Monthly Archives

16 Articles

dziennik pesymistyczny

Pierwszy bal czy pierwsza komunia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Jest taka nowa świecka tradycja. Nie do końca taka nowa i nie do końca świecka, ale tradycja to już na pewno. U nas każdy katolicki zwyczaj, specjalnie piszę zwyczaj, bo z sakramentami niewiele to, co można w nas dziś zaobserwować, ma wspólnego z religią. To tylko taki ludowy zwyczaj ściśle powiązany z pieniędzmi. Nie mówię, że to jakieś nowe zjawisko. Że to nasze nowe kapitalistyczne czasy to wymusiły. To było u nas, w nas, wokół nas od zawsze. Zastaw się a postaw się! To zawołanie starożytnych i nowożytnych Polaków. A już najlepiej jest, gdy Polak może powiązać przykazania swojej tradycyjnej wiary z możliwością pokazania, na co go stać w sensie materialnym.  Teoretycznie, ale tylko teoretycznie, to każdy Polak i katolik wie, że uroczystość pierwszej komunii świętej to jedno z najważniejszych wydarzeń jego wiary. Jest sakramentem, widomym symbolem przyjęcia młodego człowieka do grona osób obcujących bezpośrednio z Bogiem. I żeby dziecko mogło przystąpić do pierwszej komunii, musi przejść szereg przygotowań. Ale to nic, jeśli chodzi o przygotowania. Nie tyle samo przygotowanie w wierze jest dla Polaka – katolika ważne. Ważniejsze jest to żeby pokazać się przed innymi rodzicami, pokazać się przed rodziną, na co ich stać. To taki pierwszy bal. Pokazanie przed światem możliwości rodziny we spieraniu swojego potomka.

 

Pewnie nie wszyscy i nie wszędzie się zadłużają żeby pokazać, na co ich stać podczas komunii własnego dziecka. Pewnie nie wszędzie, bo nie wszyscy mają możliwości. Bo nawet na kredyt trzeba być wystarczająco wiarygodnym finansowo. Ale to nie zmienia faktu, że wytworzył się zwyczaj, tradycja, która nakazuje traktować ten religijny sakrament, jako czas pokazania światu pozycji materialnej własnej rodziny. Rokroczne w maju rozpoczyna się wielka gonitwa na przebicie konkurencji w dziedzinie pokazania, kto wystawnej urządzi dziecku pierwszą komunię. To przypomina grę, w której aby można było przejść na wyższy poziom katolickiej wiary należałoby uczestniczące w tym dziecko, wyposażyć niczym swego awiatora w rożne artefakty.  To swoisty rytuał zamiany drugoklasisty w mini wersję pana młodego ustrojonego w mini w garnitur. Oraz zamianę małej dziewczynki, w mini pannę młodą w strojnej sukni ślubnej. To wszystko stało się takim mini ślubem. A raczej mini weselem. Wszystko w skali mini, ale za to oprawa w iście bizantyjskim stylu maxi. Do kościoła limuzyną. Suknia szyta na miarę. Sztuczne paznokcie. Piętrowe fryzury z burzą loków, godne znacznie starszych kobiet. Białe buciki, rękawiczki, koroneczki, kokardki.  I jeszcze wizyta u chirurga plastycznego! A dalej, wynajęte sale balowe, restauracje. Przyjęcia na setki par. Orkiestra. Uginające się od ustawionego na nich jedzenia stoły. Taka jest nasza polska komunijna rzeczywistość.

 

A gdzie w tym wszystkim jest religia? Gdzie duchowe przeżycie? W kościele? No może…W pewnym sensie tak. Ale mam wrażenie, że i tak jest to dla wielu taki obowiązkowy wstęp do prawdziwej uroczystości, która ma miejsce w restauracji. – Za długo te biedne dzieci trzymają w tym kościele – usłyszałem jak pewna pani skarżyła się drugiej pani. Obie ciągnęły za sobą dzieci od strony kościoła. – tam tak duszno, nie można by było tego skrócić – usłyszałem od zaangażowanych w komunię własnych dzieci mamuś. Faktem jest, że katoliccy księża bardzo często kładą większy nacisk na duchową stronę pierwszej komunii. Sprzeciwiają się wystawności i przepychowi podczas tego sakramentu. Księża apelują, by stroje dzieci przystępujących do pierwszej komunii były skromne. I faktycznie, dzięki ich determinacji, mimo sprzeciwu rodziców, mają na sobie w kościele skromne alby. Ale sam byłem świadkiem opowieści jednej z mam, która snuła w biurze opowieści o tym, jak po wyjściu ze świątyni przebrała w mini suknię balową swoją córkę. – Bo przecież Agnieszka powinna zapamiętać ten dzień na zawsze – rozczulała się mamusia. Ile jest jeszcze w tym sakramentu, a ile już świeckiej tradycji pokazania tego, że nas stać.

