Yearly Archives

186 Articles

dziennik pesymistyczny

Zapraszamy Państwa na SALE

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

 

 

 

Moje miasto to może i prowincja, ale nie widać tego, jeśli sądzić po witrynach sklepowych. Co prawda nie zobaczymy w nich kreacji od znanych projektantów mody, ale za to możemy przeczytać ogromniaste plakaty informujące, że w sklepach za tymi witrynami są… SALE. I to minus siedemdziesiąt procent lub pięćdziesiąt procent. Taka moda napisów w języku angielskim jakby sam napis miał sprawić, że sklepik staje się od razu ciekawszy a towar w nim lepszy.

 

No chyba, że naprawdę chodzi tu o polskie znaczenie słowa sale, choć w sklepach i butikach nie spotkamy wielgachnych sal balowych czy ogromniastej przestrzeni jakby sugerował napis. Już bardziej sprawdza się tu zestawienie z procentami, bo może chodzi tu o to, że kiedyś to i ta placówka handlowa miała wielką powierzchnie a teraz to te sale ekspozycyjne są o siedemdziesiąt procent mniejsze. Ale jeśli tak to gdzie tu potrzeba reklamowania tego faktu?

 

Dobrze, wiem, że chodzi tu tylko o to żeby było tak po europejsku, bo przecież nie można tak prowincjonalnie po polsku, że w sklepie jest wyprzedaż. Jak się da na cała witrynę, że są SALE to od razu jest jakoś tak światowo. A może właściciele sklepów uwierzyli, że klientami sklepów są w większości ludzie, którzy nie władają naszym pięknym językiem i jak nie walnie się od frontu napisu SALE to sklep od razu splajtuje, bo te tłumy ludzi, co to tylko angielskim się posługują nijak nie zobaczą, co tam w tym sklepie jest dla nich z rabatem siedemdziesiąt procent.

 

Ja wiem, że sklepikarzy mogą zmylić te obce rejestracje na ulicach mojego prowincjonalnego miasta. Bo po inwazji samochodów z niemiecką rejestracją kilka lat temu teraz coraz częściej pojawiają się pojazdy z angielską rejestracją i kierownicą po prawej stronie. Tu może być przyczyna tego owczego pędu ku angielskim napisom. Bo może kupcy naprawdę uwierzyli, że większość klientów ich sklepów stanowią turyści z wysp brytyjskich oraz europejczycy władający językiem angielskim. I że jak nie będzie tego SALE na witrynie sklepowej to po prostu nikt nie zawita na zakupy bo tego polskiego napisu wyprzedaż za nic nie zrozumie.

 

Już poeta Mikołaj Rej pisał, że Polacy nie gęsi i swój język mają. Ale pisał to dawno, w epoce renesansu i teraz to są całkiem inne czasy. Teraz to już nawet nie bardzo wypada mówić po polsku teraz to jak się nie zasunie w jednym zdaniu z dwóch wyrazów po angielsku to jakoś tak dziwnie. Jakiś taki jest człowiek w oczach innych mało światowy, mało europejski. A swoją droga ciekawe czy przeciętny Brytyjczyk wie, co znaczy słowo wyprzedaż tak jak my znamy i rozumiemy angielskie słowo SALE.

 

Ja wiem, że nie da się zatrzymać inwazji obcych słów do języka polskiego. Ja też przecież w barze szybkiej obsługi nie zamówię bułki z kotletem mielonym, serem oraz z przecierem pomidorowym. Lecz raczej hamburgera z keczupem.  Ale to SALE w sklepach i inne brednie po angielsku są już nie do przyjęcia.

 

Na koniec przypomnę urzędnikom magistratu w moim prowincjonalnym mieście oraz nie tylko im, że nadal obowiązuje w Polsce ustawa o języku polskim uchwalone przez polskie parlament w 1999 roku. A jeśli zawodzi urzędnicza pamięć to przypominam artykuł. 9.1. tej ustawy: Napisy i informacje w urzędach i instytucjach użyteczności publicznej( to właśnie sklepy), a także przeznaczone do odbioru publicznego oraz w środkach transportu publicznego sporządza się w języku polskim. A jeśli tak to czy nie można by tak było egzekwować prawa? I żeby w sklepach były znów wyprzedaże a nie SALE.

 

dziennik pesymistyczny

Wrak z drzewkiem w środku czyli cuda prawdziwe.

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

  

 

Ludzkość z całego świata fascynują wybory nowych największych cudów świata. I ja chciałbym się w jakiś sposób przyłączyć do prezentacji takich miejsc. To, co znajduje się w moim prowincjonalnym mieście może nie zasługuje na miano najpiękniejszego zakątka ziemi, ale zapewne zasługuje na miano najprawdziwszego cudu.

 

Nie ma na mojej prowincji wielkich jezior czy wspaniałej puszczy jak to jest u polskich półfinalistów światowego konkursu na siedem nowych cudów świata. Natura nie obdarzyła mojego miasta aż tak szczodrze, ale za to urzędnicy magistratu robią wiele, aby jak najbardziej wpłynąć na środowisko i krajobraz.  Aby tak go ukształtować, by nie można było już powiedzieć, że jest jakiś tam naturalny i nieciekawy.  My tu na prowincji też możemy się pochwalić prawdziwymi cudami. To nasze, mówią urzędnicy miejscy, za nasze pieniądze i nie jest to nasze ostatnie słowo. Że zacytuje klasyków.

