Monthly Archives

21 Articles

dziennik pesymistyczny

Więcej przedwyborczego umiaru

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Boję się otworzyć lodówkę, bo tam może na mnie czyhać kampania przedwyborcza Platformy Obywatelskiej. Mam wrażenie, że gdy sięgnę po karton z mlekiem, na pewno znajdę tam podobiznę marszałka sejmu, plus wiele, wiele słów zachwalających przymioty tego polityka w roli kandydata na prezydenta. Czy po otwarciu słoika z dżemem znajdę Pana Radka naszego ministra spraw zagranicznych, który przekonywać mnie będzie do wspólnych okrzyków o tym, że obecny prezydent będzie byłym prezydentem? Jeszcze nie zaczęła się prawdziwa kampania wyborcza a ja już teraz mam dość. To przerażające, jak wiele miejsca w serwisach informacyjnych zajmuje sprawa wyborów kandydata na kandydata. W każdej gazecie, w każdym radiu, w każdej telewizji wszędzie pełno informacji o tych, przecież tylko wewnątrzpartyjnych, wyborach przed wyborami.

 

W moim prowincjonalnym mieście jest spółdzielnia mieszkaniowa licząca około trzydzieści tysięcy członków. Gdy odbywały się tam wybory do władz spółdzielni to prawie nikt ich nie zauważył. Nikt też nie prowadził tamtej kampanii z takim entuzjazmem jak nasi politycy. A przecież żyje tam i mieszka tysiące ludzi. Sprawy administrowania osiedlem powinny im, więc być bardzo bliskie. Przecież nie dotyczy to spraw dalekich. Mówi się, że koszula bliższa ciału, a jednak tak nie jest. Każdy zna polityków nazwijmy ich ogólnopolskimi, ale nikt prawie nie wie, kto rządzi na ich osiedlu. A tylko nieliczni wiedzą, kto rządzi w mieście. Najważniejsza miała być w nowej Polsce samorządność a kompletnie jej nie zauważamy. Ważniejsze są dla nas wybory wewnątrz kilkutysięcznej partii niż wybory samorządu osiedla, na którym mieszkamy.  Prawie nikogo nie obchodzi, kto zarządza ich najbliższą okolicą. Lokalne gazety z wielkim zacięciem relacjonują przedwyborcze starcia kandydatów na kandydatów z partyjnych wyżyn, jednak milczą o tym, co dotyczy samorządności mieszkańców. Wiem, że bardziej jaśnieje to, co jest na wyżynach. Ale mam takie wrażenie, że dla wielu z nas władza zaczyna się i kończy w Warszawie. A to, co jest na prowincji jest tylko, jakąś polityczną poczekalnią dla skoku na stanowiska w stolicy. A przecież nasze życie nie toczy się w sejmie. Ono jest tu, obok nas, na mojej ulicy. W mojej dzielnicy. Na moim osiedlu. W moim mieście. A jednak to najmniej nas obchodzi. Nas, oraz media, najbardziej interesuje starcie między panem marszałkiem a panem ministrem.

 

Jak pisałem powyżej, na wspomnianym osiedlu mieszka ponad trzydzieści tysięcy ludzi i zapewne dziewięćdziesiąt dziewięć procent nie miało i mieć nie chciało najmniejszej świadomości, że ktoś tam kogoś wybierał do władz spółdzielni mieszkaniowej, która administruje ich domami. Za to zapewne większość może wskazać minimalne różnice między kandydatami na kandydatów na prezydenta w przedwyborczej kampanii Platformy Obywatelskiej. A przecież nie my będziemy decydować o tym, kto zostanie kandydatem na prezydenta w tej partii. To tylko i wyłącznie działacze partyjni o tym zdecydują. Niewielka, jak na polską skalę, grupa uprawnionych posiadających legitymację partyjną. Członkowie tego ugrupowania będą wybierać, kogo zechcą wystawić, jako swojego reprezentanta w zbliżających się wyborach na prezydenta. A przecież partia ta liczy tylko, a może aż, czterdzieści pięć tysięcy członków! Czyli tylko o dziesięć tysięcy więcej niż wynosi liczba mieszkańców osiedla w grodzie na prowincji.  I pięć razy mniej, niż liczba mieszkańców całego przecież i tak nie największego miasta. Dlaczego więc to, co dotyczy tylko tak niewielkiej liczby partyjnych działaczy atakuje nas z każdej strony? Rozumiem, że ten, kto teraz wygra w prawyborach potem znów będzie walczył o moje głosy. Ale jeśli ja już nie mogę wytrzymać tej natrętnej wszechobecności kandydatów to, co się stanie jak zacznie się prawdziwa wojna o prezydenturę?

 

dziennik pesymistyczny

Jogurtowa polityka

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Gdy siedzisz na kanapie przed telewizorem pochłaniając kolejne reklamy poutykane między dawki twojego ulubionego serialu, nawet nie przepuszczasz, że właśnie zostałeś zaprogramowany na zakup kolejnego super produktu, którego nie potrzebujesz. Pewnie nawet nie wiesz, że chcesz go mieć, że Twój mózg zapamiętał informację, którą ci przypomni, gdy staniesz przed sklepowymi półkami. Gdyby ktoś zadał Ci pytanie, dlaczego właśnie kupujesz to, a nie coś innego? Co byś odpowiedział? Że to twoja przemyślana, głęboka analiza potrzeb? Czy jest to Twoja całkowicie neutralna, prywatna i niezależna decyzja? Dlaczego ta decyzja jest właśnie taka, a nie inna? Pewnie zdecydowanie zaprzeczyłbyś, że cokolwiek miało wpływ na to, że akurat ten a nie inny jogurcik wkładasz do koszyka podczas zakupów. Ale reklama ma na Ciebie wpływ. Temu nie da się zaprzeczyć. Czy na tej samej zasadzie ufasz politykom, którzy po raz kolejny wmawiają ci, że za ich rządów nastanie raj na ziemi? Czy jesteś bezwolnym narzędziem do głosowania, przekonanym, że bez Twojego głosu cały system się zawali?

 

Pewnie masz przekonanie, że tak właśnie jest? Że Twój głos jest ważny. Że wybór, którego dokonujesz jest jedynie słuszny. Że spełniasz jakiś mistyczny demokratyczny obowiązek. Że jako obywatel świadomie podejmujesz decyzje dla dobra ukochanej ojczyzny. Ale odnieśmy to do jogurtów. Masz wybór między jogurtem A i jogurtem B. Jest nawet jogurt C, D i Z ale one nie mają dostatecznej reklamy, więc nie liczą się w Twoim wyborze. Ba, nawet produkowane są przez firmy, o których nie słyszałeś. Co dnia oglądasz spoty, w których ich twórcy przekonują Cię, że A jest lepsze od B, a inne literki to się już absolutnie nie liczą na jogurtowym rynku. I nastaje czas wyborów. Wybierasz z tego, co jest dostępne na półkach sklepowych.  Ponieważ znasz konkurentów z telewizyjnych reklam, nawet nie pomyślisz, że gdzieś tam istnieje jogurt N, który jest dla Ciebie najzdrowszy. Ale jeśli go nie ma w reklamie i nie jest obecny w sklepie to nie ma go w Twoim życiu.

