Tag Archives

14 Articles

dziennik pesymistyczny

Dobry policjant

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Co dziś robisz ze sobą? Nie zaprosiłbyś mnie na wódkę? – spytał przyjaciel na „dzień dobry”, gdy tylko wymieniliśmy się serdecznościami. Nic innego nie miałem ze sobą do zrobienia, więc perspektywa wspólnego picia alkoholu wydała się wielce kusząca. – Do mnie, do Ciebie, do restauracji, do baru, do parku, w inne urocze uroczysko? – zapytałem tak, aby mógł wybrać miejsce spożywania, które aktualnie najbardziej pasuje do dzisiejszej aury i mojego samopoczucia.

dziennik pesymistyczny

Mandat za spożywanie na odludziu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Znów to samo. Ileż razy można? No nie, to już staje się nudne. Kolejny mandat za usiłowanie spożycia w miejscu publicznym. No i ponownie policjanci musieli się przedzierać przez zarośla by odszukać nas spożywających na świeżym powietrzu. Ja to nawet rozumiem tą determinacje mundurowych, którzy brnęli do nas przedzierając się przez gęste zarośla niczym wyprawa poszukująca źródeł Amazonki. Taka służba. Takie rozkazy. No i tym razem to jeszcze ktoś musiał nas wypatrzyć, choć sam nie wiem jak, i doniósł służbą. Naród taki u nas, że zawsze coś mu przeszkadza, więc zdążył się donosik.

dziennik pesymistyczny

Art. 43 uwTWA usiłowanie spożycia alkoholu w miejscu objętym zakazem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Nalej mi głębszego, bo mnie wnerwił taki jeden mundurowy – rzekł gniewnie mój przyjaciel przysiadając się do naszego stolika. – Czym Cię tak mundurowy z nerw wyprowadził, jeśli można wiedzieć? – spytałem przyjaciela nalewając mu i przesuwając w jego stronę „pięćdziesiątkę”.  – Mandat mi wlepił, nadzorca skubany! – ryknął gniewnie i z odrazą rzucił na stół blankiet mandatu. – Za „usiłowanie spożycia alkoholu w miejscu objętym zakazem” mnie skasował – wrzasnął, po czym jednym haustem wypił to, co miał nalane.  – Dwadzieścia złotych – powiedział na wydechu poszukując z widelcem w ręku zakąski.

– Dwadzieścia złotych? I tak Ci mało policzył, mógł więcej – zauważyłem. – Fakt, mnie się dostało za „spożywanie w miejscu publicznym” stówkę – powiedział nasz kolega. Podniosłem ze stolika blankiet mandatu, podsunąwszy go sobie pod nos, na którym miałem już przygotowane okulary stosowne w takich razach, przeczytałem co tam stało: 20 zł, słownie: dwadzieścia złotych. Potem było trochę prawno -państwowego bla, bla, bla, no i w odpowiednim miejscu pan policjant wpisał: „Art. 43 uwTWA usiłowanie spożycia alkoholu w miejscu objętym zakazem”.

 – Obudziłem się dziś w bardzo antypaństwowym nastroju – kontynuował swą opowieść mój znajomy. – Już w nocy czułem, że wzbiera we mnie nienawiść, żal i frustracja. Wiedziałem, że coś muszę zrobić, zadziałać, że tak dalej być nie będzie – tłumaczył przyjaciel miedzy jednym głębszym a kolejnym nalewanym. – No i z tych nerw, kupiłam w sklepie. Następnie oddaliłem się od ludzi, usiadłem na pniu zwalonego drzewa w miejscu gdzie nikt od tak sobie nie przechodzi, bo trzeba tu po prostu przyjść specjalnie. Można powiedzieć, że zasiadłem do konsumpcji piwka pośrodku niczego. Siedzę sobie tak kontemplując wyjątkowe okoliczności przyrody, otworzyłem butelkę z piwem, upiłem z niej dwa łyki, i wnet słyszę za sobą słowa: „pijemy w niedozwolonym miejscu, tak? Dokumenciki poprosimy, Tak?”. To policja była – zakończył, smętnie spoglądając na mandat.

– Było nie brać mandatu – zauważyłem. – Zrobiłem to z lenistwa. Dwie dychy to mniej kłopotów, a w państwowym sądzie i tak z nimi nie wygrasz – dodał. I miał niestety racje. Nadzorcy czyli służby mundurowe, uprawnione przez państwo do karania ludzi pragnących wypić na świeżym powietrzu często same niezbyt dobrze orientują się w przepisach. Korzystając z niewiedzy zatrzymanych wystawiają im mandaty, tajemniczo tłumacząc, że przewinienie polegało na „spożywaniu alkoholu w miejscu publicznym” lub usiłowaniu „spożycia alkoholu w miejscu objętym zakazem”.

– Czyli  Art. 43 uwTWA był podstawą ukarania Cię mandatem? – zapytałem przyjaciela. Przytaknął i wskazał mi miejsce, w którym wykaligrafowano podstawę prawną grzywny. – Możesz sprawdzić co to takiego u diabła to „Art. 43 uwTWA” ? – zwróciłem się do naszego kolegi, który był jeszcze w stanie sprawdzić to, co nas interesowało. Sprawdził w necie co chciałem, wiec zacząłem przesłuchanie.

