawdzam wiadomości na facebooku. Kontroluję, co nowego na wszystkich prowadzonych przeze mnie blogach i stronach.  Zaglądam do poczty. Przeglądam aplikacje informujące mnie, co nowego w prasie, radiu i telewizji. Artykuły, kilka maili, wpis na twitterze.  I już pora na poranne ablucje, tam nie jestem „on-line”. Ale śniadanie już w towarzystwie tabletu. Tam znów portale społecznościowe. Czytam i piszę. Poczta. Maile. Informacje. Telewizja śniadaniowa lub informacyjna. W samochodzie radio. Cały dzień w pracy przed komputerem. A jak nie przez cały, to na pewno przez większość dnia.  Jeśli nie wpatruję się w ekran to przecież i tak jestem zawsze w „zasięgu”. Jestem jak pies Pawłowa. Mam reakcje bezwarunkowe. Przechodzi mnie dreszcz, gdy słyszę pikanie telefonu. Podekscytowanie. Natychmiast dopada mnie nieodparta pokusa sprawdzenia przychodzącej wiadomości. Muszę być przez cały czas na bieżąco. W kontakcie. Informacja jest tak samo ważna dla mnie jak jedzenie, picie czy oddychanie. Nałogowo pragnę najnowszych wiadomości. Konsumuję informacje i je tworzę dla innych pożeraczy.

Tak, wiem, jestem uzależniony. Wiem, to nic nowego. Nic odkrywczego. Ale dzięki naukowcom (zapewne amerykańskim) teraz przynajmniej wiem/wiemy jak nazwać takie uzależnienia.  Zjawisko, pod którego jestem przemożnym wpływem, ma już swoją fachową nazwę. Dzięki Bogu za naukowców i za ich nieustającą chęć nazywania wszystkiego, chęć do nadawania wszystkim naszym fobiom nazwy. FOMO (termin ten pochodzi oczywiście z języka angielskiego: fear of missing out), bo o tym tu mowa to lęk przed tym, że coś nas omija. Zjawisko FOMO dotyczy nie tylko strefy prywatnej, ale też zawodowej. Mam bezustanną potrzebę sięgania po smatfona, co kilka minut. Bez względu na to, co robię, gdzie jestem, zawsze, co kilka chwil na ekranie telefonu sprawdzam wiadomości z sieci społecznościowych, maile, esemesy. Brak dostępu do sieci wywołuje u mnie klasyczne objawy odstawienia. Czyli jestem FOMO. Po prostu muszę, nie mogę się powstrzymać. Kiedyś wyczytałem w internecie, że wibracje ekranu nowoczesnych telefonów mogą wywoływać poprzez ich dotykanie reakcje podobne do euforii. Teraz, dzięki naukowcom, wiem, że mam kolejne przyjemne uzależnienie. A że kolekcjonuję takie stany, to wiedza ta jest dla mnie nawet przyjemna.

Na wakacjach, w kinie, w restauracji, w knajpie, w parku na ławce, nawet w pracy, nad morzem i górach, w autobusie, samochodzie, pociągu, wszędzie gdzie się da sprawdzam wiadomości i maile, co kilka minut. Wiem, że w esemesie mogę użyć stu sześćdziesięciu znaków, a wiadomość na twitterze to tylko sto czterdzieści znaków. Żyję sobie po części wirtualnie. Myśli wyrażam określoną liczbą znaków.  Chętnie uległem pladze nowoczesnej technologii. Zmieniła ona moje życie. Nie mam jak na razie o to pretensji. Raczej obserwuję z zainteresowaniem moje zachowania w tym nałogu, niż się go boję. Tworzę spokojnie wiadomości w nadmiarze prawie tak dużym, jak je czytam. Podobno psycholodzy zachowanie FOMO traktują, jako lęk przed przeoczeniem jakiegoś wydarzenia lub istotnej informacji, która może mieć wpływ na moje życie. No i ja się właśnie z przyjemnym dreszczykiem emocji boję, że „coś” przegapię. Ciekawi mnie to moje FOMO. Mam tak, że nie bardzo lubię społeczeństwo. Ludzie, w sensie społeczeństwo, bardziej odpowiadają mi w wersji elektronicznej. Mój brak przystosowania do życia w cywilizacji idealnie rekompensuję sobie w internecie. Zabawnym skutkiem ubocznym, i raczej nieszkodliwym dla mnie, jest coś, co teraz nazwano FOMO. To na tyle.  Jadę na zakupy. Ale zabieram telefon. Muszę być przecież na bieżąco. Jestem FOMO. Zabawne to FOMO.

dziennik pesymistyczny

„Bohaterem staje się błazen”

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Tradycyjnie w Polsce czas, w którym wierni rzymskokatolickiego kościoła świętują, lub świętować powinni narodziny Boga – Człowieka, jest dla hierarchów kościoła czasem wygłaszania umoralniających mów okolicznościowych. Całkowicie ich rozumiem, bo przynajmniej tej jednej nocy kościoły są pełne i jest, do kogo mówić. Tradycją stało się też przypominanie wiernym przez różne ekscelencje, że Kościół w Polsce jest obleganą twierdzą,  a siły zła czyhają tylko, aby zniszczyć tradycyjny model rodziny. Nie zdziwiło mnie więc szczególnie, że i w tym roku pewien arcybiskup, zwyczajowo przypomniał, że jesteśmy świadkami wyraźnego ataku na rodzinę i kościół. Ale też z radością zauważyłem, że z wielu jego wypowiedziami zgadzam się z pełni, choć chyba z innych pobudek.