W odległości około kilometra od centrum miasta, ale za to prawie 3 kilometry od jego granic czyli krótko mówiąc prawie w centrum. Znajduje się osobliwy skansen dokonań człowieka w dziedzinie motoryzacji i zmian w środowisku. Wśród wysokiej trawy, pięknych kwiatów, wśród wysoko rosnących drzew i krzewów znajduje się miejsce gdzie człowiek zapewne jakiś artysta rozrzucił urokliwie wśród dziko rosnących traw kilkadziesiąt rozbitych i przejętych przez policje samochodów. Tu na nieutwardzonej dziewiczej łące wiele, wiele lat temu porzucono niczym kwiaty wśród łanów traw i chwastów wraki pojazdów rozbitych lub takich, które nie powinny znajdować się już u ich wcześniejszych posiadaczy.

 

Zapewne takie działanie mało na celu próbę połączenia piękna ludzkiej inżynierii i pięknem natury. Każdemu bez oporów poleciłby kilkuminutowy spacer z centralnej ulicy aż w okolice komendy wojewódzkiej policji. Tam przeniesiemy się w całkiem inny świat, w przepiękny świat połączenia na wieki tego, co stworzyła ludzka rękę, tego, co potem człowiek zniszczył i tego, co porzucił następnie z… dziewiczą bujną przyrodą. Pisze o wiecznym połączeniu, bo z wraków samochodów pozostawionych tu i pozostawianych tu nadal po wypadkach i kolizjach, wyciekło już zapewne tyle paliwa i oleju do gleby, że ślad tu pozostanie po tym wieczny.

Mamy tam prawdziwe perełki motoryzacyjne z przed lat współistniejące w harmonii z dziką naturą. Na szczególna uwagę zasługuje wypalony wrak samochodu dostawczego Nysa produkowanego od lat pięćdziesiątych do lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Możemy podziwiać niesamowite w formie połączenie pięknych rudawo w barwie rdzewiejących linii pojazdu z zielonością bujnie porastającej go roślinności. Gdzie jak nie tu najbardziej widoczna jest odwieczna walka człowieka z przyrodą. Wśród kwiatów i traw można spotkać bardzo ciekawe formy tego, co stanowiło kiedyś chlubę rodzimej i światowej motoryzacji. Polonezy, duże i małe fiaty, syrenki, volkswageny, peugeoty a w ich wrakach kilkunastoletnie drzewa i krzewy. Bogactwo barw spłowiałych lakierów na karoserii w połączeniu ze stonowaną zielenią roślin.

 

Wszystko to przepięknie podświetlone w nocy przez uroczo pochylające się ku ziemi kilkunastoletnie latarnie. Całość ogrodzona z dwóch stron betonowym parkanem ozdobionym przez miejscowych artystów graffiti a z dwóch pozostałych stron przez szczątki siatki. Poza płotem, jako taki symbol tego, co za nim znajdziemy stoi porzucony kilka lat temu wypalony wrak półciężarówki Robur LD 3000 produkowanej przez Industrieverband Fahrzeugbau w skrócie IFA, czyli po polsku Zjednoczenie Przemysłowe Zakładów Budowy Samochodów, państwowy konglomerat firm produkujących środki lokomocji w Niemieckiej Republice Demokratycznej w ubiegłym stuleciu. I ten wrak pięknie wkomponowany jest w zieleń traw i żywe kolory kwiatów. Przepięknie konweniuje z białą bryłą kontenerowej skrzyni ładunkowej porzuconej nieopodal lata temu.

 

To wszystko, co opisałem to najprawdziwszy cud. Cud, że roślinność jednak nie daje za wygraną, cud urzędniczej głupoty, i naszego polskiego urzędniczego zamiłowania do życia na cywilizacyjnym śmietniku. I to wszystko sprawia, że moje prowincjonalne miasto może być jednak najprawdziwszym siódmym cudem współczesnego świata.

dziennik pesymistyczny

Uciekając przed ulotkami

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Na centralnej ulicy mojego prowincjonalnego miasta trwa od lat zabawa w berka miedzy rozdającymi ulotki reklamowe a tymi, którzy je potencjalnie powinni dostać, czyli każdym przechodniem. Ulotkowy rozdawacz goni delikwenta po chodniku chcąc wręczyć mu to, co tam ma a przechodzień nie chcąc być obdarowanym niechcianą ulotką stara się go unikać. Złapanym jest ten, któremu ulotka zostanie wręczona, jest on berkiem i za karę musi teraz coś z tą niechciana ulotka zrobić. Czyli albo upuścić ja tam gdzie się stoi, wrzucić do kosza na śmieci lud zabrać z sobą aby ją gdzieś tam wyrzucić.

 

Główna ulica mojego prowincjonalnego miasta jest długa. Tych co rozdają ulotko-reklamy na ulicy czyha tam kilkudziesięciu. Każdy kto chce przejść główną ulice od początku do końca musi sobie przygotować specjalna torbę na ulotki reklamowe. A już na pewno się ona zapełni, jeśli będziemy zmuszeni do krążenia po ulicy chodząc tam i powrotem. Wtedy dostaniemy nawet kilka razy tą samo ulotkę.

 

Jest kilka postaw przechodniów względem rozdających ulotki. Jedna to taka postawa, nazwijmy ją umownie miłosierną. Jej zwolenniczką jest moja koleżanka. Ona zawsze zabiera ulotki. Jeśli nawet ulotka dotyczy nowej szkoły policealnej czy kredytu za półdarmo to ona grzecznie ją chowa do torby. Nawet jak dostaje ją siódmy raz z rzędu to zawsze grzecznie za nią podziękuje, ulotkę zabierze by następnie bez czytania wyrzucić ją do śmieci. Moja koleżanka po prostu wie jak to jest stać z ulotkami reklamowymi na ulicy. Ile Ci ludzie dostają za swoja pracę pieniędzy i rozumie, że nie jest to łatwy kawałek chleba. I trudno się z taką postawą nie zgodzić.

