Yearly Archives

186 Articles

dziennik pesymistyczny

Żądasz czystości zachowaj ją sam!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Jak się gdzieś wyjedzie a potem wróci to widzi się więcej. Tak było i ze mną gdy wyjechałem z mojego miasta a po tygodniu jak wróciłem to ze zdziwieniem zauważyłem, że moje miasto jest po prostu brudne. Wszędzie na każdej prawie ulicy walają się butelki, reklamówki, papiery. Zapewne było tu już tak i przed moim wyjazdem, ale tak się to tego widoku śmieci na ulicach przyzwyczaiłem, że teraz po powrocie mogłem to zobaczyć wyraźniej.

 

Na pocieszenie samego siebie chyba tylko mogę dodać, że tam gdzie przez ten tydzień przebywałem jest równie brudno, ale tam przynajmniej ten brud się staranie ukrywa. Widać śmiecenie to nasza cecha narodowa. Na mojej prowincji czysto jest tylko w samym centrum i to tylko rano. Wtedy, gdy jeszcze nie ma tak dużo mieszkańców na ulicach i nie zdołali oni zniweczyć śmieciami pracy ekip sprzątających.

 

Nie wiem, co jest w tym moim narodzie, że jak polak pali papierosa na ulicy to peta wywali tam gdzie stoi, jak je na ulicy batonik to nie przejdzie dwu kroków do kosza na śmiecie tylko wyrzuci opakowanie tam gdzie się obecnie znajduje.

 

Największa subkulturę śmieciową stanowią ci, którzy uwielbiają z racji młodego wieku lub z racji pasji po prostu wypić piwko lub coś mocniejszego na ulicy lub w krzakach. Ci już z zasady zostawiają szkło i resztki z biesiady tam gdzie się raczyli jakby licząc, że jakaś służba kelnerska za nich posprząta.

 

Ostatnio byłem uczestnikiem scenki, która w sposób wyjątkowy prezentuje mentalność polaków. Dwie panie w wieku średnim odpoczywały na ławce z lubością przyglądając się zabawie własnych milusińskich. Czas relaksu umilały sobie utyskiwaniem na to, jakie to nasze prowincjonalne miasto jest brudne. Wynajdywały drastyczne przykłady brudu i nieładu na ulicach i w parkach. Po chwili jedno z dzieciątek przybiegło do mamusi z informacja, że batonik rozpuścił mu się w rękach. Pani z zatroskaniu kazała milusieńkiemu wyrzucić batonik z papierkiem na chodnik a sama zajęła się usuwaniem śladów czekolady z dziecka. Dziecko już czyste powróciło do zabawy a do papierka z resztkami batonika, który spoczywał na chodniku dołączyły chusteczki. Panie podjęły na nowo rozmowę i po chwili wstały udając się w swoja stronę ciągnąc za sobą wrzeszczące dzieci. Liczyłem, że może przez nieuwagę i roztargnienie nie zabrały i nie usunęły do kosza resztek batonika i chusteczek. O czym ich poinformowałem bardzo grzesznie. To, co usłyszałem w odpowiedzi niestety nie nadaje się do publikacji. Krótko mówiąc okazało się, że moja uwaga jest chamska, nie na miejscu i taki pijak (dlaczego pijak?) jak ja nie ma prawa ich przy dzieciach krytykować i tu dodały stek wyzwisk.

 

Tak to już jest, że wszyscy narzekamy na śmieci, ale naprawdę niewielu się chce uczynić wysiłek i z papierkiem po batoniku czy z innym opakowaniem udać się do kosza na śmiecie. Smutna prawda jest taka, że za kilka lat utoniemy w śmieciach, ale wszyscy będziemy głośno się nawzajem a tym informować i szukać winnych wszędzie tylko nie u siebie.

 

dziennik pesymistyczny

Krucjata, Madonna i promocja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Magistrat mojego prowincjonalnego miasta ogłosił w ostatnich dniach konkurs na opracowanie koncepcji przebudowy fragmentu centralnej ulicy wraz z fontannami. Mam tylko nadzieje, że władze miejskie wyjdą naprzeciw dziesiątkom młodych obywateli mego miasta, którzy z racji pozbawienia ich dostępu do otwartych basenów na terenie miasta te właśnie fontanny wykorzystują do ochłody w upalne dni.