 

Politycy są jak jogurty. Sklepy to sejm. Reklama to nadal tylko reklama. Zawsze o każdej porze dnia i nocy trwa nieprzerwana reklama politycznych przywódców. A Ty to oglądasz przygotowując się do wyborczych zakupów. Jesteś potrzebny, bo bez Ciebie wszystko nie miałoby sensu. Nie, dlatego że coś odbywa się dla Ciebie, dla Twojego dobra. To wszystko odbywa się jedynie przy Twoim udziale. Jesteś potrzebny, bo do Ciebie można się odwołać, jeśli ktoś spyta polityka gdzie jest zakorzeniana jego władza. Masz wybór. Czy na pewno wybierasz to, co chcesz, czy to, co musisz wybrać? Jeśli wybór ogranicza się do kilku partyjnych działaczy z kilku dotowanych przez państwo partii to czy nasz prawdziwy wybór? Czy przypadkiem nie wybierasz kogoś, kto za Twoje własne pieniądze pochodzące z Twoich podatków lansuje się po to, żeby Cię przekonać o potrzebie zatrudniania go przez kilka lat? Zapytaj sam siebie, kiedy ostatnio rozmawiałeś twarzą w twarz z politykiem, którego przecież dobrze znasz, bo widzisz go codziennie w telewizji lub czytasz o nim w prasie? Pewnie, nie może on dotrzeć do wszystkich, ale czy jego przedstawiciel zapytał Cię kiedykolwiek w jego imieniu jak Ci się żyje? Odwiedził Cię w domu? Nie. Ty masz uwierzyć w jego telewizyjne przemówienia o tym, że będzie Ci lepiej jak przedłużysz jego sejmową kadencję głosując właśnie na niego w następnych wyborach.

 

Na tej politycznej sklepowej półce stoją tylko takie jogurty, które już sprawdziłeś i Ci nie smakują. Jaką szansę przebicia się ma produkt, który nie podpiera się Twoją dotacją? Żadnej. To nie chodzi już o to, że jeśli masz dobry pomysł to idziesz na ulicę, aby głosić dobrą nowinę, by w ten sposób zyskiwać sympatyków Swojej idei. Gdy nie stoją za Tobą duże pieniądze, nawet najlepsze pomysły na poprawienie dobrobytu współobywateli, są znane tylko tym, do których docierasz bezpośrednio. Czy nie masz wrażenia, że płacisz za produkcję jogurtu, który Ci nie smakuje, ale za to jest on świetnie opakowany i wypromowany? Tak właśnie jest z państwowymi dotacjami dla partii politycznych. Dostają je tylko te partie, które są już na sejmowej półce. W myśl zasady wybieramy tylko tych, których już znamy. I choć czasami pojawia się jak meteor ktoś inny to szybko zanika, bo wybór zawsze musi być ograniczony do kilku produktów. Tych najbardziej znanych z reklamy. A ja mam już dość wybierania. Chcę nie tylko móc zamienić jeden jogurt na inny. Chcę zamienić całe sklepy. Bo chyba najwyższy czas na prawdziwe zmiany a nie na reklamę zmian.  A jakby tak zabronić jakiejkolwiek politycznej reklamy? Postawić na bezpośredni kontakt z wyborcą? Trudniej?- Zapewne. Sprawiedliwiej?- Zdecydowanie!

dziennik pesymistyczny

Nowe zabytki na starym mieście

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

W moim prowincjonalnym mieście od lat obowiązuje niepisana, ale nader chętnie stosowana zasada, iż władze miejskie nie zniżają się do rzeczy przyziemnych, nijakich i nieciekawych. Dziurawa droga, zaśmiecone i brudne chodniki, to nie jest najważniejsza sprawa dla włodarzy miasta. Nasza prowincjonalna władza chce sięgać wyżej. Robić to, czego nikt jeszcze nie robił ani w kraju, ani za granicą ani nawet w Ameryce. Są może miasta piękniejsze, takie, co to kuszą turystów zabytkami oraz starożytnymi budowlami. Na mojej prowincji jest, co prawda wiele zabytkowych budowli, ale magistrat najwyraźniej uznał, że to, co pozostawili nam przodkowie nie spełnia ich oczekiwań. U mnie na prowincji z woli władzy powstaną zabytki na miarę urzędniczych marzeń. Magistrat chce odbudować bramę miejską stanowiącą kiedyś część murów miejskich, które nie dotrwały do naszych czasów. I nie jest ważne, że nikt nie wie nawet w przybliżeniu, jak ona wyglądała. Jest pomysł żeby odbudować to się wybuduje bramę do miasta, i nie jest ważne, że to nie będzie rekonstrukcja, lecz zwykła dowolna interpretacja w temacie zabytkowej bramy.

 

Nie zachowały się mury miejskie? Nic nie szkodzi. Odbudujemy! Nie mamy bramy do miasta? Nikt nie wie jak ona wyglądała? Co z tego? Przecież brama to brama. Coś się tam wybuduje bramopodobnego. Ważne, że przybędzie miastu nowy zabytek. Starożytna brama w nowym wcieleniu. I oczywiście niemniej ważne jest to, że ten śmiały plan wybudowania zabytku od nowa powstał za tej, a nie innej władzy. To bardzo ważne. W czasie zbliżających się wyborów chyba nawet najważniejsze. Obok bramy na zachowanych i odkopanych przez archeologów pozostałościach oryginalnych murów miejskich ma stanąć hotel. Po co staroć ma szpecić okolice. Ma hotel mieć trzy kondygnacje i parking podziemny. Magistrat wydał już decyzję o warunkach zabudowy. Więc sprawa zdaje się być przesądzona. Czyli będziemy mieli nie dość, że nową, czyli starą bramę do miasta to jeszcze przybędzie nam hotel.  Same plusy! A może władze mojego miasta nie powinny się zatrzymywać w swych genialnych pomysłach tylko na bramie miejskiej w nowym wcieleniu. Można przecież odbudować całe mury miejskie i opleść nimi całe miasto. Można też odbudować czy nawet wybudować dowolny zamek w miejscu gdzie stał ten niezachowany do naszych czasów zamek. A może odkopać fosę, co to zasypano ją jeszcze za cara? Można w duchu budowy zabytków wybudować średniowieczne siedlisko miejskie w całości? Jeśli nawet nie zachowała się żadna ikonografia dotycząca zabytków to przecież można dokonać dowolnej interpretacji i wybudować to, co się nie zachowało, od nowa. Bo przecież i tak nikt nie wie jak to wyglądało, więc nikt nie powinien mieć pretensji.