Okazało się, że” Art. 43 uwTWA” to z dużym prawdopodobieństwem Ustawa z dnia 26 października 1982 r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. A tam w artykule 43 znalazłem, co następuje:

1. Kto sprzedaje lub podaje napoje alkoholowe w wypadkach, kiedy jest to zabronione, albo bez wymaganego zezwolenia lub wbrew jego warunkom, podlega grzywnie.  – Sprzedawałeś lub podawałeś napoje alkoholowe? – spytałem przyjaciela. – Oczywiście, że nie – odparł.

No to punkt 2. – zaczynałem czytać. – Tej samej karze podlega kierownik zakładu handlowego lub gastronomicznego, który nie dopełnia obowiązku nadzoru i przez to dopuszcza do popełnienia w tym zakładzie przestępstwa określonego w ust. 1. – przeczytałem. – Coś z tych rzeczy robiłeś? – spytałem ponownie. Zaprzeczył

– No to 3. W razie popełnienia przestępstwa określonego w ust. 1 albo 2 można orzec przepadek napojów alkoholowych, chociażby nie były własnością sprawcy, można także orzec zakaz prowadzenia działalności gospodarczej polegającej na sprzedaży lub podawaniu napojów alkoholowych lub 4. Orzekanie w sprawach o przestępstwa określone w ust. 1 i 2 następuje na podstawie przepisów o postępowaniu karnym. – po przeczytaniu spojrzałem na niego pytająco. Pokręcił znacząco głową.

– Na boga w niebiesiech, ja nic z tych rzeczy nie zrobiłem, moje dwadzieścia złotych! – zawołał wnosząc ręce ku niebu. Co prawda jest tu też Art. 43 z małą jedynką u góry obok 3, więc może pan policjant nie dopisał albo może usiłował dopisać? No więc zaczynamy:

Art. 43 (ten z małą jedyneczką). 1. Kto spożywa napoje alkoholowe wbrew zakazom określonym w art. 14 ust. 1 i 2a-6 albo nabywa lub spożywa napoje alkoholowe w miejscach nielegalnej sprzedaży, albo spożywa napoje alkoholowe przyniesione przez siebie lub inną osobę w miejscach wyznaczonych do ich sprzedaży lub podawania, podlega karze grzywny – wyrecytowałem.

– A może tyś zrobiłeś coś Art. 14. 1. gdzie zabrania się sprzedaży, podawania i spożywania napojów alkoholowych: 1) na terenie szkół oraz innych zakładów i placówek oświatowo-wychowawczych, opiekuńczych i domów studenckich lub 2a. Zabrania się spożywania napojów alkoholowych na ulicach, placach i w parkach, z wyjątkiem miejsc przeznaczonych do ich spożycia na miejscu, w punktach sprzedaży tych napojów. 3. Zabrania się sprzedaży, podawania i spożywania napojów zawierających więcej niż 18% alkoholu w ośrodkach szkoleniowych. 4. Zabrania się sprzedaży, podawania i spożywania napojów zawierających więcej niż 18% alkoholu w domach wypoczynkowych.  5. Sprzedaż, podawanie i spożywanie napojów zawierających więcej niż 4,5% alkoholu może się odbywać na imprezach na otwartym powietrzu tylko za zezwoleniem i tylko w miejscach do tego wyznaczonych. 6. W innych niewymienionych miejscach, obiektach lub na określonych obszarach gminy, ze względu na ich charakter, rada gminy może wprowadzić czasowy lub stały zakaz sprzedaży, podawania, spożywania oraz wnoszenia napojów alkoholowych.

– Coś z tych rzeczy? – dociekałem.  – No ja nic, przysięgam jestem niewinny Wysoka Komisja! Przepraszam, sorki, poniosło mnie… nie, nic takiego nie zrobiłem – zarzekał się przyjaciel.

– To za co był ten mandat? – spytałem. – No za usiłowanie spożycia – odpowiedział. Dziwny jest ten świat. Dostał przyjaciel mandat za to „usiłowanie spożycia alkoholu w miejscu objętym zakazem” gdzie policjant powołał się na prawo, które o niczym takim nie wspomina. Nie ma też co iść z czymś takim do sądu. Przypomniałem sobie, że pewien sędzia w podobnej sprawie „za usiłowanie spożycia” w uzasadnieniu tłumaczył, że nie ma podstaw, żeby nie wierzyć funkcjonariuszom m.in. ze względu na ich dobrą znajomość prawa i pełnioną funkcję. – Dostałem mandat bez właściwej podstawy prawnej – przejął się przyjaciel. – Daj spokój, nie Ty pierwszy i nie ostatni. Ciesz się, że Cię nie rozstrzelali – powiedziałem. Ucieszył się. Wszyscy się cieszyliśmy, bo byliśmy w takim miejscu wolnej Polski, w którym alkohol jest nadal dozwolony do spożycia.

dziennik pesymistyczny

Gliniarz, paralizator oraz prokurator

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Prokurator nie skrzywdzi funkcjonariusza, bo przecież obaj działają w ramach jednego układu państwowego. Policjant który raził prądem anarchistów nie stanie przed sądem, bo prokuratura chce dla niego warunkowego umorzenia sprawy. Bo „szkodliwość społeczna nie była znaczna”. Pewnie dlatego, że to osoby należące do tej samej grupy interesów, do tej samej grupy zawodowej i nie będą robiły sobie krzywdy.