 

Druga postawa, która reprezentuje mój przyjaciel to taka, że się po prostu za ulotki dziękuje nie biorąc ich od rozdającego. Mój przyjaciel uważa, że takie marnotrawstwo papieru na ulotki reklamowe, które w dziewięćdziesięciu procentach swego nakładu trafiają od razu bez czytania do śmieci lub się śmieciami stają leżąc na chroniku to skandal. Nie chce on mieć z tym procederem nic wspólnego i dlatego tych ulotek od rozdających nie przyjmuje.  Ale nie każdy jest taki asertywny jak on. Choć oczywiście i taką postawę można zrozumieć.

 

Trzecia możliwość nie posiadania ulotki to ucieczka przed rozdającym. Przyznam się, że sam jestem zwolennikiem tej metody. Jednak, gdy się zagapię i przede mną nagle wyrasta pani z ulotką reklamową w dłoni to czasami biorę ulotkę, jeśli to nie jest mój dzień asertywności lub mówię, że już taka mam, jeśli mam ochotę na walkę kontaktową z otoczeniem. Czyli ja łącze w zasadzie dwie poprzednie metody nie dodając do nich ideologii moich przyjaciół i kolegów.

 

Jednak najbardziej zadziwiająca w sprawie ulotek jest ta głęboka wiara firm, które ta metodę reklamy wykorzystują. Głęboka wiara w to, że to ma jakiś sens. Że ktoś w ogóle to, co oni za swoje pieniądze drukują na papierze i następnie rozdają na ulicy, przeczyta. Moim zdaniem nie trzeba przeprowadzać wielkich i kosztownych analiz marketingowy takiej metody promocji żeby zobaczyć, że ponad dziewięćdziesiąt procent ulotek rozdanych na ulicy można potem znaleźć w koszach na śmiecie lub w rynsztoku. Każdy, no prawie każdy, kto ulotkę zabiera od rozdającego natychmiast bez czytania ją zgniata w kulkę i wyrzuca.

 

Najgorsze w tym interesie śmieciowym jest to, że nikt na taką działalność nie wydaje zezwolenia. Na sprzedaż kwiatów na ulicy trzeba mieć pozwolenie od miasta a na rozdawanie ulotek i de facto zaśmiecanie przez to ulicy nie trzeba. Nikt nie ściga firm, które się w ten sposób promują zaśmiecając nasze miasta. To najtańsza, ale i najbardziej nieskuteczna forma reklamy. Najbardziej czasochłonna i najbardziej zaśmiecająca chodniki. Więc, po co? No chyba, że jest to jakaś forma działalności charytatywnej dającej ludziom prace, choć za marne grosze ta praca, ale zawsze prace. Jeśli tak, no to niech będzie. Mogę się tak nadal ganiać po chodnikach uciekając przed rozdającymi ulotki brnąc w nieprzeczytanych ulotkach po kostki.

 

dziennik pesymistyczny

Czy musiało do tego dojść? Widocznie musiało skoro doszło.

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

W filmie Rozmowy Kontrolowane w reżyserii Sylwestra Chęcińskiego w czasie przemówienia jednego z filmowych komunistycznych dygnitarzy pada zdanie: Czy musiało do tego dojść? Widocznie musiało skoro doszło. I to zdanie można by uznać za motto wszystkich wypowiadających się rzeczników i przedstawicieli stron konfliktu, którzy zabierali głos wczoraj i dziś komentując zamieszki pod warszawską halą KDT.

 

Właściwie to nikt nie jest winny. Nie są winni kupcy, bo oni, choć nielegalnie przebywając w hali, która do nich nie należała już od pół roku to jednak bronili oni swoich miejsc pracy. W dalszej kolejności nie jest winien komornik, który przecież jak wyjaśniła rzeczniczka komisji rewizyjnej izby komorniczej przybrał sobie do wykonywanych swych czynności firmę ochroniarską. Która według słów rzeczniczki chciała tylko chronić majątek kupców pozostawiony w hali. I choć miliony ludzi widziało na ekranach telewizorów, że już od pierwszych chwil zbrojne w gaz oddziały ochrony rozpoczęły szturm na kupiecka hale to pani rzecznik twierdzi w telewizji, że komornik jak tylko zobaczył opór kupców to odstąpił od wykonywania czynności.  I rozpoczął czekanie na policje, choć ona tam była a jednak, choć była to jej nie było.

 

Nasuwa się pytanie, kto w takim razie jest odpowiedzialny za atak prywatnej policji na kupców? Jeśli komornik w asyście policyjnych dzielnicowych w liczbie piętnastu osób jak zobaczył, że coś się dzieje to odstąpił od wykonywanie czynności. I według słów pani rzecznik komisji rewizyjnej izby komorniczej podjął je dopiero po tym jak dostał już wsparcie policjantów z prewencji.

 

Nie jest winna niczemu firma ochroniarska, która nielegalnie atakowała broniących się kupców, bo przecież ona była przybrana przez komornika. I choć nie miała ani oznaczeń, że jest zbrojnym ranieniem komornika, czego wymaga prawo ani nie powinna używać gazów bojowych w zamkniętych pomieszczeniach to nie jest niczemu winna, bo właśnie była przybrana.