 

dziennik pesymistyczny

Czarna kampania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Widziałem w telewizji kandydata na prezydenta mojego kraju. Słyszałem nawet jak przemówił do swoich wyborców. Do tych, co to już, go wybrali na przywódcę narodu i pewnie z tego wyboru nigdy nie zrezygnują i do tych tylko potencjalnych wyborców. Co prawda przemawiał niecałe dwie minuty i to w dwóch odsłonach, ale zawsze to coś. Mogłem go zobaczyć i usłyszeć. A to nie jest takie oczywiste. Wiem, bo mi opowiadali przyjaciele, którzy mieszkają w innych krajach europejskich, że u nich nie jest niczym dziwnym zobaczyć i usłyszeć, co ma do powiedzenia kandydat na ważny urząd państwowy. Jeden z moich znajomych opowiadał, czego słuchałem z niedowierzaniem, że zdarzyło mu się podejść do takiego kandydata na ważną osobistość tego kraju wyspiarskiego, leżącego w Europie i zadać mu osobiście pytanie, na które ten przyszły ważny polityk grzecznie i rzeczowo mu odpowiedział. Moje niedowierzanie wynika nie z faktu, że nie ufałem słowom przyjaciela. Ja po prostu patrząc przez pryzmat polskiego doświadczenia, nie mogłem zrozumieć, że kandydat na polityczne stanowisko tak zwyczajnie może przyjść do domu potencjalnego wyborcy prosząc o głos. Że można polityka spotkać na ulicy, gdy przemawia do przyszłych wyborców. Na ulicy podkreślam, w bliskości z wyborcami, a nie na scenie, z podwyższenia jak pół bożek. U nas jest jeden taki kandydat, którego prawie nie sposób zobaczyć, a jeszcze trudniej usłyszeć, co też on nam obieca w zamian za nasze poparcie. On jest w takim ukryciu, że nawet telewizyjne wiadomości, gdy o nim mówią, to pokazują na ekranie jego zdjęcia archiwalne. I dlatego też, jak to napisałem na początku, jest dla mnie czymś tak wyjątkowym to, że widziałem w telewizji tego kandydata na prezydenta. I dodatkowo mogłem usłyszeć z jego ust kilka zdań.

 

Jest coś takiego w polityce jak czarna kapania.  Teraz w Polsce nabrało to zupełnie nowego znaczenia. Jest u nas sztab wyborczy kandydata na prezydenta, który kolor czarny przyjął za swe barwy polityczne. Wszyscy tam mają czarne garnitury, a kobiety pokazują się tylko ubrane w czarne suknie. Jest też sam kandydat pogrążony w smutku po stracie bliskich. Smutek, który jednak jak widać nie jest tak wielki, aby mu przeszkadzał w kandydowaniu. A moim prywatnym zdaniem nie tyle mu przeszkadza, co pomaga w zdobywaniu głosów wyborców. Ale czy takie epatowanie narodową tragedią, smutkiem i żałobą jest prawdziwie, prawe i sprawiedliwe? Czy ciągłe podkreślanie, że ta właśnie opcja polityczna jest jedynie godna do podniesienia i niesienia dalej sztandaru narodowego po jego upadku w smoleńskiej tragedii, nie jest zawłaszczeniem żałoby całego narodu tylko dla tych wybranych? Tak godnych, którzy sami się takimi mianowali. W kampanii tego kandydata wszystko ma czarne, żałobne barwy. I wszystko jest taką śmiertelną powagą podszyte, że nawet trudno z nimi dyskutować. Bo jak tu dyskutować o polityce, gdy wszystko spowija żałobny kir. Wszyscy na czarno. Wszyscy w żałobie, on sam, kandydat, w żałobie, więc jak mu biedakowi nie pomóc w osiągnięciu celu, jakim jest najwyższy urząd w kraju.   – Podpisze pan listę poparcia – zapytał starszy pan podchodząc do mnie na ulicy i podstawiając mi pod oczy kartkę papieru z tabelkami oraz miejscem na mój podpis. – Niech pan podpisze – zachęcała mnie do podarcia tego właśnie kandydata pani stojąca obok starszego mężczyzny jednocześnie wciskając mi w dłoń czarną pocztówkę z podobizną ostatniej pary prezydenckiej. – Niech pan mu pomoże, brat mu zginął – dodała. Jak tu przejść obojętnie. Musiałem odwołać się do najgłębszych pokładów asertywności, aby grzecznie temu panu i tej pani odmówić mojego podpisu. Ile z tych półtora miliona zgromadzonych w krajowej komisji wyborczej podpisów poparcia złożonych zostało na tych listach właśnie z takich powodów? Powodów, że tak powiem, poza politycznych.