Prawie dwa lata temu podczas wykładu na Uniwersytecie pewien ksiądz profesor nauczał wiernych, że gender nie jest nauką, lecz ideologią prowadzącą do dewastacji człowieka i rodziny. Wykład osoby duchownej zakłóciła grupa anarchistów komentując głośno słowa wielebnego, klaszcząc w dłonie, tańcząc i biegając po sali.

Takiej bezbożności i braku poszanowania dla osoby duchownej nie zdzierżyli policjanci w cywilu. W obronie moralności i ładu społecznego chcieli usunąć anarchistów z sali. Doszło do szamotaniny. Starszy aspirant w cywilu tak się zapalił do roboty, że potraktował protestujących prywatnym paralizatorem, co uwieczniono na nagraniach z telefonów komórkowych. Anarchiści nie niszczyli mienia, nikogo nie atakowali, a jedynie bawili się w berka z policjantami.  Mimo tego funkcjonariusze użyli prywatnych paralizatorów, choć nawet gdyby były to państwowe paralizatory a nie prywatne to i tak nie mieliby prawa ich użyć.

To zupełnie jasne nawet dla trzyletniej dziewczynki – parafrazując klasyka – że użycie prywatnego paralizatora przez policjanta w cywilu było niedopuszczalnie. Policjantom nie wolno używać prywatnej broni, chyba, że ich życie byłoby zagrożone. A tu nie zachodziły takie okoliczności.

Gdy o sprawie zrobiło się głośno policjant który użył paralizatora przyjął zaskakującą linię obrony. Tłumaczył, że tylko straszył anarchistów latarką, która imituje trzask wyładowania elektrycznego i świeci na niebiesko. Oczywiście policjant nie pokazał tej „latarki”, bo ponoć ją zgubił. Przełożeni oczywiście mu uwierzyli.

Natrętni anarchiści nie dali za wygrana i powiadomili o przestępstwie prokuraturę. Śledztwo trwało półtora roku. Powołano nawet biegłego który wydał jednoznaczną opinię, że policjant zaatakował demonstrantów paralizatorem w wyniku czego trzy osoby zostały porażone prądem.

Policjant dostał co prawda w prokuraturze zarzuty przekroczenia uprawnień oraz naruszenia nietykalności cielesnej trojga anarchistów. Groziły mu za to trzy lata więzienia. Ale przecież jak wiadomo, kruk krukowi oka nie wykole. Choć prokuratura postawiła funkcjonariuszowi zarzuty, to wcale nie chciała jego skazania. Zamiast aktu oskarżenia do sądu skierowano wniosek o warunkowe umorzenie sprawy. Bo szkodliwość społeczna czynu nie była znaczna.

W ocenie państwowej prokuratury wynikało, że co prawda policjant złamał prawo rażąc prądem pokrzywdzonych, ale „sytuacja była dynamiczna, a zachowanie pokrzywdzonych prowokacyjne”. Wygląda na to, że anarchiści sami sobie byli winni, bo się wręcz domagali oberwania paralizatorem.

W ocenie geniuszy sprytu z prokuratury policjant miał co prawda prywatny paralizator którego mieć nie powinien, ale jego kolega wyjaśnił, że to do ochrony przez niebezpiecznymi psami, więc prokuratura uznała, że jak tam ma, to niech sobie ma. Prokuratura stwierdziła, że nie można było pokrzywdzonych razić prądem, ale spojrzała na sprawę kompleksowo i wnioskowała umorzenie sprawy.

– Tak ją oceniliśmy, ma pan prawo się z tym nie zgadzać – mówi przedstawicielka prokuratury w rozmowie z dziennikarzem. No całkiem jak w Misiu: Cham się uprze i mu daj. Jak się w Polsce chce przeczyć to trzeba pamiętać, że policjant jak na służbie tak i w cywilu ma zawsze racje. Nie po to mu państwo dało władze nad tłuszczą żeby się teraz tłumaczył. A jak już musi to go prokurator po znajomości wybroni. A jak i to nie pomoże, to może sąd da wiarę mundurowemu, bo jak już kiedyś pisałem, nie znajdzie podstaw żeby nie wierzyć funkcjonariuszom m.in. ze względu na ich dobrą znajomość prawa i pełnioną funkcję. Cóż pozostaje nam tylko mieć mocną skórę i szybkie nogi, bo ta sprawa to jasny sygnał, że łamanie prawa przez policjantów uchodzi bezkarnie.

dziennik pesymistyczny

Cios w twarz od policjanta czyli nietykalność cielesną funkcjonariusza

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W pewnej gminie zdarzyła się interwencja policji. Należy w tym miejscu podkreślić, że była to interwencja w całkowicie słusznej sprawie ochrony porządku publicznego. Jak to często bywa w takich sytuacjach świadkowie zdarzenia zaczepiali policjantów. Radzili ich, nie przebierając w słowach, co też mają mundurowi czynić i jak się zachowywać, więc siłą rzecz doszło do szarpaniny. W pewnym momencie jeden z gapiów otrzymał cios w twarz od policjanta a inny został zwyzywany rasistowskimi odzywkami oraz brutalnie popchnięty. Co na to policja? Policja tradycyjnie mówi o naruszeniu nietykalność cielesnej funkcjonariusza publicznego na służbie.

