Yearly Archives

186 Articles

dziennik pesymistyczny

Kto gdzie stoi i dlaczego to wstyd

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Prezes Prawa i Sprawiedliwości największej partii opozycyjnej zaatakował słownie podczas konferencji prasowej dziennikarza radia ZET. Jarosław Kaczyński nie tylko odmówił odpowiedzi na pytania reportera rozgłośni radiowej, ale pozwolił też sobie na uwagę o tym, że wstydziłby się pracować w takim radiu. To nie koniec a w zasadzie początek. Następnie były premier wypowiedział słowa, w których podzielił polaków na tych lepszych związanych z prezesem i tych wszystkich innych odmieńców, którzy pozwalają sobie na inne zdanie.

 

To nie pierwsza światła myśl prezesa na temat podziału w polskim społeczeństwie, na tych związanych z prezesem PiS, czyli dobrych i tych złych, czyli pozostałych. Raczył on już tę granice wyznaczyć w swojej poprzedniej słynnej wypowiedzi: – My stoimy tu, gdzie stoczniowcy. Oni – tam, gdzie stało ZOMO. Po słowach o stoczniowcach i ZOMO myślałem czasem, że to tylko taki wybryk lub wpadka. Że to może tak czasem się prezesowi wyrwie. Że szybciej powie niż pomyśli. No tak już mam, że czasem tłumacze oczywiste oczywistości na korzyść nawet tych, co na to nie zasługują. Ale wczorajsze słowa na konferencji prasowej skierowane do dziennikarza radia Zet utwierdziły mnie w przekonaniu, że prezes PiSu naprawdę wie, co mówi. On naprawdę tak myśli. To, co powiedział wczoraj Jarosław Kaczyński jest raczej kontynuacją wyznaczania przez tego polityka linii podziału na poprawnie myślących i wszystkich innych. Poprawnie, czyli tak jak myśli prezes. Jest on zapewne przekonany, ze wróg czai się za każdym rogiem ulicy. A on jest tym ostatnim sprawiedliwym w mieście bezprawia. Bo jak można inaczej zinterpretować słowa: – Zawsze w Polsce były dwie grupy. Ta z AK i ta z innych środowisk. To jest wyraźne wskazanie na to, że jest określony wróg w Polsce, że nikt, kto nie myśli o Prawie i Sprawiedliwości, jako o swojej partii nie ma prawa do patriotyzmu. To już krok do tego żeby powiedzieć, że nie ma prawa być polakiem, kto nie myśli jak prezes. Że powinni się wstydzić ci wszyscy, co mają inne poglądy, bo za inne przekonania polityczne mogą stać się nie godni związków z chlubnymi narodowymi tradycjami. W kontekście słów Jarosława Kaczyńskiego zastanawiam się czy to, że moi przodkowie walczyli w AK daje mi prawo do tego żeby czuć się stojącym po stronie przodków, czy zgodnie ze słowami prezesa moje miejsce jest po drugiej stronie barykady, bo jego poglądy i przekonania nie są moimi. To taki monopol na prawdę i patriotyzm.

 

W jakim świecie trzeba żyć żeby cały czas szukać wroga. Jak nie Niemca, do zomowca, jak nie tego ostatniego to wrogiego układu. Zawsze jest jakiś wróg, jak go nie ma to trzeba go na sile stworzyć. Kto nie jest z nami to jest przeciw nam. A ja myślałem naiwny, że z końcem totalitaryzmu nie usłyszę już więcej słów o tym, że ktoś może być inny tylko, dlatego że jego poglądy na świat są inne. Bo słowa o wstydzie i następnie słowa o podziale jasno pokazują, że dla prezesa wstydem jest myśleć inaczej niż on sam myśli. To naprawdę niebezpieczne dopuścić takich ludzi do władzy. Może idę w swoich rozważaniach za daleko, ale mam uzasadnione powody sądzić, że takie słowa mogą być początkiem podziałów tak wielkich, że ktoś zmusi mnie w końcu albo do emigracji albo do noszenia opaski podkreślającej moje nie zgodne z linią partyjną myślenie. Aby jasno było wiadome, kto gdzie stoi i co w związku z tym myśli.

 

dziennik pesymistyczny

Kryminalno – polityczne cukierki i kotki.

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jest w Polsce pewna aktorka, która gdzieś tam podobno występuje, ale prawdziwą sławę i rozpoznawalność zdobyła w polityce. Nie, nie została zawodowym politykiem, nie pochłonęła ją tradycyjna działalność polityczna, nie jest bowiem posłanką, nie jest też działaczką – jest nadal aktorką i jej związek z światem polityki to reklamy polityczne. Raz zagrała w spocie Platformy a raz w spocie PiSu. I to wszystko. Czyli dwie dobre role, co dwa lata. To nie taki zły wynik jak dla aktorki. Nikt lub prawie nikt nie pamięta lub po prostu nie zna innych ról tej pani, ale prawie każdy zna ją z reklam partii politycznej. A dziś od rana jestem atakowany nową rolą tej pani, teraz jest oni ofiarą. Ofiara pobicia, piątkowego tuż przed wyborczego pobicia. I już na prawdę nie wiem, czy to, co słyszę z ust aktorki w dramatycznym nagraniu telewizyjnym w TVN24, o jej pobiciu przez nieznanych sprawców to jakąś kolejna odsłona działalności polityczno – aktorskiej, czy naprawdę zdarzyło się jakieś nieszczęście. Czy ją pobito i jest to godny potępienia wybryk chuligański, czy też jest to próba pozostania dłużej na tej reklamowo – politycznej scenie. Ile w słowach tej pani jest prawdy a ile jest tylko promocji własnej osoby.

 

Wszystko to jest jakieś takie dziwne, a ja nie bardzo mogę sprawdzić, no bo niby jak, tych wszystkich doniesień medialnych. A więc zmuszony jestem oprzeć się na tym, co słyszę i widzę w publikatorach. Nie mogę, bo możliwości mam ograniczone, sprawdzić co tam się naprawdę wydarzyło. Czyli jestem w sytuacji takiej jak miliony innych. Jak na razie wszystko to, co do mnie dociera poprzez media niezmiernie mnie dziwi i jednocześnie zaciekawia. Z jednej strony jak tu nie wierzyć kobiecie, która płacząc opowiada o tym jak to została brutalnie pobita przed swoim domem gdy wybierała się po karmę dla swych kotów. Współczuje jej, tak po ludzku. A jednocześnie nie bardzo mogę zrozumieć sens jej wypowiedzi. Niby wszystko zdarzyło się w piątek i pamięć ją teraz czasami zawodzi. Pani nie bardzo może opowiadać o swych traumatycznych przeżyciach  a jednak to robi na antenie telewizji informacyjnej, na żywo. W rozmowie telefonicznej z dziennikarzem, co raz przerywa wypowiedz długimi pauzami i spazmatycznym szlochem. Doskonale pamięta szczegóły, ale nie samego napadu a wydarzeń które nastąpiły po nim. Słyszę z ust aktorki, że nie może przypomnieć sobie ani wieku ani wyglądu napastników a następnie mówi ona o swej doskonalej pamięci wzrokowej. Pamięta doskonale, że policja jej nie pomogła, że lekarze nie chcieli udzielić pomocy, że nikt nie dał jej w szpitali pisemnego zaświadczenia o stanie zdrowia. Pamięta, że napad to wynik jej gry aktorskiej w spotach politycznych. Ale nie pamięta nawet ilu było napastników. Pani opowiada o tym, że chciała wezwać prywatnego lekarza na miejsce pobicia. Ale nikt nie chciał. Dziwne. Przecież chyba dla każdego oczywistym jest w takich chwilach wezwanie po prostu – karetki pogotowia.