Specjalnie powołany Komitet Obrony Wiary i Tradycji Narodowych Pro Polonia wystosował w ostatnich dniach specjalny list do prezydenta Lecha Kaczyńskiego, w którym prosi go o interwencję i pomoc w odwołaniu koncertu gwiazdy pop Madonny.

Protest z lubością nagłaśniany przez media dotyczy przede wszystkim daty koncertu. Zdaniem protestujących środowisk katolickich termin piętnastego sierpnia to antykatolicka prowokacja, gdyż tego dnia przypada jedno z największych świąt maryjnych – Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny, zwane też świętem Matki Boskiej Zielnej.

Warto to przypomnieć, bo zapewne niewielu zdawało sobie z tego sprawę. Bo tak tylko można wytłumaczyć fakt, że nikomu z organizatorów nie przyszło do głowy, że wybór tej daty na koncert Madonny to nie najlepszy pomysł. A może właśnie o to chodziło. Może specjalnie wybrano taką datę na koncert właśnie tej artystki, bo nic bardziej nie sprzyja promocji jak wielki skandal z religią w tle.

A tak promocja obu stron konfliktu rozwija się w najlepsze. Komitet Obrony Wiary i Tradycji Narodowych Pro Polonia, o którym nikt dotychczas nie słyszał może się spokojnie promować pisząc listy i odezwy oraz organizując w centrum stolicy w światłach kamer odmawianie różańca. Przywódca komitetu radny Marian były działacz LPR może teraz powrócić przed kamery i aparaty fotograficzne dziennikarzy stając na czele krucjaty w obronie wiary i wartości. Po drugiej stronie organizatorzy koncertu coś tam cichutko dementują jednocześnie dziękując za darowany rozgłos i reklamę koncertu. Obustronna darmowa promocja rozwija się w najlepsze.

Koncert Madonny odbędzie się piętnastego sierpnia i to podobno budzi największe kontrowersje, ale co z tego. Zapewne nie zobaczymy w dniu koncertu specjalnych komand, które wyłapywać będą na ulicy katolików i silę się wywozić ich na koncert Madonny. Z pewnością nie zobaczymy wyłapywania katolików idących na msze piętnastego sierpnia, którzy zostaną stłoczeni przymusowo na koncercie. Więc, o co ta wrzawa. Jeśli ktoś nie chce iść zobaczyć gwiazdy popu to nie pójdzie i nie zobaczy. Jeśli jego wiara zabrania mu uczestniczenia piętnastego sierpnia w koncertach to zgodnie z tą wiarą postępując nie weźmie on udziału w hucznych zabawach. Jeśli ktoś jest wierzącym katolikiem to postępuje on zapewne zgodnie z zasadami wyznawanej wiary i to ona zabroni mu udziału w koncercie. Nikt też nie może siłą katolikowi narzucić udziału w koncercie, ale też nikt nie może narzucać swojej woli wszystkim tym, którzy nie chcą tego dnia uczestniczyć w religijnych uroczystościach i planują inaczej spędzić dzień wolny od pracy. Wiara i czynności religijne to jeszcze w Polsce wolny wybór, więc dopóki tak jest to każdy ma prawo sam zdecydować, co chce robić piętnastego sierpnia.

Działania takie, jakie prowadzi organizacja Pro Polonia udowadniają, że tak naprawdę hierarchia kościelna nie ma żadnej władzy nad wyznawcami. Bo przecież, jeśli w Polsce zgodnie z tym, co opowiada kościół jest ponad dziewięćdziesiąt procent katolików to wystarczy odczytać w kościołach nakaz nie uczestnictwa w koncercie Madonny i już po sprawie. Dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa zgodnie z zaleceniem hierarchów kościelnych i swojego proboszcza nie udaje się po bilety na koncert, jego organizatorzy plajtują i jest dokładnie tak jak tego chce protestująca organizacja katolicka. Ja oczywiście wiem, z jakiego powodu nie wyda nikt w kościele takiego zakazu a czytelnicy się domyślają zapewne, dlaczego. Nikt z tak błahego powodu nie narazi na upadek mitu o dziewięćdziesiąt procentowej dominacji jednej religii w Polsce.