 

Polska jest najważniejsza. Zgadzam się z tym hasłem wyborczym. Jest najważniejsza… i jeszcze nie zginęła. Nie chcę takiej kampanii prezydenckiej, w której najważniejszym kryterium wyboru przyszłego prezydenta mojego kraju będzie to, kto najbardziej przeżywa narodową tragedię. Z całym szacunkiem dla tych, co odeszli tu chodzi o przyszłość, a nie o przeszłość. Tak, powinniśmy pamiętać, ale nie możemy żyć przeszłością. Politykę robi się dla żywych a nie dla umarłych. Jak by to nie brzmiało okrutnie, to tak właśnie jest. Aby kogoś wybrać na prezydenta muszę go poznać. Muszę przede wszystkim znać jego poglądy. Muszę znać jego program wyborczy. Chciałbym go spotkać. Zapytać go o sprawy dla mnie ważne. Nie mogę słyszeć wciąż od przedstawicieli jego sztabu słów wypowiadanych z grobową miną o tym, że ich kandydat uczestniczy w kampanii na tyle, na ile pozwala mu sytuacja osobista. Że jest aktywny w kampanii wyborczej na tyle, na ile pozwala mu śmierć jego brata i choroba bliskiej mu osoby. Bo ja zaczynam go tak po prostu żałować, tak normalnie jak człowiek człowieka i nie chcę, aby to było jedyne kryterium moich politycznych wyborów. A jak zauważyłem dla wielu właśnie tak jest. Nie chcę już słyszeć, że jak na osobę po takich przejściach jest ten kandydat dzielny. Bardziej chcę wiedzieć, usłyszeć, jakim chce być prezydentem. Może czas najwyższy porozmawiać o przyszłości Polski. O polityce. O nas, o naszych przyziemnych bytowych problemach. O naszym państwie. O obywatelach i o naszym przyszłym w tym państwie życiu.

dziennik pesymistyczny

Pstryczek elektryczek w przedpłacie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Dostałem dziś fakturę za prąd. To znaczy pocztą dostałem dwa rachunki. Jeden za ten prąd, co to go już zużyłem i drugi rachunek, który mam zapłacić w wyznaczonym przez zakład energetyczny krótkim terminie za energię, którą mam dopiero wykorzystać w przyszłości. I tak mam dużo szczęścia z tym rachunkiem, bo los umieścił mnie w rejonie, w którym nie działa firma Enion Energia.  Bo firma ta, w trosce o dobro swoich klientów, postanowiła zmienić system naliczania przedpłaty za zużycie prądu. Teraz, nie za dwa miesiące prognozy mają tam jej klienci płacić, ale za pół roku z góry.  Gdyby to Enion dostarczała do gniazdka w moim domu prąd to z pewnością moje emocje związane z otrzymaniem korespondencji z zakładu energetycznego byłyby o wiele silniejsze. A tak to nawet mogę uznać, że ten mój dostawca energii to jednak ludzki pan, bo mógł postąpić jak Enion a jednak tego nie zrobił. Czyli mam szczęście niepojęte. Takie przedpłaty za coś, co wykorzystam w przyszłości to najciekawszy system rozliczeń z klientem, o jakim słyszałem. Płaci się za to, co się zużyło dotychczas i dodatkowo za to, co się zużyje w przyszłości. Nawet jak się nie zużyje to przecież oni z góry wiedzą, że mógłbym zużyć i mam za to zapłacić. I to, ile to ja wykorzystam w przyszłości, prognozuje właśnie ta firma, której mam za to zapłacić.