 

Słyszę o groźbach karalnych, obraźliwych sms-ach i e-mailach z pogróżkami. Potem nagle słyszę ze zdziwieniem, że policja na początku nie chciała przyjąć zgłoszenia o pobiciu od aktorki, ale dzięki temu, że skontaktowała się ona z mediami teraz odbędzie się spotkanie policją. Słyszę, że nie dostała ta pani żadnych papierów w szpitalu zaraz po udzieleniu jej pomocy w dniu pobicia, a potem słyszę, że na obdukcje lekarską wybiera się dopiera się dziś. Dlaczego dopiero we wtorek? Przecież wiele mogło się wydarzyć od piątku z jej zdrowiem? Wszystko to jakieś takie zamotane. A już dokumentnie mnie dobiło i jest to medialny cukiereczek, gdy usłyszałem w telewizji, że pani ta udzielała podobno w weekend, czyli już po rzekomym pobiciu wywiadów stacją telewizyjnym. I jak będę się mógł przekonać na zdjęciach wcale nie wyglądała na ofiarę pobicia oraz nic o tym przykrym dla niej zapewne incydencie nie wspomina przed kamerami. Czy na jej pamięć miał wpływ wynik wyborczy? I teraz gdy wyniki już są znane nagle powrócił ból i powróciła pamięć piątkowych zajść? Pamięć jednak nie całkowita, jak już pisałem powyżej.

 

Za dużo jest tu pytań, za mało odpowiedzi. Jak w amerykańskim serialu o zagadkach kryminalnych. Mam nadzieje, że do wieczora dziennikarze niczym agenci federalni z serialu wszystko wyjaśnią. Nie mogę się już doczekać finału, albo raczej kolejnego odcinka, bo w szybki koniec tej historii nie wierze. Od rana dziennikarze zapowiadają, że wieczorem poznam kolejne prawdy. I tak nabiera tempa ta polityczna opera mydlana, ale tym razem jest tam przynajmniej zawodowa aktorka w roli głównej.

 

 

dziennik pesymistyczny

Niegłosowanie jako postawa polityczna

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

We wczorajszych wyborach do Parlamentu Europejskiego frekwencja w Polsce według szacunkowych danych nie przekroczy dwudziestu pięciu procent. W moim prowincjonalnym mieście nie przekroczyła nawet dziewiętnastu procent. Nie wszystko da się wytłumaczyć tylko i wyłącznie nie dojrzałością polskiego społeczeństwa. Niegłosowanie stało się już u znacznej części obywateli świadomym wyborem politycznym, którego tylko politycy nie chcą zauważyć i zanalizować.

Postawa społeczna, jaką jest brak udziału w głosowaniach jest wyrazem niechęci znacznej części społeczeństwa to systemu wyborczego jak i do samego państwa jako takiego. Państwa rozumianego jako władza. Polacy coraz częściej nie identyfikują się z klasa polityczna i nie chcą udziałem w wyborach legitymizować władzy, z która nie czują więzi. Narasta w Polsce poczucie, że wszystko, co się dzieje w aparacie państwowym jest czymś zdecydowanie różnym od tego, co dzieje się na nizinach życia społecznego. Jeśli ktoś nie ma zaufania do władzy to nie ma też zaufania do samego sposobu wyborów. Jeśli nie ma w obywatelach poczucia związku miedzy aparatem państwowym a ludźmi to nie ma w tym nic dziwnego, że społeczeństwo nie chce brać udziału w tym, co jest dla niego tylko częścią politycznej gry.

Nieuczestnistwo w wyborach nie jest jakimś nowym zjawiskiem to proces narastający. Nawet w pierwszych wolnych wyborach z 1989 roku frekwencja wyniosła tylko około 62 procent. I od tego dnia przy każdej okazji wyborczej udział głosujących systematycznie spada. Jest to już, więc zjawisko trwałe i niezmiennie pogarszające się. Występuje w Polsce jaskrawo widoczny podział na dwudziesto-kilku procentową mniejszość głosującą i przytłaczającą większość nie chcącą z tym mieć nic wspólnego. Oczywiście nie można zapomnieć o kilku procentach ludzi, którzy płynnie przechodzą od głosowania do absencji i odwrotnie.

Dlaczego nie głosujemy? Czasami, dlatego że nie bardzo nam się chce. Ale niechcenie zawsze jest czymś spowodowane. Najczęściej poczuciem wyobcowania ze spraw politycznych. Mechanizm jest prosty, jeśli państwo – władza nie zapewnia nam choćby minimalnych możliwości godnego życia ekonomicznego to jak my możemy się z nim identyfikować. Jeśli postrzegam państwo głównie jako system represyjny oraz fiskalny to jak mam dawać legalizacje takiemu tworowi poprzez wybory. Jeśli oglądamy w telewizji polityków, którzy w sposób jawny obnoszą się ze swym bogactwem to jak mamy czuć z nimi łączność, jeśli sami żyjemy w nędzy lub te ubóstwo współobywateli widzimy w koło nas.

Postrzegamy często wybory, jako taką zabawę bogatych. Gdzie nasz udział ogranicza się tylko to wybrania tego kto nas bardziej ujmie spotem reklamowym czy uśmiechem z billbordu niż szczerą rozmową o swym programie politycznym. System wyborczy gdzie pieniądze są podstawą udziału w grze wyborczej jest dla wielu z nas nie do przyjęcia. Przecież przeciętny obywatel nie ma najmniejszych szans na to żeby bez żadnego wsparcia finansowego mieć choćby minimalne szanse wyborcze. Można iść do wyborów razem z bogatą partią polityczną zasiedziałą w państwowym systemie, ale wiąże się to z przyjęciem na siebie pewnych zobowiązań a nie zawsze wszyscy chcą się wiązać z czymś, czego nie akceptują. I tak nie znajdując swych przedstawicieli na listach wyborczych nie bardzo chcemy głosować. No, bo niby, na kogo?

Nie można jednak zgeneralizować w jedną postawę wszystkich niegłosujących obywateli nie jest ona jednorodna. Wśród niegłosujących są przedstawiciele wszystkich warstw i grup społecznych. Istnieje taki wielokrotnie powtarzany przez media pogląd, że osoby nie biorące udziału w głosowaniu do przeważnie ci, którzy są mniej wykształceni w odróżnieniu o tych bardziej wyuczonych głosujących. Jeśli nawet tak jest to można to tłumaczyć tym, że ci lepiej wykształceni to w większości ludzie, którzy są poprzez prace i zajmowane stanowiska społeczne bardziej związani z państwem jako strukturą wzajemnych powiązań. Mają z tym państwem interesy, więc nic dziwnego, że czują się zobowiązani legalizować jego poczynania poprzez udział w głosowaniu. Ci, co poprzez biedę i bezrobocie nie mogli i nie mieli szans wykształcić się i tym samym powiązać swój los z państwem nie czują się z nim siła rzeczy związani i nie chcą mieć z nim nic wspólnego. Tym swoim niegłosowaniem właśnie pokazują to ze interesują się państwem w takim samym stopniu, w jakim to państwo nie interesuje się nimi.