Ja naprawdę nie mam żadnej obsesji na punkcie służ mundurowych. To, że państwowe organy przymusu społecznego są częstym tematem moich tekstów wynika tylko i wyłącznie z ich szczególnego upodobania do nadużywania własnej władzy i własnych uprawnień. Może mam małą  alergie na funkcjonariuszy wyniesioną z czasów ustroju słusznie minionego i pogłębioną w czasach „wolności”, ale to chyba nie przyczyna, lecz skutek.

Ale do sprawy. Policjanci obezwładnili mężczyznę, który awanturował się w tramwaju. Dokonywali tego w asyście gapiów.  Jeden z nich chciał pomóc zatrzymanemu, bo uważał, że ten ma atak padaczki. Doszło do szarpaniny w wyniku której funkcjonariusz uderzył jednego z gapiów w twarz. Policjanci twierdzą, że przechodnie przeszkadzali im w pracy. A to że obywatel dostał w dziób, to się tam kiedyś wyjaśni w odrębnym postępowaniu oczywiście.

 – Zakuli go w kajdanki, psiknęli gazem i przewrócili na ziemię. W tym momencie ten pan dostał prawdopodobnie ataku padaczki. Ja chciałem mu udzielić pomocy, policjanci nie dopuścili mnie, odpychali, zaczęła się szamotanina – powiedział pan Piotr – ratownik medyczny – na antenie TVN24. Tą próbą niesienia pomocy pan Piotr podobno dotkliwie znieważył funkcjonariuszy i naruszył ich nietykalność cielesną. Mundurowi w ich mniemaniu słusznym odwecie zwymyślali pana Piotra rasistowskimi wyzwiskami. – Osoby postronne nie powinny zachowywać się (tak) w stosunku do policjantów. Przechodnie zachowywali się wulgarnie, nie mając pojęcia o tym, co robią funkcjonariusze – tradycyjnie tłumaczył zachowanie funkcjonariuszy podkomisarz z policji dodając oczywiście coś o naruszeniu nietykalność cielesnej funkcjonariusza publicznego na służbie.

Ja rozumiem, że czasami policjanci działając zgodnie z prawem używają siły, ale chyba powinno to zdarzyć się tylko wtedy, kiedy jest to konieczne. W tym przypadku funkcjonariusze założyli mężczyźnie kajdanki, po czym psiknęli gazem i zatrzymanego delikwenta przewrócili na ziemię. Tak wynika z relacji świadka. Gazem zakutego w kajdanki? Trochę dziwne. Ale dziwniejsze są rasistowskie odzywki policjanta w stosunku do świadka zdarzenia, który tylko chciał nieść pomoc. A już najdziwniejsze jest to, że jeden z gapiów otrzymuje cios w twarz od policjanta. Czy to klasyczne zachowanie organów mundurowych?  Kto tu komu naruszył nietykalność?

Ja, jak widzę mundurowego, to choć jestem z natury i wychowania najspokojniejszym i najniewinniejszym człowiekiem pod słońcem to jednak czuje strach. To jak z wielkim niebezpiecznym psem (porównanie nie zawiera żadnych podtekstów).  No, czuje irracjonalny strach, nic na to nie poradzę, ale z drugiej strony przecież już samą swoją obecnością mogę naruszyć „nietykalność cielesną funkcjonariusza publicznego” za co grozi kara grzywny lub „pozbawienia wolności do lat 3”. Albo przynajmniej zarobić w dziób od policjanta, więc strach jest.

dziennik pesymistyczny

Władza i niepoczytalność

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Pewna pani nieopatrznie przeszła przez skrzyżowanie w miejscu niedozwolonym. Według zeznań interweniujących policjantów podczas zatrzymania pieszej, miała ona odmówić podania swoich danych osobowych oraz znieważyć funkcjonariuszy obelżywym słowem i agresywnym czynem. Kobieta twierdzi, że to policjanci byli wobec niej brutalni i siłą wrzucili ją do radiowozu. Sprawa trafiła do sądu, który ukarał kobietę nie tylko za znieważenie funkcjonariuszy, ale także wysłał na przymusowe badania psychiatryczne.

Sąd Rejonowy pierwszej instancji postanowił ukarać kobietę grzywną oraz obarczyć ją kosztami sądowymi. Kobieta nie zgadzając się z tą decyzją, postanowiła się odwołać. Sąd Okręgowy gdzie trafiła sprawa, uchylił wyrok Sądu Rejonowego, jednak nie na podstawie opinii biegłego, który był korzystny dla oskarżonej, a z powodu błędów formalnych.

Kobieta rozdrażniona decyzją sądu zaczęła kierować do tej instytucji obraźliwe pisma. Sąd odpowiedział powołaniem biegłego z dziedziny psychiatrii, który miał ustalić czy kobieta jest poczytalna. Biegły, po przeanalizowaniu pism wysyłanych przez kobietę oraz na podstawie kilkuminutowej rozmowy rozpoznał u kobiety schizofrenię. Tym samym sprawa została umorzona, jednak grzywna za znieważanie jest nadal obowiązująca, wyrok bowiem zapadł, zanim rozpoznano niepoczytalność.