 

Rodzi się, więc pytanie, po co nam mieszkańcom prowincji ta brama do miasta? Otóż to! Nikt nie wie, po co, więc nie muszą się władze miasta obawiać, że ktoś zapyta. Wiecie, co robi ta brama do miasta? Ona odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa mojej prowincji. To jest brama miejska na skalę urzędniczych możliwości. Co magistrat chce osiągnąć odbudową tej bramy? Otworzyć oczy niedowiarkom. Już słyszę głosy miejskich urzędników, którzy mówią: Patrzcie to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo i nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest brama społeczna, w oparciu o sześć instytucji, która to brama się rozpadnie za kilka lat na świeżym powietrzu. I co się wtedy zrobi? Protokół zniszczenia…Mam nadzieję, że wybaczą mi wszyscy wielbiciele komedii Stanisława Barei tę śmiałą, a nieporadną trawestację znanego przemówienia prezesa klubu Tęcza. Ale ten fragment z Misia tak dobrze pasuje do sytuacji z odbudową bramy, o której nikt nie wie jak wyglądała, że aż przykro było tego nie wykorzystać.

Co roku władze mojego prowincjonalnego miasta stawiają na jednej z uliczek prowadzących do rynku bramę z drewna i słomy. Ma to na celu… no właśnie nie bardzo wiadomo, co ma ta budowla na celu. Ale jeśli ta budowla pojawia się rokrocznie z okazji święta miasta to pewnie komuś z włodarzy miejskich wydaje się, że jest to rodzaj odświętnego udekorowania miasta i przywoływania historii jednocześnie. Ale mnie się bardziej to kojarzy z wiejska chatą a nie z bramą do miasta kazimierzowskiego. No i teraz będę miał bramę do miasta nie z drewna i słomy a z betonu. Czyli będzie niewątpliwy postęp, choć styl zapewne się nie zmieni. Król Kazimierz zastał moje miasto drewniana a zostawił murowane. I choć niewiele z tych budowli dotrwało do naszych czasów to magistrat ma rozwiązanie. Pozostawi potomnym nową wersję średniowiecznych zabytków.   

dziennik pesymistyczny

Policjant wie lepiej, zawsze wie lepiej…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 172

Ostatnimi czasy nie miałem przyjemności, czy nieprzyjemności spotkania twarzą w twarz z funkcjonariuszami naszej policji państwowej. Ale znam kogoś, kto miał taką okazje. I jak się okazało z relacji znajomej znajomego, była to raczej nieprzyjemność niż przyjemność. Wiadomo, że przeważnie taka styczność obywatela z organem porządkowym nie jest dla tego pierwszego czymś radosnym. No chyba, że sam w nagłych przypadkach poszukuje natychmiastowej pomocy od mundurowych.  Ale wtedy najczęściej nad wyraz dobrze sprawdza się stare ludowe powiedzonko o tym, że jak występuje potrzeba obecności policjanta to nigdy go nie ma w pobliżu. I zadziwiające jest to, że równie często jak nie potrzebujemy mundurowych oni jak na złość są i dają nam dobitnie znać o tej swojej obecności i swoich szczególnych uprawnieniach.

 

Jechała sobie pewna pani swym malutkim samochodzikiem – relacjonował mi to zdarzenie mój znajomy – po drodze położonej w starej, poprzemysłowej części mojego miasta. Przed nią toczył się wolniuteńko policyjny radiowóz. Droga wąska, a funkcjonariusze wybrali się widać, na niespieszne patrolowanie terenu. Słusznie, że patrolują – pomyślała pani – ale dlaczego tak samochodem i do tego tak wolniuteńko? I tak sobie jechali, czy raczej wlekli się drogą. Radiowóz pierwszy, za nim moja znajoma swym pojazdem. A za nimi jeszcze kilka samochodów. I nastąpił klasyczny drogowy pat. Nikt nie miał odwagi wyprzedzić samochodu mundurowych. A oni jakby czekali na tego odważnego, który nie wytrzyma presji jazdy z prędkością dziesięciu kilometrów na godzinę i wyprzedzi. A jak wyprzedzi to… No wiadomo, co. I właśnie jak pewnie wielu się domyśla tą, która nie wytrzymała denerwującej jazdy z minimalną prędkością była moja znajoma. I jak tylko wyprzedziła radiowóz, panowie u mundurach nagle ocknęli się z letargu i w asyście migających świateł i sygnałów dźwiękowych ruszyli w pogoń by zatrzymać tą, co to wyprzedza ich pojazd patrolowy, z większa od ich powolnej jazdy prędkością. Zatrzymali panią i od razu przeszli do konkretów, czyli do wypisywania mandatu za jazdę zbyt szybką i zbyt niebezpieczną. Tak przynajmniej relacjonowała zdarzenie pewna pani mojemu koledze, a on przekazał to mnie. Ale że osoby to poważne, to raczej nie mam powodu wątpić w to, co usłyszałem.

 

Zatrzymali tą panią i chcieli wręczyć jej mandat. Bo prędkość jej autka była nadmierna jak twierdzili. I pewnie by wręczyliby gdyby nie to, że trafili na osobę, która wiedziała więcej od nich na temat przepisów obowiązujących na tej właśnie drodze. Moja znajoma z wrodzoną sobie delikatnością pouczyła funkcjonariuszy, że zasady i przepisy kodeksu drogowego nie mają zastosowania do dróg wewnętrznych. Z pewnymi wyjątkami, które w tym przypadku nie mały jednak zastosowania w jej przypadku. Ale policjanci upierali się, że wiedzą lepiej i nie chcieli odstąpić od czynności. Nawet przybycie właściciela pobliskiej firmy, do którego należy droga nie wzbudziła zainteresowania funkcjonariuszy. Oni wiedzieli lepiej i na nic się zdało cytowanie dosłowne przepisów, a nawet pokazanie aktów notarialnych poświadczających, że droga jest wewnętrzna, i jest własnością tego pana, a on zezwala tej pani na jazdę po swojej drodze nawet z prędkością stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Funkcjonariusze stali twardo na stanowisku, że jak już są przepisy ruchu drogowego, to obowiązują wszędzie. Nawet na podwórku u Kowalskiego i nawet w przypadku, gdy Kowalski podwórka nie ma.  