Jeśli częściej głosują ludzie starsi oraz ci, co idą po raz pierwszy na wybory jest to łatwe to wytłumaczenia. Ci pierwsi głosują, bo tak już robili przez większość życia. Lub, dlatego że tak im mówią ich nakazy religijne. Gdzie władza i jej poczynania są traktowane jako nakaz, boski prawie. A nie głosowanie jest dla nich zerwaniem z tradycją. Młodzi zaś głosują, bo to coś, co mogą zrobić po raz pierwszy w życiu, więc po prostu to czynią bo już mogą.

Jeśli przyjmiemy założenie, że ten, co nie głosuje to przede wszystkim niedouczony i biedny obywatel to jak wytłumaczyć zjawisko niegłosujących, którzy są osobami całkiem nieźle wykształconymi, dobrze sytuowanymi, o sprecyzowanych poglądach ekonomicznych, ale inaczej rozumiejących demokrację. Wśród ludzi niegłosujących jest ich znaczna liczba. Tu już nie można mówić o niedojrzałości, czy głupocie, bo i taką opinie słyszałem, lecz o świadomej postawie politycznej. To obywatele, którym nie odpowiada taki rodzaj sprawowania władzy i nie odpowiada im też na przykład ordynacja wyborcza oraz sposób liczenia głosów. I nie widza możliwości zmian poprzez udział w tym, co im nie odpowiada. W polskim systemie politycznym nie znajdują oni dla siebie miejsca. Nie ma dla nich ofert wśród uwłaszczonych partii politycznych ani nie widzą możliwości przebicia się ze swoimi poglądami w taki systemie ordynacji wyborczej. Czyją się oni wyobcowani ze świata polityki, że świata państwowego. Wiążą ich z państwem przeważnie tylko podatki, które płacą a wszystko inne w nieznacznym tylko stopniu. Maja oni poczucie, że nawet jak zagłosują to ich realny wpływ na sytuację swą własną oraz współobywateli pozostanie niewielki.

Otwartym pozostaje, więc pytanie, jaka jest legalność przedstawicieli narodu w parlamencie europejskim, jeśli siedemdziesiąt pięć procent obywateli polski nie poparła żadnego z polskich kandydatów. Jest więc teraz sytuacja, w której nowi europosłowie mogą występować w Brukseli tylko w imieniu tych 25 procent Polaków, swoich wyborców którzy głosowali. Coś tu jest wyraźnie nie tak jak być powinno.

dziennik pesymistyczny

Walka młodych a kombatanctwo

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

W ciemnych latach PRL-u, jak byłem jeszcze dzieckiem, przeżyłem mój pierwszy raz z polityką. A dokładniej, ja i mój przyjaciel z dzieciństwa dostaliśmy lanie od milicjantów za rozklejanie plakatów z wrogim ustrojowi napisem: dawka trucizny. Tłumaczącym powszechnie wtedy rozpoznawalny logotyp dziennika telewizyjnego DT tak właśnie. Lata były ponure a my byliśmy dzieciakami, milicyjne razy niebolesne, ale jakże bohaterski wydawał się nam oraz naszym kolegom z podstawówki ten czyn.

 

Minęły lata i teraz powróciły myśli o tym bardziej szczeniackim wybryku niż o przemyślanym działaniu opozycyjnym. A wszystko, dlatego że jak się dowiedziałem, jeden z moich kolegów prawie mój równolatek ma być podobno odznaczony orderem za działalność opozycyjna.  Co prawda nie chodzi tu o taką powiedzmy dziecięcą działalność polityczna jak moja z tymi plakatami, ale już o taka bardziej świadomą z końca lat osiemdziesiątych. Gdzie on, mój kolega oraz ja byliśmy już nastolatkami. I jak każdy nastolatek, nie inaczej jest chyba dziś, chcieliśmy zmienić świat. A że świat się akurat zmieniał na naszych oczach do nie pozostawało nic innego jak się to tego zmieniania przyłączyć.  Mój kolega działał w konfederacyjno – niepodległościowej organizacji, która w tym czasie na mojej prowincji wiodła prym w działalności opozycyjnej. To znaczy była najbardziej widoczna. I to może właśnie za sprawa młodych ludzi, którzy stanowili jej zaplecze i jednocześnie byli najbardziej widoczni i odważni na wiecach i demonstracjach. Ja w tym czasie, ze spora jak na tamte czasy grupą znajomych, nasze zmienianie świata zaczęliśmy od siebie. Siedzieliśmy w prywatnych i państwowych bibliotekach oraz cudem i sprytem zdobywaliśmy ksiązki o polityce i historii. Te prawdziwe i te jak najmniej zafałszowane. Nasza jak nam się wtedy wydawało, w końcówce lat osiemdziesiątych działalność opozycyjna głównie polegała na wielogodzinnym roztrząsaniu ideologii i historii polski i świata. Z tego, co wymyśliliśmy wyszło może takie szczeniackie patrząc z pespektywy czasu działanie, ale jednak wyszło. Wydawaliśmy gazetkę a w niej chyba bardziej sobie nawzajem, zważywszy nakład, niż innym czytelnikom wyjaśnialiśmy nasz zawiły pogląd na świat. Nasze kierunki ideologiczne i sympatie do ustrojów i do jego braku zmieniały się jak w kalejdoskopie. I tak sobie działaliśmy, mój kolega konfederował a ja politykowałem podwórkowo. Ale dla nas wtedy było to bardzo ważne. Spotykaliśmy się z kolegą czasem na wiecach i pikietach. Jednak nie w jednej organizacji. Różnice ideologiczne znacznie nas dzieliły, więc musiała nas połączyć nienawiść do PRL – owskiego ustroju.

 

Pamiętam jak kiedyś mój ojciec zobaczył u mnie opornik wpięty z klapę kurtki. Pamiętam też jego słowa po tym jak kazał mi ten symbol natychmiast usunąć. Usłyszałem wtedy, że z szacunku dla tych wszystkich, co siedzą po więzieniach nie mam prawa coś takiego nosić. Bo dla mnie to tylko szczeniacki wybryk a dla innych walka. Dodał też, że jeśli chce coś zmienić to mam się uczyć i zmiany zacząć od siebie. Było to w czasie, który opisałem na wstępie, a więc jeszcze przed ostatnim etapem PRL-u. Ale zapamiętałem tę lekcje pokory. I zgodnie z nią ważniejsze dla mnie stało się to żeby wiedział po co walczę niż tylko działać z czystej nienawiści do systemu.