 

Nie jest winna policja, bo przecież jak mówią jej rzecznicy ona tylko asystowała a komornik, że tak znów użyje słowa, które robi wielką karierę przybrał sobie ochroniarzy. Policja nie interweniowała, bo dowodził komornik i choć ewidentnie agencja ochrony przy pomocy gazów, pałek i tarcz szturmowała w średniowiecznym stylu budynek domów kupieckich policja nie widziała powodu do interwencji. Nie widziała powodów nawet jak wszyscy widzieliśmy na ekranach telewizorów ludzi poparzonych gazem pieprzowym. Interwencja nastąpiła jak to mówi rzecznik policji, gdy dowodzący akcją policjant zauważył, że łamane jest prawo. Czyli zobaczył to po prawie czterech godzinach bijatyki z użyciem kamieni, gazów, pałek, rozbitych płyt chodnikowych, gaśnic i przy odjeżdżających, co chwila karetkach z rannymi. Policja przecież była na miejsku i asystowała chroniąc urzędnika państwowego. I chyba tu jest wyjaśnienie całej sprawy i odpowiedz, kogo chroni w naszym kraju przede wszystkim policja. Na pytanie czy widzieli policjanci gaz użyty przez firmę ochroniarską rzecznik policji odpowiada mniej więcej tak, że przecież wszystko zostało nagrane i się to potem wyjaśni.

 

Nie są winni urzędnicy warszawskiego magistratu, bo przecież oni rozmawiali z kupcami od dawna dając im do wyboru inne lokalizacje na ich miejsca pracy. Co mniej więcej jest metodą rozwiązania konfliktu w stylu jakby przenieść ratusz do Nadarzyna pod Warszawą i jednocześnie uważać, że przecież jest to dobra lokalizacja na nowy magistrat. Bo tam gdzie stoi obecnie to może i dobre miejsce, ale lokalizacja droga a rządzić można i z Nadarzyna, bo przecież to nie tak daleko.

 

Pani prezydent Warszawy uważa nawet, że wszystko się dobrze zakończyło, bo sprawę w końcu rozwiązano. A że była bitwa średniowieczna przez prawie siedem godzinna w centrum stolicy, no cóż przecież wszystkiemu winni są chuligani, pseudokibice, zadymiarze i kupcy. Tłumaczenie jak z lat komunizmu. Tam też byli za wszystko odpowiedzialni chuligani, wichrzyciele, nieodpowiedzialne jednostki oraz warchoły.

 

I tak to nikt nie jest winny. Kompletnie nikt, choć jest trzydziestu pięciu rannych po obu stronach konfliktu. Są ranni kupcy, ranni policjanci oraz strażnicy miejscy i ochroniarze. Ale tak właściwie to nikt, żadna z instytucji rządowych ani samorządowa nie jest niczemu wina. Jak już ktoś jest winny to kupcy i chuligani. A pani prezydent Warszawy… pani prezydent jest zadowolona. Policja jest zadowolona. Firma ochroniarska jest zadowolona. Komornik jest zadowolony. I nawet kupcy powinni być zadowoleni, chociaż nie są zadowoleni a przecież powinni być.

 

dziennik pesymistyczny

Nowa bitwa warszawska z policyjna asystą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Widziałem dziś w telewizji wojnę. No może nie od razu wojnę, może tylko bitwę. Bitwę państwa prawa z narodem. Po stronie państwa i prawa był komornik działający z upoważnienia prezydent Warszawy oraz oddziały bojowe z nazwą ochrona na plecach. Po drugiej stronie walczyli kupcy z warszawskich kupieckich domów towarowych.

 

Pierwszą bitwę jeszcze na sali sądowej przegrali kupcy. Tam miasto na czele z niezwyciężoną Hanną prezydent Warszawy odniosło pierwsze zwyciężyło. Dziś rano miałem szanse zobaczyć jak to jest, gdy prawo staje się ciałem. Komornik, którego nie było co prawda fizycznie, ale działał za to na zamówienie prezydent Warszawy, prawo to egzekwował.

 

Oglądałem sobie w telewizji prawdziwa bitwę. Przez czterdzieści pięć minut agencja ochrony atakowała kupców przy całkowitej bierności policji. Widać było wyraźnie, że doszło tam pod halą do narażenia życia i niszczenia mienia. Widziałem w telewizji jak ludzie uciekali po użyciu gazu bojowego. Lekarze udzielali im pomocy, ale to nie wzbudziło w policjantach żadnej reakcji. Na miejscu szturmu nie było komornika, więc nie można było powiedzieć, że ochroniarze działali z jego upoważnienia. Nie było tam żadnego przedstawiciela miasta a gdy już się pojawił zaczął twierdzić, że komornik jest, choć go i jego czynności widział tylko ten jedyny przedstawiciel miasta i nikt inny. Podobno komornik był nawet w budynku hali kupieckiej gdzie z narażaniem życia działał, ale nikt go tam nie spotkał. Choć telewizyjna kamera relacjonowała zamieszki też z wewnątrz hali. Był to najbardziej tajny z tajnych komorników. I tak przez godzinę trwała bitwa warszawska miedzy kupcami a ochroniarzami. Ludzie krzyczą, kobiecy płaczą, gaz się ściele. Krzyki, piski i wyzwiska. Bijatyka na całego. I nadal ani jednego policjanta. Żadnej interwencji. Zamieszki, walka, ofiary, pobici i poparzeni a policja w koszarach.

 

Nie zobaczyłem na ekranie żadnego policjanta. Nie było nikogo z warszawskiego ratusza. Na miejscu walk nie było nikogo z bogatszych jak zawsze, gdy ściera się biedny z bogatym. Bogaty wynajmuje tych mniej biednych i napuszcza ich na tych, którzy już niedługo, jako bezrobotni będą biedni bardziej.  I tak się stało dziś rano w Warszawie. Miasto zaatakowało ludzi używając do tej napaści agencje ochrony. Nikt z nikim nie rozmawiał, nikt nikogo nie słuchał, nikt nie dał szansy na rozmowy. Od razu doszło do walki. Zasadne jest pytanie czy agencja ochrony przy szturmie mogła używać gazów łzawiących? Odkąd to ochroniarze mają prawo do ataku a nie do ochrony? Czy mają takie uprawnienia? Zapewne nie, ale to i tak nie ma znaczenia, cała odpowiedzialność rozpłynie się w procedurach, opowieściach, zeznaniach, komisjach, protokółach i odwołaniach.