 

dziennik pesymistyczny

Pan prezydent i nie pan, choć wiceprezydent

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

W moim prowincjonalnym mieście jest urząd. W urzędzie jest ściana, na której wisi tablica a na niej jest przypięta wielgachna kartka, na której ktoś umieścił informacje, do kogo to należy się zgłosić, jeśli się widzi jakiś nieład, nieporządek czy inną niesprawiedliwość w mieście. I wszystko byłoby dobrze gdyby nie nadczynność i zwykle lizusostwo urzędnicze.

 

Na pierwszym miejscu listy urzędników, do których można wnosić skargi jest oczywiście prezydent. A dokładniej PAN PREZYDENT i tu imię i nazwisko.  Wielkimi literami to napisano widać z wielkiego szacunku. Poniżej jest wiceprezydent z imieniem i nazwiskiem zapisanym mniejszymi literami a następnie lista wszystkich wyższych notabli miejskich.

 

Nadal wszystko dobrze powiecie, ale czy na przedrostek PAN przed funkcją i nazwiskiem zasługuje tylko prezydent? Bo tylko on został tym panem zaszczycony. A już wiceprezydent nie, bo pewnie w oczach urzędnika przygotowującego tą tablicową informacje inni urzędnicy z wiceprezydentem na czele nie zasłużyli na to Pan przed funkcją i nazwiskiem. I słusznie, bo przecież PAN jest tylko jeden jak wiadomo od dawna. Ale może warto by tak użyć tam na tym spisie adresowym staromodnego obywatela? W końcu przecież wszyscy jesteśmy jak nie Panami czy Paniami to przynajmniej obywatelami.

 

Może warto tak już, jeśli taka forma w języku polskim istnieje wszystkich tytułować, jeśli się z nim nie jest po imieniu Pan czy Pani. I niech będzie i Pan Prezydent i Pan Wiceprezydent. Albo odwrotnie nie wypisywać przez funkcja słowa Pan czy Pani. Bo to naprawdę wygląda dziwnie a nawet śmiesznie, jeśli na Pana zasługuje tylko prezydent miasta a jego zastępcy to już nie.

 

dziennik pesymistyczny

Dyskryminowanie parytetem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Ja nie mam nic przeciw kobietom w polityce, ja nawet chętnie zamieniłbym obecnego prezydenta na pewną moją znajomą. Zdziwił mnie jednak sondaż gazety wyborczej, z którego wynika, że 70 procent kobiet i 52 procent mężczyzn jest za parytetem dla kobiet na listach wyborczych. Nie chciałbym przecież żeby mojej znajomej zarzucano, że stanowisko prezydenta zdobyła dzięki specjalnym przywilejom.

 

Stosowanie parytetów jest bez sensu i ma się nijak do demokracji. Ja i nikt, z kim dziś rozmawiałem na ten temat nie słyszał o przypadku, w którym gdzieś w Polsce zabroniono by kobiecie startu w wyborach. Więc, po co stosować zasadę, aby partie polityczne przyznawały połowę miejsc na listach wyborczych do Sejmu, parlamentu europejskiego i do samorządów kobietom?

Całkowicie nie rozumiem argumentacji, w której małą liczbę kobiet w polityce chce się zmieniać poprzez stworzenie kobietom specjalnych warunków startowania w wyborach. W ławach sejmowych jest bardzo mało ludzi rudych czy łysych, a nie słyszałem żeby ktoś chciał dla nich gwarancji pięćdziesięciu procent miejsc na listach wyborczych.

Podobno kobiety przez lata były wykluczone z polityki i na pewno, właśnie przez to wykluczenie premierem naszego kraju została Hanna Suchocka. Nie da się i nie można narzucać komuś jak ma głosować w wyborach i na kogo a jednocześnie wmawiać, że to przejaw demokracji. Jeśli ja mam wybrać między dobrym a złym politykiem to wybieram dobrego i nie myślę wtedy czy jest on kobietą czy mężczyzną. Po wprowadzeniu parytetów może dojść do sytuacji, że na siłę na listach będzie się umieszczać kobiety tylko po to, by zachować równowagę nawet wtedy, gdy będą marnymi politykami. A dobry polityk się tam nie znajdzie tylko, dlatego że natura stworzyła go mężczyzną.