 

Pod koniec lat osiemdziesiątych sporo było w moich mieście małolatów, którzy w ten czy inny sposób na fali wolności angażowało się w polityczną działalność. Byliśmy widoczni na wiecach i manifestacjach, rozklejaliśmy plakaty i zdzieraliśmy plakaty. Robiliśmy wszystko, co wtedy wydawało nam się walką z systemem. Zdarzało się, że obrywałem jak moi koledzy od milicjantów, że w szkole dyrektor wzywał mnie do gabinetu i tam straszył. Ale co mnie to obchodziło, ja bohatersko w moim mniemaniu walczyłem. Teraz już wiem, bo powiedziała mi to moja matka wiele lat później. Usłyszałem od niej, że za tę moją walkę obrywał mój ojciec i ona. Bo to oni byli wzywani na milicje i to oni wysłuchiwali o tym, że zostanie szewcem i pójdę w kamasze lub znacznie gorzej skończę jak niezaprzestane wywrotowej działalności. Oni, moi rodzice byli straszeni, bo co ja tam mogłem stracić. Bo co oni mogli mi zrobić? Ale już moim rodzicom mogli.

 

I teraz jak słyszę, że kilku moich znajomych ma zostać odznaczonych przez prezydenta Kaczyńskiego medalami za walkę z komunizmem to jest mi jakoś tak dziwnie. Nie zazdroszczę, bo nawet jakby ktoś wpadł na absurdalny pomysł żeby i mnie nagrodzić to bym tego wyróżnienia nie przyjął. Dlaczego? A z szacunku, właśnie z szacunku dla tych, co siedzieli latami po więzieniach, i z szacunku dla tych, co stracili zdrowie i życie w prawdziwej walce z systemem. I także z szacunku dla moich rodziców, bo oni bardziej niż ja żyli w zagrożeniu konsekwencjami mojej szczeniackiego – opozycyjnego działania. Bo jakoś nie ma we mnie wiary w to, że szesnastolatek jest równie zasłużony dla sprawy wolności jak ten, co walczył o te wolność przez szesnaście lat. Może się mylę, może ta nastoletnia walka głównie sprowadzająca się do gadania, machania flagą, plakatowania i wyciągania reki w geście viktorii coś jednak znaczyła. Ale na pewno nie aż tyle żeby można było za do odznaczać. Każdy ma prawo do własnych odczuć i do oceny tego, co zrobił, ja uważam, że, mimo że zrobiłem sporo, to tak naprawdę w porównaniu z wielkimi ludźmi ówczesnej opozycji nie zrobiłem nic. Nie czuje się kombatantem i nie chce odznaczeń. Ale jeśli jest w którymś z mych ówczesnych kolegów kombatanctwo, to ich sprawa. Nikogo tym pisaniem nie chce obrazić. To tekst o mnie i o moich odczuciach. Nie moją sprawą jest osądzać, ale mam prawa do zdziwienia i wątpliwości, bo pamiętam tamten świat i jego realia.

 

Tak mi się przypomniał jak o tym wszystkim myślałem film z lat PRL-u, który kiedyś widziałem. Jest w nim scena, w której dwóch starszych panów obgaduje trzeciego. Jeden mówi mniej więcej tak, do drugiego: wiesz, że Jasiek ma dostać medal partyzancki i mają go przyjąć go do ZBoWiD-u? Drugi na to: jak to, przecie on od nas młodszy o jakieś dziesięć lat. We wojne miał z dwanaście roków. Jaki z niego partyzant? Na to pierwszy: powiedział, we gminie, że u niego w chałupie raz partyzanci z AL nocowali a on im jedzenie nosił. I medal dostanie i do go przyjmą do ZBoWiD-u. No właśnie. Czasem jest tak, że za mało w nas pokory. Ale każdy jest inny i każdy ma prawo do odznaczeń. Żeby tylko nie okazało się po tych licznych odznaczeniach, że w opozycji działało tak wielu a komunistów tak mało, że mogliśmy ich czapkami nakryć. No, bo to już byłaby żenada.

 

 

dziennik pesymistyczny

Twój głos w wyborczym młynku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Wczoraj dostało mi się od moich uroczych koleżanek, gdy przy kawiarnianym stoliku nagle oznajmiłem, że nie zamierzam głosować. Zdziwiło mnie ich oburzenie, bo na moje pytanie czy znają i czy mogą mi przystępnie wytłumaczyć, jakie są zasady oddawania głosów w wyborach do Parlamentu Europejskiego nie uzyskałem wyczerpującej odpowiedzi. I nie jest to wina moich sympatycznych koleżanek. Podejrzewam, że większość z tych kilkunastu procent obywateli, który jednak w niedziele zdecyduje się udać do urn, nie bardzo te zasady rozumie. A mnie się wydaje oczywistym , że zasady demokracji powinny być proste a przynajmniej przejrzyste i czytelne dla każdego.  A jeśli tak nie jest, to mam uzasadnione wątpliwości czy mój oddany w wyborach głos jest na pewno tym głosem który zdecydowałem się oddać, czy może jest tylko liczbą podstawową w zawiłych matematycznych obliczeniach.

 

Od tygodni słyszę z radia i z telewizji oraz czytam w gazetach, że jak nie pójdę na wybory to mój głos zostanie zmarnowany. A on właśnie, ten mój osobisty głos na wielkie znaczenie. I ta opinia o ważności głosu pojedynczego na pewno przekonała wielu, ale ilu z tych przekonanym zastanowiło się, co dalej stanie się z ich głosem zaraz po tym jak zostanie wrzucony do urny w lokalu wyborczym. Każdy, no dobrze, prawie każdy wyborca wie, że każda z partii wystawiającej swych kandydatów w wyborach do PE dostaje liczbę mandatów proporcjonalną do liczby uzyskanych przez nią głosów.  No i w zasadzie wszystko jest jasne. Wydawałoby się, że jak zagłosuje na pana x z partii y i to samo zrobi powiedzmy 1000 osób. To pan x dostanie właśnie dokładnie te 1000 głosów. Otóż nie jest tak.  W nowoczesnej demokracji takie przestarzałe rozwiązania byłoby za proste i nie do pomyślenia.  Urzędnicy z unii europejskiej postanowili demokracje znacznie ulepszyć i procedurę podziałów mandatów skomplikować. Zapewne dla przejrzystości zasad tej demokracji właśnie. I tu pozwolę sobie na obszerny cytat z jednego z tygodników, który na pierwszej stronie zachęca do głosowania: „By liczyć na miejsce w europarlamencie, dana partia musi uzyskać, co najmniej 5-procentowe poparcie. Kiedy Państwowa Komisja Wyborcza to ustali, wylicza – metodą d’Hondta – ile mandatów przypada poszczególnym komitetom. Zgodnie z tą metodą liczba głosów ważnych oddanych łącznie na wszystkie listy okręgowe każdego z komitetów wyborczych dzielona jest przez kolejne liczby pierwsze (1, 2, 3, 4, 5… itd.) tak długo, aż z otrzymanych w ten sposób ilorazów da się uszeregować 50 największych liczb, czyli tyle, ilu posłów do PE wybiera się w Polsce”.  No i jakie to proste! Gdzie tam takiej metodzie to zwykłego starodawnego głosowania gdzie jeden głos jest liczony, jako jeden głos oddany na kandydata na posła.