 

I nagle mnie olśniło. Policja jest przecież państwowa. Jeśli jest spór, jeśli jest eksmisja komornicza nie ma, co liczyć na pomoc policji nawet jeśli komornik łamiąc prawo wynajmie do szturmu firmę ochroniarską. Policja jak mówiłem jest państwowa i tylko państwowego interesu broni. Można być nawet pobitym, można nawet być poparzonym gazem pieprzowym przez prywatna firmę bojową przy całkowitej bierności policji. Policja tylko asystuje przecież.

 

Centrum stolicy. Centrum europy. Walka trwa miedzy prywatna firmą a prywatnym stowarzyszeniem kupieckim w najlepsze przez blisko godzinę i nikogo z policji to nie interesuje. Jakoś tak przypomniały mi się interwencje policji na stadionach gdzie całkowicie przecież prywatni ludzie nawalają się miedzy sobą. Tam policja jest i słusznie. A w centrum Warszawy jakoś tak już ich nie było. Gdzie tu jest różnica?

 

To, że miasto chce wyegzekwować swoje prawo nie oznacza jeszcze, że trzeba to robić łamiąc prawo. Przy pomocy siły, przy pomocy prywatnej armii używając prywatnej broni. A policja? Policja głosem swojego rzecznika informuje, że ona tylko asystuje. Fakt asystuje przy łamaniu prawa. Agencja ochrony jest przeznaczona do ochrony mienia a nie do walk szturmowych, jako asysta komornika. Jednak policjantów to jakoś nie zdziwiło. Czyżby w mundurach ochroniarskich rozpoznali swoich byłych i obecnych kolegów? I dlatego cos im się pomyliło?

 

Policji nikt nie widział, bo tradycyjnie jak są potrzebni to ich nie ma. Za to byli ochroniarze uzbrojeni w gaz bojowy i kupcy broniący swoich miejsc pracy. I tak oto mieliśmy nowa bitwę warszawską z policyjna asystą.

 

dziennik pesymistyczny

Pan Kamiński z europejskiej perspektywy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Gdy jakiś polityk ogranicza się do dziwnych zachowań i jeszcze dziwniejszych wypowiedzi tylko na forum naszego polskiego podwórka to jeszcze to jest w porządku. Po prostu do dziwacznych polityków zdążyliśmy się przyzwyczaić i już nas tak nie denerwują, ich język i zachowanie nie rażą nas  w takim stopniu jak kiedyś. Największym nieszczęściem jest, gdy ten dziwny w zachowaniach polityk wyrwie się z klatki polskiej polityki i poszybuje na salony europy. Tam okazuje się, że nie tylko z siebie robi … no powiedzmy ekscentryka, ale też ośmiesza nas wszystkich. Bo mówi się o nim, że to polski polityk i prezentuje on opinie polskich wyborców. I mamy kłopot.

 

Tak właśnie się stało z Michałem Kamińskim z Prawa i Sprawiedliwości, który zaistniał dzięki woli polskich wyborców na salonach parlamentu europejskiego. Jest tam raptem kilka dni a już Rabin Barry Marcus, działacz społeczności żydowskiej w Wielkiej Brytanii, zaapelował do lidera brytyjskich konserwatystów Davida Camerona, by ten zerwał wszystkie kontakty z Michałem Kamińskim. To, co mu wybaczone zostało w Polsce na zachodzie europy już jednak nie jest tak pobłażane.

 

Gdy ktoś, jakiś polityk wygaduje głupoty i wyprawia dziwaczne rzeczy a jest tylko znany w Polsce to właściwie już się do tego tak bardzo przyzwyczaimy, że nikt z nas nie zwraca większej uwagi na ekstremalne wygłupy polityka. Jakoś tak brak jest nam perspektywy i jakoś tak więcej wybaczamy. A jeśli tylko polityk wybrany zostanie do instytucji, które działają też w innych krajach europejskich to nagle okazuje się, że te bzdurne zachowania polityka nagle zaczynają żyć swoim własnym życiem i zaczynają jego oraz innych polaków kompromitować w oczach europejczyków.

 

Rabin Barry Marcus twierdzi, że Kamiński, jako poseł, w którego okręgu znajdowało się miasteczko Jedwabne, w 2001 roku prowadził akcję przeciwko uznaniu Polaków za winnych współudziału w niemieckim mordzie na Żydach z 1941 roku. Prasa brytyjska przypomniała też, że 1999 roku Kamiński udał się wraz z Markiem Jurkiem do Anglii, by spotkać się z generałem Augusto Pinochetem. Chillijskim dyktatorem osadzonym w areszcie domowym na podstawie konwencji w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa. W Hiszpanii oskarżonym o zbrodnie przeciwko ludzkości, zabójstwa i stosowanie tortur. W czasie wizyty wręczył on generałowi pamiątkowy ryngraf z Matką Boską. Zapewne logicznym jest fakt, że jeśli obdarował, bo ryngrafem, to znaczy, ze nie przeszkadzały mu metody stosowane przez faszystowskiego dyktatora a wręcz tym gestem poparł jego oraz jego czyny. Brytyjski Daily Telegraph przypomniał też że Kamiński należał w czasach studenckich do Narodowego Odrodzenia Polski (NOP) – organizacji uważanej przez Departament Stanu USA za organizację antysemicką. A gazeta Times zauważył, że eurodeputowany z PiS jest aktywnym zwolennikiem ruchu antyaborcyjnego oraz zdecydowanym przeciwnikiem praw dla osób homoseksualnych.