 

A tu, w tym przypadku nie jest to droga publiczna. Nie jest to droga w strefie zamieszkania. Jest to wewnętrzna droga na prywatnym terenie, który dawniej był terenem fabryki. Nie ma, co tu cytować szczegółowych przepisów, ale chyba każdy wie, że na takich drogach nie mają zastosowania przepisy kodeksu drogowego. A funkcjonariusze postanowili najwidoczniej za wszelka cenę udowodnić, że jest inaczej. Że to właśnie oni maja rację. I nic, nawet dokładne cytaty z przepisów, akty notarialne oraz oświadczenia licznych świadków nie mogły ich przekonać, że się mylą. I dopiero interwencja mojej znajomej u komendanta sprawiła, że odstąpili od czynności. Ale pewnie nadal nieprzekonani o swej pomyłce. Nie wiem, co sprawia, że jak się mundurowy zafiksuje na przekonaniu o swojej racji, to nie ma siły żeby go przekonać. Gdy policjanci z brygadą antyterrorystyczną pomyłkowo zjawiają się o piątej rano pod niewłaściwym adresem, to nie jest to wina źle przeprowadzonego wywiadu policyjnego.  To oczywiście wina tych, co to leżą pomyłkowo na podłodze skuci w kajdanki pod lufami policyjnych funkcjonariuszy. Zawsze jest winny ktoś inny. I nawet jak udowodnisz ponad wszelką wątpliwość, że ty masz rację, to i tak zawsze masz takie uczucie, że nie dałeś rady przekonać. Bo to zawsze policjant ma rację. I nawet jak popełni błąd to nigdy nie przeprasza, bo przecież on nawet jak nie ma racji to ma rację.

dziennik pesymistyczny

Szczególna ochrona prawna dla wszystkich

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Często jest tak, że gdy rozpatrujemy coś w teorii, to wszystko wygląda dobrze a nawet rewelacyjnie. Ale równie często, co jest zadziwiające przynajmniej dla mnie, gdy zaczynamy teorię dopasowywać na siłę do rzeczywistości, nasze założenia ulegają znacznej modyfikacji. I dokładnie taki problem mam z nowelizacją kodeksu karnego przygotowaną przez polskie Ministerstwo Sprawiedliwości. Zmiany proponowane przez urzędników mają dotyczyć między innymi zwiększenia kary za napaść na policjanta. I w teorii wszystko jest jak najbardziej poprawne oraz godne pochwał i poparcia. Ale jak zaczynam to przykładać do praktyki, to sprawa wygląda zupełnie inaczej.

 

Po ostatnich tragicznych wydarzeniach bardzo wielu z nas zdecydowało się poprzeć rozwiązania prawne, w których kary za napaść na policjanta powinny być zdecydowanie surowsze. Takie propozycje to reakcja na śmierć policjanta z Warszawy. Zginął on od ciosów nożem. Młodociani chuligani zabili go za to, że zwrócił uwagę, na ich agresywnie zachowanie na przystanku. U nas w Polsce często jest tak, że jak wydarzy się coś tragicznego, władza natychmiast pochyla się z troską nad problemem i w przyspieszonym tempie wprowadza rozwiązania, które uspokoją opinię publiczną. Mają też wzbudzić w nas przekonanie, że urzędnicy państwowi nad wszystkim panują. Przez lata nie było dotacji do pogotowia gazowego, ale wystarczyła seria tragicznych wypadków z wybuchem gazu w tle, aby ta służba natychmiast dostała dotacje na zakup nowoczesnego sprzętu. I w tym przypadku jest podobnie. U nas nie występuje zasada prewencji. A wręcz odnoszę wrażenie, że tylko wstrząs w postaci tragedii, lub czyjejś śmierci może doprowadzić do reakcji urzędników.

 

Służba w policji to misja – teoretycznie. Mają nas policjanci chronić i bronić – że zacytuję tu znaną, lecz zagraniczną zasadę. I dokładnie tak postrzegam tę pracę. Mają mnie policjanci obronić, gdy czuję się zagrożony i chronić mnie i moje mienie, gdy nawet tego zagrożenia nie dostrzegam. Taką pracę wybrali. Bez żadnego przymusu. Takie mieli powołanie. Z doświadczenia wiem, że z uzyskaniem pomocy nie zawsze jest tak zaraz i natychmiast. Z doświadczenia też wiem, że nie wszystko, co mi skradziono udało się nie tyle ochronić, co nawet nie udało się tego odzyskać. Nawet odniosłem wrażenie, że nikt nie próbował. Ale teoretycznie, zawsze i wszędzie będę szanował policjantów za ich trud. Ale czy mam szanować wszystkich? I tych, którzy chcieli wymusić ode mnie pieniądze w zamian za odstąpienie od ukarania mnie mandatem za wykroczenie drogowe?

 

Szczególna ochrona prawna należy się policjantom – słyszę z Ministerstwa Sprawiedliwości. I chętnie temu przyklasnę. Ale od razu budzą się we mnie wątpliwości czy ja, jako płacący w tym kraju podatki obywatel, nie mam prawa do szczególnej ochrony prawnej? Czy moje życie ma być mniej warte niż życie policjanta? Wiem, że moja praca jest mniej niebezpieczna od policyjnej, ale konstytucyjna zasada równości wobec prawa obowiązuje i mnie i osoby w mundurach. Czy jeśli strażak naraża życie to też ma być stawiany wyżej w prawie niż ja? Czy jeśli lekarz ratuje życie innym z narażeniem własnego życia, to ma też prawo do szczególnej ochrony prawnej? Zawodów takich, w których dochodzi na narażenia życia jest wiele. Mam takie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony policjant powinien być szczególnie chroniony, bo chroni mnie, ale też chciałbym, aby szczególnie prawnie chroniono też mnie. Nie chcę czuć się gorszy.

 

Policjant to przedstawiciel państwa. To jego widoczny znak i symbol. Jeśli dochodzi do napadu na policjanta to dochodzi do napadu na państwo. Zasadne jest, więc pytanie czy to przejaw braku szacunku dla państwa? Czy ta dodatkowa, szczególna ochrona prawna, nie jest przypadkiem przejawem zaklinania rzeczywistości? Pokazania, że państwo nie tylko jest uzbrojone, ale i także szczególnie chronione. To jakby powiedzieć obywatelom, że choć wszyscy jesteśmy równi to są wśród nas równiejsi. A mnie się marzą czasy, w których zasłużę na taka samą ochronę prawną jak prezydent, urzędnik, policjant, i tylko dlatego, że jestem obywatelem Rzeczpospolitej.

 

dziennik pesymistyczny

Siła tradycji, czyli pomysły windykacyjne niemieckich polityków

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zauważyłem, że w Niemczech istnieje trend do nowatorskich i radykalnych połączeń tradycji z nowoczesnymi pomysłami na biznes, czyli na przykład na windykację długów. Może już nie władcy świata, już nie rasa panów, ale ciągotki do anektowania terytoriów innych państw zostały. Już nie wypada otwarcie mówić w Berlinie, że należy się więcej ziemi dla wielkiego narodu poetów i myślicieli. Teraz niezbyt dobrze widziane jest u sojuszników wysyłanie czołgów, gdy chce się wpływać na politykę innego kraju. No przynajmniej w Europie.  Teraz można po prostu na obcy rząd nasyłać polityków, aby ci żądali oddania części terytorium suwerennego państwa za długi. Bo nie jest konieczna potęga militarna, gdy się jest potęgą gospodarczą. Sprawne wojsko może być tylko dodatkiem. 