 

A ci wszyscy, którzy myślą, że to już koniec mielenia naszego pojedynczego głosu bardzo się mylą. Jesteśmy dopiero w połowie demokratyczno – prostych operacji. Bo teraz każdy komitet otrzymuje tyle mandatów ile przypadło im największych ilorazów wynikłych z tego liczenia opisanego powyżej. I dla dalszego uproszczenia tego, co starożytni wymyślili, teraz trzeba te mandaty przydzielić okręgom wyborczym.  Polska podzielona jest na trzynaście okręgów wyborczych. Państwowa Komisja Wyborcza prościuteńką metodą Hare’a-Niemeyera ( chciałem ja przytoczyć, ale wzór tam użyty mnie poraził) policzy głosy oddane na poszczególne listy okręgowe komitetów, a następnie powstało cyfrę pomnoży przez liczbę mandatów przypadających danemu komitetowi w kraju i po tej dziecinie prostej operacji matematycznej mamy już iloczyny. Które dzielone są z kolei przez łączną liczbę głosów ważnych oddanych we wszystkich okręgach na listy danego komitetu. Już jest blisko końca. Powstały iloraz oznacza liczbę mandatów przypadających danej liście w pojedynczym okręgu wyborczym. Mandaty na poszczególnych listach okręgowych uzyskują ci kandydaci danej partii, którzy otrzymali kolejno najwięcej głosów. Uff…. koniec. Ale nie zawsze udaje się w powyżej opisany sposób przyznać do okręgów wszystkich mandatów przynależnych danemu komitetowi.  Coś tam jeszcze pozostaje, i tę resztówkę przyznaje się wtedy listom okręgowym, dla których wyliczone wcześniej ilorazy mają kolejno największe wartości po przecinku. No i już, po wszystkim. I mamy, co chcieliśmy, czyli wynik wyborczy.

 

Ja bardzo moich czytelników przepraszam za ten wykład z matematyki, ale chciałem pokazać jak proste i przejrzyste są zasady demokratycznego głosowania w wyborach do PE. Więc jak już wszystko jest jasne, to zapraszam do głosowania. Jak udowodniłem powyżej, Wasz głos jest w tych zawiłych obliczeniach bardzo ważny! A kto wygra w wyborach do PE? No to się dopiero… obliczy.

 

dziennik pesymistyczny

Rocznicowe plusy i minusy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 6

Dwadzieścia lat temu czwartego czerwca odbyły się w Polsce pierwsze prawie wolne wybory. Przez ten czas zmieniło się wszystko. To już jest całkiem inny kraj niż ten z przed roku osiemdziesiątego dziewiątego. Inny, ale nie taki, jaki sobie wtedy wymarzyłem. Czasem gorszy, czasem lepszy, ale na pewno inny. Gdy myślę o Polsce mam wrażenie, że jestem jak dziecko, które na urodziny oczekiwało kolejki elektrycznej, jako prezentu od rodziców  a dostało książkę. Niby wszystko jest dobrze, książka jest ładna, pożyteczna, ma obrazki i wiele można się z niej dowiedzieć, ale to nie ta wymarzona kolejka elektryczna.

Nie lubię mówić o tym, że taka polska, jaka mamy teraz nie bardzo mi się podoba, bo takie mówienie bardzo często prowadzi to tego, że natychmiast przykleja mi ktoś na czole kartkę z napisem komunista. Nie, nie mam silniejszych niż inni sentymentów do PRLu. To, że czasami z rozrzewnieniem pomyśle o filmach Barei, czy przywołuje z archiwów pamięci scenki  z wódka o nazwie Bałtycka w roli głównej to wszystko nie czyni ze mnie PRL – owskiego rewizjonistę. Nie pragnę powrotu systemu gdzie władza robotniczą była tylko z nazwy. Nie chce tamtego zniewolenia, tamtej cenzury, kolejek i tego poczucia beznadziejności. Ale wtedy, gdy przed wyborami czerwcowymi rozwieszałem w moim mieście plakaty solidarności marzyliśmy z przyjaciółmi o innej Polsce. Wtedy myśleliśmy o Polsce solidarnej takiej nie tylko z nazwy, ale i ze znaczenia tego słowa. Braterskiej, równej i wolnej. Gdzie każdy będzie mógł w spokoju i dostatku realizować swoje własne marzenia.  Wtedy nie było wolności bez solidarności teraz nie ma już solidarności a wolność bez tej solidarności ludzkiej już nie taki ma smak. Wolność to nie tylko to, że mogę teraz napisać to, co myślę i nikt ( przynajmniej chce w to wierzyć) nie zanotuje tego w mojej teczce personalnej. I żaden sztab urzędników nie oceni mnie na podstawie moich myśli. Ale wolność to też możliwość pracy za godzina zapłatę i związany z tym spokój.  To życie nieskrępowane ekonomicznym bytem.

Teraz dostałem po dwudziestu latach świat gdzie najwyższym dobrem i Bogiem jest pieniądz. Kraj, którym rządzą oligarchiczno – korporacyjne powiązania, zaprawione kapitalistycznym wyzyskiem rodem z dziewiętnastego wieku. Czy naprawdę chcieliśmy wtedy polski, w której siedemnaście procent obywateli ma zaufanie do własnego prezydenta i własnego rządu? Gdzie szczytem demokracji jest kilku procentowa frekwencja przy urnach? Widać wyraźnie, że Polacy po osiemdziesiątym dziewiątym roku poszli dwiema, a może nawet trzema drogami i coraz bardziej się od siebie oddalają. Jedni poszli drogą kapitalistycznego dążenia do dobrobytu, do posiadania, do materialnego raju nawet za cenę wyzysku innych współobywateli. Drudzy odnaleźli drogę łatwego życia w politycznym kotle. I nie mówię tu tylko o zawodowych politykach, ale o całym tym państwowym molochu liczonym w miliony urzędników i lokalnych działaczy. Oni w powiązaniu z tymi pierwszymi tworzą nam Polskę, w której żyją wszyscy ci, którzy nie bardzo wiedzą jak mają się w tej nowej kapitalistycznej rzeczywistości poruszać. Ich droga to ubóstwo, bezrobocie i nędzą. Tylko, że oni nie idą z wyboru tą drogą, lecz raczej zostali na nią zapędzeni.

To uproszczenie i jak każde uproszczenie ma swoje wady. Ale chciałem pokazać ze nasz kraj to nie raj wolności, gdzie każdy może żyć tak jak chce. Większość strajków z lat osiemdziesiątych miała podłoże ekonomiczne, ludzie walczyli o lepszy byt oraz o wolność. A teraz mówi im się, że przecież mają już wolność a przyzwoity byt… no tu są przejściowe trudności. Pamiętam przemówienie z początków nowej polski gdzie ówczesny ekonomiczny uzdrowiciel, który teraz naucza maluchy w przedszkolach podstaw biznesu, mówił, że trzeba zacisnąć pasa i już za dwadzieścia lat będzie lepiej. A jak jest widzimy. Nie zmieniły się tylko ramy czasowe, w których tej raj ekonomicznego spokoju i dobrobytu ma nadejść. Teraz też ma to nastąpić za dwadzieścia lat. Obawiam się, że jak tak dalej pójdzie to nie doczekam. Jestem przekonany, że wielu powie teraz po tym, co przeczytało, że przecież mogłem jak inni wybrać drogę kapitalistycznego rozwoju. Stanąć w szeregu przedsiębiorców i z dumą wykuwać sobie nowy raj. Ale ja nie bardzo mogę tak jak moi koledzy, którzy kupują za 10 zł a sprzedają z uśmiechem za 1000 zł to, co jest warte jeszcze mniej. No, nie wiem jakoś tak coś mi nie pozwala. Sumienie czy co? Ale nie wdawajmy się w takie teologiczne rozważania.