 

Aby to zrozumieć muszę sobie uprościć rozumowanie firm wykorzystujących prognozy w rozliczeniach, przykładem z innej dziedziny niż energia. Czyli jest tak: jeśli ja mam zamiar kupić sobie rano bułkę w piekarni na rogu mojej ulicy, to powinienem wieczorem dnia poprzedniego dać piekarzowi spory zadatek na to, co mam kupić w przyszłości czyli rano. I to obowiązkowo. Żadnych tam spóźnień w płatnościach. Bo jak nie, to odsetkami dostanę po łapach. I do tego mój piekarz prognozą wyliczy, że jak ja kupowałem w ostatnich trzech tygodniach średnio po trzy bułeczki dziennie to jak nic w zadatku, czyli przedpłacie powinienem mu dać pieniądze na trzy bułki, choć w zasadzie potrzebuję dziś tylko jednej. Genialne! A jakby tak w przedpłatach kupować rzodkiewkę. Rolnik prognozuje, że ja w ciągu ostatniego roku zjadłem 30 pęczków rzodkiewki. Więc już jesienią powinienem mu w przedpłacie wpłacić na to, co kupię od niego na wiosnę. A jak nie kupię, to on mi odda te pieniądze lub może będę mógł sobie kupić rzodkiewkę znów za rok. A jakby tak wprowadzić prognozowane przedpłaty za wódeczkę. Na podstawie moich rocznych zakupów w monopolowym mój sklep osiedlowy wystawi mi fakturę za przyszłe spożycie.

 

Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Pieniądze ma firma teraz, a nie jak coś sprzeda. Enion Energia przekonuje, że wcale nie żąda od swoich klientów dodatkowych pieniędzy za prąd.  Co prawda rachunki, które otrzymali ich klienci są teraz wyższe nawet o kilkaset złotych, ale to, dlatego, że ta spółka energetyczna zmieniła system naliczania przedpłaty za planowane zużycie energii elektrycznej. Kiedyś przedpłata naliczana była na dwa miesiące w przód, a  teraz – dla dobra klienta oczywiście – na pół roku. Warto też pamiętać, że zgodnie z wyrokiem trybunału konstytucyjnego sprzed kilku lat takie praktyki są najbardziej zgodne z prawem. Odbiorcy, czyli my, nadal będą wnosić przedpłaty według zużycia prądu prognozowanego przez zakłady energetyczne, a jeśli się zbiesimy i płacić nie zechcemy to za zwłokę w płatnościach zakład ma prawo żądać od nas odsetek, i to nawet wówczas, gdy prognozy zużycia były błędne, czyli znacznie wyższe od rzeczywistego naszego zużycia prądu. Teoretycznie, możemy zażądać wypłacenia nadpłaconej kwoty. Najczęściej jednak, nadpłata automatycznie zaliczana zostaje przez sprzedawcę na poczet twoich przyszłych płatności. Ciekawe. Czyli najzupełniej zgodny z prawem jest system, który umożliwia obracanie środkami pieniężnymi klientów wpłaconymi za nieużytą jeszcze energię. Czyli za towar, którego nie tylko jeszcze nie mamy, ale nawet nie wiadomo czy będziemy mieli.

 

W wyniku zmiany zasad przedpłaty firma energetyczna dostanie już dziś pieniądze, które mogłaby zarobić teoretycznie za pół roku. Klient, co prawda jednorazowo ma zapłacić znacznie więcej, ale jak przekonuje rzecznik Enion Energia zaoszczędzą w skali roku dwadzieścia dwa złote brutto. Wow! A że po zmianie zasad muszą klienci zapłacić niemal z dnia na dzień nawet kilkaset złotych więcej niż dotychczas… cóż. Jak nie może klient zapłacić to niech o tym poinformuje zakład energetyczny żeby mogli skorygować wielkość naliczonych opłat. Czyli niech stanie w gigantycznej kolejce tych, co zapłacić z góry za pół roku nie mogą. Chyba i ja pójdę za przykładem Enion Energia. Wystosuję do mojego pracodawcy pismo w sprawie przedpłat prognozowanych. Niech on mi za moją pracę nie płaci po fakcie jej wykonania, ale przed. I to z półrocznym wyprzedzeniem. Albo może z dwumiesięcznym wyprzedzeniem. Ja mu tam prześlę prognozę ile to ja zrobiłem dla naszej firmy i za ile w ciągu ostatniego roku i niech teraz on zapłaci za następny rok moje pensje w przedpłacie. Tylko taka obawa we mnie się rodzi czy po takiej propozycji nie stanę w kolejce tak długiej jak klienci Enionu… ale w urzędzie pracy. Wiadomo, duży może więcej.