– Błazen zajmuje miejsce mędrca, nauczyciela, kapłana. Błazen, wszystko mu wolno. Piana na ustach staje się wzorem niejednego działacza politycznego, któremu wszystko wolno, bezkarnie może obrażać innych ludzi. Myślę, że warto powiedzieć, zauważyć jak często paraliżuje lęk przed prawdą ludzi dzisiaj w świecie – powiadał metropolita. O i tu się zgadzam z dostojnikiem rzymskokatolickim.  Idąc za jego radą nie ulegam paraliżowi i nie odczuwam leku przed prawdą. Ale chyba inaczej pojmujemy tę prawdę. Chyba też inaczej widzimy  kto tu jest błaznem, który „zajmuje miejsce mędrca, nauczyciela, kapłana”. Posłużę się przykładem z miasta Torunia (nie piszę dokładnie, o kogo mi chodzi, bo i tak każdy wie, a po co robić reklamę). Mam nadzieję, że ekscelencja mówiąc o pianie na ustach błazna, o działaczach politycznych obrażających „innych ludzi” dostrzega, że to zjawisko w polityce powszechne i u tych, co stają często pod sztandarem rzymskiej wiary i u tych po stronie przeciwnej.  – Gadzina skórę zmienia, a przecież kąsa jednako – jak podobno mawiał Stańczyk.

– To jest też niekiedy historia nasza, naszej codzienności, że nie mamy odwagi, już się przyzwyczailiśmy i nie umiemy mówić prawdy. Kłamiemy nawet wtedy, kiedy usiłujemy mówić prawdę – zauważył patriarcha. I znów muszę się zgodzić, bo przecież to, co piszę wynika z mojego wewnętrznego przymusu mówienia prawdy.  Ekscelencja zauważa też, że ludzie, którzy chcą mówić prawdę są dyskwalifikowani. I jak się tu nie zgodzić. – Moje słowa – wyrwało mi się wewnętrznie, gdy przeczytałem o tym, że patriarcha uważa, że w Polsce jest demokracja sterowana oraz, że „można uzyskać wszystko, jeśli się ma duże pieniądze, jeśli się ma duży dostęp do grupy ludzi, wszystko wtedy staje się relatywne”. Mam też nadzieję, że obaj(jeszcze raz przepraszam że stawiam się na równi z ekscelencją, bo przecież jestem niegodny) nie kłamiemy nawet wtedy, kiedy usiłujemy mówić prawdę.

W jednym się nie zgadzam z purpuratem.  Zawsze mnie dziwiło, że te około dziewięćdziesiąt pięć procent naszego społeczeństwa, które przynajmniej według własnych deklaracji jest katolickie tak łatwo daje się oblegać też pozostałej mniejszości naszego społeczeństwa. I te marne „pięć procent „ znów zaatakowało skutecznie większość zamkniętą w kościelnej twierdzy. – Myślę, że dzisiaj (…) jest wyraźny atak na tradycyjny model rodziny, złożonej z jednego mężczyzny i z jednej kobiety, rodziny wielodzietnej – mówił arcybiskup.  Jak silna może być te „pięć procent”, że tak skutecznie atakuje „tradycyjny model rodziny”, że w tych dziewięćdziesięciu pięciu procentach Polaków zachwiała się wiara w to, że rodzina jest złożona z „z jednego mężczyzny i z jednej kobiety” otoczonej mrowiem przychówku.

– Niech mi pokaże którykolwiek z tych ludzi, którzy wymyślili to wielkie kłamstwo historyczne, w którym miejscu ewangelia mówi o przemocy? Gdzie Kościół zachęca do przemocy? To jest dramat zakłamywania – mówił hierarcha.  Proszę bardzo: „Z woli Bożej opanowali miasto i urządzili nieopisaną rzeź do tego stopnia, że leżące obok jezioro, szerokie na dwa stadia, wydawało się pełne krwi, która tam spłynęła”. Zajęło mi to minutę. To tylko jeden cytat.  Ale co ja tam wiem, ja jestem tylko maluczkim, daleko mi do mądrości ekscelencji i jego znajomości pisma. Gdzie Kościół zachęca do przemocy? Historia kościoła to chyba nie tylko nawoływanie do miłości i zrozumienia?  Było wielu takich wiernych, i chyba nadal jest, którzy uważają, że likwidacja niewiernych jest spełnieniem woli Bożej. Ale w jednym się z ekscelencją zgadzam, jest to „dramat zakłamywania”.

I chyba nikt mi już nie powie, że jako ten, kto często dawany jest, jako przykład tych, co atakują i oblegają katolicko – narodową – tradycyjnie – rodzinną twierdzę, czasami nie zgadzam się z tymi, których jest tu około dziewięćdziesięciu pięciu procent oraz z tym, który przynajmniej teoretycznie powinien im przewodzić. I jeśli jestem błaznem? Trudno, nie jestem tu sam.