W moim prowincjonalnym mieście nie trudno znaleźć przykłady na to, że nie wszystko poszło w dobra stronę. Poupadały wielkie zakłady, nie ma już miejsca dla tysięcy robotników a to oni przecież głównie walczyli o wolność z komunistycznym reżimem. Teraz robotnicy i pracownicy najemni wylądowali na zasiłkach dla bezrobotnych. Postrzega się ich główne, jako silę napędowa gospodarki. Nie stali się jej podmiotem, ale raczej paliwem. Które szybko się wypala a dba się tylko o to żeby było go pod dostaniem. Nauczono nas, że to wszystko, co gwarantują obywatelom konstytucyjne prawa to tylko taka reklama demokracji. W której pokazuje się tylko dobre strony a o złych się nie wspomina. Tylko jeden z wielu przykładów. Od dwudziestu lat nie dało nie w Polsce zreformować służby zdrowia, do specjalisty trzeba się zapisywać z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Nie ma pieniędzy podobno na reformy. A jednocześnie mój kraj stać na prowadzenie kosztownych wojen a władza sprawowana jest w iście bizantyjskim stylu. Coś tu jest nie tak.

Teraz namawia się mnie abym wzniósł wieczorem toast za wolność, dobrze, ale może tak dwa toasty i to w dowolnej kolejności. Jeden za to, że nie ma już takiego systemu, jakim był PRL a drugi proponuje wypić za błędy. A tych przez te dwadzieścia lat nie brakowało. Tak jak przez cały ten czas notorycznie nam nie wychodzi w państwowej ekonomii i cały czas brakuje pieniędzy na sprawy socjalne to zdecydowanie lepiej nam się wiedzie, jeśli chodzi o afery. Jesteśmy mistrzami w ich tworzeniu a następnie w ich wykrywaniu. Afera FOZZ, żelatynowa, paliwowa, korupcyjne we wszystkich odmianach, orlengate, Rywina, ubezpieczeniowa, z krzyżem zasługi, seksafera, faszyści w TV i na imprezach, zagłuszanie pielęgniarek, naciski i dziwne samobójstwa. Dobrze starczy, było ich znacznie więcej. I żeby zobaczyć, co jest obecnie na tapecie wystarczy zajrzeć do gazety czy włączyć telewizor. Po co o tym pisze? Dlatego, że nie można zagłuszać pozytywami negatywów. Bo trzeba pamiętać, że jeśli nawet coś ma swoje plusy, nie znaczy to, że nie ma minusów. I ważne jest to żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów. I dlatego gorzki to będzie ten rocznicowy toast. Bo zdaje sobie sprawę, że nie taka jest ta Polska, jaką sobie wymarzyłem. Jest tylko… po prostu lepsza niż była dwadzieścia lat temu.

dziennik pesymistyczny

Kapitalizm zaliczkowy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W związku ze zmiana systemu rozliczeń poboru wody inkasenci będą odwiedzali państwa domy co dwa miesiące, wystawiając rachunek za aktualne zużycie oraz zaliczkę na poczet najbliższego rachunku. Takiej mniej więcej treści kartkę zawieszoną na drzwiach mojej kamienicy przeczytałem wczoraj. Przypomniałem sobie jednocześnie, że pismo dotyczące zaliczek dostałem kilka dni termu od mojego operatora telekomunikacyjnego. Oznacza to, że teraz już nie będzie płacił za to, co faktycznie zużyje, lecz za to, co zużyłem lub wykorzystałem plus to, co ktoś przepowiedział, że mogę zużyć lub wykorzystać?

Ja rozumiem, że każdy właściciel firmy woli mieć pieniądze na początku miesiąca i nie martwić się czy jego klient zapłaci za wodę, gaz czy telefon po wykonaniu usługi, ale ta forma płatności zdecydowanie przybiera na sile. Już nie tylko płace zaliczki na poczet przyszłych świadczeń w przypadku energetyki czy spółek gazowniczych. Teraz okazało się, że będę musiał zapłacić za prognozę zużycia w przypadku wody. Zakład energetyczny posuwa się już do tego, że jak ostatnio zapomniałem zapłacić właśnie tej przedpłaty to wysłał do mnie stosowne wezwanie do uiszczenia płatności a w przypadku jej braku strasząc mnie ogromnymi konsekwencjami. Na nic się zdało moje tłumaczenie, że ja chętnie zapłacę i owszem, ale za to, co faktycznie wykorzystałem a nie za to, co ktoś sobie przewidział, że powinienem wykorzystać. Pani z działu obsługi klienta odesłała mnie do regulaminu i już było po sprawie.  Podpisałem taka umowę, więc co się czepiam. Słusznie, lecz raczej nie miałem wielkiego wyboru. Każdy z operatorów energetycznych stosuje podobne sposoby rozliczeń z tego, co wiem.

Jak wspomniałem na wstępie dostałem pismo od mojego operatora telekomunikacyjnego informującego mnie o zmianie regulaminu.  I tam też znalazłem punkt, który wprowadza możliwość pobierania ode mnie zaliczek na poczet przyszłych rachunków telefonicznych. Operator może zażądać ode mnie przedpłaty za niewykonane jeszcze usługi na przykład, gdy nagle bieżące zużycie nieproporcjonalnie przekroczy średnią wysokości rachunków wystawionych w ostatnich dwunastu miesiącach. Niby wszystko jest w porządku. Ale jeśli ja płace samych abonamentów na moich trzech telefonach w wysokości około 200 zł i tak mam ustawione taryfy, że właściwie wszystkie moje rozmowy zawierają się w tymże abonamencie, to płace za faktyczne zużycie w około 50 złotych. Bo reszta do tak zwane darmowe rozmowy. To, jeśli wyjadę na wakacje i moje rozmowy poprzez roaming wzrosną powiedzmy do 150 złotych. To wydaje się możliwe, że zapłacę po wakacjach razem z wyższym wakacyjnym rachunkiem dodatkowo jeszcze zaliczkę na kolejny miesiąc. Bo moje średnie zużycie znacznie wzrośnie. Co prawda wszystko ma być ustalane indywidualnie, ale jakoś nie mogę uwierzyć, że nie będzie tego naliczał i pilnował system bilingowy mojego operatora. Bo raczej nie wykonalne jest pochylanie się troską nad każdym abonentem w sytuacji, gdy ich liczba sięga milionów.