 

Każdy może mieć poglądy jakie chce, nawet tak bardzo ekstremalne jak pan poseł Kamiński, ale ciekawe jest w tej sprawie to, że w Polsce już takie poglądy nikogo nie rażą. Z takimi poglądami można został posłem a nawet bliskim doradcom prezydenta. I trzeba dopiero kogoś z zewnątrz aby nam pokazał, że takie wypowiedzi i takie zachowanie to już nie bardzo jest europejskie.

 

dziennik pesymistyczny

Dziwne zachowania banku z tradycjami.

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

W moim prowincjonalnym mieście jest bank. Siedziba tego banku jest też w każdym większym mieście w Polsce. Bo to duży bank, z tradycjami i ze zwierzęciem z Białowieży w herbie. I jak przystało na wielką i szacowną instytucje ma ten bank czasami dziwaczne zachowania. Tak jakby jego szacowność była jednocześnie jego przekleństwem.

 

Moja koleżanka od wielu lat jest klientka tego banku, której kompletnie nie przeszkadzają kolejki przy kasach w jego siedzibach i archaiczne procedury. Uważa z jakiegoś nie jasnego nawet dla niej samej powodu, że trzeba popierać ten właśnie bank swoim w nim kontem, bo to polski bank i jak już pisałem bank z tradycjami.

 

Jednak ostatnio zachowanie jej własnego banku bardzo ją zdziwiło. Moja koleżanka od swojego banku dostała pocztą nowiuteńką kartę płatniczą. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że karta, którą moja koleżanka posiadała już w swojej torebce jest a właściwie była ważna jeszcze dwa i pół roku a ta nowa, która dostała pocztą będzie ważna tylko rok. Czyli gdzieś tu się zatraciła logika postępowania bankowców.  Należy zaznaczyć, że moja koleżanka ma konto vipowskie w banku i więc należą się jest specjalne względy jak zapewniali ją przedstawiciele banku. I zapewne zgodnie z tym bank unieważnił kartę, którą posiadała.  I dwa i pół roku ważności starej karty zastąpił nową kartą ważną tylko roku.

 

Zaniepokoiła się tym bardzo moja koleżanka, bo takie postępowanie banku jasno wskazywało na to, że bankowcy utracili zaufanie do stabilności finansowej mojej koleżanki i nie chcą być związani z nią dłużej niż rok. Poważnie zaniepokojona udała się, więc moja koleżanka do banku po odpowiedz na pytanie, dlaczego to nie jest godna posiadania karty z ważnością dłuższą niż jeden rok.

 

Tam w oddzielnym pomieszczeniu jak przystało na posiadaczkę konta VIP moja koleżanka spotkała się ze swym opiekunem z banku szumnie nazywanym doradcą finansowym. Gdy zapytała, dlaczego jest ofiarą takiej dziwnej dyskryminacji, przedstawiciel banku z rozbrajająca szczerością, ale po dłuższym sprawdzaniu i kilku wykonanych telefonach poinformował ją, że – nie ma pojęcia. Ale na pocieszenie dodał, że spotkało to wielu innych klientów tej szacownej instytucji i to świadczyć może o tym, że nie ma się, czym przejmować. Moja koleżanka, jako osoba światła i zapoznana z nowinkami technicznymi zapytała, więc pracownika banku czy może powodem wymiany karty płatniczej jest chęć jej lepszego zabezpieczenia. Co prawda nic się na karcie nie zmieniło poza data ważności, ale może gdzieś w plastiku są zalane jakieś kosmicznie nowe zabezpieczenia. Na to pytanie bankowiec również szczerze odpowiedział, że: z tego, co wie to nie ma tam nowych zabezpieczeń.

 

Moja koleżanka jednak postanowiła dalej dociekać, dlaczego to nastąpiły te dziwne wymiany kart u niej i jak mówił bankowiec u innych klientów. Ale tu już trzeba było napisać pismo, bo taka jest procedura jak wyjaśnił bankowy doradca. Więc koleżanka napisała i teraz będzie czekać na odpowiedz. Ja jednak mam już swoją teorie, w którą moja koleżanka nie wierzy. Ja uważam, że bank po prostu chciał zarobić, bo przecież za każdą nową kartę klient banku musi zapłacić ze swojego konta i tak oto bank zarobił dodatkowe pieniądze tylko na tym, że wymienił karty. I dzięki krótkiemu okresowi ważności już za rok zarobi znów przy następnej wymianie.

 

Moja koleżanka w to nie wierzy, bo przecież ma konto vipowskie w polskim banku z tradycjami. I ufa ona, że bankowcy już za miesiąc odpowiedzą jej na to trudne dla niej pytanie. I zapewne wyjaśnienie problemu będzie inne od tego, które ja przedstawiłem. Zapewne.

 

dziennik pesymistyczny

Dwa tragiczne zdarzenia, dwie tragiczne pomyłki.

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Dziś media doniosły, że sąd okręgowy w Poznaniu uniewinnił czterech policjantów, oskarżonych o udział w strzelaninie, w której w kwietniu 2004 roku zginął dziewiętnastoletni chłopak, a jego rówieśnik został ciężko ranny. Sąd uznał, że funkcjonariusze użyli broni zgodnie z przepisami. Następnie dowiedziałem się z prasy, że w pewnym mieście na wschodzie polski aż dziesięć miesięcy wymiarowi sprawiedliwości zajęło ustalenie, kto był odpowiedzialny za decyzję pomyłkowego wtargnięcia policji do mieszkania pewnego pana. Mężczyzna podczas interwencji policji doznał urazu kręgosłupa. Po czym okazało się, że to była tragiczna pomyłka, anty-terroryści wjechali z drzwiami nie do tego mieszkanie i tylko przez pomyłkę pobili ciężko niewinnego człowieka podczas interwencji.