Ja nie byłem w Ameryce, ale znam kogoś, kto był i mi o tym jak tam jest opowiedział. Wspominał on czasem o tamtejszym programie parytetów rasowych w straży pożarnej. Tam jest tak, że jeśli starają się o pracę w straży dwie osoby i jedna z nich jest powiedzmy stworzona na to stanowisko, ma wykształcenie i spełnia wszelkie wymagania to, jeśli jest rasy białej to pracy i tak nie dostanie. Bo jeśli w straży jest za dużo białych to jeszcze jeden biały pracownik zaburzyłby równowagę rasową. Pracę dostanie czarny bo choć nie jest tak dobry jak biały, to jednak ma poprawny kolor skóry. I tak to rasizm zamieniono na coś nowego i to już nie jest rasizm tylko wyrównywanie szans. Chyba za daleko to poszło.

Z naszego podwórka zapewne wielu pamięta specjalne punkty za pochodzenie przy egzaminach na studia stosowane za PRLu. Tyle się wtedy mówiło, że to złe i chore, a teraz cześć z tych osób nie widzi w parytetach politycznych nic zdrożnego.

Całe szczęście, że u części kobiet stosowanie parytetów w polityce czy w nauce budzi kontrowersje tak jak i u mnie. Zgadzam się z nimi, że wprowadzenie takich rozwiązań „zamiast promować kobiety, sugeruje, że nie są na tyle zdolne i przedsiębiorcze, by samodzielnie, bez wsparcia, osiągać sukces”.

dziennik pesymistyczny

W pełni pesymistycznie po wakacjach

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Wróciłem do mojej nijakiej prowincji z wakacji nad polskim morzem. Pierwsze, co dziś zrobiłem to włączyłem komputer i przeczytałem komentarze czytelników do moich tekstów. Czyli zrobiłem to, co zawsze sobie obiecuje, że nie będę robił a co zawsze czynie.

 

Wśród wielu cennych rad i wskazówek, jakie otrzymuje od czytelników znalazł się też jeden wpis, w którym autor wyraża swoje wielkie oburzenie tym, że tytuł mojego bloga, czyli dziennik pesymistyczny nie w pełni oddaje to, co się na tych stronach znajduje. Że jest za mało pesymistycznie podobno. Jeśli tak jest to z pewnością zadowoli tego czytelnika to, co przeczyta poniżej.

 

Ten wakacyjny wyjazd uświadomił mi, że faktycznie nie można być optymistą mieszkając w Polsce. Bo po pierwsze w naszym kraju nie ma już dróg. Występują one tylko czasami, ale chyba tylko po to żeby przypominać, że tak w zasadzie ich nie ma. Jazda po polskich drogach to prawdziwy koszmar. Samochodem rzuca jak piłka po wybojach, dziurach i koleinach. I nie ma, co liczyć na to że coś się w tym temacie zmieni. Jeśli nie można było przez tyle lat wybudować drogi że stolicy nad morze to nie wybudujemy już jej nigdy. Jeśli nawet wybudujemy początek drogi to w czasie, gdy będziemy budować jej koniec, początek tejże już nie będzie istniał.

 

Po drugie: na tych drogach szaleją ludzie, którzy chyba z braku wojny nie mogąc wykazać się odwagą rzucając się z szabla na czołgi swoją frustracje wyładowują w samochodach. Zuchy te z braku możliwości chwalebnej śmierci wojennej wyładowują swoją ułańską fantazje, jako kierowcy mknąc w swych samochodach po śmierć. Wyprzedzając na trzeciego bez cienia strachu na twarzy jadą naprzeciw innym niosąc śmierć i zniszczenie. Za nic mając tych, którzy chcieliby jeszcze chwile poobserwować ten padół łez. Nie zmienią ich zakazy i kary oni już tacy są i taki zginą.

 

Po trzecie: do łez doprowadzają mnie kelnerzy, którzy nie potrafią podać posiłków w właściwej kolejności. Nie ma w Polsce już kelnerów takich prawdziwych, jakich się w filmach widuje. A ci nieliczni w bardzo, bardzo drogich restauracjach to jakiś skansen tylko. Teraz chłopaczek w drogiej i polecanej w przewodnikach knajpie przy głównej ulicy gdańska potrafi podać do stołu klientowi jednocześnie: przystawkę, pierwsze danie, drugie danie oraz deser i kawę. Chłopaczek bo przecież nie kelner. A na moje żale odpowiada, że kuchnie miała to wszystko gotowe więc przyniósł. I widać na jego twarzy, że on naprawdę nie wie, dlaczego ja się wściekam. Szkoda tego szlachetnego zawodu, który w Polsce zanikł bezpowrotnie.