dziennik pesymistyczny

Żadnej ofiary na rzecz plutokracji

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 6

W oczekiwaniu na kryzys, który i tak nastąpi i u nas, bo jakże inaczej miałoby być, postanowiono postraszyć Polaków protestującymi na ulicach Grekami. Pokazać w telewizji, opisać w gazetach nowa wielką grecką tragedię w jak najczarniejszych barwach, aby się przypadkiem Polakom nie zachciało protestować, gdy nasz największy i najstarszy przyjaciel Kryzys przyjdzie do nas w gościnę. I jak to często bywa w naszym kraju, zostanie zapewne u na dłużej.  Ja, w swoim jednak długim jakby na to nie spojrzeć życiu, nie pamiętam naszej umiłowanej ojczyzny w stanie poza kryzysowym. U nas stan zapaści trawa nieprzerwanie. Gospodarka nawet jak jest zieloną wyspą szczęśliwości na wykresach prezentowanych przez premiera na warszawskiej giełdzie, to i tak jest w jakimś tam kryzysie. Więc informacja o tym, że nadchodzi kolejny kryzys jest dla nas mniej przerażająca, niż dla tych biednych Greków. Wiedziałem, biorąc kredyt we frankach szwajcarskich, że tak czy inaczej przez te kilkadziesiąt lat, pewnie, co kilka miesięcy dostanę po dupie przez rosnące w jakiś, niezrozumiały dla takich śmiertelników jak ja, sposób ceny waluty. Wiedziałem, że czeka mnie przez te lata kryzys za kryzysem. Bo jestem Polakiem i cierpienie jest mi przypisane. Co innego taki Grek i Greczynka. Oni nie są przyzwyczajeni i nie ma w tym nic dziwnego, że im nerwy puszczają.

 

Jak tylko cokolwiek w tym miejscu napiszę o pracy, o warunkach pracy, o płacach… No o czymkolwiek związanym z zatrudnieniem lub wynagrodzeniem za pracę to od razu w komentarzach jestem atakowany przez tych wszystkich, co to uważają mnie za strasznego lenia, co to tylko w sobie powinien poszukać winny, że nie został jeszcze prezesem lub przynajmniej dyrektorem. Bo bieda, niska płaca jest tylko winą tego, co jest biedny i tego, co mało zarabia. Na tej samej zasadzie słyszę ciągłe komentarze o tym, że Grecy to lenie. Że nic im się nie chce i dlatego mają kryzys. I tak naprawdę sami sobie są winni. Faktycznie Pan Kowalski z Pcimia Dolnego i Pan Papadopulos z małej greckiej wyspy są odpowiedzialni w taki sam sposób za kryzys w swoich krajach jak premierzy ich rządów. To ciekawe, że jak dzieje się w gospodarce źle, to wszyscy mają zaciskać pasa. Ale jak jest sukces to tylko to zasługa tych, co są aktualnie u władzy. Jak mają być cięcia w pensjach, to raczej u tych, co ich jest w swojej masie miliony, a nie tych, co rządzą i są ich tylko setki tysięcy. Słyszałem jak po przeczytaniu informacji podanej w gazecie, że greccy pracownicy sektora państwowego protestują przeciw odebraniu im przywileju trzynastej i czternastej pensji, moi znajomi i znajome pracujące w urzędzie miejskim święcie się oburzyli na takie fuj zachowanie. Ale jakoś nikt z nich nie wspomniał przy tym potępianiu, że u nich w magistracie trzynasta pensja jest od lat normą i świętością.

 