I tak to można w prosty sposób trafić za przejdzie w niedozwolonym miejscu na badania psychiatryczne. Wystarczy się postawić policjantowi, mieć po prostu inne zdanie, nie zgadzać się z jego oglądem sprawy, aby być oskarżonym o znieważenie funkcjonariusza. Obywatel, który sprzeciwia się policji, sądowi czyli wszelkiej władzy państwowej, nie ma szans, by dochodzić swoich spraw przed sądem, i szybko trafia na badania psychiatryczne gdzie okazuje się, że jest niepoczytalny.

Wystarczy złożyć zawiadomienie o przekroczeniu uprawnień przez funkcjonariusza, aby w odpowiedzi na postawione mu zarzuty zostać oskarżonym między innymi o używanie słów wulgarnych i obelżywych w stosunku do funkcjonariusza w mundurze. Łatwo zgadnąć, komu uwierzy sąd, gdy już przed nim staniemy i słowa mundurowego będą przeciwko naszym słowom. Wielokrotnie słyszałem o takich przypadkach. Wystarczyła krótka sonda wśród moich znajomych, aby potwierdzić, że nawet niewinnie wyglądającym i grzecznym z natury osobom zdarzyły się oskarżenia o używanie słów wulgarnych i obelżywych w stosunku do funkcjonariusza.

I mnie to kiedyś spotkało. Ja też byłem pomówiony przez funkcjonariuszy. Chociaż każdy, kto mnie zna przyzna najpewniej, że jestem niespotykanie spokojnym człowiekiem. Gdy mundurowi wręczali mi mandat nie dyskutowałem. Nie marudziłem. Spokojnie zgodnie z prawem odmówiłem przyjęcia mandatu, bo mieliśmy z funkcjonariuszem inne zdanie na temat różnic między zatrzymaniem i postojem pojazdu. A że nie chciało mi się dyskutować, więc uznałem, że sąd jest najwłaściwszym miejscem do rozstrzygnięcia, który z nas dwóch ma rację.

I tak się stało. Spotkaliśmy się przed obliczem sądu z panem mundurowym i tam dowiedziałem się z ust funkcjonariusza, że podczas gdy on pełen skromności i wymogów służby starał się wręczyć mi mandat, ja podniesionym głosem używałem w stosunku do niego słów wulgarnych, ogólnie uważanych za obelżywe, czym go uraziłem do żywego. Byłem po prostu agresywny i wulgarny. Zdziwiłem się, bo albo miałem pomroczność jasną, albo po prostu mundurowy kłamał, że byłem taki, jakim nigdy nie bywam. Na pytanie wysokiego trybunału czy tak było zaprzeczyłem i przywołałem na świadka osobę, która podróżowała wtedy ze mną samochodem. I tu jakby to moje szkalowanie munduru znikło zupełnie. Bo ani funkcjonariusz już więcej do kwestii słów wulgarnych nie powracał, ani sąd jakoś nie drążył tematu mojej wmawianej mi przez niego obelżywości i agresywności.

I tak miałem szczęście, bo pamiętam sprawę sądową, w której sędzina w uzasadnieniu wyroku tłumaczyła, że nie ma podstaw, żeby nie wierzyć funkcjonariuszom m.in. „ze względu na ich dobrą znajomość prawa i pełnioną funkcję”.

Dlatego bardzo się cieszę, że miałem tyle szczęścia, bo mogłem skończyć jak ta kobieta. Mogłem zostać przez sąd skierowany na przymusowe badania psychiatryczne, gdzie biegły na podstawie kilkuminutowej rozmowy rozpoznałby u mnie schizofrenię i uznał za niepoczytalnego.

dziennik pesymistyczny

Sędzia Dredd po polsku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Nowe prawo drogowe dało oręż do walki z tymi, co w samochodach z nadmierną szybkością przemieszkają polską krainę.  Na drogach i ulicach polskich miast pojawili się policjanci niczym nowe wcielenia filmowego sędziego Dredda. Prawodawca broniąc się przed chaosem drogowego bezprawia ustanowił radykalny system wymierzania sprawiedliwości.  Piratów drogowych ścigają teraz Policjanci – Sędziowie. Kiedy kogoś dopadną, wolno im na miejscu go osądzić, wydać wyrok i wymierzyć karę.

W myśl nowych przepisów, gdy kierowca przekroczy w terenie zabudowanym prędkość o ponad 50 km/h lub gdy będzie przewoził nadmierną liczbę osób, to policjant w czasie kontroli drogowej zatrzyma kierowcy prawo jazdy. Czyli w praktyce oznacza to, że funkcjonariusz dopadnie przestępcę, na miejscu go osądzi, wyda na niego wyrok i wymierzy karę jaką będzie zabranie kierowcy uprawnień do prowadzenia pojazdu. Od wdrożenia nowych, zaostrzonych przepisów drogowych mijają zaledwie trzy dni a już policjanci zatrzymali w ten sposób 144 prawa jazdy.

Dodatkowo  policja nie dysponuje miernikami prędkości, które spełniają podstawowe wymogi prawa metrologicznego co sprawia, że pomiary prędkości wykonywane przez policjantów są bezprawne, a często też nieprawidłowe. Przede wszystkim urządzenia te nie rejestrują pomiarów, a sądy opierają się jedynie na zeznaniach funkcjonariuszy. Praktycznie zatem każdy policjant może zatrzymać prawo jazdy komu chce, a udowodnienia swojej niewinności jest bardzo trudne jak niemożliwe.