 

Po czwarte: nie będzie już w Polsce gdzie wypocząć, bo jeśli właściciele domków letniskowych wyrzucają śmieci wprost do zalewu wiślanego to jego los jest przesądzony. O przepraszam nie tak od razu wyrzucają te śmieci. Najpierw zaradni właściciele kopią doły, potem do nich rzucają to, co letnicy w swej naiwności wyrzucili do koszy przeznaczonych na odpadki a następnie doły ze śmieciami zasypywane są piaskiem. I już mamy kilka metrów mierzej wiślanej wyrwane zalewowi. A na nich budowane są następne domki dla letników. Taki u nas zaradny naród.

 

Miało być pesymistycznie, proszę jest… A mogę tak bez końca i na pewno będę.

 

dziennik pesymistyczny

Urzędowa ciocia dobra rada

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 17

Przyjechali do mnie znajomi, którzy już od wielu lat mieszkają za granicą. Ale że nadal są obywatelami polskimi to musza też, co pewien czas bywać w polskich urzędach. Polskie urzędy nie uznają bowiem możliwości załatwienia spraw urzędowych przy pomocy poczty czy przez internet. W dziewięćdziesięciu procentach spraw urzędowych wizyta osobista petenta jest koniecznością. Przy tegorocznej pielgrzymce moich znajomych do urzędu postanowiłem im towarzyszyć. Gdy oni załatwiali swoje sprawy ja z nudów przeczytałem na tablicy informacyjnej przepisy dotyczący zameldowania.

Szanowni czytelnicy, nie wiem czy zdajecie sobie z tego sprawę, że musicie zameldować na pobyt czasowy waszych znajomych, których wizyta przeciąga się i postanowią oni zostać dłużej niż cztery dni w waszym domu? Jeśli nie uczynicie tego przed upływem czwartej doby, policjant może wam wlepić mandat, bo łamiecie prawo obowiązujące w rzeczpospolitej polskiej.

Tak mnie to zdziwiło, że postanowiłem to sprawdzić u źródła, czyli po prostu zapytać urzędniczki: czy bardzo stare przepisy są nadal obowiązujące? Bo wyciąg z przepisów prawnych wywieszony na tablicy informacyjnej był z 1974 roku. Uchwalony został przecież w mrokach totalitarnego PRLu a teraz mamy od dwudziestu lat wolność, więc myślałem, że już nie trzeba się meldować. I dowiedziałem się ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, że… tak naprawdę nie trzeba przestrzegać tego prawa choć ono nadal obowiązuje!

Pani urzędniczka wyjaśniła mi, że oczywiście takie przepisy nadal obowiązują i jak chce, i się uprę to ona tych moich znajomych przed upływem czwartej doby w moim domu zgodnie z prawem zamelduje. Ale dodała też, że to już mój wybór czy tego chce czy nie. Choć zgodnie z prawem powinienem to uczynić, to jak mi wyjaśniła, nikt już teraz tego nie robi. Całkiem słusznie pomyślałem. W tej historii najciekawsze jest jednak to, że takiej rady udzieliła mi urzędniczka państwowa, czyli ktoś, kto ma stać na straży przepisów i ścisłego przestrzegania prawa.

W urzędzie dowiedziałem się też, że zgodnie z PRLowskim prawem obowiązującym w odrodzonej i wolnej rzeczpospolitej wyjeżdżając za granicę na dłużej niż trzy miesiące powinienem się wymeldować, a po powrocie ponownie się zameldować we własnym domu. Oczywiście czy to zrobię czy nie znów zależy zgodnie ze słowami urzędniczki do mnie. Bo podobno nikt tego nie robi, choć powinni wszyscy. Widocznie, jaki kraj takie prawo i taki sam szacunek dla tego prawa. Jeśli prawo jest złe, przestarzałe i nawet urzędnicy go nie przestrzegają to chyba dwadzieścia lat to wystarczająco dużo czasu na jego zmianę. Chyba, że jest ono komuś potrzebne, bo jak już nie będzie, za co ukarać krnąbrnego obywatela zawsze można mu wlepić mandat za brak meldunku. Który tak naprawdę to powinien mieć, ale jak wyjaśniła mi urzędniczka może nie chcieć mieć, no chyba że przyjdzie pan policjant i się czepi to wtedy jednak musi.

dziennik pesymistyczny

Dyskryminacja dyskryminowanych

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 26

Wczoraj zobaczyłem w katolickim programie w telewizji publicznej wynik sondy, z którego wynikało, że osiemdziesiąt procent widzów tego programu uważa, że katolicy w Polsce są dyskryminowani.