Pieniądz jest najważniejszy. Jest bogiem i u nas i w Grecji. Jak go brakuje to nie ma w tym nic dziwnego, że się ludzie burzą. Bo jak tu żyć bez pieniędzy. Najłatwiej jest kogoś nazywać nieodpowiedzialnym leniem. Ale pewnie nawet pan dyrektor, który w mailu do mnie wspominał, że nie ma w Polsce obowiązku pracy przyzna, że bez pracy i godnego za nią wynagrodzenia nie da się w systemie, w którym się urodziliśmy i żyjemy przeżyć. Nawet on, Szanowny Pan Dyrektor z sukcesami w branży, na informację, że proponuje mu rząd w imię solidarnej odpowiedzialności za kryzys, obniżkę wynagrodzenia o czterdzieści procent, pewnie nie wyrobiłby i chwycił w proteście za kamień.  Zauważyłem też, że u nas zawsze odpowiada za kryzys ekipa, która już nie rządzi. Nigdy ta, co jest aktualnie u władzy. I przeważnie za wszystko są winni socjaliści.  Nawet jak u władzy aktualnie są prawicowcy, to i tak czuć od nich socjalistyczną ideę. To jakiś fenomen. Tu nawet biskupa oskarżają o socjalistyczne skłonności. Czasem i mnie tak jak protestującym Grekom wydaje się, że jestem tylko liczbą w jakimś budżecie. A wolałbym żeby traktowano mnie jak człowieka. Zgadzam się z tymi, co na ulicach Aten nieśli transparenty z napisem „Żadnej ofiary na rzecz plutokracji”. Ja nie czuję się w żaden sposób odpowiedzialny za kryzys. Ani ten, który był w Polsce ani ten, który nadejdzie. Odpowiadają ci, co u władzy i tylko oni.  Nie mam wpływu na politykę, bo jestem za biedny. Za kryzys powinna zapłacić plutokracja. Jeśli mam trwać w takim systemie, to w takim samym stopniu chcę uczestniczyć w korzyściach z istnienia w państwie jak ci, którzy są u władzy. Bo jeśli mam solidarnie odpowiadać za kryzys wywołany nieodpowiedzialnymi decyzjami rządzących, to chcę też mieć tyle samo korzyści, co oni ze sprawowania swoich rządów.

 

dziennik pesymistyczny

Zajączek, czyli stan pierwotny

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Widziałem dziś zająca. Kicał sobie przez pusty plac z prawej strony niczego na lewą stronę niczego. To „nic” było kiedyś zieloną luką w centrum miasta. Stojąc na balkonie obserwowałem…no właściwie, co ja takiego obserwowałem. Ano to, co zostało z pięknej łąki, jaką miałem za oknem jeszcze na początku zeszłorocznej wiosny.  A teraz nie ma tam prawie nic. I na tej nicości pojawił się nie pasujący do otoczenia zajączek. Pośród pustyni stoi jedno na wpół złamane drzewo walczące o przetrwanie. Kilka dni temu przyjechała tam betoniarka. I została po niej betonowa plama. Bo kierowca postanowił tam właśnie spłukać na ziemię to, co pozostało z ładunku. I ja teraz miałem to przed oczami. Piaskowo ziemistą pustynię zrytą przez gąsienice spychacza. Po środku walczące o przetrwanie drzewo, lub bardziej to, co z niego pozostało. No i oczywiście nasz zając, który przykicał. Po co on tam? Może przypomniał sobie, że jeszcze kilka lat temu mieszkał tam z rodziną i teraz poszedł zobaczyć, co zostało z jego zielonego domu? I pewnie mu się nie spodobało, bo jak szybko się pojawił tak szybko też zniknął. A jednak ucieszyło mnie to bardzo, bo to był żywy znak tego, że przyroda mimo naszych prób jej zniszczenia jednak daje sobie jakoś radę.

 

Nieczęsto zdarza się, żeby w centrum dość dużego miasta, bo liczącego blisko dwieście pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców była tak duża, niezabudowana jeszcze przestrzeń. Jeszcze rok temu, na tej zamkniętej między biurowcami, a blokami mieszkalnymi przestrzeni, była prawdziwa zielona łąka. Rosły drzewa i krzewy. Nie jakieś tam specjalne szlachetne gatunki nasadzone ludzką ręką. Ale to, co samo się zasiało i samodzielnie wyrosło w raczej nie sprzyjającej przyrodzie miejskiej okolicy. Latem rosły tam wysokie na prawie metr trawy. Wszystko to dość dziwnie wyglądało w wśród miejskiej zabudowy. Zielona i żywa wyspa pośród betonu i asfaltu. Taki nieużytek przeinaczony pod przyszłą zabudowę. Mogłem z okna obserwować zmieniające się na tym wielkim przez nikogo nie niepokojonym trawniku zmiany pory roku.  Wiosną obserwować jak budzi się do życia. Latem jak rozkwita i szaleje wszystkimi kolorami. Jesienią jak przygotowuje się do snu. Zimą jak trwa w dziwnym i zastygłym krajobrazie bieli, szarości i brązu. Tak było przez kilka lat. Ale w ostatnie lato wszystko się skończyło. Moi sąsiedzi po drugiej stronie łąki postanowili na swoim terenie wybudować jeszcze jeden biurowiec.  I przy okazji tej budowy zniszczyli moją zielona wyspę. Na początek zwieźli na nią gruz powstały z rozbiórki tego, co tam budowali czy przebudowywali. Potem, gdy kopali fundamenty, zwalili na te krzewy, drzewa i trawę tony ziemi. Zakopali mi tę moją łąkę. No dobrze nie moją, ale jak sprawdziłem też nie ich. Ale że budowa była budową państwową, policyjną i pewnie opartą o sześć państwowych urzędów to, kto się tam do nich przyczepi za to zagruzowanie i zasypywanie nie swojego terenu zielonego. A w zasadzie nieużytków – jak określił ten teren urzędnik, któremu się poskarżyłem. – Oni to potem wszystko posprzątają i przywrócą stan pierwotny – dodał. A ja uwierzyłem w swej wielkiej naiwności.