 

– Grecja powinna rozważyć sprzedaż kilku swoich wysp, to może być dobry sposób na zmniejszenie jej zadłużenia – stwierdzili dwaj niemieccy posłowie w rozmowie z bulwarówką Bild. Cudowne rozwiązanie prawda? Można tak uzyskać za długi z pół świata. Zadłużenie w pewnym kraju afrykańskim urosło za bardzo? Można więc zaanektować ten kraj, jeśli jego rząd i naród nie mają szans na spłatę tego, co są winni. To istny nowy kolonializm. Może i jestem przewrażliwiony, ale doświadczenia historyczne wskazują, że takie słowa z ust niemieckich polityków nie zapowiadają niczego dobrego. Zadłużenie zagraniczne Polski przypadające na koniec dwa tysiące dziewiątego roku wynosi blisko sześćdziesiąt cztery miliardy euro, wynika z szacunków Departamentu Statystyki Narodowego Banku Polskiego, do jakich dotarłem przeglądając internet. Wiem, jeszcze nie jesteśmy bankrutem, ale często słyszę, że nie jest tak daleko abyśmy popadli w taki stan. Co chwila kolejny krajowy polityk straszy nas taką apokaliptyczną wizją. Czy w takim przypadku, gdy nie będziemy mogli spłacić zadłużenia, czeka nas wielka wyprzedaż terytorium? Zapewne w naszym przypadku, też znajdą się niemieccy politycy, którzy chętnie uraczyliby nas wizją zakupu Szczecina czy wyspy Uznam za długi. 

 

– Bankrut, który jest niewypłacalny, musi sprzedawać wszystko, co tylko może, żeby spłacić swoich wierzycieli – powiedział Bildowi Josef Schlarmann, poseł chadecji. – Grecja ma budynki, firmy i wiele niezamieszkałych wysp, które mogą zostać sprzedane w celu ograniczenia zadłużenia. Wtóruje mu Frank Schäffler, ekspert do spraw finansów z partii FDP. – Grecki rząd musi podjąć radykalne kroki i zacząć sprzedawać swoje aktywa, na przykład wyspy – mówi. Wiem, że przykład, w którym odnoszę te słowa do polskiej sytuacji jest radykalny. Ale czy jest rzeczywiście niewyobrażalny? Może to mi się źle kojarzy. Może błędnie to interpretuję, ale nic na to nie poradzę, że jestem w kwestiach takich niemieckich roszczeń dość wrażliwy.

 

Szczególnie Niemcy nie powinni być tak dokładni w kwestii rozliczeń. Ale mam przekonanie, że mentalność niemieckich polityków najlepiej ilustruje dialog, z jednego z polskich filmów dotyczący tradycji.  Widać, u naszych przyjaciół zza Odry, też ta najbardziej chyba znana polska komedia jest równie popularna. – To jest tak, że jeżeliby nam ktuś, na przykład, rozumiesz, porwał naszą furę i by go złapały to nam muszą oddać samolot, rozumiesz? To jest właśnie tradycja. Że nam muszą oddać! – tłumaczy jeden w bohaterów filmu swoim towarzyszom. Zgodnie z ta logiką rząd Grecji powinien oddać za swe długi, czyli za furę samolot, czyli wyspy. Jak ja jestem winien bankowi pieniądze, to jak już kompletnie zbankrutuję, to mam mu oddać nerkę? Panom germanom coś się chyba pomyliło. 

Sprzedajcie swoje wyspy, greccy bankruci! I sprzedajcie też Akropol! – takim tytułem został opatrzony artykuł w papierowej wersji Bilda, w którym dziennikarze donosili o nowatorskich pomysłach windykacyjnych niemieckich polityków. Wystarczy wybrać się do berlińskiego muzeum, aby podziwiać tam bezcenne okazy antycznej sztuki, które zapewne nie zostały zakupione przez państwo niemieckie w Grecji. Więc raczej na miejscu niemieckich polityków starałbym się być mniej drobiazgowy we wzajemnych rozliczeniach.

 

dziennik pesymistyczny

Exodus Polaków na plaże Egiptu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Żyjemy w ciekawych czasach. Można rzec, co krok to nowy prorok. Co chwila objawia się nam nowy przewodnik, który wskazuje nam nowy kierunek narodowych wypraw do krainy wiecznej szczęśliwości. Idea wielkiego marszu ku lepszej przyszłości jest bardzo popularna wśród prawych i sprawiedliwych działaczy partyjnych. I choć ten marsz jest alegoryczny, to zawsze to jakaś droga do przebycia. Naród nasz jest na pewno wybrany do takich wędrówek. Biblijne plemiona Izraelitów maszerowały czterdzieści lat przez pustynie, w drodze do ziemi obiecanej. Polacy też od wielu lat są w ciągłej drodze ku lepszym dniom. Od niepamiętnych czasów trwa nasz polski exodus. Ciągle jesteśmy w drodze do wyśnionego dobrobytu i stabilizacji. Od lat słyszę, że idziemy wraz z całą Rzeczypospolitą, a to do drugiej Japonii, a to do nowej Irlandii.  Ciągle idziemy, ale choć cel określają coraz to nowi prorocy, to nasz wieloletni marsz ku lepszej i dostatniej Polsce nigdy się nie kończy. U progu odrodzonej i demokratycznej ojczyzny, słyszałem z ust ówcześnie prowadzących ten nasz lud i kra,j ku ziemi obiecanej kapitalizmu, że wystarczy tylko dwadzieścia lat abyśmy odpoczywali u bram istnego raju na ziemi.

 

Czterdzieści lat, tyle na czele ludu izraelskiego wędrował Mojżesz przez pustynię. My nie będziemy gorsi. Podczas kongresu prawych i sprawiedliwych Jarosław Kaczyński ogłosił nowy termin dojścia do ziemi obiecanej utrudzonego ludu naszej ojczyzny. Nowy program podróży przez pustynię kryzysu, prawy i sprawiedliwy wódz i przewodnik, wyznaczył na dziesięć lat. Czyli zamiast czterdziestu lat wystarczy nam dziesięć! Niewątpliwy postęp! Wtedy to, w dwa tysiące dwudziestym roku, jeśli naród zaufa prezesowi oczywiście, czeka nas kres tułaczki. Prezes wprowadzi nas do G20, obroni Polską rodzinę przed wszelkim zagrożeniem oraz wprowadzi w Rzeczpospolitej uczciwą politykę. Wystarczy, aby naród zrozumiał, że należy jak najszybciej porzucić fałszywych przewodników i oddać rządy tym, co prawi są i sprawiedliwi.  Na kongresie wódz liczącej około dwadzieścia trzy tysiące członków partii przypomniał, że nasz obecny przewodnik, premier Tusk, obiecywał Polakom Irlandię, ale – jak mówił prezes – niestety prowadzi nas w pobliże Grecji. Czyli okazało się, że kierunek jest niewłaściwy. Trzeba jak najszybciej narodowi wskazać inny, znacznie lepszy cel marszu do ziemi obiecanej.