Wystarczy wyjść na ulice mojego prowincjonalnego miasta. Stanąć w dowolnym miejscu, rozejrzeć się dookoła aby przekonać się, że w zasięgu wzroku znajduje się kilka świątyń tej wiecznie prześladowanej religii. W odległości nie większej niż pół kilometra od mojego domu znajdują się aż cztery kościoły. Jest ich w sumie kilkadziesiąt w moim mieście. Jak na ponad dwieście tysięcy mieszkańców to całkiem niezły wynik zwarzywszy na stan permanentnej dyskryminacji oczywiście.

Wystarczy wejść do jakiegokolwiek urzędu czy szkoły państwowej by przekonać się, że są tam prawie na każdej ścianie katolickie symbole religijne. Działa w moim mieście kilkanaście stowarzyszeń katolickich. W całym mieście jest tysiące kapliczek. Z setek kościołów i kapliczek, co pewien czas rozbrzmiewają donośnie dzwony i to bez względu na porę dnia. Księżą są obecni na każdej państwowej uroczystości. Dwóch przedstawicieli kleru to honorowi obywatele mojego miasta. W szkołach uczy się religii. Większość praw oparto w tym kraju na światopoglądzie chrześcijańskim. W herb mojego miasta jest wpisany herb państwa watykańskiego. Co jest chyba ewenementem w na skale światową. Co trzeci pomnik w mieście to pomnik człowieka związanego z kościołem. W każdym kiosku jest dostępnych kilka tytułów gazet katolickich. Radio z Torunia dociera swoim katolickim głosem do wszystkich domów w Polsce. Kilka nazw ulic w mieście upamiętnia księży. Na czas uroczystości kościelnych zamykane są największe ulice. A to wszystko nadal czyni wśród wyznawców tej religii atmosferę dyskryminacji.

To chyba najdziwniejsza dyskryminacja, o jakiej słyszałem. Już samo to, że usłyszałem wyniki sondy w telewizji w czasie największej oglądalności w katolickim programie nadawanym, co niedziela od kilkunastu lat świadczy o tym, że coś z tą dyskryminacją jest nie tak. O może to poczucie wiecznego zagrożenia do jakiś nakaz religijny, o którego ja po prostu nie znalem dotychczas? Według ogólnie znanych badań kościelnych, dziewięćdziesiąt osiem procent społeczeństwa do katolicy. Jak to możliwe, że ta dwu procentowa mniejszość może dyskryminować ta przytłaczająca większość? No chyba że katolicy nawzajem się dyskryminują.

A może to co pisze to właśnie forma dyskryminacji. Jeśli tak to bardzo wszystkich katolików przepraszam. Od razu wyjaśniam, bo pewnie wielu mi to przypisze. Nie jestem żydem, nie jestem komunistom, nie jestem wyznawcą Jehowy, innym heretykiem, nie jestem liberałem, nie jestem homoseksualistą, nie jestem satanistą… ogólnie nie zasługuje na stos i inkwizycje. No przynajmniej do teraz mi się tak wydawało. Przeprasza jednak szczerze, jeśli moja wizja świata i to, co pisze doprowadza do poczucia dyskryminacji osiemdziesiąt procent katolików.

dziennik pesymistyczny

Reklama z hukiem wodospadu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 15

Reklamy są głośniejsze od reszty audycji telewizyjnych i radiowych. To już jest poważny problem. Szczególnie latem jest ten proceder denerwujący, gdy telewizje zamieniły się w jedną wielką TV Powtórkę. Spokojnie sobie drzemie przed telewizorem przy kolejnym seansie premiery telewizyjnej a tu nagle wyrywa mnie z letargu krzyk faceta informujący mnie, że jego maszynka do golenia jest naprawdę super. No może i jest super, ale czy oni tam w telewizji uważają, że jak mi tego nie wykrzyczą w reklamie z mocą dziesięciu decybeli to przekaz do mnie to nie dotrze?