Co prawda policjant po zatrzymaniu prawka prześle dokument do właściwego starosty, który – wydając decyzję administracyjną – formalnie zatrzyma uprawnienia, ale to raczej będzie przyklepanie wyroku, który na kierowcę wydał jednoosobowo funkcjonariusz policji państwowej niż sprawdzenie poprawności postępowania mundurowego. Za pierwszym razem prawo jazdy zatrzymane zostanie na 3 miesiące.

Zgodnie z nowymi przepisami starosta może wydać decyzję o zatrzymaniu uprawnień do kierowania pojazdami nie tylko w sytuacji, kiedy prawo jazdy zostało fizycznie zatrzymane przez policjanta. Starosta – a w praktyce urzędnik starostwa – może to zrobić zawsze wtedy, gdy stwierdzi dopuszczenia się jednego z powyższych czynów. Czyli na przykład wtedy, gdy kierowca przekroczy w terenie zabudowanym prędkość o ponad 50 km/h i stwierdzone to zostanie na podstawie zdjęcia z fotoradaru. Wtedy starosta wyda decyzję o zatrzymaniu prawa jazdy pod rygorem natychmiastowej wykonalności oraz zobowiąże kierowcę do zwrotu prawa jazdy.

Oczywiście można powiedzieć, że to nie jest jednoosobowe oraz subiektywne orzekanie o winie i wydawanie wyroku przez urzędnika czy policjanta, bo ustawodawca w swej wspaniałomyślności przewidział tryb odwoławczy. I tak od orzeczenia policjanta czy starosty będzie się można odwołać do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, a następnie do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Ale znając szybkość działania polskich instytucji sprawiedliwości to takie pisanie jest jak pisanie na Berdyczów. Nie sądzę żeby tryb odwoławczy był krótszy od 3-miesięcznego okresu, na jaki zatrzymywane będzie prawo jazdy.

Należy też wspomnieć, że kierowcom, którzy zdecydują się na jazdę mimo 3-miesięcznego zakazu, okres zatrzymania prawa jazdy zostanie wydłużony do 6 miesięcy. Jeśli mimo to będą prowadzić auto, zostaną im cofnięte uprawnienia do kierowania pojazdami. A wtedy odzyskanie prawa jazdy wiązać się będzie z koniecznością ponownego zdania egzaminu i spełnienia warunków przewidzianych dla osoby po raz pierwszy ubiegającej się o prawo jazdy. Czyli praktycznie można stracić prawo jazdy na zawsze w wyniku jednoosobowej subiektywnej opinii funkcjonariusza, który dopadną kierowcę za przekroczeniu prędkości, na miejscu go osądzi, wyda wyrok i wymierzyć karę. Tanie państwo prawa. Policjant i Sędzia w jednym.

dziennik pesymistyczny

Polski Harry Houdini

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Czy możliwe jest, aby mając ręce skute kajdankami za plecami wyjąć z kabury konwojującego policjanta pistolet, odbezpieczyć, przeładować a następnie oddać strzał?  Potrafiłbyś tego dokonać drogi czytelniku? A czy byłbyś na tyle sprytny aby zrobić to po pijaku, na tylnym siedzeniu samochodu, który właśnie pokonuje rondo?  Ja bym nie potrafił. Nie znam też nikogo, kto byłby tak uzdolniony. A jednak prokuratura znalazła biegłych, który uznali, że to możliwe.

– Ale nie uprzedzajmy faktów – jak mawiał klasyk.  W pewien wiosenny wieczór policjanci zatrzymali dwudziestotrzyletniego mężczyznę. Do aresztu konwojowało aresztanta dwóch funkcjonariuszy. Jeden prowadził auto, a drugi siedział z tyłu obok zatrzymanego. Podczas jazdy chłopak odebrał broń policjantowi siedzącemu obok niego a następnie śmiertelnie się z niej postrzelił.  Taka jest wersja policji i prokuratury która umorzyła śledztwo w tej sprawie.

Nikogo nie wzrusza fakt że taki czyn wymagał od tego chłopaka nadludzkiej wprost zręczności.  A może nawet umiejętności z pogranicza magii. Wielki Harry Houdini nie powstydziłby się takiej sztuczki. Według prokuratury żył w małej miejscowości na Mazowszu ktoś, kto był równie uzdolniony jak wielkim magik z Ameryki.  Dokonał tego co niemożliwe, jak się okazało na swoje nieszczęście.

Jak informuje prokuratura sekcja zwłok wykazała, że wlot pocisku znajdował się w bliskiej odległości od kręgosłupa, z tyłu, mniej więcej na wysokości paska od spodni. – Pocisk przemieszczał się przez ciało pod kątem 30 stopni, wylot pocisku był na brzuchu, po lewej stronie. W rezultacie utkwił w dachu pojazdu – informuje rzeczniczka tej instytucji.

Prokuratura powołała biegłych, którzy mieli wyjaśnić jak to się mogło zdarzyć, że pokrzywdzony mając skute ręce do tyłu kajdankami mógł wyjąć pistolet z kabury, przeładować go i strzelić sobie w plecy. W celu wyjaśnienia tej zagadki przeprowadzono eksperyment z udziałem pozorantów. Użyto tego samego samochodu, tych samych kajdanek oraz broni policjanta.