 

– Plaże Egiptu, Tunezji są dzisiaj zaludnione przez Niemców, Francuzów, Anglików, po części też Rosjan i Czechów. Polaków tam niezbyt wielu. W dwa tysiące dwudziestym roku muszą być tam miliony Polaków! Polacy muszą mieć prawo do wypoczynku! – wyznaczył nam nowy kierunek prezes prawy i sprawiedliwy. W dawnych wiekach Izraelici wyruszyli z Egiptu pod przewodem Mojżesza. Teraz kierunek się odwrócił. Naród nasz wybrany, wyruszyć ma do Egiptu pod światłym przewodem nie jednego przewodnika, ale dwóch! Niech no tylko Polacy wrócą na właściwą drogę i w najbliższych wyborach złożą swój los w ręce braci. Prezydent i prezes wzajemnie się wspierając wraz z gronem wyznawców zaprowadzą nas z ziemi polskiej do egipskiej. Już w dwa tysiące dwudziestym, staniemy tłumnie nad morzem Czerwonym grzejąc się w afrykańskim słoneczku.

 

Prezes nie zapomniał o swoim ludzie. Choć wielu zapewne liczyło, że jednak zapomni. Zwołał do Poznania swe wierne zastępy, aby wskazać im nową drogę. Teraz zapewne te dwadzieścia trzy tysiące partyjnych z PiS-u zaniesie dobrą nowinę do wsi i miasteczek rozsianych po całej Rzeczpospolitej. Zaniesie wieści o planowanej wielkiej wyprawie na plaże Egiptu. Wyzwoli nas prezes z ucisku nowego faraona, który niczym nieznośne dziecko w supermarkecie, wrzuca do koszyka coraz to nowe towary zapominając, że przyjdzie taki czas, kiedy trzeba będzie za nie zapłacić. Jak widać strasznie pobłądziliśmy. Ale nic straconego. Jak tylko znów prawi i sprawiedliwi staną na czele po wygranych wyborach, jak obecny prezydent rozpocznie kolejną kadencję równie udanych rządów, to jest możliwość, że wnet, czyli w dziesięć lat, dotrzemy na plaże Egiptu czy Tunezji.

 

– PiS nie jest dla siebie, jest dla narodu – oświadczył prezes prawych i sprawiedliwych. I radość zapanowała w szeregach partyjnych działaczy.  Bo okazało się, że są awangardą zmian i pewnie oni pierwsi zbierać będą owoce dobrobytu na plażach Egiptu. Miejmy tylko nadzieję, że naród zrozumie jak wielka jest przed nim szansa na wieczny wypoczynek. Że Polacy w wyborach zagłosują właściwie. Bo szkoda zmarnować taką szansę. Tylko dziesięć lat oczekiwania dzieli nas od wylegiwania się pod palmami. Choć jeśli – jak mówił prezes – do dwa tysiące dwudziestym roku, miliony Polaków muszą zaludnić plaże Egiptu, to czy Egipcjanie zniosą nas w takiej liczbie? Czy ta starożytna kraina jest przygotowana na taką inwazję Polaków, którzy muszą mieć prawo do wypoczynku? Obawiam się, że nie. I możliwe, że wielu z nich wyruszy wtedy z ziemi egipskiej do Polski. I co wtedy?

 

dziennik pesymistyczny

Polska Partia Palaczy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Palenie albo zdrowie – wybór należy do Ciebie. Takie zdanie znane jest chyba wszystkim, a w szczególności palaczom tytoniu. Do niedawna znajdowało się ono na prawie każdej paczce papierosów i pewnie na wielu nadal można je znaleźć. Ta sentencja z opakowania z wyrobami tytoniowymi o prawie wyboru między zdrowiem a paleniem poparta została autorytetem ministerstwa zdrowia i opieki społecznej. I miał palacz, teoretycznie ma nadal, wybór czy chce palić czy być zdrowym. Ale państwo nie pozostawia nic przypadkowi i wolnej woli obywateli. Wszystko ma być dokładnie uregulowane dla dobra poddanych. Nawet jak ten obywatel ma prawo wyboru, to mu się ten wybór odpowiednio reguluje, aby nakłonić go to takiego wyboru, jaki jest zgodny z aktualną polityką rządu. Bo przecież państwo wie lepiej. Zawsze, wszędzie i o wszystkim.

 

Teraz dla dobra obywateli, państwo, mądrością posłów zasiadających w parlamencie uznało, że dla dobra tych niepalących ci palący mogą palić, ale nie wszędzie. Czyli wolny wybór między zdrowiem a paleniem, ograniczony został do miejsc wyznaczonych dla tych napiętnowanych, legalnym przecież nałogiem. Sejm przyjął nowelizację ustawy o ochronie zdrowia. Teraz na mocy prawa nie będzie można puścić dymka w pubach, dyskotekach oraz restauracjach. Jedna z poprawek gwarantuje, że nie będzie tam jednak całkowitego zakazu palenia. Powstaną getta dla palących. Ustawodawcy popierając rządowy projekt wprowadzili całkowity zakaz palenia w wielu miejscach publicznych. Teraz nie można będzie swobodnie zapalić w środkach pasażerskiego transportu publicznego. Jak sobie przypominam w autobusach i busach oraz taksówkach nie można już było palić od dawna? Ale ustawa to ustawa. Nie zapalimy w szpitalach i ośrodkach zdrowia, na przystankach komunikacji publicznej, ani też w publicznych miejscach przeznaczonych do wypoczynku. Czyli jeśli tego lata usiądę sobie na skraju plaży nad polskim morzem, i nagle, zupełnie teoretycznie, zdecyduję zgodnie z moim prawem wyboru, że chcę zapalić, to pewnie dostanę grzywnę za to, że ośmieliłem się to zrobić poza miejsce do tego przeznaczonym. Tylko jak wyznaczyć gdzie plaża się kończy a gdzie zaczyna?