Ciekawi mnie jak daleko jeszcze pójdzie to zjawisko obowiązkowych przedpłat na co zużyjemy lub kupimy w przyszłości. Codziennie rano kupuje świeże bułeczki w piekarni na rogu ulicy. Z niepokojem myślę o tym ile czasu potrzeba jeszcze, aby jej właściciel wpadł na pomysł zaliczki na poczet tego, co kupie jutro. Tak na przykład, jeśli dziś kupiłem dwie bułki i rogalika to płace za to, co mam w siatce na zakupy oraz przedpłatę na to, co przewidywalnie mogę zakupić jutro.  I bardzo łatwo można takie postępowanie uzasadnić. Przecież, jeśli ja nie przyjdę jutro po te bułeczki, bo zaśpię to on, piekarz ich nie sprzeda. A jak zapłacę zaliczkę to przyjdę na pewno a jeśli nawet nie, to i tak piekarnia nie straci. Takie myślenie można rozszerzać w nieskończoność. Na komunikacje miejska z zaliczkami na przyszłe przejazdy, z fryzjerem z zaliczką na przyszłe strzyżenie itd. Kapitalizm bez ryzyka, bo za ryzyko już zapłaciłem zaliczkę. Kapitalizm doskonały. Ale, dla kogo doskonały? Bo dla mnie nie.

dziennik pesymistyczny

Czy politycy mnie straszą?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zauważyłem że stałem się ostatnio bardzo podatny na straszenie mnie przez polityków, a już szczególnie na straszenie mnie niemieckim zagrożeniem. Jak pisałem tu kilka dni temu, jestem umiarkowanie uczulony na naszych sąsiadów zza Odry, więc jestem też podatny na takie słowa. A tu jak na złość najwyższa osoba w państwie jeszcze te moje obawy potęguje. Prezydent straszy mnie niemieckim zagrożeniem a wtóruje mu bliźniaczo brat, były premier. I jak tu zachować zimna krew.

 W ostatnich dniach zauważam u siebie dziwne zachowania, które są zapewne związane ze słowami prominentnych przedstawicieli PiSu o powszechnym germańskim zagrożeniu. Ostatnio byłem w supermarkecie i zamiast włożyć do wózka z zakupami jedno opakowanie cukru, jak to robiłem zazwyczaj, umieściłem w nim dwa, i tak samo zrobiłem z mąką oraz kaszą. Moja dziewczyna całkiem słusznie zapytała – do wojny się szykujesz? No właśnie, może podświadomie słowa prezydenta i byłego premiera jednak wywarły na mnie jakieś wrażenie.  Jeśli straszy mnie szeregowy polityk opozycyjnej partii no to jeszcze mogę zrozumieć, że jest to retoryka wyborcza i nie ma powodu do niepokoju. Inaczej jest wtedy, gdy o niemieckim zagrożeniu mówi prezydent, najwyższa osoba w państwie, człowiek stojący na czele armii. W tym przypadku mam prawo czuć zagrożenie. Przecież z racji pełnienia obowiązków prezydent ma dostęp do tajemnic i spraw, o których ja nawet nie mam i nie będę miał nigdy pojęcia. Więc możliwe, że o zagrożeniach wie więcej niż ja. I jeśli od czuje się zagrożony to ja tym bardziej mam do tego prawo.

Takie wypowiedzi spowodowały to, że spoglądają na łopatę w sklepie ogrodniczym myślę o kopaniu rowów przeciwczołgowych. I w sklepie żelaznym z namaszczeniem przyglądam się zwojom drutu kolczastego. Przecież jak by, co to musze być przygotowany. Z tego straszenie mnie wyszedł też jeden pozytyw. Odnalazłem na strychu i odkurzyłem mundur po ojcu, którego nie oglądałem latami a teraz mnie jakoś naszło. I zapewne pchany tym politycznie podsycanym strachem ocaliłem byt tej rodzinnej pamiątki.  Może na innych słowa: – Nie chciałbym zaostrzać stosunków z jakimkolwiek naszym sąsiadem, ale chciałem mocno podkreślić, (…), że jestem w Polsce i gospodarzami tej ziemi są i będą Polacy – wypowiedziane na Pomorzu przez prezydenta nie robią tak wielkiego wrażenie. Jak jednak słysząc takie wypowiedzi od razu przypomina sobie przemówienie przedwojennego ministra spraw zagranicznych Józefa Becka, to najsłynniejsze, o tym – że polska od morza odepchnąć się nie da. Co ja mam myśleć, jeśli od przeszło tygodnia słyszę z ust brata prezydenta, kiedyś premiera PR o wielkim zagrożeniu niemieckim dla polski? Jarosław Kaczyński występując ostatnimi czasy w radiowych  Sygnałach Dnia zauważył nawet, że w Polsce znaczna część prasy należy do niemieckich wydawców. Więc może ja czegoś naprawdę nie wiem, bo niby jak mam się dowiedzieć z tej prasy, co to nie jest polska i reprezentuje obce interesy.

– Siły zbrojne są także po to, żeby móc bronić własnego kraju, a do tego muszą być odpowiednio wyposażone, uzbrojone i odpowiedniej liczby – powiedział prezydent. Może to nic nie znaczy a może mam to rozumieć, jako sygnał, aby zbroić się, bo zagrożenie jest realne? Może jest inna interpretacja tych słów, a moja jest nazbyt przesadna. Ale ja naprawdę mam uzasadnione prawo do dyskomfortu. To już prawie retoryka Churchilla z lat wojny. Każdy ma własną wrażliwość a ja mam właśnie taką i naprawdę czuje strach. Albo sobie ten strach wmawiam. To też możliwe. Jeśli jednak to tylko taka wyborcza gra, a gdzieś w głębi duszy mam taką nadzieje i tym uspokajam mój strach, to mówię panom politykom – nieładnie się bawicie.  Bardzo nieestetycznie jest tak straszyć współobywateli.

dziennik pesymistyczny

Wielka siła mydlanych baniek

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Centralny plac mojego miasta wypełniły dziś mydlane bańki. Specjalna maszyna niestrudzenie pracowała wydmuchując przeogromną ilość baniek tak, że już po chwili były dosłownie wszędzie. Mieniąc się tęczowymi kolorami swobodnie wzlatywały wśród przechodniów. Zdawało się, że wypełniły cały ten, na co dzień szary plac napełniając go zwiewną radością i kolorem.

Maszyna wydmuchująca setki tysięcy mydlanych baniek oraz kilku panów z gracja i precyzja tworzących wielkie bańki przy pomocy dwóch patyczków i sznurka to był tylko element obchodów dnia dziecka w moim prowincjonalnym mieście. Ale właśnie ta mała bańka z mydlin żyjąca przez chwile i tym swoim życiem dająca tak wiele radości innym zawładnęła miastem. Dosłownie zmieniając rzeczywistość mojej prowincji. Na festynie dla dzieci było wiele innych atrakcji jak rowery z wielkimi kołami czy dzieci popisujące się umiejętnością żaglowania talerzami. Ale największe wrażenie robiły właśnie te banki mydlane. Ludzie przystawali i zastygali w bezruchu po kilka minut nie mogli oderwać wzroku od wirujących w powietrzu zwiewnych form. I wszyscy wyglądali tak jakby na chwile zapomnieli o swoich troskach przenosząc się wraz z tymi sferycznymi migocącymi tworami w świat dzieciństwa. Tak wielką siłę mają bańki mydlane.