 I okazało się, że jest to możliwe. Podobno nie jest żadnym problemem to, że ma się ręce skute kajdankami na plecach, bo to dawało dużą manewrowość i można było swobodnie manipulować pistoletem w takiej pozycji. Również z opinii biegłych wynika, że w tej konkretnej sytuacji było możliwe wyjęcie z kabury pistoletu, przeładowanie go i oddanie strzału w swoją stronę.

To coś niesamowitego. Coś co mogłoby rozsławić Polaków na cały świat. Toż to przecież najprawdziwsza magia. I co ciekawsze okazuje się, że biegli wynajęci przez prokuraturą tą magie rozszyfrowali i potrafią ją, jak się domyślam, wielokrotnie powtórzyć. Wstyd, że się tego bardziej nie nagłaśnia. Przecież można by na taki pokaz prawdziwej magii bilety sprzedawać i duże pieniądze zarobić.

Jakoś nie mogę sobie wyobraził tego zdarzenia. Ale jak prokuratura i jej biegli tak ocenili to pozostaje mi wierzyć na słowo, choć bardzo chętnie zobaczyłbym taki eksperyment.

Ja bym na trzeźwo tak nie potrafił a co dopiero „pod znacznym wpływem alkoholu”. Trudno mi uwierzyć, że mocno pijany chłopak, ze skutymi na plecach rękoma, odbiera broń policjantowi, przeładowuje i następnie strzela do siebie. Jeśli tego nie zobaczę to nie uwierzę.  I choć nic nie sugeruje, to tak po prostu trudno mi w to uwierzyć. Ale możliwe przecież, że mieszkał w Polsce drugi Harry Houdini szkoda tylko, że zginał.

dziennik pesymistyczny

Komu dzwoni ten odpowie przed sądem za zakłócenie mszy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Jakby ktoś pytał to od dwóch godzin jestem z tobą cały czas i pijemy sobie – wyszeptał mi do ucha przyjaciel. Wpadł do knajpy zdyszany, cały mokry od potu. Zrzucił płaszcz, usiadłszy przy stoliku zakrył się przed światem rozpostartą płachtą gazety.  – Przepraszam, co się szanownemu panu przydarzyło – zapytałem wpatrując się tam gdzie za papierowym parawanem spodziewałem się jego twarzy. – Uciekam, kryj mnie – usłyszałem dyskretny szept. – Polej, musimy być wiarygodni w zeznaniach, że piliśmy, a ja trzeźwy jestem jak ryba – dodał. Spełniłem jego prośbę.

Po dłuższej chwili i po kilku głębszych trochę się uspokoiwszy, mój przyjaciel opowiedział mi co go spotkało. – Byłem w kościele i tam, tak w połowie mszy,  zadzwonił mój telefon. Szukałem go po kieszeniach, w torbie a ten dzwonił i dzwonił. Gdy go w końcu zlokalizowałem i wyłączyłem, ten zaczął ponownie dzwonić. I tak kilka razy. Znów wyłączyłem i gdy podniosłem wzrok zobaczyłem, że wszyscy wierni zebrani w kościele, ksiądz przy ołtarzy, ministranci i nawet kościelny, wszyscy patrzą na mnie nienawistnym wzrokiem – opowiadał z przejęciem przyjaciel. – Wtedy zrozumiałem, że już po mnie. Uciekłem z kościoła co sił w nogach. A teraz błagam Cię mój przyjacielu, daj mi alibi, może policja uwierzy, że to nie byłem ja, że to nie ja tym telefonem w kościele dzwoniłem – dodał.  I tak mnie prosił, tak prosił, że się zgodziłem skłamać organom, choć z natury jestem prawdomówny.

– A dlaczego sądzisz, że coś ci grozi za ten dzwonek telefonu w kościele? Przecież za to nie wsadzają do pierdla – spytałem, gdy już się nieco uspokoił. – I tu się szalenie mylisz przyjacielu – odparł. Po czym zaczął poszukiwać czegoś w torbie. Wyciągnął z niej tablet, coś tam na nim postukał i podstawił mi go pod nos. – Poważne zarzuty usłyszał 20-latek, który zakłócił mszę w kiełkowskim kościele (województwo podkarpackie). Mężczyzna w tracie obrządku zaczął głośno rozmawiać przez telefon. Oburzeni mieszkańcy wyprowadzili go z budynku, a następnie zawiadomili policję – przeczytałem z ekranu. Zamurowało mnie. Zaproponowałem żebyśmy natychmiast wypili, bo uznałem, że na trzeźwo ten świat zdecydowanie jest nie do przyjęcia.

– Ponieważ 20-latek sprzed budynku odjechał samochodem, funkcjonariusze ustalili, kto jest właścicielem pojazdu. Następnie zatrzymali mężczyznę. Postawiono mu zarzut złośliwego przeszkadzania w publicznym odprawianiu aktu religijnego – przeczytałem kolejne linijki artykułu. Nie mogłam uwierzyć. Wiele nieprawdopodobnych rzeczy widziałem, a o wielu słyszałem, przecież mieszkam w Polsce, ale coś takiego było dla mnie nowością.