 

Jak tak dziś od rana nasłuchałem się o ty, że posłowie coś mi nakazują ustawą, bo wiedzą lepiej ode mnie, co dla mnie jest lepsze, to wzięła we mnie górę przekora. I choć nie palę, to idąc dziś do pracy kupiłem w kiosku paczkę papierosów i teraz ostentacyjnie leża sobie one na moim biurku. – Zaczynasz palić? – Usłyszałem dziś z kilkadziesiąt razy od moich współpracowników. – Nie palę- odpowiadałem – ale jak przyjdzie mi ochota, to nikt mnie nie powstrzyma, bo mam wolną wolę. Ustawa zakłada również zmiany regulacji dotyczących reklamy. Wprowadziła zakaz prywatnej reklamy wyrobów tytoniowych. Więc zasadne jest pytanie, czy jeśli na moim służbowym biurku leży paczka prywatnych papierosów to jest to już złamanie zakazu prywatnej reklamy papierosów? Znam pewnego prezesa i jednocześnie właściciela firmy, który ma samochód służbowy. Użytkuje go stale, ale jak już wspomniałem jest to auto służbowe, bo czasami nie tylko on je prowadzi. Czy w świetle ustawy, która zakazuje palenia tytoniu także w służbowych samochodach będzie się on musiał powstrzymać od nałogu w samochodzie, który, jak się mu do tej pory wydawało stanowił jego własność?  Za nie umieszczenie w lokalu lub pojeździe informacji o zakazie palenia grozi pokaźna grzywna. Czy mój znajomy prezes ma umieścić w swoim aucie odpowiednią tabliczkę informującą go żeby nie palił we własnym samochodzie?

 

I jeszcze jedno. Inicjatorzy zmian przypominają, że dziewięć milionów Polaków regularnie wypala około dwadzieścia papierosów dziennie. Pomijając już, jaki wielki wpływ ma to na gospodarkę poprzez opłaty pochodzące z akcyzy, zastanawiam się, jak to możliwe żeby mniejszość wyznaczała standardy większości. Niepalący palącym. No, dobrze zgodnie z demokracją, to jak najbardziej możliwe. Ale dlaczego palacze się nie zbuntują i nie stworzą własnej partii, która obroni ich prawo do wyboru miejsca swobodnego palenia tytoniu. Teraz mam wrażenie, że jest jakaś dysproporcja. Jeśli przyjąć, że posłowie reprezentują interesy przede wszystkich członków własnej partii, to nawet po dodaniu tych, co to niepartyjni to i tak różnice są znaczne. Dziś w Platformie Obywatelskiej jest nieco ponad czterdzieści pięć tysięcy członków. Prawo i Sprawiedliwość liczy około dwadzieścia tysięcy członków. W partii lewicy jest około siedemdziesiąt tysięcy członków, a w PSL ponad stu czterdziestu działaczy. Czyli jakoś tak marnie w porównaniu z milionami palaczy. Więc czas najwyższy na jakiś nacisk z drugiej strony. Czas na Polską Partię Palaczy!?

 

dziennik pesymistyczny

Bajka o karaniu za chorobę

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Za górami za lasami, dawno, dawno temu. A może wczoraj? Albo jeszcze dawniej? Żyły sobie pewne malutkie i biedne ludziki, które dla wygody możemy nazwać krasnoludkami. Bo jak wiemy z innej bajki, krasnoludki są na świecie. W tym dalekim kraju występowały tylko dwie pory roku wiosna i jesień. A może lepiej powiedzieć, że zawsze panowała tam klęska żywiołowa. Bo to albo padało w nadmiarze albo słońce piekło okrutnie. Albo śnieg zalegał wielki albo panoszyła się susza.  W tym kraju żył ludek malutki, ale za to pracowity. Co dnia wyruszał on ochoczo, ze śpiewem na ustach do swych krasnoludkowych zajęć. Wtedy, po horyzont słychać było radosne nawoływania: hej ho, hej ho do pracy by się szło. A jak to często bywa w bajkach, gdy lud pracowity, to władca musi być nad wyraz okrutny. I jeśli nie krwawy, to przynajmniej niebezpieczny i zarozumiały być musi. Nie inaczej było w tej krainie między morzem głębokim a wysokimi górami.

 

I choć krasnoludki nie szczędziły trudu by pomnażać wspólny majątek królestwa, okrutny władca tej krainy, który okazał się wielogłowym smokiem, nie szczędził kłopotów w ich trudnym życiu. Każda głowa smoka mieszkała w wielkim zamku zwanym po swojsku urzędem, i tam zastanawiała się, czym tu jeszcze pognębić maluczkich poddanych. A największą torturą było to, że władca przy każdej sposobności wmawiał swoim poddanym, że gnębi ich dla ich własnego dobra. Bo bez jego opieki byliby całkiem bezbronni, zagubieni i nieporadni. Dlatego żądał od nich, co miesiąc daniny od tego, co zarobili, i jeszcze, co roku, dla podkreślenia swoich okrutnych rządów kazał im spisywać na specjalnych dokumentach ileż to mu przekazali w podatkach. Krasnoludki pracowały i pracowały. Dzień po dniu. Tydzień po tygodniu. Miesiąc po miesiącu. Ale że pogoda nigdy nie była przyjacielem krasnoludków, to czasem zapadały one na zdrowiu. Pociągając noskami, powłócząc nóżkami udawały się krasnoludki w taki czas do krasnoludkowych lekarzy. Ale że i oni byli w służbie wielkiego władcy niełatwo się było do nich dostać. Jak już lekarz łaskawie przyjął na audiencję krasnoludka, jak już wypisał mu mikstury, to ten udawał się na zwolnienie lekarskie, by w spokoju powracać do zdrowia. Ale i tu okrutny władca nie pozostawiał krasnoludka samego w jego chorobie. Uznając, że jeśli on nie pracuje w jego kopalniach złota z powodu choroby, to nie należy mu się pełne wynagrodzenie za jego pracę.

 

I choć pracowały krasnoludki w pełni sił dla niego wiele lat, to, gdy rozłożyła ich choroba i musiały więcej talarów wydać na mikstury tajemne, które miały im zapewnić powrót do zdrowia, to mocarz okrutny płacił im tylko osiemdziesiąt procent należnego im wynagrodzenia. Aby ich ukarać za to, że ośmielili się zachorować. Wiele krasnoludków, aby uniknąć niższego wynagrodzenia za swą chorobę, udawali się do miejsca pracy i tam zarażali inne krasnoludki. Straszny był ten władca. Z danych urzędników króla tej krainy wynikało, że co ósma osoba pobierająca w ubiegłym roku zasiłek chorobowy, była zdolna do pracy. Więc razu pewnego, wielki mocarz nakazał swym ogrom skontrolować łącznie ponad dwieście osiemdziesiąt siedem tysięcy zwolnień wydanych krasnoludkom, aby następnie cofnąć świadczenia na blisko sto pięćdziesiąt milionów talarów. Wykazał tym samym, że nie dość, że lekarze to oszuści, bo zdrowym wydawali zwolnienia od pracy, to jeszcze i krasnoludki stanowią wielką bandę oszustów, którzy tylko patrzą jak tu monarchę swego oszustwem do zguby doprowadzić. 