Nawet dwóch strażników miejskich patrolujących śródmieście uległo tej magii. Funkcjonariusze całkiem jak dzieci zaczęli sobie nawzajem, pokazywać co raz to piękniejsze okazy fruwających w powietrzu mydlin. Starsze panie i starsi panowie okupujące ławki przed kościołem wyglądali jakby na chwile przemieści się w czasie, jakby odmłodnieli. Gdy ogarnęła ich chmura z mydlanych baniek. Kilku finansistów z pobliskiego banku wyszło na plac podziwiać tańczące na wietrze tęczowe banieczki. I tak zastygła w zachwycie cała ulica. I tylko, co chwile ktoś się budził z letargu jakby wracając z podróży do własnych wspomnień. Wtedy przepraszająco rozglądał się dookoła … i odchodził do swoich spraw. Ale mam wrażenie, że coś nadal w nim trwało, w niemym zachwycie nad ulotnym pięknem. Jedna osoba znikała za rogiem a już na jej miejscu był kolejny przechodzień oczarowany mydlanym pięknem wirującym w powietrzu.

Zrodziła się we mnie myśl, że jeśli tak wielka jest siła w bańkach mydlanych to warto to jakoś wykorzystać.  Może spożytkować ją, tą mydlaną siłę dla dobra naszego narodu i państwa. Bo jakże pięknie wyglądałyby konferencje polityków, którzy zamiast wypowiadać pełne nienawiści słowa wytwarzaliby dla swych wyborców bańki mydlane. Ja wiem, że czasem to robią tak w przenośni obiecując coś, co potem okazuje się właśnie mydlaną bańką. Ale przecież, po co robić coś w przenośni. O wiele lepiej i uczciwiej jest robić banki z mydlin w rzeczywistości i cieszyć nimi społeczeństwo. Pożyteczniejsze to i ładniejsze. Jeśli tak wielka siła w tym bańkowaniu jest to może zamiast gazów bojowych przeciwko protestującym stoczniowca warto używać maszyn wydmuchujących tysiące mydlanych baniek. Łatwo można sobie wtedy wyobrazić jak policjanci i stoczniowcy zamiast się wzajemnie atakował biegają za bańkami chcąc je schwytać. Idąc wzorem hipisów z ich kwiatkami w lufach karabinów stwórzmy nasz polski zwyczaj pokojowego rozładowania konfliktów – puszczajmy mydlane bańki.

dziennik pesymistyczny

Totalna inwigilacja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W czasie deszczu dzieci się nudzą, a politycy? Jak tak spoglądam na to, co się dzieje za oknem to myślę, że w czasie obrad komisji przyjazne państwo bardzo lało. Bo tylko nudą lub głupotą można wyjaśnić to, co wymyśliła ta komisja. Dokładnie chodzi mi, o to że z projektu tejże komisji wynika, że w każdym sklepie sprzedającym alkohol będą musiały być zainstalowane kamery nagrywające dokonywanie zakupów. Jako mieszkaniec naszego pięknego kraju jestem przyzwyczajony do tego, że nasi politycy produkują masowo bzdurne ustawy i maja różnorakie dziwaczne pomysły. Ale to tu już chyba gruba przesada.

 

Chyba nie trzeba dodawać, że oprócz kamer właściciele sklepów musieliby też zainstalować wiele dodatkowych urządzeń związanych z monitoringiem tego, co dzieje się przy  tak drastycznej i aspołecznej czynności jak zakup alkoholu. Według projektu, w placówkach handlowych musiałyby znaleźć się urządzenia, które w doskonałej jakości powinny móc zapisywać  obraz a następnie umożliwić rozpoznanie zarówno sprzedawcy, jak i nabywcy. Poza tym w zamierzeniach komisji materiał z inwigilacji powinien zawierać dokładną datę oraz godziny nagrania. Aby nie było tak łatwo i dla podkreślenia tego, że komisja zapoznana jest z najnowszymi technikami szpiegowania, urządzenia rejestrujące powinny być uruchamiane i zatrzymywane bez konieczności ingerencji w proces rejestracji.

 

Z uzasadnienia do projektu wynika, że zainstalowanie kamer w sklepach z alkoholem proponuje się przede wszystkim, dlatego, że łamany jest zakaz sprzedaży alkoholu nieletnim. Jest w tym taka sama logika jak zakaz wychodzenia z domu, bo może nam spaść na głowę cegła. Czy może nakaz noszenia parasola w słoneczna pogodę, bo może przecież padać? Ta propozycja to prawdziwe kuriozum. Bo czy łamanie zakazu sprzedaży napojów alkoholowych osobom nieletnim przez nieuczciwych sprzedawców może być powodem do pociągnięcia do odpowiedzialności zbiorowej wszystkich, którzy sprzedają alkohol a tym bardziej kupują i nie chcą być uwieczniani na taśmach, które nie bardzo wiadomo, kto będzie oglądał.

 

To już krok tylko do montowania na głowach obywateli kamer, które filmowałyby wszystko, co robimy. Przecież może się zdarzyć ze nagle nam coś odbije i postanowimy mordować a tak przecież operator będzie widział, że mamy problem z osobowością i od razu będzie mogły wysłać nam i zaatakowanym przez nasze szaleństwo osobnikom pomoc. Przecież nikt nie może mi zagwarantować, że komisja od przyjaźni państwowej wpadnie i na taki pomysł. Jak widać ich wyobrażania jest nieograniczona. A może tak montować kamery w kioskach gdzie kupowane są papierosy? Przecież każdy, kto choć raz trzymał w rekach paczkę papierosów wie z napisów umieszczonych na nich, jaką to wielką szkodę mogą wyrządzić. A tak przecież będzie można monitorować, kto i kiedy będzie miął już dość i padnie na zawał lub na inna odnikotynową chorobę. I będzie mu można przymusowo pomóc. Jakież to piękne! I zgodne logika komisarzy przyjaźni państwowej. A może jeszcze kamery w samochodach, dlaczego nie, przecież tyle jest wypadków a tak jak operator przy monitorze nadzoru zauważy, że jedziemy niebezpiecznie lub przekroczymy prędkość o 2 km to będzie mógł nam ten samochód unieruchomić dla naszego dobra oczywiście.

 

Naprawdę widać tu, że wielu z posłów czytało książkę Orwella zatytułowaną 1984 ale nie dotarło do nich przesłanie tego dzieła, ale za to zafascynowani zostali opisami totalnego monitoringu. Jak nic wielki Brat jest ich idolem i pewnie sami chętnie zasiedli by przed ekranami, aby zobaczyć, co tam ciekawego robią obywatele. Jak wtedy łatwiejsze byłyby rządy gdyby politycy z komisji wiedzieli wszystko o wszystkich. Ale jak widać polscy politycy nie trącą nadziej, że ten piękny plan totalnej inwigilacji kiedyś się spełni a na razie zmierzają ku tej świetlanej przyszłości malutkimi krokami. Już mamy kamery na każdej ulicy, a teraz będziemy mieli kamery w każdym monopolowym i w każdej restauracji oraz w każdym barze. I jak będę się wybierać do sklepu już w najbliższej przyszłości, aby zakupić pół litra najtańszego środka antydepresyjnego dostępnego w naszym raju nad Wisłą to tylko w kominiarce. Bo jak potem wytłumaczyć mojemu szefowi, że się nie jest alkoholikiem jak dowiedział się od on od kolegi przyjaciela kolegi znajomego, który te filmy ogłada służbowa a wiedzą dzielił się prywatnie, że  już trzy razy w tym tygodniu byłem w monopolowym.