Dwa tragiczne zdarzenia, dwie tragiczne pomyłki. Jedno je łączy policja oraz kompletny brak skruchy ludzi, którzy popełnili błędy. Każdy popełnia błędy, każdy może się pomylić, ale każdy, kto nosi broń, każdy, komu nadano prawo użycia tej broni musi być po dziesięciokrotność bardziej odpowiedzialny. Nie może dochodzić do sytuacji, w której ktoś ginie z ręki policjanta czy zostaje kaleką a tak naprawdę to nikt nie jest za to odpowiedzialny.

 

 Mam wrażenie, że często jest tak, że policjant na początku strzela sam nie wiem czy ze strachu czy z niewiedzy czy z tego, bo sobie coś wyobraził. A gdy odkrywa pomyłkę zaczyna się tłumaczenie, że ktoś nie zobaczył w ciemnościach jego odznaki policyjnej, że ktoś przy pomocy motocykla chciał zaatakować jego i trzech uzbrojonych policjantów. Słyszę tłumaczenie, że nie można było zobaczyć czy w samochodzie jest groźny przestępca czy go nie na. Tłumaczenia, że nie można było sprawdzić czy w mieszkaniu na pewno ukrywa się przestępca czy może już tam mieszka ktoś inny. Tłumaczenie, że oni na całe gardło krzyczeli, że są z policji, ale pewnie nikt nie słyszał. Nie zawsze policjanci wiedzą jak jest, nie maja właściwego rozpoznania, ale często na wszelki wypadek samochód zostaje ostrzelany albo do mieszkania się wpadają anty-terroryści tratując przy okazji niewinne osoby.

 

Ja wiem, że czasem tak jest, że nie wszystko jest wiadome a dla ochrony swojej i obywateli trzeba zrobić coś niż nic nie robić. Ale może by tak więcej pieniędzy wydawać na sprzęt do rozpoznania niż na nowe strzelby? A gdy już się popełni błąd, który skutkuje śmiercią niewinnej osoby czy kalectwem niewinnego człowieka z winy policjantów to cała policja powinna być skłonna do przeprosin. I ten, co strzelał i ten, co dowodził i ten, co w ministerstwie. A ja mam wrażenie, że jest często odwrotnie, jak tylko wyjdzie na jaw tragiczna w skutkach pomyłka to wszyscy działają tylko w jednym celu. Najpierw żeby to ukryć, potem żeby chronić mundurowych. I nikt nie pamięta o bólu tych, co stracili bliskich. Wszyscy chronią tych, co do pomyłki dopuścili a nikt nie chroni rodzin ofiar.

 

To są jakieś dziwnie zachwiane proporcje. Gdy ofiara strzelaniny z Poznania, która do końca życia będzie kaleka mówi, że nikt jej za pomyłkę nie przeprosił. A człowiek, do którego o szóstej rano wpadli anty-terroryści w kominiarkach i potraktowali go jak groźnego przestępcę. Uderzyli, powalili na podłogę, zakuli w kajdanki też nie doczekał się przeprosin a co ciekawsze jego pobicie było przez funkcjonariuszy bagatelizowane i wyśmiewane.

 

Ostatnio jak widzę patrol policji to, choć nie mam nic na sumieniu to jakoś mi tak dziwnie. Bo nie mam gwarancji, że coś tam się panom w kominiarkach może przywidzieć i stanę się w ich oczach podobny do znanego przestępcy i już do domu nie wrócę. Jest strach a powinno być zaufanie.

dziennik pesymistyczny

Moherowe imperium

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Za kilka miesięcy ruszy nowa sieć telefonii komórkowej przeznaczonej dla słuchaczy Radia Maryja i widzów TV Trwam. Jest to kolejny etap budowania przez ojca Tadeusza Rydzyka swojej własnej wersji społeczeństwa alternatywnego.

 

Redemptorysta w Torunia stworzył już koncern medialny z własna gazeta, radiem i telewizja, które prezentują jedynie słuszny obraz świata. Jeśli czegoś wyznawcy nie pojmują to im się to wszytko wyjaśnia zgodnie z linia programową. Podobnie będzie i z telefonami.  Zanim słuchacze stacji ojca dyrektora zaczną dzwonić z nowej komórki, obejrzą w telewizji ojca Rydzyka edukacyjny program, który nauczy ich, jak się takim sprzętem posługiwać. Tak pewnie dowiedzą się, że nie jest to szatański wynalazek, jeśli jest to telefon zakupiony w sieci rodziny radia Maryja.

 

Sygnał jest jasny, wszystkie zdobycze cywilizacji, które nie są namaszczone przez przywódcę rodziny radia Maryja są złem. Dobro jest tylko w tym, co ojciec z Torunia naznaczy, jako dobro. I nie ma tu znaczenia czy chodzi tu o radio czy o telefon. Przecież równie dobrze kuchenka mikrofalowa może stać się dobra tylko, dlatego że posiada logo radia z Torunia.

 

Mnie przeraża wizja, w której ojciec dyrektor stworzy wokół siebie świat, w którym dobra i święta będzie nie tylko telewizja czy radio, ale dojdą to tego jeszcze na przykład samochody. Można sobie wyobrazić przecież produkcje samochodów tanich z przeznaczeniem do odbywania pielgrzymek i tylko dla wyznawców ojca z Torunia. Do tego sieć rodzinnych stacji paliw. Gdzie po podbiciu specjalnej świętej karty paliwo na podróż do Częstochowy czy Torunia będzie można zatankować za darmo.