Dlaczego ja za każdym razem mam szukać pilota i ściszać dźwięk jak tylko pojawi się na ekranie urocza panienka, co to uważa, że jej proszek do prania jest znacznie lepszy niż tysiąc innych. Czy ona nie może mi tego spokojnie wyjaśnić tylko trzeć się w niebogłosy? U nas już tak jest, że jak coś nie jest zabronione i nie stoją za tym trzy ustawy i kodeks karny to już nikt nie pomyśli o tym, że to komuś może przeszkadzać. Reklamy są głośniejsze, bo po prostu ustawa o radiofonii i telewizji tego nie reguluje i przepisy nie różnicują poziomów dźwięku reklam i programów telewizyjnych.

W naszym cudownym kraju już od wieków jest przekazywane w mądrości ludowej, że jak coś jest czerwone to piękne, słodkie to dobre a jak głośno grają to ładnie grają. Więc reklamodawcy uwielbiają jak jest naprawę głośno. Zapewne robią tak by przykuć uwagę widzów, którzy uciekają od reklam. Ale ja jak tylko ktoś zacznie do mnie krzyczeć, że jego oferta kredytowa jest znacznie lepsza niż inne natychmiast zmieniam kanał lub uciekam z pokoju. I pewnie wielu tak robi, więc gdzie tu sens. Jak by było spokojniej to może i bym wysłuchał tego, że szminka jest najlepsza, bo jest najlepsza.

Oglądam sobie spokojnie serial, gdzie właśnie skrada się morderca w niecnych zamiarach… a tu nagle jak nie gruchnie z głośników. I już wesołe towarzystwo zachwala soczek dla dzieci i tak z 15 minut krzyków i wrzasków. Kiedy narastające napięcie w serialu nagle zostanie przerwany wrzaskliwym spotem o najtańszym AC i OC albo o nie zawierającej sztucznych barwników herbatce, to efekt jest taki, że jestem bliski zawału. I już nie myślę o szalejących na ekranie produktach ale o własnym zdrowiu. Ja rozumiem, że ma być kontrast miedzy programem telewizyjnym a reklama. Ale ja naprawdę zauważę, że ta panieneczka z reklamy to nie jest morderca z serialu. I nie trzeba tego podkreślać z siłą kilkunastu decybeli.

Wiem, że w niektórych krajach wprowadzono obowiązek nadawania wszystkich programów na jednej głośności. Gdzieś czytałem, że producenci sprzętu elektronicznego już parę lat temu wprowadzili na rynek sprzęt z systemami typu AVL (automatic volume level), które skutecznie niweluje różnicami poziomu dźwięku pomiędzy reklamą a innymi audycjami. Ale ja takiego udogodnienia nie posiadam, więc pozostaje mi ćwiczyć refleks. Czyli jak najszybciej w tym huku i wrzasku reklam znaleźć pilota i za pomocą guziczka z symbolem przekreślonego głośnika uratować swój słuch.

Podobno gdzieś na świecie istniała firma, która wprowadziła na rynek swoisty filtr reklam. Ten odreklamiacz działał w ten sposób, że w momencie pojawienia się bloku reklamowego urządzenie przełączało telewizor na najbliższy program, na którym akurat nie było spotów reklamowych. Po zakończeniu reklam filtr powracał do poprzedniego programu. Ale pewnie padła, bo urządzenie było tak dobre, że nikt nie widział reklam tego urządzenia.

Może kiedyś krajowa rada radiofonii i telewizji wprowadzi nowe zasady równego poziomu głośności programów i bloków reklamowych, aby widzowie nie musieli już ściszać telewizorów, kiedy zamiast filmu na ekranie pojawia się spot reklamujący żarcie dla kota czy nowa butelkę starego piwa. Oby nastąpiło to szybko, bo badania wykazały, że 47% Polaków przełącza kanał, gdy pojawiają się reklamy, a 16% wychodzi z pokoju. Więc gdy dojdzie do 100% to nowe prawo nie będzie  już miało sensu.

dziennik pesymistyczny

Czterdzieści lat kryzysu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Urodziłem się na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Jednym z pierwszych słów, jakie poznałem było słowo – kryzys. I tak już kryzys towarzyszy mi przez całe życie.