 

I wybudowali potężny budynek. Na miarę swoich możliwości i to pewnie w zakresie budownictwa nie będzie ich ostatnie słowo. I tak się złożyło, że zakończyli budowę późną jesienią. Księżycowy krajobraz zwałów ziemi, gruzu oraz wszelkich pobudowlanych śmieci towarzyszył mi przez całą zimę aż do wiosny. I jakiś miesiąc temu… nagle pojawił się ciężki sprzęt. Koparka i kilka wywrotek. I zniknęło to śmieciowisko. Czyli słowa urzędnika, który mi obiecał, że posprzątają stało się ciałem. Ciężarówki z gruzem i ziemią pojechały w nieznane. I co… i jak w piosence Wojciecha Młynarskiego: przyszedł walec i wyrównał. Wszystko, co tam było. I te krzaczki. I te trawy i te drzewa. I wszystko, co tam żyło, nagle przestało. Czyli przyjechali i posprzątali zamieniając to, co kiedyś było zielone w brązową piaszczystą pustynię. Tak oto zgodnie ze słowami urzędnika wszystko wróciło do stanu pierwotnego. To, co było żywą zieloną wyspą wśród budynków miasta z drzewami, krzakami i bujną trawą stało się pustynią. Tam, gdzie mieszkały zające, gdzie gniazdowały ptaki, teraz jest rozjechaną pustynią z plamą betonu pośrodku. I najciekawsze jest to, że urzędnik z magistratu kompletnie nie rozumie, że to, co zrobiono, to nie jest powrót do stanu pierwotnego.

 

dziennik pesymistyczny

Nie pojechał pociąg z daleka

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Miałem dziś odebrać koleżankę z dworca kolejowego. Miałem, ale tego nie zrobiłem, bo jej tam po prostu nie zastałem. Zadzwoniłem do niej żeby spytać, kiedy dojedzie do mojego miasta, bo już od dawna nie wierzę w rozkłady jazdy polskich pociągów. To, co kolejarze tam wypisują na temat godzin odjazdów i przyjazdów pociągów to tylko jak mi się wydaje, taka ich sugestia jedynie. Przejaw ich wiary w siły nadprzyrodzone? Sam nie wiem. Ale zdecydowanie nie jest to realny czas potrzebny na przejazd z miasta A do miasta B. Pamiętacie drodzy czytelnicy takie proste zadanie matematyczne z podstawówki? Z miast A i B wyruszają jednocześnie naprzeciw siebie pociągi jadące ze stałą prędkością. Jeden z nich jedzie z prędkością dwukrotnie większą niż drugi. Spotykają się po godzinie i 20 minutach.  I tak dalej…W dzisiejszych czasach, w dzisiejszych realiach panujących na torach stało się takie zadanie czymś niemożliwym do rozwiązania. Za dużo jest w nim niewiadomych. Korzystając w naszym kraju z usług kolei nigdy nie możesz mieć pewności czy i o której wyjedziesz. Nie wiesz jak długo będziesz podróżować i czy na pewno dotrzesz tam gdzie oczekiwałeś. Bo twoja podroż może się zakończyć w całkiem innym miejscu niż to, które wybrałeś. Nie można przecież przewidzieć, z jaką prędkością pojedzie dziś pociąg. Nie za bardzo wiadomo ile taka podróż będzie w danej chwili kosztować. Czy są jakieś zniżki czy podwyżki? No w zasadzie w polskich kolejach są same niewiadome.