 

I choć to bajka, nie zakończy się dobrze. Bo czasem ten, kto ma władzę wszędzie widzi złodziei. Nawet jak tylko kilku kradnie to często bywa tak, że winni są wszyscy. I choć wszyscy wiemy, że choroba nie wybiera to władca zawsze stawia krasnoludka w roli złodzieja, który tylko patrzy jak od króla wyłudzić talary. Dlatego żeby poprawić zdrowie wśród krasnoludków wprowadził on zwyczaj karania ich utratą zarobków za to, że ośmielili się być chorymi.  Teraz nawet chory krasnoludek nie pójdzie do lekarza, bo przecież nie dość, że dostanie on mniejsze wynagrodzenie za okres choroby to jeszcze dodatkowo żyć będzie w strachu przed wizytami ogrów, którzy mogą go odwiedzić w celu sprawdzenia czy jego choroba jest prawdziwa.

 

dziennik pesymistyczny

Mężczyźni nigdy nie będą lepszymi kierowcami od kobiet

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 68

Zatrzymuję samochód przed przejściem dla pieszych. Obok mnie na drugim pasie zwalnia przed zebrą opel astra, lecz jak widzę nie ma zamiaru stanąć, aby przepuścić pieszego. Kierująca wygląda przed maskę mojego auta i gdy dochodzi do wniosku, że staruszka nie stanowi dla niej zagrożenia, bo ledwo zdążyła wejść na pasy, astra dodaje gazu i odjeżdża. Następny samochód na szczęście dla pieszej pozwala jej spokojnie pokonać szosę zatrzymując się i czekając. Przypadek – myślę sobie.  Przecież czytałem nie tak dawno, że kobiety są znacznie lepszymi kierowcami niż mężczyźni. A tu proszę, coś takiego. Przypisywanie takiego zachowanie kobietom jest takie szowinistycznie. Niedopuszczalne. Niemodne. Skarciłem się w myślach za brak poprawności politycznej.

 

– Mężczyźni nigdy nie będą lepszymi kierowcami od kobiet, bo są zbyt skupieni na rywalizacji i znacznie szybciej się irytują – taką wypowiedź Krzysztofa Hołowczyca, kierowcy rajdowego, przeczytałem w jednym z tekstów internetowych traktujących o wyższości kobiecych umiejętności nad męskimi, przy prowadzenia pojazdów mechanicznych. Nie było trudno. Wystarczy wpisać pytanie na temat tej płciowej dominacji do wyszukiwarki, aby zostać wprost zalanym przez różnorakie statystyki. Kobiety statystycznie powodują mniej śmiertelnych wypadków drogowych. Kobiety znacznie rzadziej przyłapywane są na przekraczaniu dopuszczalnej prędkości. Prawie nigdy nie prowadzą swoich pojazdów pod wpływem alkoholu. Kobiety również częściej niż mężczyźni zapinają pasy bezpieczeństwa. Istny statystyczny raj. Wygląda na to, że w zasadzie to tylko kobiety powinny prowadzić samochody, a mężczyźni wygodnie podróżować na tylnym siedzeniu. Statystycznie, więc jest wspaniale.

 

Postanowiłem, że dziś zostawię samochód na rozległym parkingu przed moją firmą. Dojeżdżając na miejsce obserwowałem jak auto jadące z przeciwka, chcąc wjechać na ten sam parking, co ja dokonuje manewru przecinającego oś jezdni w miejscu gdzie umieszczone zostały na nawierzchni ulicy podwójne linie ciągłe. Linia podwójna ciągła rozdziela pasy ruchu o kierunkach przeciwnych i oznacza zakaz przejeżdżania przez tę linię i najeżdżania na nią – tak mi przeleciało przez głowę, ale przecież któż z nas kierowców nie nagina czasami przepisów.  – Ma gość szczęście, że w pobliżu nie ma stróżów prawa – pomyślałem. Nasłuchałby się niechybnie o znaku drogowym P-4, którego nie uszanował. Samochód, który obserwowałem wykonał swój manewr tak, że wymusił na mnie pierwszeństwo przy wjeździe na parking. Zatrzymałem się gwałtownie. Ale znów tak jakoś dziwnie mu wybaczyłem, bo przecież pewnie się spieszył. Bądź, co bądź łamał przepisy ruchu drogowego tym manewrem przez podwójną ciągłą linię. Gdy tak przemknął przede mną, ten samochód, mignęła mi w jego oknie od strony pasażera twarz młodej kobiety. – Z kobitą jedzie to i z gracją musi podjechać – znów okazałem się wyrozumiały sam się dziwiąc, dlaczego taki jestem dziś tolerancyjny.

 

Auto, które wymusiło i złamało przepisy zatrzymało się przede mną tuż za wjazdem na parking. Ja stałem za nim. – Pewnie szuka miejsca – pomyślałem. Tylko, dlaczego przecież parking był prawie pusty. Więc można stanąć wszędzie. Wybór miejsca prze kierowcę z auta mnie poprzedzającego trwał zdecydowanie za długo. Delikatnie, z włączonym kierunkowskazem ominąłem pojazd tarasujący mi wjazd i zaparkowałem, jako ostatni w rzędzie samochodów.  Wyłączyłem silnik, światła i już miałem wyjść z samochodu, gdy nagle odkryłem, że tuż przy mnie zaparkowało auto. Tak to samo. I do tego tak, że między moimi drzwiami a tymi obok została dosłownie szczelina. Spojrzałem na pasażerkę z auta a ona na mnie.  Pokazałem na migi, że będziemy mieć trudności z wyjściem z naszych pojazdów. Żadne tam nerwy. Wszystko spokojnie. Jednak moje machanie a nawet kilka grzecznych słów nie wywołało żadnej reakcji nie licząc wpatrywania się w to, co zrobię. Czekanie na zrozumienie moich kłopotów znudziło mi się. Wygramoliłem się, więc z pojazdu, co w tych warunkach nie było sprawą łatwą. Ale udało się. Miałem coś powiedzieć kierowcy… Ale sobie darowałem. – Jest piękny poranek, siódma czterdzieści, po co mi stres i nerwy.

 

Gdy już odchodziłem usłyszałem jak auto obok mnie odjeżdża i przeparkowuje tak, żeby jego pasażerka spokojnie i dostojnie mogła opuścić pojazd. Przeleciało mi przez głowę kilka myśli złośliwych o stanie umysłu kierującego tym autem, ale nic nie powiedziałem. Chciałem tylko zobaczyć, kim zacz jest ten król szos i parkingów. Okazała się nim panieneczka, która spokojnie i bez najmniejszego słowa przepraszam, bez jakiejkolwiek reakcji malującej się na jej twarzy, wyminęła mnie i spokojnie oddaliła wraz ze swoja pasażerką. Mężczyźni nigdy nie będą lepszymi kierowcami od kobiet – przypomniało mi się – bo są zbyt skupieni na rywalizacji i znacznie szybciej się irytują. Niezirytowany wcale pomyślałem sobie: może faktycznie nigdy nie będę tak dobrym kierowcą jak te spotkane przeze mnie kobiety. Widocznie bardziej skupiam się na rywalizacji.