Jak tylko uzyskałem świadomość własnego istnienia i docierało do mnie to, co się dzieje wokół mnie. Zrozumiałem, że wszyscy mi powszechnie wmawiają, że nie mogę mieć tego, co chce lub mi się należy, bo jest – kryzys. Jednocześnie słyszałem, że jak się postaram osobiście, jak my obywatele się postaramy, jak zaciśniemy pasa, jak się w sobie zbierzemy i poczekamy ciężko pracując jakieś dziesięć lat to się wszystko odwróci i już nie będzie kryzysu. I nastąpi szczęśliwość społeczna. Istny raj na ziemi. Zrozumiałbym, jeśli by to mówili katolicy, dla których idea nagrody w niebie po ciężkim i długim życiu jest czytelna. Ale wmawiali mi to przez całe dzieciństwo politycy z PRLu, czyli ci nie szczególnie wierzący. Tak czy inaczej kryzys był przy mnie jak ten anioł stróż. Zawsze przy mnie i na ustach polityków tłumaczących mi, że żyje mi się nędznie właśnie przez to dziwaczne zjawisko, jakim ów kryzys jest.  Nadnaturalne prawie zjawisko. Przychodzi on ten kryzys i nikt za niego z rządzących nie jest odpowiedzialny. No chyba, że ci, co rządzili poprzednio. Ci obecnie u władzy nigdy.

Jak wspominałem urodziłem się w latach siedemdziesiątych w tym czasie nasz kraj finansowany był kredytami zagranicznymi. Była stabilizacja chwilowa. I może ten chwilowy dobrobyt stał się w pewnym sensie impulsem to mojego zaistnienia na tym targanym kryzysem świecie. Potem już nie było tak dobrze. Od 1975 roku zaczęło się kryzysowanie w prasie i na mównicach. W następnych latach narastającemu kryzysowi politycznemu i gospodarczemu towarzyszyła jednak przynajmniej propaganda sukcesu. Czyli mniej więcej jak teraz. Do wyborów byliśmy niemal wyspa szczęśliwości po wyborach do parlamentu europejskiego w przeciągu dwu tygodni staliśmy się ofiara kryzysu. Zapewne potrwa ten stan z przerwami aż do wyborów następnych. Potem przez chwile propagandowo stanie się lepiej i następnie znów nastąpi kryzys.

W latach osiemdziesiątych znów był kryzys. Tym razem były to przejściowe trudności, oczywiście propagandowo. W kraju były strajki i niepokoje społeczne, więc trzeba było poczekać na coś lepszego. Nic takiego nie nastąpiło z wiadomych przyczyn. Był kryzys i niczego nie było w sklepach, ale przynajmniej była nadzieja na to, że politycznie się coś zmieni i wtedy gospodarczo się ten kryzys się skończy.

W osiemdziesiątym dziewiątym nie było już ustroju wiecznego kryzysu. Z nadzieja czekałem zgodnie z zapowiedziami ówczesnych reformatorów, że za jakieś tam dwadzieścia lat będzie po kryzysie. Ale przez te wszystkie lata nowej polski ciągle jednak kryzys powracał. Co kilka lat dosłownie, no może nawet, co kilka miesięcy mieliśmy nowy kryzys. Stał się on najlepszym wytłumaczeniem na wszelkie złe rządzenie. Jak nie ma dróg – kryzys, jak nie ma pieniędzy dla policji czy nauczycieli – kryzys. Jak bezrobocie – winny kryzys.

I proszę, opisałem powyżej czterdzieści lat polskiego permanentnego kryzysu. Może, więc najwyższy czas zastanowić się, dlaczego tak jest, że zawsze tym, co mnie informują o tym, że mam zacisnąć pasa bo kryzys, żyje lepiej niż mnie. Dlaczego jest tak, że tylko tym, co u władzy kryzys jakoś nie doskwiera? Nie widać kryzysu we władzach tylko u tych rządzonych jest od obecny. Świat się zmienił, ustrój się zmienił a kryzys, jako wytłumaczenie na wszystko przetrwał. A może to po prostu kryzys państwa? Kryzys systemu sprawowania władzy? Sam nie wiem. Przypomnę tu słowa poety: potrzebne są zmiany, niezbędne są zmiany, bo jeśli nic się nie zmieni może nadejść dzień rebelii.