 

Do tego jeszcze żywność uświęcone logiem radia Maryja. Przecież nie trudno sobie wyobrazić chlebuś z taki logo. Podobnie środki higieny, proszki do prania, lodówki, pralki, rowery, parówki, garnitury i tak dalej. Wszystko to sprzedawane byłoby tylko w sieciach handlowych pod patronatem ojca dyrektora. Produkowane zgodnie z wymogami ojca dyrektora. I tak powstanie moherowe imperium oderwane całkowicie od świata zewnętrznego. Taka nowa rydzykowna wersji alternatywnego społeczeństwa. Bo przecież nie sekta, sekty to są poza rodziną radia Maryja w tym złym i wrogim świecie.

 

Może moje proroctwa to czysta utopia, ale jak by ktoś powiedział mi piętnaście lat temu, że doczekam się sytuacji, w której grupa wyznaniowa, która pozwala sobie czasami nawet na krytykę własnej hierarchii kościelnej będzie zdolna do stworzenia własnej sieci telefonii to bym nie uwierzył. A teraz proszę bardzo jest taka sieć! Jeszcze promocja tego produktu odbyła się na Jasnej Górze! W tej sytuacji już nic nie może mnie zdziwić.

 

Jeśli za kilka lat usłyszę, że ojciec Rydzyk wykupił pod Toruniem wielkie połacie ziemi i buduje tak osiedla dla prześladowanych wyznawców rodziny radia Maryja to też się nie zdziwię. Jeśli za dziesięć lat w Toruniu przeważać będą wśród mieszkańców moherowi wyznawcy a ojciec dyrektor zażąda dla tego miasta pełnej autonomii to nawet będę się cieszył, że to przewidziałem.

 

dziennik pesymistyczny

Ocalić od zapomnienia, czyli tajne bary szybkiej obsługi.

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jest w moim mieście lokal, który nawiązuje do wiekowych tradycji konspiracyjnych narodu polskiego. Istniało u nas w Polsce konspiracyjne szkolnictwo, w podziemiu działały sądy, wojsko i inne instytucje państwowe. O nich pamiętamy, ale jakoś nikt nie chce się przyznać to tradycji konspiracyjnych lokali gastronomicznych. A one działały od zawsze bez względu na panujący ustrój polityczny i co ciekawsze działają nadal!

 

W moim prowincjonalnym mieście taki utajniony lokal działa przy jednej z głównych ulic. Jak dowiedziałem się od mojej znajomej która mieszka dokładnie naprzeciwko utajnionego lokalu początki jego działalności należy datować na lata stanu wojennego. Więc jest to jeden z najstarszych działających nieprzerwanie lokali gastronomicznych w moim mieście. Działa tak długo zapewne, bo niewielu o nim wie a gośćmi baru mogą zostać tylko osoby wybrane. Całkiem jak w angielskich klubach dla dżentelmenów z tą tylko różnicą, że do tego lokalu, o którym pisze wpuszczane są kobiety oraz klientela nie zawsze jest szlachetna.

 

Budynek, w którym mieści się lokal posiada obecnie nową elewacji. Jednak klatka schodowa, którą można się dostać do przybytku tajnej gastronomii nie była remontowana od wojny, tej z ubiegłego wieku, więc sprawia przygnębiające wrażenie. Ale może to właśnie nadaje lokalowi tego smaczku tajemniczości. Zniszczone ściany pokrywają setki większych i mniejszych napisów i naściennych obrazków. Do tradycji weszło już pozostawianie przez klientów napisów w stylu: pozdrowienia z wolności – Dzidek. Okna klatki schodowej straciły szyby jakieś dziesięć lat temu, co jest nawet dobre dla reszty mieszkańców kamienicy, bo schody do lokalu to również szalet dla klientów, więc bez okien jest tam po prostu bardziej rześko.

 

Może teraz przejdę do menu lokalu, które ustaliłem dzięki uprzejmości jednego z członków klubu, który akurat był w potrzebie a którego poratowałem pożyczką dwóch złotych. Mój nowy znajomy opowiadał, że przebojem baru jest wódeczka serwowana na kieliszki. Można oczywiście zakupić na wynos butelkę, ale nie zawsze klienci są do tego zdolni finansowo. Potrawy z barze są mało wyszukane, ale za to tradycyjnie polskie, jeśli chodzi o zakąszanie do kieliszeczka.

 

Podstawowa daniem jest ogórek kiszony, który czasami jest ogórkiem małosolnym, gdy jest na niego sezon. Oczywiście pieczywo jest te z serwowane a czasami nawet można dostać kaszankę czy pasztetówkę. Przebojem lokalu są żeberka po polsku, czyli cebula pokrojona na ćwiartki. Mało oryginalne? Może, ale też nikt tam nie przychodzi jeść, tak się przychodzi głównie pić. A pić można wódkę, choć lepiej jest to nazwać po prostu alkoholem.

 

Idąc z duchem czasu lokal zmienił się z bar szybkiej obsługi. W ciągu godziny naliczyłem tam pięćdziesięciu trzech odwiedzających, z których żaden nie pozostawiał tam dłużej niż trzy minuty. Wszystkie mcdonalny mogłyby pozazdrościć tak szybkiej i sądząc po chwiejnym kroku klientów opuszczających bar profesjonalnej obsługi.

 

Można tylko żałować, że już niedługo zgodnie ze słowami mojego informatora właściciele sterani życiem i piciem odejdą na wieczny odpoczynek. I w taki sposób swój żywot zakończy jeden z najstarszych tajnych barów w moim prowincjonalnym mieście.