– Teraz rozmowny wierny poniesie konsekwencje przeszkadzania we mszy. Oprócz grzywny może na niego zostać nałożona kara ograniczenia lub pozbawienia wolności – przeczytał zakończenie tekstu mój przyjaciel, bo ja trwałem w osłupieniu. Zabrałem mu tablet i sprawdziłem: tekst na tym portalu informacyjnym umieszczono 2 kwietnia 2015 o 12: 39, a więc to nie primaaprilisowy żart. – No to masz przyjacielu szczęście, mogłeś za to zakłócenie aktu religijnego przez twój dzwoniący niewczas telefon pójść pierdzieć w pasiaki – stwierdziłem. Postanowiliśmy wypić za ocalenie przyjaciela i za tego nieszczęśnika z kiełkowskiego kościoła w województwo podkarpackie.

dziennik pesymistyczny

Obywatel, choć nietrzeźwy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Człowiek pod wpływem alkoholu nie przestaje być człowiekiem i nie traci swych podstawowych praw obywatelskich. Jednak z przekazów medialnych wyłania się obraz państwa, w którym w konfrontacji z policją, zwykły obywatel będący „pod wpływem” prawie zawsze nie ma najmniejszych szans na zachowanie nawet minimum godności.

Państwo koncesjonuje sprzedaż alkoholu, czerpie z jego produkcji i sprzedaży ogromne zyski w postaci podatków a potem, gdy ktoś znajdzie się pod wpływem tej legalnie sprzedawanej substancji, automatycznie traci podstawowe prawa obywatelskie. Może czas umieszczać na butelkach z alkoholem ostrzeżenia podpisane przez stosowego ministra informujące, że po spożyciu traci się prawa obywatelskie i naraża się na pobicie i znieważenie przez policje.

Prawie rok temu pewien poseł twierdził, że został pobity przez policjantów. Na początku zareagowałem standardowo. Skazałem zaocznie parlamentarzystę na wieczne potępienie za to, że był pijany, że się awanturował i po prostu pasował do tego, co myślę o wszelkiej maści politykach. Jednak gdy usłyszałem w telewizji jak rzecznik komendy stołecznej policji przekonywał, że poseł zachowywał się „agresywnie i wulgarnie, chciał wydawać policjantom polecenia” to uświadomiłem sobie, że ja takie oskarżenia słyszę od mundurowych wręcz standardowo.

Po tym, jak w mediach ujawniono nagrania z monitoringu sprzed roku, na których wyraźnie widać, że to nie poseł wszczął bójkę, ale został przez policję pobity – wybuchła afera. Jednak z reakcji większości polityków wynika, że to poseł był winny, bo był pijany. Tak jakby stan upicia prowadził do czasowego zawieszenia praw obywatelskich. Prokuratura i policja nadal twierdzą, że to poseł atakował funkcjonariuszy, a oni tylko odpowiednio zareagowali. To bardzo ciekawe stanowisko. Bo nawet sześcioletnie dziecko może zobaczyć na filmie jak było i z łatwością policzyć jak policjantka szesnaście razy uderzyła parlamentarzystę pałką, a gdy poseł przed razami starał się wyrwać, chwyta go za pasek i usiłuje zdjąć mu spodnie. A przecież policjantom nie wolno stosować pałek wobec osób stawiających bierny opór.

Warunkiem użycia środka przymusu bezpośredniego wobec określonej osoby jest uprzednie wezwanie jej do zachowania zgodnego z prawem. Czy słowa – jak relacjonuje parlamentarzysta – o tym, żeby spierdalał, można uznać za „wezwanie jej do zachowania zgodnego z prawem”? Na filmie z zajścia widać wyraźnie, że policjantka bije leżącego posła. Czy to jest użycie odpowiedniego do rodzaju zagrożenia środka przymusu bezpośredniego?

Medialne doniesienia o brutalności funkcjonariuszy polskiej państwowej policji są już codziennością. Co kilka dni można przeczytać czy zobaczyć w telewizji relacje o nadużyciu przez mundurowych władzy, przekraczaniu uprawnień czy łamaniu przez nich prawa. Jak powszechnie wiadomo nasz naród jest trunkowy, za kołnierz nie wylewa to i pewnie nie raz trzeba, i trzeba będzie, zbierać z ulic tych, co to nie dotarli do własnych domów z powodu zbyt dużego spożycia. Ale nie może być tak, że w konfrontacji z policją, zwykły obywatel prawie zawsze stoi na przegranej pozycji.

Zdarza się, że nawet jak ktoś jest w stanie wskazującym, ale spokojny i nieawanturujący się to i tak nie ma szans w przypadkowych kontaktach z władzą, bo zawsze, jeśli nawet jest ofiarą a nie napastnikiem, to koronnym argumentem przeciw niemu jest to, że był pijany.

W czasach słusznie dawno minionych policja, o przepraszam milicja, była przynajmniej z nazwy obywatelska. Teraz jest państwowa. I chyba to stanowi różnice. Teraz to uzbrojone formacje nadzorcze, stojące zdecydowanie ponad prawem i w sposób szczególny prawnie chronione. Czy dlatego że służą państwu, nie społeczeństwu? Gdzieś już dawno zatarły się proporcje. Chyba już nikt nie pamięta, że głównym zadaniem policji jest służba obywatelom. Nie może być tak, że naruszania praw obywatelskich dopuszczają się ludzie, których podstawowych obowiązkiem jest stać na ich straży. No chyba, że tak nie jest.