 

Wracając do podróży pociągiem mojej koleżanki z miasta A do miasta B. Ona nigdzie nie wyjechała, o czym mnie telefonicznie poinformowała, gdy usłyszała komunikat z dworcowego megafonu o tym, że jej pociąg nie przyjedzie. Utknęła na dworcu w miejscowości A bo czwartego maja dwa tysiące dziesiątego roku PKP Polskie Linie Kolejowe wstrzymały kursowanie czterdziestu ośmiu pociągów interREGIO.  Dokładna data jest ważna, bo to może jest początek nowej świeckiej tradycji. Wszystkie te problemy spowodowane są długami, jakie ta, należące do Przewozów Regionalnych spółka, ma w stosunku do Polskich Linii Kolejowych. Chodzi tu o opłatę, którą wszyscy przewoźnicy odprowadzają do zarządzającej infrastrukturą spółki PKP Polskie Linie Kolejowe w zamian za możliwość korzystania z torów. Tak, to może być początek nowej tradycji, bo jak dalej nikt im nie będzie płacił za korzystanie z torów, to oni te tory zamkną na dobre i… no właśnie, co z nimi zrobią? Sprzedadzą na złom? Już dziś słyszałem, że oprócz interREGIO długi wobec PKP PLZ ma też spółka Intercity. Więc nie jest wykluczone, że pociągi dalekobieżne po prostu znikną z rozkładów jazdy. Jeśli pociągów nie ma na torach, to wtedy też nie ma pasażerów, którzy kupiliby bilety gdyby jednak te pociągi jeździły. Gdy pociągi interREGIO stoją na bocznicach to nie zarabiają. Więc spółka nie zarabia na to żeby oddać długi. Czy tylko ja widzę tu jakieś sprzeczności? Jak mają oddać pieniądze skoro nie zarabiają?

Ze szkoły pamiętam, że niektóre jednokomórkowe organizmy rozmnażają się przez podział. Prowadzi to do powstania dwóch identycznych komórek takich jak komórka macierzysta. No mniej więcej tak to wygląda. W naszej gospodarce jest podobnie. Kiedyś były tylko Polskie Koleje Państwowe.  Teraz rozmnożyły się tak, że pewnie niewielu wie ile jest tych spółek powstałych z PKP. Przewozy Regionalne Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością to firma transportowa należąca do samorządu województw, powstała dzięki formalnemu wydzieleniu przez prywatyzację z Polskich Kolei Państwowych. Teraz jest tak, że kto inny odpowiada za tory. Ktoś całkiem inny za pociąg, a inny za dworzec kolejowy. Czyli każdy każdemu jest coś winien. I każdy ma w tym działaniu własny interes. I widzi tylko swoje zyski i straty. I w rezultacie takiego rozmnożenia coś, co miało sprawniej działać nie działa wcale, lub przynajmniej niezbyt sprawnie. Czyli klasycznie: miało być lepiej, wyszło jak zawsze. Pewnie dlatego, że przy podziale powstały takie same spółki które jak te jednokomórkowce przeniosły na siebie cechy osobnicze pierwowzoru. Pewnie nie wszystkie złe cechy zostały odziedziczone po przodku PKP. Pewnie są tam jakieś plusy. Ale minusy zdecydowanie zasłaniają te plusy.

Moja znajoma dotarła do miasta B innym pociągiem. Tym, który jeszcze mógł się poruszać po torach. Widocznie ten pociąg należał do spółki, która zapłaciła za możliwość poruszania się po nie swoich torach. Może i z opóźnieniem i wolniej niż zamierzała, ale dotarła do celu, którym było miasto B. InterREGIO nie zapłaciło za tory i dostało po łapach. Słusznie! Tak już jest w kapitalizmie, że za wszystko się płaci. A jak się nie zapłaci to się nie ma. Nawet za tory trzeba płacić. Ale czy ktoś w tej całej sprawie zauważył los pasażera? Tego, co to stał na dworcu i czekał bezowocnie na pociąg, którego nie było? Pewnie nie. Bo i informacja jakoś tak po niewczasie do niego dotarła. Już miał bilet. Już był na dworcu. I tam musiał sobie sam poradzić z szukaniem innego połączenia. Tak ten, kto płaci za możliwość podróżowania, czyli pasażer miał tu najmniej do powiedzenia.  I to podstawowa cecha dziedziczna po przodkach z PKP. Tych z lat PRL-owskich przodkach oczywiście. Bo jak mawia moja babcia: przed wojną to się podróżowało…Nie to, co dziś.